Czy artysta musi zawsze cierpliwie czekać w kolejce?

" /> Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Taylor Swift - Shake It Off

Czy artysta musi zawsze cierpliwie czekać w kolejce?

Czy aby go docenić musi upłynąć dekada lub dwie, a może to czasy komuny przyzwyczaiły nas do stania i czekania aż… nadejdzie (lub nie) nasza kolej? Każdy młody muzyk doświadczył chyba tej goryczy "pierwszeństwa starszaków" - czy zasłużę sobie kiedyś na to, by i o mnie mówiono, by słuchano? By grać tu czy tam? Zazwyczaj w tym dziale opowiadam o wybitnych dokonaniach wiekopomnych klasyków muzyki.

Wyciągam z nich to, co cenne, fascynujące, to, co ponadczasowe… Ale czy młode twarze showbiznesu muszą być skazane na niedocenienie za życia przez tzw. ludzi ambitnych, tylko dlatego, że są tak młodzi i… tak popularni? Często wprawdzie sam nakład finansowy powoduje, że artyści modni po prostu są wszędzie, ale gdyby na moment zapomnieć o tym niewdzięcznym medium płatniczym, wynalezionym przez Fenicjan… Trzeba jednak przyznać, że czasy kiczu już raczej mamy za sobą, więc jak już się coś promuje - przynajmniej na Zachodzie - to jednak najpierw musi być treść, umiejętności. A że opakowanie sto razy bardziej błyszczące… No cóż. Można by wreszcie powiedzieć, że to, co komercyjne, już odebrało swoją nagrodę, mając tak wielu fanów czy miliardy wyświetleń na YouTubie. Myśląc tym trybem trzeba przyznać, że nierzadko interesuje nas to, co we współczesnym świecie niedoceniane, bardziej niszowe, nie tak oczywiste…

Pamiętam moje własne fascynacje Poluzjantami, Steve Colemanem czy grupą D’Sound i to poczucie, że to "mój zespół", sam go odkryłem… Późniejsza popularność odebrała mi jakby "wyłączność" na wykonawcę - czułem się z czasem jakby moja "muzyczna miłość" już nie była moja, bo zaczęła gościć w domach i autach moich kolegów i znajomych… Na szczęście jednak nasz szacowny magazyn nie jest instytucją charytatywną, by promować tylko tych spoza samej góry muzycznego świecznika. Bo i z drugiej strony, jeśli dziś ktoś jest niszowy lub nie tak powszechny, to czy było tak i lata temu, w czasach jego kulminacji? Może wtedy też było to szczytem komercji, tyle, że po czasie dopiero nabrało szlachetności?

Po co więc czekać latami, skoro już teraz możemy pochylić się nad tym, co tu i teraz. Wbrew dotychczasowym zasadom "Lupy", tym razem coś, co nie dość, że charakterystyczne rytmicznie od pierwszego taktu, oryginalne, nieoczywiste, ale i jak najbardziej współczesne - Taylor Swift w piosence prosto z radia - "Shake It Off".

Dla wielbicieli tropikalnych puszczy dźwięków mam znów złą wiadomość - rytmiczna pustynia piosenki z pewnością nie zadowoli całej rzeszy żądnych prędkości (rąk lub/i nóg) i tryskających młodzieńczym testosteronem perkusyjnych szaleńców. Właściwie można by rzec, że prawdziwym szaleństwem jest podział tak rzadki dźwiękowo, zwłaszcza w orkiestrację prawej (hi-hatowej) ręki, ale i co ciekawe - ten pustynny niedostatek dźwięków naprawdę mocno napędza!

Nie ma co dłużej trzymać się wspólnie w napięciu, przyjrzyjmy się bazie rytmicznej, tworzącej praktycznie cały kawałek - Przykład 1:


To, co od razu rzuca się w oczy i uszy to charakterystyczne dla utworu otwarcie hi-hatu na raz, pojawiające się co dwa takty oraz brak hi-hatu, granego ręką… Zamiast niego mamy dźwięki, które najtrafniej możemy ocenić jako odgłos uderzanych o siebie pałek (zaznaczyłem je jako puste w środku trójkąty). Dla uproszczenia podział zapisałem dwutaktowo, jednak trzeba dodać, że co dwa takty (czyli w czwartym takcie frazy) następuje wymiana ostatniego "trójkąta" (na 4i) na stopę.

Zawsze pracując nad dopieszczonym produkcyjnie w studio kawałkiem, zadaję sobie pytanie: jak odwzorować oryginalne brzmienie, grając utwór na żywo i to na akustycznym zestawie? Bo i owo klikanie o siebie pałek można oczywiście wykonać, ale obawiam się, że może ono nie być dostatecznie dobrze czytelne (słyszalne), a niekoniecznie powinniśmy liczyć na to, że overheady zbiorą nam sygnał "trójkątów" odpowiednio głośno. Dlatego najlepiej wspomóc się brzmieniem dodatkowym - elektroniczne sample odpalane z jakiegoś pada albo po prostu zamiana dźwięku pałek np. na uderzenie w obręcz tomu (ręka hi-hatowa) albo hi-hatu (zwłaszcza, jeśli mamy drugi, boczny hi-hat).

Obsługując nasze charakterystyczne stick-dźwięki ręką hi-hatową, warto dokonać małej, acz istotnej zmiany - hi-hat otwierać na "raz" ręką werblową - będzie dużo łatwiej zdążyć na "raz" trzeciego taktu, gdy zaczyna go ręka werblowa, w przeciwnym razie musielibyśmy szybko przerzucać rękę z 4i na "raz" - z jednej strony zestawu (odległy dalej pad albo tom) na drugą (hi-hat).

W muzyce popowej zawsze fascynowało mnie to tzw. drugie dno. Pomijając to, że dla niektórych pop to w ogóle dno (a uważam, że niesłusznie), to często dopiero dokładniejsze wsłuchanie się w szczegóły pozwala odkryć coś jeszcze. To taka szczypta soli, która zmienia nieco smak, dobarwia całość gdzieś w oddali, mimo, że ledwie wyczuwalna. Taką subtelną przyprawą jest kolejny perkusyjny niuans, przemykający się już w drugiej zwrotce prawie niezauważalnie, niczym Szpieg z Krainy Dreszczowców - Przykład 2:

Karrramba… Znowu jakieś kombinacje… Brzmienie instrumentu przypominające nieco cowbell, stąd oznaczyłem go jako zamalowany trójkąt.
Tych kilka uderzeń tworzy jednak zupełnie nową przestrzeń (zwłaszcza, jeśli rozłożymy sobie w panoramie oba brzmienia instrumentów - oba trójkąty - co oczywiście nie stanowi problemu, gdy wyzwalamy brzmienia z elektronicznego modułu).

W tym wypadku to już raczej nie mamy wyjścia i wszystkie "dodatki" musimy wykonać ręką hi-hatową, tym łatwiej więc nam będzie, gdy używamy w tym celu padów syntetycznych, bo odległość między nimi może być znikoma). Bardzo ciekawie taka kombinacja ("trójkątów") zabrzmi też na tomach, gdy dajmy na to, dźwięk zasadniczy będziemy uzyskiwać na floor tomie (trójkąt pusty), a wspomagać się będziemy uderzeniami w inny tom (trójkąt pełny).

Przy okazji omawiania utworów z gatunku pop-produkcji, zachęcam oczywiście jak zawsze do zabawy i eksperymentowania - co jak zabrzmi i na czym. Fajnie jednak, gdy umiemy też oddać najbardziej zbliżone brzmienie, a później dopiero bawimy się w kombinacje niż na odwrót. Specyfika grania na zestawie akustycznym utworów naszpikowanych syntetyką to temat trochę niewdzięczny i niewygodny. To trochę tak, jakby udawać przed policjantem, że się nie wie, dlaczego zatrzymał nasz samochód… Z jednej strony czasem lepiej zagrać absolutne minimum (w przypadku tego utworu - stopa, werbel i open hi-hat na "raz"), a resztę dopuszczać w loopie, no, ale z drugiej strony - gdzie tu kreatywność! Stąd też rozkładamy sobie podział na różne instrumenty, szukając brzmienia pierwotnego, ale już na swój własny sposób (czy kreatywność sprawdzi się w czasie kontroli drogowej? Nie odpowiem ci, żebyś nie miał później do mnie pretensji…).

Idąc drogą bardziej twórczą, spróbujmy teraz pochylić się nad drugą częścią bridga rytmicznego, w którym pojawiają się syntetyczne klapy, dogrywane w konkretnych miejscach do werbla na 2 i 4. Przykład 3:


"This sick beats" podkreślany jest przez dodanie syntetycznych uderzeń (2i, 4i), wzmacniających siłę werbla na 2 i 4. Niebanalna wydaje się też częstotliwość dźwięków - zwróćmy uwagę, że klapy nie występują po każdym werblu, ale zgodnie z opisanym schematem, w pierwszym takcie następuje "odpuszczenie" podbicia po werblu na 4, a w trzecim nie podbija się ani ósemkę po 2, ani po 4, podobnie w czwartym takcie podbija się tylko na 2i.

Jak można odwzorować syntetycznie podbicia na zestawie? Najlepiej zrobić to ręką werblową, bo chociażby ostatnie uderzenie w drugim takcie - na 4i - uniemożliwia zagranie jednocześnie ręką hihatową na padzie dźwięku imitującego pałki, jak i syntetycznego klapa. Najprościej będzie zagrać owe podbicia jako ghosty albo też przekładać rękę z werbla na drugi werbel lub umieszczony od strony werbla pad. W takich miejscach, jak to, korci nas też, żeby jednak użyć jakiejś gęstszej regularności - świerzbi aż rączka, by choć w tym bridge’u zagęścić podział do ósemek granych na hi-hacie… A że świerzbi to nawet i dobrze, bo czasem delikatne swędzenie - jeśli podyktowane chęcią muzycznej inspiracji, a nie chorobą skóry - może nam wyjść tylko na dobre.

Życzę ci takich zdrowych odruchów, jak to, gdy nagle stwierdzamy, że nie będziemy już dłużej czekać i zagramy po swojemu - o to przecież chodzi, by poznać utwór na tyle dobrze, by bez skrępowania dodawać coś od siebie!

Paweł Ostrowski

Lekcja ukazała się w numerze listopad 2015





Reklama