TU PRZEJRZYSZ BIEŻĄCE WYDANIE Perkusista ULUBIONYKIOSK.PL - PRZESYŁKA GRATISUlubiony kiosk
Wywiady

Wojtek Kidoń

Dodano: 13.01.2017
Nie jest łatwo umówić się z Wojtkiem Kidoniem na wywiad. Ten wybitny polski perkusjonista jest dosłownie rozrywany przez różnych artystów.
I przy tym cholernie skromny. Nie szufladkuje się. Gra równie sprawnie na zestawie perkusyjnym, jak i setach multipercussion. Udało nam się spotkać w Łodzi, w starej fabryce wódki i innych wyrobów spirytusowych, i bez kropli alkoholu upoić dźwiękami, jakie produkował jego set percussion. Opowiedział mi o tym, jak zaczynał, jak doszedł do współpracy ze znanymi artystami i jak zmienia się postrzeganie perkusjonistów przez branżę muzyczną.

W jakich okolicznościach wszedłeś w świat rytmu?


Dwadzieścia parę lat temu zacząłem obserwować perkusistów i interesować się rytmem, który towarzyszył mi od dziecka. Słuchałem bardzo dużo muzyki, coraz uważniej zwracając uwagę na fakturę rytmu i puls. Postanowiłem coś z tym zrobić. W tajemnicy przed rodzicami, jako uczeń pierwszej klasy technikum, zdecydowałem się złożyć papiery do szkoły muzycznej. Zdałem egzaminy, przyjęli mnie. Zacząłem poznawać klasykę instrumentów perkusyjnych, o czym rodzina dowiedziała się po pierwszym semestrze. Zaprosiłem ich na koncert. Grałem na marimbie, ksylofonie. Byli zszokowani, ale bardzo pozytywnie... (śmiech)


Przed etapem percussion była perkusja...


Tak. Mój tato miał kolegę, który kiedyś grał na bębnach i miał jakiś bęben. Przekonałem ojca, że ta moja zajawka na bębny to nie chwilowa fascynacja, ale coś niezmiernie potężnego, co mnie coraz mocniej wciąga. Pojechaliśmy do tego kolegi i wygrzebałem z jego piwnicy bębny Polmuza. Centrala z takim kawałkiem drutu na talerz, werbel i hi-hat... Brzmiało to w tamtych czasach świetnie, bo nie za bardzo było z czym porównywać. Zacząłem ćwiczyć po kilkanaście godzin na dobę. To był obłęd. Wspaniały czas, w którym pożerałem różne rytmy.


Wielu perkusjonistów, z którymi rozmawiam, mówi mi, że zanim weszli w percussion, wstępem właśnie były bębny. To takie naturalne?


Myślę, że tak. U nas tak naprawdę od niedawna percussion jest ważny, zauważany, postrzegany jako ważny element w muzyce. Wielu muzyków pierwsze kroki z rytmem stawiało dzięki perkusji. W różnych zakątkach świata wygląda to trochę inaczej, ponieważ instrumenty percussion najczęściej są instrumentami etnicznymi. Tam dzieciaki czy ludzie młodzi pierwsze kroki w świecie rytmu stawiają właśnie z nimi. Ewentualnie później wybierają zestaw perkusyjny.


Kiedy u ciebie nastąpił taki wyraźny moment przejścia, czy raczej zwrócenia większej uwagi na multipercussion, bo przecież cały czas jesteś także bystrym perkusistą.


To była banalna sytuacja. W Ostrowcu Świętokrzyskim, z którego się wywodzę, nie było środowiska muzycznego. Namówiłem kolegę Grzesia Stępnia, który obecnie gra na basie w Oddziale Zamkniętym, żebyśmy pograli razem. Doszedł do nas gitarzysta i kolega, który też grał na bębnach. Dwóch bębniarzy to trochę za dużo. Zaproponowałem mu, żeby grał na perkusji, a ja zajmę się małymi instrumentami perkusyjnymi, które dzięki szkole muzycznej mocniej mnie interesowały. Stworzyliśmy band, a ja coraz bardziej rozgrywałem się na percussion.


Pierwsze bębny conga podobno kupiłeś od Krzyśka Zawadzkiego?


To były wspaniałe kubańskie bębny. Mocno biło mi serducho, jak je od Krzyśka zabierałem. Znów godzinami rozgrywałem się w tych bębnach. Poszukiwałem literatury na temat grania, bo byłem samoukiem. Pojawił się Internet, który niesamowicie przyspieszył u ludzi proces poznawania instrumentów i tego, w jakich klimatach powinny one być obecne.


Grasz absolutnie na wszystkim. Widzę cajon, bęben ramowy, blaszki, kongi, tamburyn, darbuka, bongosy...


Gram bardzo dużo muzyki Latin. Dlatego uwielbiam kongi, bongosy, timbalesy. Na skrzynce też mi się świetnie gra. Instrument o peruwiańskich, afrykańskich korzeniach świetnie sprawdza się dziś w świecie jazzu. Masz tu brzmienia całej perkusji, tylko trzeba umieć je wydobyć, a miejsca w samochodzie tyle nie zajmuje. Cajon jest genialny i dobrze, że branża muzyczna z niego czerpie. Widziałem koncert Adele, na którym zamiast pełnego setu perkusyjnego był pan z cajonem i wyszło genialnie.


Dochodzimy do skali trudności, bo przyznasz, że zagrać z taką panią jak Adele na skrzynce, żeby było dobrze, to sprawa niełatwa...


Instrumenty percussion są o wiele trudniejsze do opanowania i płynnego używania ich w muzyce niż sama perkusja. Pewnie niewiele osób o tym wie i świetnie, że stworzyliście dział "Perkusjonista" w magazynie, bo być może dzięki niemu branża przestanie traktować nas, perkusjonistów, po macoszemu, nazywać panem od shakera czy gorzej... To bardzo rozległa w ilości i brzmieniach grupa instrumentów. Marakasy, tamburyn, darbuka. Niejeden wybitny perkusista - nie pokazując palcem - niewiele będzie potrafił zagrać dobrze na tych instrumentach. I co ważne - we właściwym momencie ich użyje, bo perkusjonista to gość, który w odróżnieniu od perkusisty, ma coś w rodzaju barw, którymi może malować w rytmie. Szczególne bolesne jest więc zubażanie naszej roli.


Doświadczyłeś kiedyś takiej traumy?


Robi się psychologicznie... (śmiech) Pewnie. Kiedyś przed koncertem jeden z organizatorów mówił o mnie: "I mamy jeszcze pana od przeszkadzajek. Jest, ale nie musi być. Jakby zabrakło mikrofonów to nie musi być". No cios! Tak, jakbyś rozmawiał o butach, które mają sznurowadła, ale jeśli je wyjmiemy, to też będzie ok...


Ale to się zmienia.


Tak jest. Na szczęście. Wielu świetnych perkusjonistów, moich kolegów, po takim traktowaniu dało sobie spokój ze sceną. Jak wspomniałem, genialny wynalazek, jakim jest Internet i pisma branżowe, otworzyły ludziom trochę oczy i dziś najczęściej mam na scenie kilka mikrofonów, a nie jednego overheada.


Spotkałem się z opinią realizatorów dźwięku, że perkusjonistę jest bardzo ciężko zarówno nagłośnić, jak i skręcić w studio. Potwierdzasz?


Tak. Ale jak wspomniałem wcześniej, to na szczęście bardzo się zmienia na dobre. Realizatorzy i nagłośnieniowcy mają coraz lepsze pojęcie o tym, jak postępować z naszymi barwami brzmienia, jak ich używać, eksponować - jak uzupełniać nimi groove perkusisty. Zaczynają interesować się nami specjaliści od świateł. To napawa optymizmem. Osobiście bardzo lubię nagrywać percussion studyjnie. Jest to spory obszar do działań dla ludzkiej wyobraźni. Zwłaszcza wyobraźni i wrażliwości muzycznej człowieka, który siedzi za konsoletą.


Jest taki elektroniczny instrument Korg Wavedrum. Tam jest cała ciężarówka różnych instrumentów percussion i etnicznych. Próbowałeś?


Owszem, świetna rzecz. Szkoda, że nie działa bez prądu... (śmiech) Nie porwał mnie, bo jestem perkusjonistą, który żyje i tworzy w przekonaniu, że dźwięk jest z ręki, z dłoni, palca, serca i jego fizyczność akustyczna jest przy tym szalenie ważna. Najważniejsza.


Pracowałeś i współpracujesz ze znakomitymi, znanymi artystami. Enrique Iglesias, Krystyna Prońko, Rafał Brzozowski, Czesław Mozil, Tomek Torres, Bartek Grzanek, Marek Kościkiewicz, Edyta Górniak, Marek Piekarczyk...


Staram się grać bardzo dużo i nie zamykać na nowe inspiracje, wyzwania. Gram zarówno na zestawie perkusyjnym, ale druga połowa mojego serca - ta z większą komorą, bije dla percussion... (śmiech) Nie szufladkuję się. Muzyka to jeden wielki, piękny ocean. Trzeba umieć w nim pływać, cieszyć się tym i starać się nie wychodzić z wody. No i nie dać pożreć rekinom... (śmiech)


Jak dużo dziennie ćwiczysz? Masz jakiś system powtórzeń?


Gram około czterech, czasem pięciu godzin dziennie. Mam swój program powtórzeń różnych wprawek rytmicznych na różnych instrumentach. Oprócz pracy z klikiem staram się też w znaczącej mierze bawić rytmami, bo poprzez zabawę człowiek najlepiej się uczy i metoda ta nie dotyczy tylko dzieci, ale nas dorosłych również. Staram się nie zaniedbywać tych najtrudniejszych instrumentów. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak cholernie trudnym do opanowania z klikiem i różnymi wersjami rytmów jest ten banalnie przytaczany shaker? Stary! Duuużo wody w Wiśle przepłynęło, nim go właściwie, a nie na odwal się, zrobiłem. Mam od groma takich zabawek. Kocham firmę Latin Percussion. Niestety, nie jestem jej endorserem, więc nie muszę tak mówić, ale ich instrumenty są mi szczególnie bliskie. Mają niesamowity kolor brzmienia.


Kto cię inspiruje? Jacy perkusjoniści?


Jeśli chodzi o conga, to fenomenem jest Giovanni Hidalgo. Ma nieprawdopodobną technikę i dłońmi potrafi grać rudymenty tak sprawnie, jak niektórzy perkusiści pałkami. Wielki szacunek dla tego człowieka. Inspiratorem w zakresie gry na cajonie jest Kevin Ricard, Amerykanin, który świetnie wybrzmiewa na skrzynce. Absolutnie polecam kolegom perkusistom zainteresowanie się instrumentami percussion. To etap, który bardzo rozwija i z którego już się nie wychodzi. To dopełnienie perkusji. Perkusistą przecież nie przestajesz być, ale myślisz o rytmie i muzyce kompletnie inaczej. Jednym z najważniejszych od lat inspiratorów dla mnie jako perkusjonisty jest John Mayer. Rewelacyjny gitarzysta i wokalista. Ujmuje prostotą, kulturą grania i pięknym groovem, jaki pulsuje w jego brzmieniu. Gra z fenomenalną sekcją - Steve Jordan na bębnach i Pino Palladino na basie. Miazga...


Co to znaczy bardzo rozwija i myśli inaczej?


Instrumenty perkusyjne niesamowicie wpływają na rozwój wyobraźni. Grając stopa, hi-hat, werbel, nie zawsze zastanawiamy się nad tym, że między nimi może być coś równie ciekawego rytmicznie. Jeśli się zastanawiamy to szukamy, a dobrą drogą w tych poszukiwaniach są instrumenty percussion. Muzyk uczy się brzmień i intuicyjnie znajduje miejsca w rytmie, muzyce, gdzie np. powinien pojawić się shaker, albo gdzie byłoby fajnie, gdyby się pojawił. To jest zdecydowanie wyższy level i nagle też masz więcej inspiratorów, a nie jednego, czy dwóch świetnych bębniarzy, których podglądasz. Muzyka musi mieć kolor, a percussion to jest kolor. Ubarwiasz przestrzeń. Czasem jest to jeden dźwięk, ale pojawia się on w bardzo konkretnym miejscu i nadaje tej przestrzeni barwę. My, muzycy, jesteśmy trochę podobni do artystów malarzy. Naszych barw nie widać, ale je słychać.


Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski
Foto: Arkadiusz Nawrocki, WA

Galeria

Pozostałe

Wojtek Pęczek

Dodano: 02.11.2017

Z Wojtkiem Pęczkiem, założycielem zespołu City Bum Bum, grającym i edukującym w nurcie muzyki zachodnioafrykańskiej, rozmawiałem po raz pierwszy w "Perkusiście" kilka lat temu.

czytaj dalej

Jerzy Bartz

Dodano: 14.09.2017

Jest prawdopodobnie najstarszym, wciąż bardzo aktywnym zawodowo polskim perkusjonistą i perkusistą.

czytaj dalej

Wiktor Golc

Dodano: 01.08.2017

Wiktor Golc jest jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny bębniarskiej. Mówi się o nim, że jako pierwszy wyrzeźbił i wprowadził djembe do Polski.

czytaj dalej

José Manuel Albán Juárez

Dodano: 09.06.2017

José Manuel Albán Juárez - perkusista i perkusjonista takich zespołów, jak Łona & The Pimps, Jimek czy Ten Typ Mes & Live Band oraz członek kolektywu SalsaCentral, który w czerwcu ubiegłego roku dołączył do grona endorserów Meinla.

czytaj dalej

Jerzy "Słoma" Słomiński

Dodano: 12.05.2017

"Po czterdziestu latach wędrówki z bębnami, mogę powiedzieć, że mamy naprawdę znakomite środowisko perkusjonistów". Rozmawiamy z Jerzym Słomą Słomińskim.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama