W tym odcinku muszę zaprotestować przeciw samemu sobie! Szkoda tym razem czasu na długie wprowadzenia, na powolne budowanie nastroju czy wywoływanie całego bukietu emocji wśród was - moich drogich czytelników.

" /> Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Roxette - Sleeping In My Car

W tym odcinku muszę zaprotestować przeciw samemu sobie! Szkoda tym razem czasu na długie wprowadzenia, na powolne budowanie nastroju czy wywoływanie całego bukietu emocji wśród was - moich drogich czytelników.

Szkoda też waszych uczuć, tych bardziej skrajnych - nadmiernego zniecierpliwienia, poddenerwowania, czy wręcz irytacji z powodu jakże bujnych opisowo wstępów, popełnianych niejednokrotnie przez tę bardziej figlarną cząstkę mojej wyobraźni…

Możliwe, że bębny intrygują tak silnie, że skłaniają nas często ku bogatym refleksjom, a nieoczywisty punkt widzenia wymusza jeszcze mniej przewidywalną perspektywę. Tym razem jednak będzie inaczej! Wiosennie pobudzeni, przesiąknięci hormonami ożywionej natury i nabuzowani młodzieńczym wigorem, nawet, jeśli jest on domieszkowany starczą odmianą wigoru… Mamy przecież prawo domagać się na teraz, na już… by autor zaprzestał wszelkiej formy introdukcji, nie przedłużając w sposób sztuczny czasu oczekiwania na konkret. Bo czemu niby znów miałby to robić? Przecież można zacząć od razu, bez tej całej otoczki i kokieteryjnego owijania przeboju w srebrno-złoty papierek. Takie właśnie podejście - konkretne i życiowe - przyświeca nam tym razem - zero poezji, ornamentyki, bujnych opisowo wątków. Zaprzestańmy też metafor czy nieco głębszych refleksji - wiosną wszystko chce się bardziej, już od razu, a jeśli coś jest cenne i wartościowe, jest też wyrażalne w najprostszej możliwej formie i postaci. Bo w zasadzie w jednym zdaniu można opisać całą istotę tej lekcji - "Oto przykład numer 1, 2 i 3 …".

A to, co między wierszami, to już każdy sobie doszuka… Idąc jeszcze dalej, ograniczyć się możemy do zerowej wręcz ilości słów, ilustrując powyższą lekcję jedynie linkiem do wersji video. Okazuje się jednak, że aż tak uprościć się nie da i życie nauczyło nas celowo wydłużać drogę. W przeciwnym razie ktoś już dawno wpadłby na to, by zestaw perkusyjny uczynić monolitem, odpowiednio dopracowanym mobilnie (np. kółka, na których pojadą całe bębny). Coś jednak sprawia, że za każdym razem wyciągamy osobno z pokrowca każdy werbel, tom tom, bęben basowy, każdy najmniejszy statywik, bawimy się w odkręcanie śrubek jak w zestawie Lego Technic… Wyjmujemy pojedynczo każdy talerz, montujemy, dokręcamy, stroimy… Czy w XXI wieku faktycznie potrzebny jest cały ten rytuał? Okazuje się jednak, że chyba TAK. Bo muzyka bez towarzyszącej jej rytualnej otoczki nagle stałaby się kolejnym fast-produktem współczesnej cywilizacji, nastawionej na masowość, taniość, szybkość i maksymalny zysk, osiągnięty minimalnym nakładem pracy.

A więc można powiedzieć, że samo rozstawianie sprzętu, czyli ten do bólu powtarzający się rytuał przygotowania do grania, jest po prostu wstępem, bez którego niebezpiecznie zbliżylibyśmy się do dolnej granicy lekkości i łatwości grania. A stąd dzieliłby nas już tylko krok do przerzucenia się w świat czysto wirtualny. Tym razem jednak, jak obiecałem, nie będzie żadnych wstępów - od razu przejdziemy do omawiania utworu, bo głupio byłoby czekać… Mam takie poczucie, że czasem przedłużenie momentu przygotowania się do czynności właściwej daje nieporównywalnie więcej przyjemności już z tej właściwej czynności.

Przyjmijmy więc, że ta radość i zniecierpliwienie skumulowały się już na tyle, by wreszcie zacząć… W maju lekko i wiosennie, ale za to z właściwą werwą - utwór "Sleeping in My Car" grupy Roxette.

Czasem mam wrażenie, że z muzyką jest jak z książką, gazetą, filmem i wszystkim, co pochłania naszą uwagę. Myślę, że wbrew obiegowym opiniom nie musimy wcale czytać książki od pierwszej do ostatniej strony, oglądać każdego filmu od początku do końca (a już tym bardziej serialu…), bo przecież to my sami decydujemy który akurat fragment wyda nam się cenny i wart uwagi. Nieraz warto skupić się tylko na niewielkim wycinku czy kawałku, aby dostać coś cennego, co wystąpi w ilościach śladowych - jak malutka grudka złota w setkach kilogramów rzecznego mułu.

Nie umniejszając grupie Roxette, postaram się wyłowić właśnie takie małe drobiny z kawałka dobrze nam znanego i - wydawałoby się - dość oczywistego rytmicznie. Pierwszym z diamentów, które lśnią już z oddali, jest użycie prostego zabiegu podwójnego otwarcia hi-hatu w połowie (ósmym takcie) 1 zwrotki - Przykład 1:



To, że otwarcie ósemki przed werblem działa napędzająco to wiemy nie od dziś (co niektórzy może nawet wiedzą to od czasu ukazania się w Magazynie odcinka "Kobiety Przy Garach", w którym poświęciłem otwarciom hi-hatu całą lekcję).

Podbicie dwukrotne otwartym hi-hatem daje podwójne przyspieszenie, a odpowiednio potężne rockowe brzmienie bębnów (w tym mocny werbel) nie powoduje wrażenia nadmiernie "bigbitowej" synkopy, czynionej przez otwierany hi-hat, za to sprawia, że groove podkręca swój drive. Aby w pełni oddać charakter otwarcia hi-hatu, trzeba odpowiednio zaartykułować wszystkie nuty zagrane na nim, myśląc bardziej krótkimi - punktowymi dźwiękami staccato.

Najbardziej charakterystycznym perkusyjnie momentem utworu jest powtarzany przed każdym refrenem dwutaktowy fill, dodawany odpowiednio do frazy zwrotki - Przykład 2:



Solidnie rockowy background nadają wybijane na floor tomie ósemki (ręką hi-hatową), wzmacniane dodatkowo stopą na 1 i 3. To, co jednak rzeczywiście rozpędza tę część utworu, to - można śmiało powiedzieć - dobitnie zagrane dźwięki na drugim tomie (ręką werblową), wbite potężnie z należytym ciosem.

Zwróćmy uwagę na sposób zagrania dodanych tomów - dynamika to jeden z parametrów (w tym wypadku mocno podkręcony), ale też umiejscowienie time'owe tomów względem ósemek, granych na floorze, daje więcej możliwości. Mówiliśmy już o tym niejednokrotnie, że wzmocnić możemy fill'a u'flam'iając dźwięki, czyli przesuwając delikatnie je względem głównych ósemek, wybijanych na floorze. Dzięki temu tomy zabrzmią po prostu inaczej niż wtedy, gdy zgrywają się idealnie w timie ze sobą, sumując częstotliwości dźwięków, ale nie rozsuwając się względem siebie.

Jak zagrać tę część to już kwestia gustu, na pewno jednak warto poeksperymentować, nie tylko grając ten kawałek, ale przede wszystkim inne "rzeczy" w sposób flam'owy bądź nie.

Nadchodzi w utworze wreszcie chwila wyciszenia - moment bridża, który rozpędza się bardzo powoli, bo dopiero w piątym takcie - Przykład 3:



Nic dodać, nic ująć - regularne ósemki na ridzie, z wyłączeniem "2", granego na otwartym hi-hacie (ręką raczej werblową) i narastająca dynamika obu tomów, granych unisono. Możemy odczuć dość wyraźnie siłę kontrastu, bo ostatni takt bridża znów jest dość "dziurawy" - poprzedzające szósty takt napędzenie owocuje ponownym zwolnieniem, zakończonym werblem na "4", podbitym wcześniej podwójną stopą, graną szesnastkowo.

Chciałbym na koniec wyjąć jakiegoś asa z rękawa albo też nagle i nieoczekiwanie wyszarpać z cylindra białego króliczka, ku zaskoczeniu czytelników, a także swoim… Ale słucham utworu raz, drugi, słucham trzeci raz… i stwierdzam, że tym razem nic takiego nie nastąpi, bo w tego typu klasykach nie doszukamy się jakichś bajerów czy elementów sztucznie stuningowanych - stary klasyczny rockowy pojazd, który połyka bez opamiętania kolejne mile amerykańskiej autostrady, nie zważając zupełnie na swój niebotyczny już przebieg… Czy ten wehikuł o nazwie "Roxette" kiedykolwiek się zatrzyma? Mam nadzieję, że nie, bo klasyki mają w sobie coś, czego żadne cuda techniki współczesnej mieć w sobie - obawiam się - nigdy nie będą…

To tyle z rzeczy bardziej przewidywalnych, bo jeśli jednak liczysz na małą niespodziankę… zapraszam do obejrzenia filmu, ilustrującego powyższy artykuł…

Paweł Ostrowski
Fot: Lala Lugo

Lekcja ukazała się w numerze maj 2016





Reklama