Witaj po wakacjach! A właściwie to zaraz… Czy muzycy mają w ogóle wakacje? A jeśli tak, to czy aby na pewno w… wakacje?

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Lenny Kravitz - Fly Away

Witaj po wakacjach! A właściwie to zaraz… Czy muzycy mają w ogóle wakacje? A jeśli tak, to czy aby na pewno w… wakacje?

W końcu weekend to dla nas raczej środek tygodnia niż koniec, podobnie, jak roboczogodziny zwykle wyrabiamy o innych porach niż sąsiedzi, krewni, znajomi na etatach…

Nie wiem, jak ty, ale ja poczułem te swoje wakacje i to dosłownie - nie dość, że na własnej skórze, zapominając, że w południowym klimacie słońce bywa dużo bardziej intensywne, ale poczułem je też w sposób muzyczny, choć to nie miejsce, by pisać, gdzie i z kim. W każdym razie zaznałem też wielu uroczych chwil, związanych z integracją muzyczną, przekazywaniem sobie wiedzy i umiejętności i to bardzo cieszy, że w epoce tak multimedialnej, jak dziś, są ludzie, którzy z ochotą jeżdżą na warsztaty muzyczne, hołdując w ten sposób tradycji imprez tak legendarnych, jak choćby 25-lecie warsztatów Blues Nad Bobrem.

Ale to, co dodało moim wakacjom jeszcze większej intensywności, to zupełnie nowa forma naszych spotkań, bo oto właśnie masz przed sobą już nie tylko opis i nagrania mp3, ale także film video! Przyznam, że oswajam się z kamerą trochę jak rycerz Króla Artura, któremu nagle kazano korzystać z bankomatu, ale… jeszcze kilka spotkań i będę czuł się swobodnie, jakbym - co najmniej - grał w "Klanie".

No dobrze, a teraz już poważnie, w końcu zaczął się nowy rok szkolny… Tym razem zajmiemy się utworem, który osiągnął już niemal swoją pełnoletniość, nagrany w roku 1998, jeden z największych hitów Lenny’ego Kravitza - "Fly Away".

Przyznam, że podchodząc wnikliwie do tematu zacząłem przeglądać YouTube, by bliżej zapoznać się z wykonawcami tego utworu - perkusist(k)ami, grającymi z Lenny’m na koncertach, ale też z mniej lub bardziej znanymi YouTube’rami (zwanymi też Youtubersami), grającymi do piosenki. Im dłużej poszukiwałem, tym bardziej coś nie dawało mi spokoju, coś dziwnego, co trochę jakby mi nie grało, ale… o tym później. Całkiem niedawno spora część z nas mogła cieszyć się koncertem Lenny’ego w naszym kraju, choć z drugiej strony zdecydowana większość muzyków w weekendy… jednak pracuje.

Na pewno muzyka live robi gigantyczne wrażenie, nieporównywalne z żadną wersją płytową odtwarzaną na najlepszym sprzęcie audiofilskim, zaczniemy jednak od bazy - studyjne nagranie, z którego możemy kojarzyć charakterystyczny dla utworu podział - Przykład 1:



Gęsto utkany groove obfituje w pompującą stopę, mocno napierającą rytm "do przodu", napędzające upbeat’y na werblu (szesnastkę przed każdym "raz" i "trzy") oraz idący do przodu z maszynową konsekwencją hi-hat - niepohamowany i niewzruszony kolejnymi frazami utworu - motorycznie bezwzględny, precyzyjnie wpasowany, przenikliwie posuwa podział do przodu tak, jak czołg, który nie zważając na przeszkody, po prostu kroczy swoją wojenną ścieżką - nieważne, czy ma przed sobą idealnie równe klepisko, porośnięte zbożem pole, czy starą drewnianą altanę wuja - czołg przecież nie cofnie się przed niczym! Podobnie, jak hi-hat w utworze - raz nakręcony toczy się do samego końca.

Zwróćmy uwagę, że hi-hat (grany jedną ręką) jest z założenia grany w sposób bardzo "surowy" (także na koncertach), bez zbędnego akcentowania, bez otwierania, a już o zagęszczaniu nie mówiąc! To po prostu ma być rock and roll - siła w prostocie i konsekwencji. W drugim takcie pojawia się też więcej werbla - szesnastka po "2" i szesnastka przed "3", które grane są w zasadzie jako ghosty, ale też bez nadmiernej dbałości o ich subtelność, balansując trochę na granicy uderzeń o normalnej głośności.

Ponieważ wersja studyjna utworu jest dość mało czytelna (prawdopodobnie celowość produkcji), dobrze jest też odnieść się do wersji koncertowych, a te potrafią nieco zdziwić. Oto jedna z nich - Przykład 2:



Co się okazuje - tak rozemocjonowane scenicznie wystąpienia live Lenny’ego Kravitza wcale nie przekładają się na "dzikość" garowych - moglibyśmy spodziewać się gęściej, więcej, z większą siłą wyrazu (open hi-hat, więcej blach …), a tu nic - wciąż stały groove, na koncertach wzmocniony często jedynie przez trigger werbla lub loop, odzywający się na 2 i 4. Poza tym - hi-hat tak mechaniczny i niezmienny, jak w wersji płytowej, no i jakby tego było mało - stopy jeszcze mniej niż w oryginale!

W tym momencie aż chciałoby się napomnieć nadwornych perkusistów naszego gwiazdora… Dlaczego oni grają tylko tyle? Czemu nie wstawią choćby paru efektownych chopsów, które w tym tempie usiadłyby przecież aż miło? Czyżby nie dbali o ilość wyświetleń na YouTube? Faktycznie, wspomniani wcześniej Youtubersi biją niekiedy rekordy oglądalności granych przez nich coverów, nie mówiąc już o ilości subskrybentów, które niekiedy dochodzą do setek tysięcy! A ta - nie oszukujmy się - zawsze wzrasta, gdy zagrane jest bardziej efektownie, najlepiej na wielkim zestawie, okraszając całość paroma sztuczkami pałkowej żonglerki.

Oczywiście dla nas bębniarzy jest to piękne - więcej, obficiej, tłuściej, ale co na to bandleaderzy? Hm… To już zwykle zupełnie inna bajka.
Zwróćmy uwagę na pracę stopy - jej rozmieszczenie w dalszym ciągu podkreśla charakterystyczną linię basu - dwie ósemki na początku taktu, szesnastkowe wyprzedzenie przed "4" oraz akcent na szesnastkę po "4" - akcenty przed "1" i "3", zamienione na ghosty i jedynie sporadycznie występujące (przed refrenem) wypełnienie szesnastkowe (oburącz werbel i floor tom), słowem - umiar, prostota i w dalszym ciągu elegancja.
Bywa też, że wersje koncertowe podziału są uproszczone do absolutnego minimum - Przykład 3:



Dwie stopy grane ósemkowo, znany nam doskonale hi-hat oraz werbel, który zachowuje swoją gęstość w kontekście akcentów na 2 i 4 oraz upbeatów (takt pierwszy).

Co daje takie uproszczenie rytmów? Na pewno w ujęciu żywiołowości muzyki Kravitza jest to upakowanie jakby większej energii w mniejszą ilość nut, które gramy - tak, jakby sztucznie zbliżyć do siebie atomy radioaktywnego uranu i skupić energię w niewielkiej przestrzeni o powierzchni główki od szpilki - potężny ładunek, który emanuje swoją mocą, przyczajony trochę jak tykająca bomba zegarowa.

Artyści tacy, jak Lenny, czy omawiany już kiedyś Michael Jackson, są sami w sobie kipiącą energią scenicznej lawy, w związku z tym sekcja musi trzymać tę energię w garści, tonując raczej swoją wylewność i nadmierny temperament. Oczywiście uproszczenie podziału daje też możliwość większego zagęszczania go później (takt drugi Przykładu 3), bo jak mówi znana nam zasada - dodać można zawsze, a gdy już zaczniemy dużo, później już nie będzie z czego budować.

Kończę pisać te słowa, oglądając kolejny teledysk Lenny’ego. Siedzę przed komputerem z kolejnym kubkiem kawy. Szyja zgarbiona, oczy podkrążone… No cóż, mimo wszystko jednak wolałbym grać na takich scenach dla takich tłumów, zamiast siedzieć przed komputerem i troszczyć się o swoich subskrybentów… Może więc czasem lepiej zagrać mniej dla większej publiczności niż więcej dla pojedynczego internauty, nawet gdy jest ich milion i każdy pije te swoje kawy, siedząc przed swoim komputerem, zamiast być zupełnie gdzie indziej - na prawdziwym koncercie? Może…

Paweł Ostrowski

Lekcja ukazała się w numerze wrzesień 2015



Reklama