Mamy już za sobą ponad trzydzieści spotkań "Pod Lupą".

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Offspring - Pretty Fly (For a White Guy)

Mamy już za sobą ponad trzydzieści spotkań "Pod Lupą".

Właściwie, gdy zaczynałem ten cykl, nie wiedziałem zupełnie, jak się to rozwinie… Czy znajdę choćby 10 kawałków tak rytmicznie charakterystycznych i tak rozpoznawalnych, by zrobić z tego jakąś serię lekcji. Piosenek na tyle ciekawych, by móc przez kilka następnych miesięcy wprowadzić czytelników (i siebie samego) w inspirujący świat coverów... Pamiętam pierwszą prośbę redaktora naczelnego: "Zrób listę kawałków na najbliższe miesiące tak, żeby był jakiś plan". Nie jestem pewien, na ile wywiązałem się wtedy z tej listy, jednak to, do czego muszę się przyznać szczerze to brak planu długoterminowego, brak jakiejkolwiek strategii.

Nawet wtedy czułem, że lista listą, a praktyka i tak zweryfikuje plan działań na kolejne miesiące. Właściwie to do dziś Maciek tego nie wie, że w tej materii planu nigdy nie mam … I tak naprawdę nie chcę go mieć… Wolę zdać się na to, co staje się nagle i nieoczekiwanie, bo utwory często pojawiają się same, przychodzą znikąd - nieważne, czy stoję w mięsnym w kolejce, siedzę u fryzjera, leżę w jacuzzi, czy robię przedświąteczne zakupy w centrum handlowym… Otwarcie swojej głowy i gotowość do przyjęcia muzycznego "ciosu" sprawia, że warty uwagi kawałek może dopaść nas wszędzie, zaatakować niepostrzeżenie, rzucić się tuż zza winkla, czyhać za zakrętem lub powoli wniknąć w serce na zupełniej prostej drodze tak, jak się to kiedyś stało, gdy wracałem S8 z Warszawy do Wrocławia.

Muzyka potrafi zadziwić w najmniej oczekiwanym momencie, nieraz bywało, że coś nawet zaplanowałem, po czym wpadało w ucho zupełnie coś innego i tak powstawała kolejna "Lupa".

Nie bardzo wypada mi nawet przytaczać różne sytuacje z historii tego cyklu… A to, że goszcząc kiedyś na pogrzebie, komuś zadzwonił telefon i to był "ten" utwór, to znów idąc z żoną na seans walentynkowy, usłyszałem jeden kawałek trailera innego filmu i tak mocno zawrócił mi w głowie, że w sumie to nie bardzo już pamiętam, o czym był ten właściwy film i jak się skończył... wieczór.

Niesamowita jest też atmosfera i emocje, jakie nieraz towarzyszą powstawaniu nowej lekcji. To narastające w człowieku napięcie, dobiegające z oddali dźwięki… Ten moment wyczekiwania, mieszanka uczuć… Na przykład teraz - dokładnie w tej chwili, gdy piszę te słowa, czekam w poczekalni… u dentysty. Mocno działające na wyobraźnię odgłosy, dźwięki zza ściany - wiercenie? Borowanie? A może to brzmienie podnoszonego elektrycznie fotela? Hm… Dobrze, że nikt za ścianą jeszcze nie krzyczy. Oj, nie to chciałbym teraz słyszeć. Dlatego tym szybciej przejdźmy już w temat muzycznego bohatera tego miesiąca. Liczę, że ta podróż w muzykę skutecznie zagłuszy niepokojący mnie w tej chwili goździkowy zapach dentystycznego eugenolu, unoszący się intensywnie w całej poczekalni. To jeden z tych zapachów, które działają na naszą wyobraźnię tak silnie, jak duszące i mdłe perfumy niezbyt lubianej przez nas ciotki z Pomorza…

Bardzo proszę - grupa Offspring. Tak brzmi nazwa dzisiejszego "oprawcy". Piosenka "Pretty Fly". Ciąg dalszy już za moment, bo właśnie wchodzę do gabinetu…

Na początku słyszymy charakterystyczne intro, które nie pozostawia wątpliwości, że to właśnie ten utwór. Pomijając spektakularne "dźwięki paszczowe" tuż na początku, przychodzi moment na zamaszyste całotaktowe przejście - zapoczątkowane na werblu i talerzu na raz, a po nich co najmniej cztery "hektary" wysypujących się kolejno kartofli na kolejnych czterech tomach - Przykład 1:



W załączonym przykładzie nutowym na raz uderza stopa, by było bardziej "po Bożemu", niemniej jednak trzymając się wersji oryginalnej, pierwsze uderzenie w crash podkreśla werbel, a nie stopa.

Oczywiście nie zawsze dysponujemy czterema tomami i co wtedy? Naturalnie jesteśmy w stanie doskonale sobie z tym poradzić. Chociażby grając intro na 3 tomach i zastępując ostatni dźwięk najniższego toma stopą. Myślę też, że ograniczając się nawet do dwóch tomów i tak możemy ugrać tę przebitkę w całkiem efektowny sposób. Proponowany przeze mnie wariant drugi - począwszy od "1i" wszystkie dźwięki na tomie pierwszym, a ostatnie dwa na tomie drugim/floor tomie.

Zastanówmy się teraz chwilę nad kolejnością rąk. Dwie szesnastki z pewnością zagramy naprzemiennie, opisany wariant numer dwa raczej w całości też na przemian (ósemki P L…), ale jeśli trzymać się zapisu czterotomowego - sugerowałbym już zagrać naprzemiennie tylko dwie pierwsze nuty na tomie pierwszym, a później użyć tylko prawej (hi-hatowej) ręki do zagrania kolejnych ósemek . Raz, że unikniemy krzyżowania się pałek, a po drugie będzie to bardziej "rasowe", bardziej rockowe. Łatwiej też budować dynamikę kolejnych uderzeń za pomocą jednej ręki (fajnie jest grać kolejne dźwięki na tomach coraz głośniej). No i nie mówiąc już o tym, że można przecież pokusić się o pewną widowiskowość, czyli w tym czasie efektownie zakręcić drugą, wolną pałką wysoko nad głową, jak ktoś lubi i umie robić to efektownie (bo ja nie bardzo…).

Przychodzi wreszcie moment na podział budujący intro - równie charakterystyczny, co i początek utworu - zamiast werbla uderzamy w cowbell na 2 i 4. Zwróćmy też uwagę na otwierany w co drugim takcie hi-hat na ostatnie dwie ósemki - na 4 i 4i. Zwieńczeniem ostatniego taktu intra jest cowbell, wynurzający się na plan pierwszy - w bardzo sugestywny rytmicznie sposób wypełnia całotaktową przestrzeń (1i, 2i, 3, 4). Naturalnym rozwinięciem intra jest jego wzmocnienie częścią "właściwą" - mocnym groovem, z otwartym hi-hatem, dynamicznym werblem na 2 i 4 oraz soczystymi riffami gitar.

Po tak hucznym wprowadzeniu nastaje zwrotka i jej właśnie chciałbym poświęcić kilka słów - Przykład 2:



To, że "zawęziliśmy" groove, zamykając hi-hat, nie powinno nikogo dziwić. Zmniejszenie dynamiki podziału odbyło się za to kosztem wzrostu jego "gęstości", a konkretnie częstotliwości używanej stopy (tę zasadę opisywałem już zresztą nieraz w cyklu "Pod Lupą" - głośniej vs gęściej).
Zauważmy przy tym, że stopa wydaje się wyraźnie podbijać rytmikę wokalu zwrotki, natomiast stoi raczej w kontrapunkcie do precyzyjnie przecinających takty dźwięków gitary (gitara spotyka się z werblem na 2, ale mija z drugim werblem na 4, grając o ósemkę wcześniej, czyli na 3i).

Pozwolę sobie przy tej okazji zasugerować, że takie nakładanie się rytmiczne różnych instrumentów daje naprawdę ciekawy efekt i moim skromnym zdaniem jest dużo mocniej napędzające podział niż oczywiste zagranie tych samych akcentów w tych samych miejscach przez wszystkie instrumenty. Rytmiczna separacja wymaga też już dużo większej kultury, a porządek i pewnego rodzaju "hermetyczność" partii dodają siły wyrazu tak, jak choćby wspomniana w zwrotce "przekorna" gitara, realizująca rytmikę zwrotki trochę po swojemu.

Charakterystycznym fragmentem utworu jest wreszcie refren, powtarzalny i konsekwentny także, jeśli idzie o strukturę podziałów. Przytaczam pierwszą część refrenu, w której również podkreślana jest rytmicznie linia wokalu, nie tylko za pomocą stopy, ale i ostatnich dwóch akcentów czwartego taktu - crash’em na 3 i 4 - Przykład 3:



Myślę, że jest to okazja do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób możemy akompaniować sobie nawzajem. Czy zawsze praca w sekcji musi się ograniczać do sztywnego trzymania się basu? Bo - jak widzimy - tworzenie jednolitej rytmicznie struktury np. z wokalistą wcale nie jest szaleństwem, nawet kosztem innych instrumentów, wybijających się tu i ówdzie w sposób świadomy.

Powstaje tylko pytanie: "Co było najpierw? Jajko czy kura?". Chyba trudno stworzyć taki efekt zgrania, gdyby do instrumentalnej kompozycji dołożyć na końcu wokal, prawda? W tym wypadku dużo bardziej prawdopodobne wydaje się zamierzone dobudowanie pozostałych instrumentów do linii wokalnej. Może to nieco dziwne podejście, bo w myśl tej zasady wiele znanych piosenek zaaranżowanoby zupełnie inaczej, budując akompaniament bezpośrednio na tekście. No, ale tutaj po prostu to działa, sprawdza się jak ogólnie rozumiany teamwork - zjawisko naturalne i oczywiste za wielką wodą, czy w kulturze Zachodu, a u nas jeszcze często pomijane. Niestety. Bo co mogę ja sam, tak w pojedynkę, gdy nie myślę o tym, jak stworzyć coś wspólnie, razem ze swoją drużyną, z grupą ludzi, z którymi tworzę zespół?

Tak naprawdę mogę tylko napisać parę słów, domniemywać, próbować zrozumieć, co autor miał na myśli. Daleko mi jednak do prawdziwego poznania muzyki, która ożywa w nas dopiero, gdy wspólnie ją tworzymy, działamy razem, sumujemy energię. Dlatego miejmy na względzie to muzyczne współistnienie, tę zależność wzajemną, a efekty będą dużo przyjemniejsze niż z dogłębnych muzycznie analiz, które przecież są tylko próbą opisania tego, co trudno odczuć za pomocą liter. Na szczęście z tym odczuwaniem wcale nie jest tak najgorzej, nie bójmy się silnych wrażeń, silnych doświadczeń, nawet jeśli są niecodzienne i wydają się przerażające. Wizyta u dentysty wcale nie okazała się taka straszna, a nasze spotkanie w tym miesiącu dobrze puentuje niekoniecznie przyjemną aurę zimowych wieczorów - bądźmy grupą, nie liderami, łączmy się muzycznie, integrujmy, scalajmy się drużynowo - być może nasza muzyka stanie się bardziej spójna i jednolita, a w każdym razie na pewno będzie nam cieplej niż w pojedynkę…

Paweł Ostrowski

Lekcja ukazała się w numerze luty 2016



Reklama