Niedaleko pada jabłko od jabłoni, chociaż tym razem mamy owoc o wyjątkowo ciemnym zabarwieniu.

" /> Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Black Sabbath - Headless Cross

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, chociaż tym razem mamy owoc o wyjątkowo ciemnym zabarwieniu.

Nie jest to jednak zgnilizna, ani nawet ślad po obiciu - soczysty, ciężki, rasowy hit, klasyka w czystym wydaniu, ale… o tym za chwilę.

W ostatnim odcinku omawialiśmy przebój Ozzy Osbourne’a. Tym razem, by ukazać pokrewieństwo gatunkowe prześwietlimy utwór "Headless Cross" w wykonaniu grupy Black Sabbath, z którą - jak wiemy - Ozzy miał także przyjemność. Tym razem jednak nie on, lecz Tony Martin na dźwiękach paszczowych i wyjątkowy utwór o szczególnie czarnym… scenariuszu. Tak jednak, jak czarny humor nijak ma się do czarnej polewki, tak i nasze muzyczne poszukiwania dalekie będą od jakiejkolwiek mistyki i obrzędów opisywanych przez górnolotnie utkany tekst. Jak zwykle oddajmy się muzycznej wędrówce szkłem lupy powiększającej - nie szukamy tu bowiem książkowych sensacji, ale cennej treści, którą my-perkusiści możemy zaczerpnąć. Z kawałka, który wcześniej gdzieś może przemknął nam bokiem, a może nawet nie było okazji, by spotkać się z nim wcześniej.

Dzisiejszy utwór jest żywą legendą dla wielu fanów oddanych stylistyce heavy metal. Prawie tak stary, jak redaktor tego cyklu (tytułowa piosenka płyty wydanej w 1989), stary, ale… jary… (Utwór? Redaktor? Zależy kto pyta...).

Jak zwykle chciałbym ci dziś przekazać cenne treści, których doszukałem się w opisywanej piosence. Coś nieco innego, interesującego perkusyjnie i muzycznie. Być może zdążyłeś mnie już znienawidzić, że raczej rzadko omawiam młyny i czopsy, to, co efektowne, szybkie i błyszczące... Są od tego lepsi, poza tym - jeśli szukasz fajerwerków, to i tak je znajdziesz. Czasem jednak może umknąć coś, co dużo cenniejsze muzycznie, a nie tak widoczne, ukryte między wierszami. Skupmy się teraz na muzycznej treści, by wyczytać to, co nieraz niedopowiedziane, a opisu warte. Utwór, jak wiele poprzednich naszego cyklu, imponuje konsekwencją, a Cozy Powell - niczym wytrawny matematyk - buduje podziały i przejścia wynikające z siebie, jakby sterowane jakimś muzycznym algorytmem.

Zacznijmy od początku - pierwsze uderzenie od razu narzuca energetyczną ramę podziału - rytmu, który napędza intro, jak też z lekką modyfikacją buduje strukturę zwrotki - Przykład 1.

Jednym z głównych bohaterów naszego "serialu" jest dziś zagęszczony hi-hat - figura bardzo przydatna i często wykorzystywana w wielu standardach muzyki rozrywkowej - ósemka + dwie szesnastki - z początku trudna, z czasem bardzo ułatwiająca praca ręki, która zagęszcza podział i jest dobrą alternatywą między rzadszym graniem ósemkowym, a gęstym szesnastkowym (które ciężko byłoby ugrać jedną ręką w szybszym tempie).

Przyjrzyjmy się strukturze zagęszczonego hi-hatu. Poza dodaną stopą w takcie 2gim, możemy wysłyszeć drobną zmianę, która - wcale nie przypadkiem - powtarza się w takcie 4tym - dwie szesnastki zastąpione zostały przez dyskretne, ale konsekwentne otwarcie hi-hatu. Dlaczego tak? Open hi-hat ujrzymy też w dalszych momentach piosenki, zwłaszcza przed fillami - oznacza to po prostu dodatkowy zastrzyk emocji, który wskazuje, że zaraz wydarzy się… coś więcej... Fill, crash - wystarczy zamienić dwie szesnastki na otwartą hi-hatem ósemkę i już czujemy, że coś się za moment stanie... (To tak, jak wtedy, gdy pojawia się dramatyczna muzyka w "Klanie", co sugeruje, że za moment Ryśka - gdy jeszcze żył w serialu - spotka jakaś przykra niespodzianka).

Zabieg ten sprawdza się świetnie w wielu sytuacjach. Gdy grasz gęsto, zamień szesnastki na ósemkę i otwórz hi-hat. Nie musisz wcale zaraz po tym zagrać filla lub przejść na mocniejszą dynamikę. Właśnie to, że otworzysz, odpuścisz, po czym znów powrócisz do stanu pierwotnego (gęściej) będzie naprawdę intrygującą "grą emocji", którą karmisz słuchacza, co chwila zapowiadając, że coś się może stanie (open)… A tu nic takiego, zamiast oczywistego przejścia po otwarciu, które czasem aż się prosi, po prostu wracasz do podziału bazowego. To jak droczenie się z muzyką, muzyczny flirt - sugerujesz coś, co nieuchronnie ma nadejść, a tu… znów nic. Ten schemat bardzo mocno napędza drive, podgotowując emocje i muzyczną energię. Tego typu smaczki można wysłyszeć chociażby u wielkich drummerów sesyjnych (np. Steve’a Gadd’a). Niejednokrotnie słuchając go myślałem sobie: - O, teraz już bym dał przejście, o, i tu też, i … ech… To właśnie prawdziwie nakręca, buduje napięcie.

Występujący w czwartym takcie Przykładu 1 fill pojawia się wielokrotnie w utworze - tak w intro, jak w zwrotkach i refrenach - naprzemiennie zagrany werbel + tomy ( PLPLPLP ), które w zmyślny sposób zostają później wydłużone do całego taktu - Przykład 2.

Dłuższe wypełnienie, więc i… nabudowanie emocjonalne otwartym hi-hatem w 3cim takcie też dłuższe, bo zamiast jednego mamy tym razem dwa uderzenia w open hi-hat. Cała sztuka tak długiego przejścia szesnastkowego na werblu leży w odpowiedniej artykulacji - właściwa dynamika, siła wyrazu… i świetnie sprawdzające się dwa finalne uderzenia w tomy ( PLPL PLPL PLPL PLP ). Ciekawie kontrastującym jest podział refrenu - już nie hi-hat, lecz ride, nie gęsty, lecz rzadki (ósemki), co się jednak zmieniło dla zachowania równowagi? Pojawia się za to gęsta stopa, która w zwrotce była grana lakonicznie i wybiórczo - Przykład 3.

Mamy więc "coś za coś" - rzadziej ręka, za to gęściej stopa. Grając ósemki na ridzie warto też wspomnieć o tym, jak to robić.

Jeśli chcemy je wyeksponować, nadając rytmowi większą siłę wyrazu, możemy ósemki wybijać na bellu tak, jak w nagranym przeze mnie przykładzie audio (celowo nie mówimy o akcentowaniu którejkolwiek z ósemek, tylko bijemy wszystkie tak samo głośno). Jeśli budujemy bardziej stonowaną strukturą na ridzie, użyjemy raczej zwykłych uderzeń w środek talerza - nie będą może tak przenikliwie napędzać groove’u, ale nie będą też nazbyt inwazyjne.

W prezentowanym przykładzie nagrałem ósemki na bellu rida, podkreślając - tak, jak w nagraniu - mocne części 1 i 2 taktu refrenu (wg zapisu) crashem na 4 (razem z werblem).

Podsumowaniem opisywanego kawałka niech będzie fragment solówki gitarowej - baza podziału refrenu - gęsta stopa, ride i… coś, co stanowi kompromis pomiędzy zwrotką a refrenem - gęstym, a rzadkim… Bo oto perkusista łączy ósemkowe nuty z wrzucanymi co trochę szesnastkami w mało, jak się wydaje, konsekwentny sposób, po prostu na wyczucie, tak, jak poczuje, tak, jak go poniesie, no bo przecież muzyka to dużo więcej niż matematyczny algorytm i wzór, który opisze wszystko od A do Z.

I nawet w najbardziej misternie zaplanowanym schemacie utworu zdarzy się coś pomiędzy - to coś to właśnie ludzkie emocje i wyczucie smaku, które pozwala nam stworzyć coś jeszcze innego, nie do końca opisanego i zdefiniowanego. To ten moment, gdy tak, jak gitarzysta podczas swojego solo, swobodnie odpłyniemy w swoją krainę zapomnienia... No właśnie - mało brakowało a zapomniałbym się pożegnać dziś z Tobą… Żegnam.

Paweł Ostrowski

Reklama