Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Inne

Kochamy solówki!

Dodano: 03.12.2015
Uwielbiamy perkusyjne solówki! Trzeba jednak wiedzieć, kiedy je grać? Jak grać? Co grać? a przede wszystkim - po co w ogóle dodatkowo pocić się za zestawem bębnów, jakby odpowiedzialność za trzymanie w ryzach całej muzyki było czymś niewystarczającym.
Na temat tego nieodzownego elementu świata perkusji wypowiada się armia ekspertów redakcji Perkusisty.

JAK KSZTAŁTOWAŁO SIĘ SOLO?


Solo perkusyjne to element, który zawsze pchał, stymulował, rozwijał bębny. Nie każdy z bębniarzy jest stworzony do gry solo, to fakt, ale też chyba nie ma perkusisty, który by sobie wyobrażał świat bębnów bez solówek. Solo zawsze porywało, fascynowało, było przyczyną wielu dyskusji i sporów. Solówki zapisywały kolejne rozdziały w historii bębnów, stając się punktami odniesienia w kolejnych etapach rozwoju tego instrumentu. Zawsze budziły zarówno podziw, jak i zazdrość, pozwalając perkusistom postawić swój autograf w świadomości publiczności. To one były częstą przyczyną faktu, że kolejne pokolenia siadały za ten niezwykły instrument.

A kiedy to się wszystko zaczęło? Tak właściwie to z chwilą, gdy instrument zwany perkusją, przyjął kształt i formę zbliżoną do tego, co spotykamy dziś. Olbrzymie zasługi na tym polu należą do naszego rodaka Gene’a Krupy, który nie bał się podejmować wyzwań i eksperymentował z rozstawieniem bębnów. Jeden z naszych kolegów w swoim artykule, poświęconym solówkom, słusznie zauważył, że aby zrozumieć powagę sytuacji, wystarczy wziąć pod uwagę fakt, że tak "oczywista oczywistość", jaką jest perkusyjny pedał w obecnej konstrukcji - w chwili, gdy Gene Krupa dołączał do orkiestry Goodmana, miał raptem niecałe 20 lat! Niecałe - czyli mniej niż mają obecnie zespoły Limp Bizkit czy Slipknot! Taka zmiana przyciągnęła wtedy uwagę nawet wytwórni filmowych. Wyobraźmy sobie to teraz...

W kolejnych latach szaleństwa Buddy’ego Richa ugruntowały pozycję perkusji, budując również większy szacunek do tego instrumentu. Na tej bazie nowa fala muzyczna w postaci rocka mogła sobie pozwolić na eksperymenty i otwarcie bram do "wyczynowego" grania. Ostatecznie oprócz gałęzi scenicznej i studyjnej pojawił się kolejny istotny odłam bębniarskiego fachu, jakim jest edukacja i warsztaty. Rozwojowi perkusji zawsze towarzyszyły solówki…

Początki


Pierwszym mistrzem w grze solówek nie był jednak Gene Krupa, ale niewiele starszy od niego Chick Webb. Nasz rodak zawsze wspominał o wspaniałej grze Chicka, który królował razem ze swoim bandem w ówczesnej bardzo popularnej "dyskotece", jaką był Savoy Ballroom (regularnie bawiło się tam ok. 2000 spragnionych tańca ludzi). Pierwszą nagraną solówkę poczynił też kto inny, bo prawdopodobnie Cozy Cole i Load Of Cole. To jednak Gene stał się pierwszą wielką gwiazdą w historii nowoczesnych bębnów. Owszem, Chick miał swoją Lizę lub atomowy finał w Harlem Congo, ale to, co wykonał Krupa w Sing Sing Sing u Benny’ego Goodmana jest grane i naśladowane po dziś dzień i nawet wielu metalowców łapało się za te partie tomów. Utwór ma prawie 80 lat… Potęga!

Rozwój


Jazz i big bandy rozwinęły się na dobre, pojawili się Buddy Rich, Papa Jo Jones i reszta perkusistów, których popisy solowe były kluczowym momentem koncertów. W latach 40 jazz w postaci bebopu zawędrował z sal balowych do ciemnych, klimatycznych klubów. Rozpoczęła się pełna szaleństw era improwizacji, co było wodą na młyn bębniarzy. Kenny Clarke, Art Blakey, czy wreszcie Max Roach byli pionierami nowego stylu.

Poprzez takie utwory jak Mosaic Art Blakey wyznaczył nowe standardy gry na ride, podobnie jedno z wykonań Night In Tunisia, które zaczyna się od… solo na bębnach, a reszta zespołu towarzyszy perkusiście z instrumentami perkusyjnymi w rękach. Album Maxa Roacha Drums Unlimited (1966) zaczyna się od - no jasne - solówki. To był okres, gdzie pojawiały się już konkretne duety, jak słynna płyta Rich vs Roach (1959), a także zalążek przyszłego zestawu perkusyjnego z dwiema centralkami.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Solówki w nieparzystych podziałach przestały być tabu dzięki Joe Morello i najlepiej sprzedawanemu singlowi w historii, czyli Take Five Dave’a Brubecka, granym oczywiście w 5/4. W całych latach 50 i na początku 60 zaczęły się pojawiać kolejne gatunki jazzu (np. hard bebop, modal jazz później post bebop, free jazz), a z nimi rozwijali się wspaniali bębniarze tacy, jak Roy Haynes, Elvin Jones, Shelly Manne czy też wielki idol Jojo Mayera (co słychać zresztą w jego grze), jakim jest niesamowity Sonny Payne. W międzyczasie pionier dwóch centralek, czyli Louie Bellson, szlifował swój warsztat na dwie stopy, nie wiedząc jeszcze, jak duże znaczenie w przyszłości będzie miał drugi taktowiec na scenie.


Ale nie tylko jazz się rozwijał, bo na początku lat 50 pojawiło się nowe zjawisko wywodzące się z rhythm and bluesa…. Rock and roll.

Era rocka


Pionierem rockowych solówek może być uznany Sandy Nelson ze swoimi Teen Beat i Let There Be Drums, a przede wszystkim z Wipeout. Obecnie może brzmią nieco archaicznie, ale w latach 50 ta dziwna przesterowana gitara w towarzystwie bębnów robiła wrażenie. Dlatego też nie wolno zapomnieć o dokonaniach The Shadows, którzy przecież nie mieli na kim się wzorować i robili wszystko od nowa samemu w takich kompozycjach, jak See You In My Drums (1959) - czyli równolegle z Nelsonem. Kolejne lata to prawdziwa eksplozja popisów perkusyjnych i odejście od jazzowych schematów zarówno w kwestii bębnów, jak i zachowania za bębnami. Nasz zeszłoroczny gość podczas Drumfest, który zalazł swoim zachowaniem za skórę chyba każdemu, jest autorem jednej z najbardziej znanych solówek z okresu kształtowania się rocka - Ginger Baker i jego Toad. Wtedy też za bębnami zaczął szaleć Keith Moon, który niewątpliwe styl gry z otwartą jadaczką zaczerpnął od Gene’a Krupy. Wraz z Keithem został rozpropagowany kolejny element perkusyjnego solo - demolka sprzętu.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

W Gdańsku, oddalonym 1500 kilometrów od Londynu, oczywiście nie było tak kolorowo i rodzimy prekursor rocka - zespół Rhythm and Blues tak naprawdę mógł jedynie pomarzyć o karierze, a co dopiero o graniu solówek perkusyjnych. Mimo to "polski The Shadows" czyli zespół Tajfuny wprowadzał w swoje występy zabawę z perkusjonaliami i zestawem bębnów. Z całym szacunkiem do Czerwono-Czarnych i późniejszych dokonań Józefa Hajdasza z Blackout/ Breakout, twórczości Czerwonych Gitar, ABC lub Jana Budziaszka ze Skaldami, to aż do eksplozji gry Jerzego Piotrowskiego ciężko mówić o solowych wyczynach polskich perkusistów.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Tymczasem na Zachodzie, zanim pojawił się John Bonham za bębnami, szaleje Carmine Appice, który podczas gry porusza się momentami, jak późniejszy wielki showman - Tommy Lee. Lata 70 to już pełen rozkwit nie tylko zespołów, ale też sprzętu z kolejnymi innowacjami, których autorami są już bardziej firmy, a nie konkretni perkusiści. Tony Williams, Lenny White, Billy Cobham, nieustannie łupiący turbo werble Buddy Rich i cała fala rockowych szaleńców chociażby z Ianem Paicem czy też wspomnianym Bonzo. Na pierwszy plan wśród fanów bębnów zaczyna się przesuwać bardziej wymagający gatunek muzyki w postaci rocka progresywnego m.in. z Neilem Peartem, Billem Brufordem, Carlem Palmerem, Philem Collinsem. Utwory zaczynają mieć zorganizowane połamane struktury, które w odróżnieniu od wolnych jazzowych kompozycji nie dają miejsca na improwizacje. Dzięki temu dużą rolę odgr ywa specjalnie wyselekcjonowane podczas koncertu miejsce na solo.

Za pisanie perkusyjnych solówek biorą się też nominalni nie-perkusiści. Tak powstało Black Page Franka Zappy, które do tej pory jest wyzwaniem dla każdego perkusisty, a oryginalnie zmierzyć się z tym musiał młody Terry Bozzio.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Lata 80 to rozwój dwóch centralek, widowiskowość i potęga rockowych koncertów. Wchodzą kolejne nowinki techniczne w postaci elektronicznych bębnów, które szczególnie upodobał sobie Bill Bruford, a Eric Carr z Kiss genialnie połączył z prostą rockową solówką, tworząc monumentalny riff. Pojawiają się też mocniejsi perkusiści, którzy opierają swoje solowe pokazy na krótkich, ale niezwykle wyczerpujących pokazach szybkości i siły. Solo na bębnach w tym okresie miało już zupełnie inny wymiar niż w latach 50. Nie oznacza to jednak, że perkusiści jazzowi spali. Pamiętajmy, że Steve Gadd miał już niezwykle mocną pozycję. Sztuka perkusyjna wykrystalizowała też kierunki działań. Perkusiści na dobre zaczęli obierać swoiste specjalizacje. Niektórzy stronili od gry solo, nigdy "nie kalając" się solówką na żywo. Takim perkusistą był m.in. Jeff Porcaro, perkusista nastawiony głównie na grę w studio, stając się wzorem sidemana dla kolejnych pokoleń.

W 1987 roku umiera Buddy Rich. Ekipa wspaniałych perkusistów zbiera się, grając specjalny koncert poświęcony pamięci jednej z największych osobistości w historii bębnów. To właśnie wtedy została utrwalona chyba najbardziej efektowna i oszałamiająca solówka wszech czasów. Steve Gadd, Dave Weckl i Vinnie Colaiuta swoją grą we trzech zachwycają nie tylko bębniarzy.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Po roku 1990


Rozwój techniki i zmiana trendów w muzyce odsuwa nieco bębny w cień. Zespoły rockowe często kroją solowe popisy ze swoich koncertowych list utworów. Nie oznacza to jednak, że perkusja ma się źle. Wręcz przeciwnie. Zaczyna organizować się środowisko perkusyjne. Zjawisko, którego wcześniej nie było na tak dużą skalę. Wszystko to dzięki coraz częstszym warsztatom i klinikom perkusyjnym oraz oczywiście rozwojowi Internetu, gdzie można znaleźć wszystkie opisywane tu solówki.

Nowi solowi mistrzowie szybko zawieszają bardzo wysoko poprzeczkę. Na scenę solowej ekwilibrystyki wkraczają m.in. Virgil Donati, Mike Mangini, do których dołączają szybko Marco Minnemann i Thomas Lang. Panowie jeszcze szybciej zdobywają ogromną popularność, a solowe popisy z wcześniejszych lat przechodzą prawdziwą weryfikację. Eksplozja progresywnego rocka i metalu przynosi ze sobą wielkich perkusistów, przez co zagranie porywającego solo staje się gruntem dość niebezpiecznym, jeżeli nie potrafimy robić tego świetnie technicznie lub na tyle efektownie, by zainteresować publikę. To akurat udaje się genialnie Joey Jordisonowi, który rozwija wcześniejszy pomysł Tommy’ego Lee i dosłownie stawia solo na głowie, zdobywając przez to jeszcze większą popularność, która nieco przerasta jego umiejętności (skądinąd duże).

Pojawiają się specjalni wykonawcy typu Drumbassadors czy też spektakle pokroju Blue Man Group. Solo staje się sztuką, a nie oddechem czy też prezentacją umiejętności. Mike Portnoy, mimo geniuszu muzycznego, nigdy nie był specjalnie porywającym perkusistą w grze solo, dlatego z czasem swoje pokazy ogranicza do minimum. Z drugiej strony Terry Bozzio skupia się praktycznie jedynie na grze solo. W Polsce wciąż ciężko odnotować jakąś solówkę przełomową lub taką, która na lata wpisałaby się do świadomości perkusistów. Nie trzeba tu chyba wspominać, jaka jest tego przyczyna, bo trwające 50 lat uwstecznianie przez dawny ustrój czujemy do tej pory. Mimo to są u nas fenomenalni perkusiści, znani z doskonałej gry solo, jak np. Tomek Łosowski czy też niesamowity Przemek Knopik. Mariusz Mocarski stara się trzymać na bieżąco rodzimą świadomość w kwestii bębnów elektronicznych. Portale BeatIt i Drummers From Hell dają możność fachowej rejestracji video, a wyrastające jak grzyby po deszczu warsztaty i pokazy zwiększają naszą świadomość.

Konkluzja


Minęło już prawie 100 lat, odkąd Gene Krupa zaczął eksperymentować z zestawem bębnów nadając im kształt, który z kilkoma zmianami dotrwał do dziś. Doszliśmy do momentu, gdzie solo na bębnach jest już wszędzie. W mniejszej, większej formie pojawia się w każdym zakątku perkusyjnego świata, w każdej stylistyce muzycznej. Nie wydaje się, by cokolwiek miało się zmienić przez najbliższe lata, bo solo na bębnach to zarówno pewna forma wypowiedzi dla wtajemniczonego grona, jak i wabik na kolejnych "padawanów" tego najbardziej efektownego i odpowiedzialnego instrumentu muzycznego.

Proza solowego życia według Tomka Łosowskiego


Udzielając się w różnych składach, miałem taki okres w życiu, że nie narzucałem się z propozycją grania solówek. Po prostu zaczęło mnie męczyć forsowanie swego "ja" w stylu: "Panowie - a gdzie i kiedy będzie moje solo?". Efekt był taki, że przestałem grać solówki - bo nie ubiegałem się o nie. Potem ludzie po koncercie podchodzili i mówili: "Tomek! A gdzie twoje solo? Jaka szkoda, że nie zagrałeś. Tak by tu pasowało…".

Zwykle bywa tak, że każdy myśli o sobie i swoich problemach. Klasyczny motyw jest taki, że perkusista przez 99% koncertu ładnie podgrywa gitarzystom, aby ci mogli sobie pograć "solóweczki". Z kolei w odwrotną stronę to często nie działa - oni nie domyślają się albo nie chcą się domyślać, że ich bębniarz też może mieć coś do powiedzenia w kwestii improwizacji. Jest to dość częsta i przykra "walka", przepychanie się perkusisty z resztą zespołu. Dlatego tak fajna jest muzyka z pogranicza fusion i jazzu - tam zawsze będzie jakieś miejsce na improwizowanie. Jeśli czujesz się mocny w kwestii solo - wiesz, że to byłby dobry pomysł i atut dla twojej kapeli, nie bój się poruszać tego wątku na forum zespołu.

Powyżej opisałem sytuację dotyczącą tzw. open solo. Istnieją też inne warianty solówek - np. solo z podkładem, przy czym na koncercie akompaniuje przeważnie zespół. Problemów nie ma, gdy grasz z gotowym podkładem - masz gwarancję, że będzie zawsze równo.

Inaczej ma się sprawa, kiedy akompaniują ci muzycy, którzy nie mają takiego time’u, jak np. Marcus Miller czy też Chick Corea… Wtedy zaczynają się "schody". Jeżeli twoje solo zagrasz na prostacką modłę w stylu "umpa umpa" - akompaniatorzy grający jakiś riff nie wysypią się. Jeżeli natomiast zaczniesz grać coś trudniejszego (jakieś pauzy, drobne przesuwki)… mogą stracić synchron i wszystko się rozsypie. A potem usłyszysz, że to twoja wina, bo grasz w sposób nieoczywisty itp. Wkraczamy tu w smutną krajową rzeczywistość. Czasami dotykała również i mnie. Gra w takich warunkach staje się udręką. Do tego rodzaju solówek trzeba szukać melodyków ze świetnym time'm, którzy czują puls, a nie tylko ćwiczą same melodie i "przebierki" po gryfie, tudzież po klawiaturze. Jest to temat rzeka…

Elektronika czy akustyk według Mariusza Mocarskiego


Według mnie z zestawami elektronicznymi jest podobnie jak z syntezatorami. Pewne rzeczy zabrzmią na nich lepiej, a znowu do innych idealny będzie fortepian. To samo mamy z perkusjami: takie gatunki jak jazz, blues czy klasyka jeszcze długo będą broniły się na akustykach, natomiast nowoczesne style clubbingowe czy disco zabrzmią dużo bardziej stylowo na bębnach elektronicznych.

Jest też środek, czyli zestawy hybrydowe. Dla mnie najlepiej sprawdzające się do popu, metalu czy latin. Dzięki hybrydzie nie tylko modulujemy soundy czy dodajemy barwy nowoczesne, ale również rozszerzamy spektrum naszego akustyka o kolejne perkusjonalia czy instrumenty perkusji marchingowej. W mojej opinii, dzięki mądrze dobranej elektronice możemy znacznie ubarwić i wzbogacić nasze solówki. Poza takimi środkami, jak dynamika, zmiany temp, faktur rytmicznych czy frazowanie, dostajemy więc kolejne narzędzie do budowania napięć w postaci sampli i loopów.

Jak być powinno według Pawła Ostrowskiego


Z graniem jest trochę tak, jak z nauką języka. To właśnie solówki dają nam możliwość pełnej wypowiedzi, więc są też okazją do prezentacji bogactwa naszego - muzycznego - słownictwa. Na czym polega piękno właściwej muzycznie treści? Na pewno powinno być ciekawie, mniej oklepane zagrywki, coś, co słyszymy rzadko lub coś tylko naszego (własna, wymyślona kombinacja rąk, nóg …). Dobre solo z pewnością powinno być efektowne - szybkość, precyzja, duża rozpiętość dynamiczna, bogactwo brzmieniowe instrumentu, który może zabrzmieć niezwykle różnorodnie. Finezyjne solo powinno budować napięcie - zamiast mocnego policzka w twarz już na starcie, dużo lepiej jest budować nastrój stopniowo, by dopiero później - mówiąc nieładnie - przyłożyć z pełnym impetem. W zależności od rodzaju solówki, współgramy z innymi instrumentami aranżacyjnie lub nie.

Najbardziej skrajnym będzie open solo, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone - stajemy się od początku do końca panem i władcą - możemy zagrać tak długo, jak chcemy, skończyć w dowolnym momencie, w dowolnym tempie… Częściej jednak trzymamy się pewnych ustalonych ram, w których musimy się zamknąć - w muzyce jazzowej gramy tzw. "czwórki", grając naprzemiennie z całym zespołem, w miejscach wynikających z konstrukcji frazowej utworu. W muzyce bardziej groove’owej często gramy do określonych "kopów", czyli granych przez zespół akcentów, pomiędzy które możemy wkładać ciasno efektownie wyćwiczone (lub mniej…) chopsy - ręka, noga, znów ręka, potrójna stopa… Im precyzyjniej i gęściej, tym bardziej efektownie i "profi".

Niezależnie, jak ćwiczymy solówki (a że w jak najwolniejszym tempie to wiadomo), z jakich klocków je budujemy (czy będą to ćwiczenia, które znajdziemy w każdym podręczniku, czy coś, co podkradliśmy od Benny Grebba, Dave Weckla, czy Marka Guiliany), pamiętajmy, że wtedy będziemy prawdziwi i rozpoznawalni, gdy będziemy tworzyć swoje własne wypowiedzi muzyczne, a nie stale cytować kogoś innego. Tak, jak ze wspomnianą nauką języka - nie po to katujesz się w młodości Mickiewiczem, czy Marią Konopnicką, by później mówić trzynastozgłoskowcem! Nawet składanie rymów byłoby odebrane za głupotę - po to uczymy się na pamięć tych wszystkich nudnych wierszy i czytamy opasłe lektury w szkole (lub ich streszczenia…), by później nabyte słownictwo weszło nam w nawyk, by przemielić te treści przez swoją własną osobowość i sposób bycia / wysławiania się.

Solówki perkusyjne są dokładnie tym samym - przyswojone ćwiczenia dają w wyniku dłuższego procesu - czasem wielu lat - nasze własne indywidualne zwroty, z których budujemy solo, brzmiąc i grając po prostu po swojemu. Jak pracować nad swoją indywidualnością? Na pewno warto się rozwijać na wielu płaszczyznach (jak to mówią "by móc o czymś zagrać, najpierw trzeba to przeżyć"). Dobrze jest też rozwijać swoją wyobraźnię muzyczną, czy umiejętnie wizualizować muzykę tak, jak robi to wielu, na przykład kiedyś Jimi Hendrix. Ten legendarny gitarzysta przez całe życie szukał w swojej głowie brzmienia, które próbował przełożyć na instrument. Co ciekawe, Jimi wizualizował sobie muzykę, widząc ją dosłownie w kolorach! Jak mówią opowieści, w studio potrafił stwierdzić, że w jakimś momencie trzeba dodać więcej koloru czerwonego, a gdzieś indziej niebieskiego.

Jak wizualizować i wznosić się na wyższy szczebel muzycznej świadomości? Sam tak do końca nie wiem, bo stale się tego uczę. Dobrze jest nie tyle nawet myśleć dźwiękami, co stanami emocjonalnymi, by pozwolić sobie później podczas sola na "odpłynięcie" - wyłączasz myślenie logiczne i dajesz się prowadzić emocjom, które grają w tobie! Być może też przeżyłeś w życiu takie chwile, kiedy ze zdziwieniem stwierdzasz, że najlepsze dźwięki powstały wtedy, gdy nie myślałeś o tym, co zagrasz, tylko po prostu grałeś niesiony emocjami. Jak uczyć się takiego myślenia emocjami podczas grania? Na pewno pomocne będzie kojarzenie pozytywnych stanów emocjonalnych podczas treningu z tym, co ćwiczysz - grając jakiś schemat wywołujesz w sobie konkretne uczucia (na przykład radość, szczęście, może wspomnienie wspaniałych wakacji), utrwalasz w pamięci, razem z zapamiętywaniem przez twoje ciało tego, co ćwiczysz. Później przywołując te myśli, automatycznie twoje kończyny przypominają sobie to coś, co grały i dźwięki rodzą się jakby same… Niby prosty opis, ale na pewno wymaga pracy… W każdym razie warto próbować, bo w graniu chodzi przecież o te pozytywne uczucia właśnie!

Jak być powinno mówi Jost Nickel


Mam kilka metod na to, co robić, a czego nie robić w solówce. Zanim jednak do tego dojdziemy musimy ustalić, o jakim rodzaju solówki mówimy. Są dwie różne sytuacje:

Sytuacja 1. Grasz solo, które ewoluuje z piosenki, którą grasz ze swoim zespołem. Jeżeli mamy taką sytuację to wiele decyzji, jakie podejmiesz podczas solówki, będzie już ustalone tym, jaka jest piosenka. Podstawowymi składnikami są wtedy tempo, podział i styl.

Sytuacja 2. Zaczynasz grać solo z niczego. Moim zdaniem w takiej sytuacji ważne jest byś wybrał dobre tempo, podział rytmiczny i ogólną stylistykę, w jakiej chcesz zacząć grać solówkę. Te trzy składniki, o jakich mowa powyżej, muszą być tak dobrane, byś czuł się komfortowo!

W momencie, gdy gram solo podczas kliniki (sytuacja 2), zawsze wiem od czego zacząć i mam swój plan. Mam zatem kilka rzeczy, na których mogę się oprzeć w danym tempie, co pomaga mi w sytuacji, gdy akurat nie czuję się zbyt mocno zainspirowany tym, co gram (śmiech).

Jak być powinno wg Tomka Łosowskiego


Pewne eksperymenty plus wyobraźnia podczas wykonywania solówki to twoje atuty. Trzeba jednak uważać, aby nie przesadzić, bo takie "przesolone" solo będzie wtedy pasować do ogólnej koncepcji zespołu i muzyki, jak przysłowiowy wół do karety. Należy również mierzyć siły na zamiary. Jeżeli jesteśmy osłabieni czy też w dość marnej formie, nie próbujmy sobie i innym na siłę udowodnić, że tak nie jest. Konsekwencje mogą okazać się tragiczne - przez brak kondycji czy odpowiedniego skupienia zaprezentujemy kompletnie powalone solo. W takim stanie lepiej sola nie grać albo - jeżeli trzeba ze względu na aranż koncertu - ograniczyć je do minimum. Zagrać krótko i konkretnie.

W trakcie solo nie prezentujemy elementów niepewnych, niedopracowanych. Od tego jest ćwiczeniówka. W prezentacji warto umiejętnie zakryć rzeczy słabe, a uwypuklić te mocne. Warto też ustalić sobie pewną koncepcję. Jeżeli zostawimy wszystko "przypadkowi", a na koncercie dojdą emocje, zmęczenie - może się okazać, że efekt końcowy będzie dość mizerny. Im lepsza forma, tym luźniejszy plan. Jeśli jesteś akurat w formie życia - ćwiczysz po "25" godzin na dobę i masz duży stopień kontroli nad swoją grą, możesz pozwolić sobie na większą swobodę.

Nie warto też grać jednego schematu przez 20 minut, bo zanudzisz publiczność. Nadmierna gęstość w solówce, która trwa dłużej niż 5 minut, może okazać się gorsza od faszyzmu!!! Ściana dźwięku i zbełtanego hałasu spowoduje, że słuchacz po kilku minutach się zgubi, zmęczy i będzie miał naprawdę dosyć.

Jeden z ważnych elementów dobrego sola, to budowanie odpowiednich napięć (chodzi m.in. o gęstość struktur rytmicznych oraz o dynamikę). Jeżeli po dwudziestu sekundach sola grasz już z powerem na 200%, to ciężko będzie ci jeszcze coś do tego dobudować. Fajnie jest mieć jakiś podstawowy plan, umieć budować napięcia, wykorzystywać też dynamikę, pauzy - cisza też muzyka. Możemy w solo pójść w polirytmię, "przesuwki" oraz w melodykę. Swego czasu zrobiłem bardzo pozytywne wrażenie, grając podczas swojego sola fragment Marszu Imperium (Star Wars) na kotłach. Akurat taki miałem strój kotłów, że mogłem to zagrać.

Genialne są różne zabawy z publicznością np. granie rytmu, zachęcającego do klaskania itp. To wymaga jednak sporego doświadczenia i umiejętności panowania nad słuchaczami. Każdy musi tu poszukać swoich rozwiązań. Jest to dobry element dla show.

Skuteczne solo na hybrydzie według Mariusza Mocarskiego


Są na to sposoby… Przede wszystkim trzeba dokładnie poznać występujące w naszym module czy samplerze presety oraz sposoby ich sprawnego obsługiwania i edytowania. Kolejnym krokiem będzie wybranie banków brzmień i zestawów, które to będziemy używać i płynnie zmieniać podczas naszego show. Trzecim etapem powinno być zaprogramowanie przygotowanych presetów w łańcuchy brzmień (Kit Chains) lub zestawy użytkownika (User Kits) po to, by podczas solówki zmieniać je błyskawicznie.

W kwestii zmiany presetów mamy na szczęście duży wybór. Sampler SPD-SX, pady perkusyjne SPD-30, HPD-20 czy moduł TD-30 posiadają wejście na footswitcha, za pomocą którego możemy zmieniać nogą (w dowolnej kolejności) presety, włączać i wyłączać loopy oraz gasić wszystkie sample (All sounds off). Jeżeli komuś nożne zmiany presetów nie leżą, może te wszystkie operacje wykonywać za pomocą uderzenia pałką w specjalnie zaprogramowanego pada czy triggera, którego podłączamy do naszego elektronicznego modułu. Zapewniam, że w takim przypadku moment zmiany banku brzmień jest praktycznie nie do wyłapania nawet dla najbardziej bacznego obserwatora... Opcji jest więc bardzo dużo, a jedynym ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnia i dogłębne poznanie instrumentu.

Czas na solo u Piotra Pniaka


Z całą pewnością nie istnieją żadne ograniczenia w kwestii "odpowiedniego" czasu na solo perkusji. Oprócz naszej wyobraźni, oczywiście: Solo może otwierać lub zamykać koncert lub być wplecione w środek repertuaru. To ciekawy i z pewnością wymagający inwencji perkusisty i muzyków grupy temat. Nie ma reguł i o to chodzi.

Oczywiście, odpowiedzią w doborze "odpowiedniego" czasu może być np. utwór utrzymany w wygodnym dla perkusisty tempie lub też utwór posiadający ewidentne cechy, jak np. wzmożona ekspresja, stanowiąca dla artysty inspirację, czy raczej zachętę do muzycznej wypowiedzi właśnie w postaci gry solo.

Solo Tomka Łosowskiego


Człowiek (czyli ja) całe życie się uczy. Każdy kolejny koncert czy solo to kolejny krok w rozwoju. Dla mnie najważniejsze jest to, aby solo było na temat, czyli pasowało do muzyki. To tak, jak z ubiorem. Co innego zakładamy np. do teatru niż na luźne "party", jeszcze inaczej chodzimy ubrani na co dzień.

Przykładowo - jeśli gram stuff bardziej jazzowy, gdzie mam tzw. open solo, to nie za bardzo będę rozwijał wątki na dwie stopy… Nie będę też kręcił pałkami (śmiech). Zdarzyło mi się kiedyś nieopatrznie przemycić te elementy podczas koncertu jazzowego… Zostało to źle odebrane…

Z kolei, kiedy gram koncert z zespołem popowym czy też rockowym, nie będę budował solówki w oparciu np. o miotły i filce - ta muzyka domaga się większego poweru! Jeżeli gram muzykę latynoską - będę starał się improwizować właśnie w tej konwencji… itd. itp. Rozumiecie, o co mi chodzi?

Solo Pawła Ostrowskiego


Osobiście nie przepadam za graniem solówek. Właściwie nie dlatego, żeby mi się nie chciało, że nie umiem, czy się wstydzę. W moim przypadku jest to proces, który biegnie w stronę coraz większej świadomości dźwięku, konkretu, pewnego uporządkowania, a co za tym idzie i oszczędności wypowiadanych muzycznie słów. Mam świadomość tego, że każdy perkusista przebywa inną drogę - świetnie, gdy ktoś zaczyna od podstaw (np. klasyki), szkoli fachowo swoje rzemiosło, nabywa coraz większej swobody technicznej, co daje coraz to nowe możliwości…

Moje początki były zupełnie inne - z wykształcenia pianista i jako perkusista - samouk, podchodziłem do grania bardzo intuicyjnie i niezwykle emocjonalnie, spontanicznie, żywiołowo. Im bardziej intensywnie czułem muzykę, tym bardziej to wyrażałem swoimi "ognistymi" partiami w pierwszych swoich zespołach, w których grałem. Emocje zawsze brały górę, więc im więcej i głośniej, tym bardziej wczuwałem się w muzykę. I na odwrót - im bardziej chciałem wyrazić siebie, tym grałem gęściej i bardziej "od serca". No, ale nie można myśleć tylko sercem, trzeba też używać rozumu…

Dlatego w miarę upływu lat pojawiła się większa świadomość (zaangażowanie głowy), w tym też większa świadomość techniki, nad którą pracuję do dziś, będąc świadomym swych niedociągnięć. To, że zacząłem bębnienie od praktyki zamiast teorii, od grania z zespołem zamiast ćwiczeń z metronomem, dało mi na pewno większy power na starcie, ale za to dłuższą drogę dojścia do pewnych rzeczy. Można powiedzieć, że w pewnym sensie zacząłem od wiecznego sola, więc dla mnie granie zwięzłe, konkretne, bez nadmiernej ilości dźwięków jest oznaką dojrzałości, do której cały czas zmierzam. No, ale każdy ma inaczej i to jest piękne w tej robocie!

Solo Piotra Pniaka


Grając muzykę współczesną/eksperymentalną wiem i czuję, że element improwizacji oraz własnej inwencji jest niejako wpisany w wykonanie. Tu bardzo często wykonawca jest współtwórcą dzieła! W przypadku muzyki rozrywkowej skupiam się na dobrym brzmieniu i prowadzeniu rytmu w sposób właściwy dla charakteru utworu/piosenki, dbając o detale pulsu. Lata pracy z różnymi artystami nauczyły mnie, że pewne prace wykonane wcześniej przynoszą znienacka nagrody. Jednak pewnych sytuacji czy innych niż własne wyobrażenia i koncepcje nie jesteśmy w stanie przewidzieć. I to jest podniecające wyzwanie, i to jest nieustanna nauka. Oczywiście tylko dla chcących.

Grając np. z grupą Sidney Polak zachowuję pewne fragmenty jako subtelne perkusyjne "dopowiedzenia" jako elementy frazowania, po czym otwieram się w sposób bardziej zdecydowany, stosując zagęszczenia dźwięków, skupiające uwagę słuchacza. Wszystko dzieje się po zakończonej akcji/partii wokalu. Jest to zatem koniec utworu, wypełniony perkusyjną opowieścią. W innym utworze wzmożony ruch dźwięków w partii bębnów następuje tuż przed pojawieniem się wokalu oznajmiającego rozpoczęcie kolejnej zwrotki. W obydwu opisanych powyżej przypadkach są to dźwięki ożywiające studyjny materiał Jarka. Rytmiczność jego muzyki, wynikająca z jego fascynacji muzyką etniczną, stanowi właśnie zachętę do perkusyjnych refleksji. Wiele osób słuchających cięższych brzmień jest pozytywnie zaskoczona tłustością brzmienia i ekspresją naszych koncertów.

Na przestrzeni lat naszej współpracy zespół zmieniał się i rozwijał. Po kilku latach przerwy powróciliśmy ponownie do współpracy i jestem pozytywnie zaskoczony nowym obliczem zespołu i brzmienia. Więcej tu dźwięków wykonanych live, a pętle rytmiczne nieustannie towarzyszące zespołowi stanowią o istocie rytmicznego charakteru. Dla mnie każdy koncert z Sidneyem to ogromne wyzwanie w kwestii pulsu. W tej kwestii każdą piosenkę gram zupełnie inaczej. Wielu perkusistów miałoby i miało zresztą problem, by złapać dobry "time" w najprostszej i niepozornej piosence jak np. "Otwieram Wino", a pozostałe utwory kryją w sobie... zdecydowanie więcej tajemnic w "czeluściach czasu".

Wracając jednak do solówek na perkusji. Zawsze zakładam, że nie zagram open solo podczas koncertu. Solo perkusji nie jest koniecznością!!! Nic na siłę!!! Jednak klimat koncertu często nakazuje mi wyjść i rozmawiać z publicznością w języku perkusyjnym. Uwielbiam improwizację! Uwielbiam te spontaniczne, prawdziwe i szczere konwersacje. Marzę wręcz o takiej sytuacji, gdy w ramach jakiegoś "Mamy Cię" ktoś wyrwie mnie z łóżka w środku nocy i powie: Pniaq, za tymi drzwiami jest 50000 tysięcy ludzi. Czekają na twoje solo". I taka całkiem nieplanowana perkusyjna rozmowa z pomocą dźwięków będzie dla mnie prawdziwym świętem. Znasz mnie, nie mam stresów, a rozmawiać lubię.

Solo Jacka Pelca


Swoje solówki bębnów zazwyczaj dzielę na regularne odcinki według zawartości instrumentarium w zestawie, gęstości faktury samego sola, barwy brzmienia kolejnych fragmentów, budowania napięcia w skali rosnącej itp. Staram się robić wszystko, żeby solówki grać wyłącznie w okolicznościach sprzyjających. To znaczy gram wtedy, gdy moi partnerzy na estradzie tego chcą, oczekują i dają mi dobry moment w utworze/koncercie na moje solo. W razie potrzeby biorę udział w negocjacjach przed wejściem na estradę. Elementy składające się na perkusyjną solówkę?

Przesłuchałem w życiu tysiące płyt z elitą najwybitniejszych perkusistów i oto telegraficzny skrót: od wirtuozerii rudimentalnej w stylu Buddy Rich przez mocne uderzenie rockowców i wizualny show, jak Ian Paice czy John Bonham, kołyszące rytmy w stylu Paul Motian, niesamowite brzmienia i fantazja a’la Joey Baron, totalna masakra w stylu Elvin Jones, genialne solówki Tony Williamsa, metric modulations, polimetria i polirytmia, granie rytmu "pod włos", rewelacyjne popisy Latynosów jak "El Negro" czy Antonio Sanchez. Wreszcie całkowicie czterokończynowy Thomas Lang, wychowany i wyewoluowany ze starej szkoły. Nie da się wszystkiego wymienić, ale elementów często skrajnie różnych jest mnóstwo, bo każdy jest indywidualistą. Od bardzo oszczędnych do ekstremalnie gęstych i wypakowanych. Wybór jest sprawą otwartą. Myślę, że im więcej informacji w głowie, tym lepiej. Ręce i nogi są jedynie przedłużeniem i mają wykonać to, co się świadomie zamierza, planuje, czy improwizuje. Warto ćwiczyć, utrzymywać się w dobrej formie - wtedy jest łatwiej korzystać z katalogu możliwości.


Solo i groove u Pawła Ostrowskiego


Grając staram się nie rozgraniczać na rytmy i solówki, nie myślę kategorią - teraz ja podgrywam innym, ale za chwilę i ja będę miał swoje 5 minut. Bardziej traktuję granie jak rozmowę. Staram się, aby była to rozmowa na najbardziej interesujące mnie tematy z najciekawszymi dla mnie osobami, jakie tylko jestem sobie w stanie wyobrazić. Wszystko to kwestia podejścia, nawet, jeśli grasz od 10 lat z tymi samymi ludźmi. Ta rozmowa rodzi się w twojej głowie, a im bardziej się do niej przygotujesz, tym przyjemniej będzie się wam gadało (grało). Nawet, jeśli muzyka, którą gram, nie wynosi mnie na emocjonalne wyżyny - bo czasem i tak się zdarza - robię wszystko, by nasza wspólna rozmowa na scenie była najciekawsza, jak tylko się da w danym momencie.

Co daje mi model rozmowy, który sobie stworzyłem? To, że solo od groove’u odróżnia nawet nie to, co gram, ale to, ile gram, ile przestrzeni i wolnego miejsca zostawiam innym. Podział traktuję jak interakcję, wzajemne tworzenie jakiejś wspólnej opowieści, natomiast solo to moja historia, którą to ja opowiadam innym. Historia nie może być sztucznie napompowana (np. efektownymi patternami), czy przegadana. Ona ma być prawdziwa, ma opowiadać o czymś realnym, a nie stworzona tylko po to, by zrobić wrażenie. Najfajniejsze w solówkach jest to, co pozostawiają w innych, co dają - ten szczególny rodzaj energii, który ktoś inny później wykorzysta np. by zbudować swoje własne solo (np. gitarzysta). Traktujmy granie jak rozmowę, by bawić się muzyką. Wtedy podział pomiędzy solówkę a groove będzie bardziej naturalny, bo będzie wynikał z wzajemnej interakcji między muzykami. Czasami zdarza się, że grając z zespołem tak mocno się angażujesz, że sam już nie wiesz, w którym momencie grasz solo (dominujesz), a w którym akompaniujesz innym, budując razem z nimi napięcie ich solówki. To piękne momenty, aż chciałoby się ich więcej.

Solówki godne polecenia według Piotra Pniaka


Tyle zostało już powiedziane, że z pewnością lista najciekawszych solówek byłaby zbyt długa na jeden magazyn Perkusisty.

Real World, koncert Manu Katche z Peterem Gabrielem i Peterem Erskine z płyty "Poet Motion" to dwa różne stylistycznie przykłady, ale dla mnie oba bardzo, bardzo ważne.


Steve Gadd? Pytasz o mojego największego guru? Wszystko, co gra, jest świeże i artystycznie wyśmienite! Esencja czujności, muzykalności, subtelności i stanowczości! Brzmienie i puls opanowane do perfekcji! Temu artyście naprawdę należy się pomnik! (Całkowite przeciwieństwo kilku naszych "dojrzałych", "wszechwiedzących" i nie wiedzieć czemu napuszonych (całkowicie zardzewiałych) perkusistów-jazzmanów.) Wracając do guru! Marzę, by Steve Gadd przyjechał do Polski! Może być np. gdzieś na południu.

Solówki godne polecenia według Jacka Pelca


Dla mnie punktem zwrotnym w czwartej klasie Liceum Muzycznego była solówka Tony Williamsa z koncertowego dwupłytowego albumu supergrupy V.S.O.P. "The Quintet" (Hancock, Shorter, Hubbard, Carter, Williams) w utworze "Birdlike" (kompozycja Freddie Hubbarda). Trafiłem na nią bez uprzedzenia w radiowej Trójce. Słuchałem i zastanawiałem się, ilu tu gra perkusistów: dwóch? Na pewno dwóch! Może trzech? Kto to może być? Ian Paice i John Bonham? Kto jeszcze do kompletu?...

Kiedy redaktor Tomasz Szachowski powiedział, że na perkusji grał jeden Tony Williams, odpadłem i przekierowałem swoje zainteresowania z rocka na jazz. Polecam dobrze skonstruowane z regularnych odcinków solo Steve Gadd’a w utworze Samba Song na płycie Chick Corea "Friends", o którym napisałem pracę dyplomową w Katowicach (ci, którzy słuchali głównie nagrań sesyjnych pop, mogą być zdziwieni wirtuozerią Gadda, zwłaszcza we fragmencie z cowbellem).

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Ponadto solówki Jacka DeJohnette'a na "elektrycznych" płytach Milesa Davisa z początku lat 70. Solówki i całe granie drummerów: Al Foster, Jeff "Tain" Watts, Steve Smith, Peter Erskine… Plus wielu innych na niekończącej się liście płyt, nagrań, koncertów. I tak dalej.

Błędy w solówkach opisuje Jost Nickel


Powiedzmy, że zacząłeś grać solo. Według mnie największym błędem jest granie od razu zbyt dużo rzeczy. Bądź spokojny! Najważniejsze, by wszystko miało swój groove… To robi dobrze dla solówki. Nie zapomnij, że jak grasz solówkę, bardzo silnym przekazem dla słuchacza jest fakt, że perkusista gra tu sam. Graj przez pewien czas swoje, a później zacznij stopniowe zmiany. Grać z oczekiwaniami publiczności jest czymś bardzo dobrym. Żeby jednak tak zrobić musisz powtórzyć parę razy to, co zagrałeś, wtedy publiczność wie, że zmiany będą się pojawiać stopniowo.

Bardzo silnym narzędziem muzycznego wykonania jest dynamika. Graj głośno, graj cicho, rób drastyczne zmiany. Wyjście z bardzo głośnego przejścia w lekki groove robi świetny efekt. Ponadto myślę, że w chwili, gdy dochodzi do improwizacji, zdrowe jest narzucenie sobie restrykcji. Mam tu na myśli kolejny częsty błąd, gdzie perkusiści mają zwyczaj używać całego zestawu przez cały czas. Ogranicz się np. do werbla, stopki z hi-hatem w jakiejś części solo. W innej części używaj tylko tomów i centrali albo tylko werble lub samych talerzy. Nie używaj zawsze całego zestawu. Jeżeli czujesz presję, by zagrać coś naprawdę przesadnie wykwintnego, powstrzymaj się! Presja wychodzi tylko od ciebie samego, nikt z publiczności jej nie wywiera. Jeżeli masz jakąś zagrywkę, którą masz potrzebę zagrać, ponieważ wychodzi ci najlepiej, to zatrzymaj ją na koniec. Zatrzymaj najlepsze na koniec. Zresztą im większe doświadczenie będziesz miał z solówkami tym mniejszą uwagę będziesz przykładał do takich zagrywek. Nie graj solówki, by zaimponować ludziom i nie graj solówki, by zaimponować perkusistom. Graj solo dla wszystkich.

Przykład złych solówek według Piotra Pniaka


Może wymienię nieuwzględnione w solo perkusji elementy dzieła muzycznego? Będzie łatwiej zlokalizować (śmiech). Fakt, czasem wolałbym, żeby pałker solówki nie grał. Bywa, że po fajnym groovie niepotrzebnie sam psuje sobie reputację.

Różne typy perkusistów według Pawła Ostrowskiego


Każdy trochę inaczej podchodzi do grania, inaczej zaczynał i ma jakąś swoją wizję tego, co gra i po co to robi. Oczywiście wszyscy bębnimy dlatego, że to lubimy (a nawet kochamy), ale zawsze też znajdzie się parę innych powodów - jeden lubi hałas, kto inny musi się trochę "wybiegać", ktoś potrzebuje się lekko dowartościować, czy nabrać pewności siebie, gdy jeszcze ktoś podchodzi do grania bardziej zarobkowo…W momencie, gdy mówimy o przyjemności, jaką daje samo granie na bębnach, wszystkie dodatkowe powody, dla których gramy, stają się nieważne, najważniejsze, że robimy to, bo jest to przyjemne!

Niezależnie od rodzaju dodatkowej motywacji do grania, jako perkusiści mamy też pewne cechy i predyspozycje, które będą nas ciągnęły bardziej w stronę ekspozycji własnej (solo) lub ekspozycji "cudzej" (groove), w której będziemy odczuwać większą radość z tego, gdy to inni będą rozwijać prędkość swoich solówek czy melodii na naszych rytmicznych torach, które tworzymy, grając po prostu groove. Tak, jak we wspomnianym wcześniej porównaniu do rozmowy - jeden woli sam dużo opowiadać (solo), a drugi jest na tyle ciekawy opowieści innych, że będzie ciągnął za język rozmówcę (swoim groovem), by ten karmił nas swoim słowem. Oczywiście rozmowa powinna być dialogiem, więc nie można tylko brać, ale też dawać, nawet, jeśli uważnie słuchasz, co mówią (grają) inni. Dużo pełniej można odbierać muzykę w ujęciu energetycznym - dajemy innym energię swoim muzycznym wkładem - w postaci bardziej jednostajnych impulsów o stałej mocy (groove) lub pioruna o wysokim natężeniu (solo) - czasem trzeba dawać stały prąd, by nasz zespołowy pojazd toczył się stabilnie, a niekiedy potrzebna jest burza, gdy zrobi się zbyt duszno i trzeba rozładować nadmiar energii.

Perkusistę można porównać do pojazdu - jeden będzie wyścigowym bolidem, bo kocha ekstremalną jazdę i to, co czuje w sobie w momencie, gdy rozpędza się do maksimum podczas, gdy inny skrajny typ będzie bardziej jakby kierowcą wycieczkowego autokaru, który zamiast pędzić na oślep przed siebie, skupia się raczej na tym, co dookoła, ciesząc się egzotyką podróży, pięknymi widokami dalekich krajów, które jako kierowca - długodystansowiec zwiedza.To, do jakiego typu perkusisty zaliczasz się, wynika - oprócz tego, że z doświadczenia - także z twojej otwartości na muzykę i z tego, co bardziej cię nakręca i inspiruje - twój własny instrument czy inne instrumenty, z którymi grasz. Ja od dawna inspiruję się raczej tym, co "poza" - gram na perkusji, ale to inne instrumenty dają mi najwięcej energii do grania - bas, gitara, wokalistka, energetyczne klawisze, to takie czerpanie energii z zewnątrz, które daje mi siłę do tego, bym ja dawał napęd innym.

W przeciwieństwie do typu perkusisty, który najbardziej inspiruje się brzmieniem swojego instrumentu i tym, co jego własny instrument mu daje. To pewien schemat uproszczony, ale obrazuje prostą zależność - jeśli szukasz inspiracji na zewnątrz, będziesz grał bardziej oszczędnie, tworząc tło dla innych muzyków (groove), zwracając większą uwagę na melodię, harmonię, całość brzmienia utworu. Jeżeli najbardziej inspirujesz się bębnami i tym, co można na nich zagrać, masz większą szansę zostać perkusyjnym "ścigaczem", typem solisty - bardziej sprawnym technicznie i kreatywnym perkusyjnie, ale mniej interaktywnym w graniu zespołowym. Oczywiście oba typy perkusistów są potrzebne - inspiracja "wewnętrzna" (głównie mój instrument) lub zewnętrzna (głównie inne instrumenty). Najlepiej jednak mieć w sobie po trochę z każdego z nich.

Solo w jazzie zdaniem Jacka Pelca


Solo bębnów w muzyce Jazz odgrywa tak wielką rolę jak Gene Krupa, Buddy Rich, Max Roach, Elvin Jones, Tony Williams czy Steve Smith odegrali i odgrywają w świecie perkusji. Niektórzy wielcy perkusiści, wirtuozi, konceptualiści i zarazem kompozytorzy, inspirowali pokolenia drummerów rockowych w latach 60 i 70 XX wieku. Weźmy pod uwagę fakt, że bębniarze jazzowi, a częściowo latynoscy i etniczni odpowiadają w 100% za wybudowanie fundamentów i znacznej części ogromnej konstrukcji grania na zestawie bębnów. Większość dobrych i uznanych bębniarzy, grających gatunki od rockandrollowych do metalowych i ekstremalnych, przyznaje, że stoją mocno na tym fundamencie. W latach międzywojennych jazzowi perkusiści bywali bohaterami filmów fabularnych o tematyce muzycznej. Perkusyjne solo Krupy w utworze "Sing Sing Sing" można uznać za scenę kluczową dla tego gatunku. Tak więc odpowiedź na pytanie można i trzeba rozszerzać o kontekst całej ponad stuletniej historii grania człowieka w pozycji siedzącej na bębnach i talerzach.

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Solo we współczesnej muzyce słowami Pawła Ostrowskiego


Oczywiście wszystko zależy od gatunku, który wykonujemy. Muzyka ekstremalnie ciężka (taka, jak metal), czy ekstremalnie lekka (taka, jak jazz) od zawsze obfituje w efektowne solówki i gęste partie instrumentalne. We wszelkich bardziej "środkowych" nurtach, perkusja ma już bardziej za zadanie dawania napędu, a w epoce produkcji studyjnej, w której żyjemy, często sami musimy uczyć się swojej partii, którą wymyślił i wyprodukował ktoś za nas (czyt. Pan Producent Muzyczny). W takich sytuacjach solówka to już ukłon w naszą stronę, który pojawia się podczas koncertu live - krótka chwila, by bardziej poczuć żywego człowieka za instrumentem perkusyjnym - nawet w muzyce popowej przearanżowuje się kawałki tak, by koncertowo zabrzmiały potężniej, by dać wykazać się perkusiście, dać mu się bardziej spocić. Nawet, jeśli publiczność nie rozumie tego, co gra perkusista to i tak ludzie czują tę "kumulację" rytmu, wiedzą, że to jest ta bardziej intensywna chwila, że to ten moment rytmicznej eksplozji. I to właśnie granie live, a nie hermetycznie wyprodukowane w studio utwory dają nam, perkusistom, możliwość bardziej twórczego wykazania się, bo nie dość, że gramy z własnym feelingiem to, co wcześniej zostało starannie stworzone z dbałością o każdy szczegół (groove) to jeszcze ktoś pozostawia nam tę niedomkniętą furtkę w postaci solówki, którą możemy zagrać już dużo bardziej po swojemu i na spontanie.

Solo w profesjonalnym zespole coverowym według Łukasza Chmielińskiego


Granie coverów rządzi się swoimi prawami. W Antyradio Coverband staramy się w większości utworów trzymać oryginalnych form - bardziej lub mniej. Są to utwory rockowe o konkretnej strukturze i zamkniętej formie i nie ma w nich miejsca na typowe solowe popisy na bębnach. Mimo to w naszym repertuarze mamy garść numerów, które traktujemy dość swobodnie w porównaniu do pierwowzoru. W tych przypadkach, często na zasadzie jam session, w trakcie wykonania dochodzi do czegoś w rodzaju solówki na bębnach. Uzależnione jest to głównie od rodzaju sceny i usposobienia chwili. Na tego typu luźne wykonania pozwalamy sobie na małych, klubowo-knajpianych graniach. Jeśli akurat w danym momencie jako zespół czujemy, że całość "niesie" i jest ten rodzaj energii i luzu, to wychodzi to spontanicznie. Nie mamy utworów, w których z góry ustalone jest, że tu "wypuszczamy" bębniarza, a tu basistę.

Jeśli chodzi o same solówki bębnów to nigdy nie pozwalamy sobie na duże, otwarte formy. Osobiście nie jestem fanem tego typu showmańskich popisów. Zdecydowanie ciekawsze są dla mnie solówki perkusji grane w kontekście utworu. Z określonymi ramami i zachowanym pulsem. Jeśli pozwalamy sobie na solo perkusji to właśnie na zasadzie wypuszczenia bębniarza w jakiejś instrumentalnej części utworu. Taka solówka wymaga od perkusisty wykazania się przede wszystkim muzykalnością, a nie tylko warsztatem, technicznymi patentami i czopsami. Solówka grana w kontekście utworu, z całym zespołem, nie musi być wyczesana czy super szybka, aby była interesująca. Czasem najprostszy zabieg zagrany z muzykalnością ma zdecydowanie lepszy smak niż obłędna ilość dźwięków grana w tempie 300 bpm.

Różnice w solo na akustyku i elektryku opisuje Mariusz Mocarski


Tu przypominają mi się grania muzyki tradycyjnej, z gruntu akustycznej, którą wykonywałem na zestawie elektronicznym. Spowodowane to było koniecznością gry w dynamice nieprzekraczającej mezzoforte. Mogłem wtedy poszaleć w solówkach do bólu, wykorzystując wiele perkusyjnych barw tamburynów, cowbelli, dzwonków itd. Po koncercie widownia zamiast spieszyć z gratulacjami soliście, tłumnie zbierała się wokół mojego zestawu w celu sprawdzenia "jak ja to robię" (śmiech).

Patrząc globalnie, śmiem twierdzić, iż więcej będzie w grze na tych dwóch rodzajach perkusji podobieństw niż różnic. Posiadając i wykorzystując świadomość muzyczną, odpowiednią technikę i kreatywność zaciekawimy i zafascynujemy słuchacza zarówno na akustyku, jak i zestawie elektronicznym czy hybrydowym. Warto jest więc mieć gdzieś pod ręką kawałek elektroniki, którą w odpowiednim miejscu i momencie będziemy mogli z sukcesem wykorzystać!

Artykuł przygotowany przez zespół redakcyjny magazynu Perkusista

Jacek Pelc - autor wywiadów i felietonów, redaktor prowadzący dział Warto Zobaczyć?, ekspert w magazynie ds. muzyki jazzowej
Mariusz Mocarski - autor serii wywiadów, dotyczących perkusji hybrydowych
Dr Piotr Pniak - autor licznych testów, felietonów, redaktor prowadzący dział Perkusyjny Kącik Studyjny, autor szkoły KreAktywnie czyli kreatywne ćwiczenia na zestaw perkusyjny
Tomasz Łosowski - autor testów, szkół i serii warsztatów Poszukiwanie Pulsu
Paweł Ostrowski - autor serii warsztatów Ghostbuster i Pod Lupą oraz działu Kobiety Do Garów I i II
Łukasz Chmieliński - ekspert ds. transkrypcji, autor testów i redaktor prowadzący dział Zagraj To
Jost Nickel - najnowszy, niemiecki nabytek w magazynie, autor szkoły Jost Nickel Workshop
Maciej Nowak - redaktor naczelny

Artykuł ukazał się w numerze lipiec/sierpień 2015.





Pozostałe

Słuch perkusisty

Dodano: 29.11.2016

Tak, jak większość z was, uwielbiam delektować się dźwiękami bębnów i talerzy (barwa, częstotliwość).

czytaj dalej

Maciek Gołyźniak w studio

Dodano: 22.11.2016

Wiesz, będę nagrywał ciekawą sesję… - powiedział przez telefon Maciek Gołyźniak. I tak od słowa do słowa doszliśmy w redakcji do wniosku, że nie ma mowy, by zostawić ten temat jedynie falom radiowym i koniecznie trzeba się podzielić z czytelnikami całym przedsięwzięciem. Dlaczego? Kończąc niniejszą relację każdy z was będzie znał odpowiedź.

czytaj dalej

Osobowości polskiego rynku perkusyjnego

Dodano: 12.10.2016

W rozmowach o polskim rynku perkusyjnym często posługujemy się nazwami firm, producentów, sklepów czy też dystrybutorów. Za każdą firmą stoją jednak ludzie z krwi i kości i to od nich zależy, jak wygląda nasza perkusyjna codzienność.

czytaj dalej

Perkusiści - wokaliści

Dodano: 15.09.2016

Na przestrzeni lat, wielu perkusistów kusiło złapanie za mikrofon i zaśpiewanie piosenki.

czytaj dalej

Z wizytą w fabryce Remo

Dodano: 17.06.2016

Jest to jeden z najbardziej znanych producentów sprzętu w świecie perkusji. Marka, która łączy nie tylko stylistyki muzyczne poprzez różnorodność swoich artystów, ale również łączy ze sobą chyba wszystkich producentów bębnów na świecie. 

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama