W tym miesiącu bierzemy pod lupę naprawdę piękny utwór.

" /> PRZEJRZYJ ONLINE PAŹDZIERNIKOWY NUMER Perkusista PRZESYŁKA GRATIS >>Ulubiony kiosk
Reklama

Pod lupą - Rufus and Chaka Khan - Ain’t Nobody

W tym miesiącu bierzemy pod lupę naprawdę piękny utwór.

Jednak to, że coś jest ładne, jeszcze wcale nie znaczy, że warte uwagi. Zupełnie nie wiem, czemu akurat w tym momencie przypomniało mi się kilka koleżanek z czasów studiów… Nie ma po co wracać do przeszłości, w końcu w tym cyklu też wygrzebujemy utwory sprzed lat, czasem wręcz z zaświatów, w każdym razie warto podkreślić, że potrzeba jeszcze czegoś więcej, by utwór "po prostu ładny" stał się "wprost inspirujący"…

Czerwcowa piosenka sama w sobie jest wyjątkowa, całkiem niebanalna, przywołująca błyskawicznie klimat niezwykłej muzyki lat 80 ubiegłego wieku… Jednak mimo to dalej uporczywie szukałem tego "klucza", który wpisze się w ramy utworu, dając nam powód do refleksji i co ważne - rzucając nam kolejne wyzwanie brzmieniowe, koordynacyjne czy po prostu techniczne. "Ain’t Nobody" Chaka Khan to właśnie taki utwór, więc z pełną satysfakcją powiększę go tak mocno, jak tylko moja czerwcowa lupa (lub - jak kto woli - mędrca szkiełko i oko) zdoła.

Zanim przejdziemy do wspomnianego klucza, nacieszmy się groovem po prostu - podstawowy rytm, na którym zbudowano całą piosenkę, z finezją realizowany przez jakże potężnego bossa sesyjnych drummerów Johna Jr Robinsona - Przykład 1:

Nim przejdziemy do omawiania warstwy technicznej tego dość skomplikowanego - jak na piosenkę popową - podziału, wsłuchajmy się wyraźnie w groove, uruchamiając mocno wyobraźnię… Podział rozpędza się, po czym zwalnia… Zagęszcza i rozrzedza co chwilę… Moje skojarzenia z czasów lekko niesfornej młodości (choć miałem do nich nie wracać) są jednoznaczne - wnikając w pulsację groovu mam przed oczami tylko jedno - "palenie gumy", zuchwały zabieg motoryzacyjny, dający jednak tyle młodzieńczej frajdy! Gaz w podłogę do końca, po czym od razu wciskam hamulec… Po chwili znowu to samo... Pojazd zaczyna znów toczyć się do przodu, wydając spod kół cudownie nieokiełznane kłęby dymu, to znów… przyhamowuję! Och, jak wiele robiły te momenty odpuszczenia, po których licznik obrotów znowu sięgał czerwonego pola na skali zegara!

Niejednokrotnie spotykaliśmy się z tym skutecznym zabiegiem zmiany zagęszczania przestrzeni groovu i za każdym razem muszę przyznać: "Tak, to działa". Gęste szesnastkowe uderzenia na stopie stają się o tyle trudne technicznie, że zbrylają się w aż trzy występujące po sobie nuty (ostatnia szesnastka w takcie plus dwie na początku). Strukturę podziału urozmaica polirytmia, którą wywołuje wyraźnie grany swoim własnym schematem hi-hat (naprzemiennie PLPL…). Zatrzymanie hi-hatu w połowie taktu jest jak wspomniany hamulec, rozpędzający go pod sam koniec. Podobną sytuację z "rozpędzaniem i zwalnianiem" hi-hatu pamiętamy choćby z utworu Wanna Be Startin’ Somethin’ Michaela Jacksona.

Podobnie przedstawia się podział w refrenie, w którym ostatnie dwie stopy podziału w takcie łączą się z hi-hatem otwieranym w tych miejscach (krótkie szesnastkowe, zdecydowane otwarcia).

Charakter groove’u uzasadnia też rytmika syntetycznego loopu, którego akcenty poprzesuwane są o szesnastkę względem regularnych ósemek w takcie. Z tego powodu w podziale refrenu kontynuacją szesnastkowych offbeatów otwartego hi-hatu jest początek taktu, w którym także akcentujemy drugą i czwartą ósemkę na hi-hacie (bardziej szczegółowo zobaczysz to w materiale video). Podział bardzo prowokuje do wypełniania go innymi instrumentami zestawu. Oczywiście w sposób rozsądny i uzasadniony muzycznie. Właściwie co chwilę słychać wmiksowujące się w groove tomy czy werble imitujące timbalesy. Czasami więc nie bardzo wiemy, czy to, co słyszymy w perspektywie dalszej i bliższej, to jeszcze gra człowieka, czy już idealnie zgrana z perkusistą maszyna. Przedstawię jedną z prostszych wersji podziału, w który wdzięcznie wkomponowano drugi werbel - Przykład 2:

Rezygnacja z ostatniego hi-hatu przed "4" i dodanie dwóch uderzeń na werblu szesnastkę po "3" (PL) jest świetnym dopełnieniem rytmu, który na samym końcu rozpędza jeszcze ostatnia szesnastka, zagrana także na drugim werblu / timbalesie (kosztem ostatniej stopy, z której akurat w tym momencie w takcie zrezygnowano - wg wersji płytowej takt w 04:13).

Cały czas zadawałem sobie pytanie, na ile piosenka naszprycowana jest elektroniką, a w jakim stopniu muzyka grana przez człowieka nie została jeszcze nadmiernie utechnologizowana. Jeśli ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości, kolejny przykład raczej je rozwieje. Tak gęste nałożenie na siebie instrumentów (i trudne technicznie przejście pomiędzy nimi) sugeruje dobitnie silne wsparcie loopami, a dla nas oczywiście może być kolejnym wyzwaniem, by uporać się z tym jednak samemu (takt poprzedzający refren, do którego cofniemy się nieco - 2:18 na nagraniu) - Przykład 3:

Zastąpienie drugiej stopy w takcie tomem to nic w porównaniu z tym, co dzieje się parę szesnastek później. Występujące po sobie 4 tomy, zaraz po werblu, trzeba byłoby zagrać jedną ręką - werblową w dodatku! - podobnie, jak znajdujący się powyżej hi-hat, zaczynający się szesnastkę po 2 (hi-hat tym razem ręką prawą). Spore to wyzwanie, ale w wolniejszym tempie… Dlaczego nie? Z pewnością można w ten sposób doskonalić sprawność słabszej ręki.

Chwilę później znów mamy utrudnienie. Ręka lewa (werblowa) musi szybko przeskoczyć z werbla na 4 na drugi werbel szesnastkę później, a grany w całym takcie hi-hat musiałby być wykonany tylko jedną ręką.

Można w tym momencie wyrazić pewien bunt, jak zwykle upraszczając wszystko do podstawy podziału i loopa, można poddać się po prostu, bo syntetyczne bębny na pewno zagrają równiej i z bardziej idealnym i wyrównanym soundem.

Pojawia się jednak pytanie puentujące - czy jest sens ścigać się z maszyną, mierzyć z precyzyjnie wykalkulowanym beatem? Czy może dla większej poprawności odpuścić i oddać wszystko w ręce programisty? Nadejście czasów, w których sztuczna inteligencja całkowicie nas zdominuje, wydaje się być nieuchronne - punktualniej, szybciej, sprawniej, w zawsze powtarzalny, maszynowy sposób… To się po prostu opłaca pod względem ekonomii, łatwości i bogactwa aranżacji…

Ale może warto zachować jeszcze na odrobinę dłużej naszą ludzką dominację na tej planecie i odwlec chociażby w czasie triumf perkusyjnych maszyn?
Oczywiście teraz sobie tłumaczymy, że człowiek i tak jest niezastąpiony, i dla naszego spokoju wmawiajmy to sobie jak najdłużej… Tymczasem dzięki tak pięknym utworom udowadniamy maszynom (więc i samym sobie tak naprawdę), że nie damy się wykurzyć zza naszych własnych zestawów, bo żadna przecież - nawet najdoskonalsza - maszyna perkusyjna świata nie poci się z takim wdziękiem jak zdyszany perkusista, okładający z siłą rumaka swoje ukochane bębny.

Paweł Ostrowski
Fot. paiste.com

Lekcja ukazała się w numerze czerwiec 2016



Reklama