Raz, dwa ... i tyle! Bo czy trzeba upierać się, że to do trzech razy sztuka? A co jeśli znamiona artyzmu czujemy licząc tylko do dwóch?

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Blur - Song 2

Raz, dwa ... i tyle! Bo czy trzeba upierać się, że to do trzech razy sztuka? A co jeśli znamiona artyzmu czujemy licząc tylko do dwóch?

"Dwa razy nie będę powtarzać", "Na dwoje babka wróżyła", czy jak śpiewał przed laty Phil Collins "Oh, Think Twice..." choćbym nie wiem jak długo się zastanawiał dlaczego akurat cyfra dwa króluje w opisywanym dziś utworze, muszę przyznać, że po prostu nie wiem... "Song 2" zespołu Blur zbudowany niczym tajemne algorytmy prastarych magów mrocznej numerologii - dwie zwrotki, dwa refreny, drugi utwór na płycie i wydany jako drugi singiel albumu "Blur", a jakby tego było mało - trwa ni mniej ni więcej, tylko ... uwaga uwaga ... dokładnie 2 minuty i 2 sekundy. Wow, cóż za misternie uknuty plan i w dodatku wydaje się być dużo skuteczniejszy niż znany co starszym czytelnikom "plan" Egona Olsena z serialu komediowego sprzed laty "Gang Olsena". Czy uda nam się podwoić zdziwienie doszukując się jeszcze ciekawszych - perkusyjnych - treści?

Co takiego niezwykłego odnajdziemy w utworze, który nie tylko przez lata utrzymywał się w czołówce brytyjskich, jak i amerykańskich list przebojów? Bo jak niektórzy pewnie wiedzą utwór "Song 2" wykorzystano też w grach "Fifa 98", "Road To World Cup", jak i w kilku reklamach.

I znowu przyznam, że jeszcze nie wiem jaką to tajemnicę kryje w sobie grudniowy nasz przebój, ale to jest właśnie najprzyjemniejsze - zaczynamy poznawać utwór, powoli się w niego wgryzamy - nuta po nucie, dźwięk po dźwięku i z jednej strony kawałek zaczyna coraz bardziej nas kręcić i bujać (zgodnie z maksymą, że "mnie to się podobają piosenki, które już raz słyszałem"), a poza tym nagle to co proste okazuje się całkiem sprytnie zaplanowane, przemyślane i nieprzypadkowe...

Zobaczmy jak to będzie tym razem ... Brytyjski Blur to kolejny przykład kapeli, która jeńców nie bierze, raczej nie skłania nas do głębszych refleksji i metafizycznych uniesień. To za to czego nam nie zbraknie to solidna dawka adrenaliny i dających radość endorfin, a więc konkretny - britpopowy i indierockowy - łomot, który opiera się na prostym, powtarzającym się - choć wcale nie do znudzenia - riffie gitary.

Już pierwsze takty rytmu przykuwają uwagę, bo niby wszystko takie proste i oczywiste, ale coś tu jednak jest inaczej ... - Przykład 1:

Zamiast zwyczajnie na hihacie, prawa ręka "ósemkuje" na obręczy floor toma. Zauważmy też, że uderzenie w tom na 4i wcale nie wydaje się być przypadkowe - jest raczej zamiennikiem stopy, którą najpewniej zagralibyśmy w tym miejscu, w typowym rytmie rockowo/bigbeatowym ze stopą na 4i właśnie. Użycie tomu zamiast stopy jest o tyle ciekawe co i nietrudne technicznie, skoro ręką hihatową gramy na tomie bocznym, "otwierając" tym samym dostęp ręki werblowej do reszty zestawu.

Powtórzeniem dwóch akcentów na końcu taktu (aha ... i znowu pojawia się symboliczna dwójka :) ) jest takt drugi, w którym ręka werblowa też akcentuje 4i, tym razem już na werblu (przynajmniej w wersji studyjnej z 1997 roku).

Ciekawym niuansem jest pojawiający się na "3" drugiego taktu dźwięk hihatu - celowo użyłem określenia "dźwięk", bo raczej nie widać, by w teledysku utworu perkusista grał na hihacie ręką lub nogą...

Czyżby ta "tajemnica" że go słychać a nie widać miała jakiś związek z tajemnym uwielbieniem cyfry "2" ? :) Nie sądzę, ale brzmi nieźle właśnie w tym miejscu. Ręka grająca na hihacie na "3" jest jednocześnie swego rodzaju konsekwencją napędzającego grania na werblu (i tomie) w pierwszym takcie oraz na werblu w drugim - po prostu zagęszczamy uderzenia ręką werblową, dodając też hihat na "3" zagrany tą samą kończyną.

O ile studyjnie podział ten w zasadzie nie zmienia swojej formy (intro, zwrotki), o tyle koncertowo dzieje się już nieco więcej (a na co niektór ych nagraniach live nawet dużo więcej niż więcej...). Przyjmijmy jednak drobną modyfikację podziału, którą słyszymy na paru nagraniach koncertowych piosenki - Przykład 2:


Właściwie jest to uproszczenie Przykładu 1, bo oto nie mamy już hi-hatu na "3" w drugim takcie, który tak wyraźnie dawał nam się we znaki w oryginalnej (studyjnej) wersji utworu.

Ponadto przenosimy werbel, grany wcześniej na 4i w drugim takcie na floor tom. Ciekawa melodyka z udziałem dwóch tomów, chwilami aż dziw bierze, że w 1997 roku Dave Rowntree (perkusista zespołu, bo o tym jeszcze nie wspominałem) zamiast zagrać od razu na dwóch tomach, jak w Przykładzie 2, decydował się na tę "twistową" końcówkę na werblu - 4 i 4i (Przykład 1). No, ale sam wiem, że to, co gramy - ewoluuje, czasem zupełnie naturalnie i to jest najpiękniejsze. Kilku nieraz lat potrzeba, aby grając ten sam utwór - nawet nieświadomie - przełożyć rękę z jednego instrumentu na drugi!
To właśnie potęga sztuki, piękno i wdzięk oklepywania bębnów - nie chodzi o to, by wszystko matematycznie wyliczyć, by wyznaczyć wszelkie możliwe kombinacje, permutacje i inne... nacje... To ma być po prostu naturalne! A więc czasem lepiej wyłączyć intelekt, a wtedy rzeczy dzieją się jakby "same"...

No dobrze, ale mamy jeszcze część drugą utworu, czyli tzw. refren - dużo bardziej czadowy, energetyczny, bardziej jakby... wyzwolony - Przykład 3:

Otwarty hi-hat i akcenty w crash, ósemkowa stopa i rockowy grymas na twarzy na wpół zgiętego instrumentalisty... Czy potrzeba więcej komentarza, by oddać ten perkusyjny ogień refrenu?

Pewnie nie potrzeba, ale... zawsze można się jeszcze czegoś doszukać, może coś więcej "wynieść", zainspirować się... Typowe dla tego rodzaju mocnego grania na hi-hacie pulsowanie bardziej ćwierćnutowe (o czym mówiliśmy już nieraz), czyli niekoniecznie zagrane wszystkie ósemki, za to akcenty na 1, 2, 3, 4 zagrane na hi-hacie tak mocno, że dźwięki na "i" albo znikają dynamicznie w obliczu mocy akcentów, albo... po prostu ich nie ma (bo niby komu zrobi różnicę, czy grane są ćwierćnuty czy ósemki z wyraźnie ćwierćnutowym pulsem, gdy gra się dla wielotysięcznego tłumu na wielkiej scenie, jeszcze większej nawet niż scena WOŚPu?).

Faktem jest, że trudniej jest precyzyjnie grać hi-hat, gdy gramy tylko ćwierćnuty lub gdy tylko ćwierćnutami sobie go liczymy. Zdecydowanie więc bardziej polecam gęstsze dzielenie time’u - mocno akcentować wprawdzie ćwierćnutowo, ale jednak dodawać dźwięki na "i", choćby i delikatnymi muśnięciami pałki w hi-hat.

Z pewnością warte uwagi jest świetne zgranie bębnów z resztą muzyków w utworze. W refrenie, oprócz podbijającej gdzie trzeba stopy, funkcję scalającą spełnia też crash - na "1" pierwszego i na "4" drugiego taktu. Uderzany w stałych miejscach całkiem zmyślnie podkreśla wokalne okrzyki radości.

No właśnie... Prosto, mocno, radośnie i bez zbędnej filozofii! Tak można by podsumować tę krótką, zwiewną piosenkę. Coś jednak jest w takich utworach - samograjach, że niby trzy akordy, darcie... buzi, niby kilka uderzeń w bęben na krzyż, a jednak czuć, że to coś dużo więcej...

Nie potrafię nawet wyrazić słowami tego, co pojawia się gdzieś tam w środku, gdy słucham tego utworu. Bo niby to już wszystko, co chciałem powiedzieć na jego temat, ale z drugiej strony czuję, że siedzi w nim coś jeszcze, coś, czego nie sposób zanalizować, czy opisać... Hm... Może faktycznie coś jest w tej dwójce takiego, co nie daje jednoznacznej odpowiedzi i co dzielnie broni się przed analitycznym szkłem powiększającym naszej lupy?

Paweł Ostrowski

Lekcja ukazała się w numerze grudzień 2015






Reklama