PRZEJRZYJ ONLINE PAŹDZIERNIKOWY NUMER Perkusista PRZESYŁKA GRATIS >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Wojtek Pęczek

Dodano: 02.11.2017
Z Wojtkiem Pęczkiem, założycielem zespołu City Bum Bum, grającym i edukującym w nurcie muzyki zachodnioafrykańskiej, rozmawiałem po raz pierwszy w "Perkusiście" kilka lat temu.

Wywiad ten znajdziecie TUTAJ. Z jednym z najlepszych djembefola i edukatorów działających w centralnej Polsce, rozmawiam o największej w Europie imprezie dla bębniarzy. "Noc Żywych Bębnów" przyciąga do Łodzi fanów djembe i muzyki afrykańskiej nie tylko z Europy, ale też innych rejonów świata. 23 czerwca w klubie Wytwórnia za namową Wojtka, pojawi się największy na świecie mistrz djembe Famoudou Konate (wywiad został przeprowadzony wcześniej - przyp. red.).

Co to był za pomysł z tą waszą szaloną "Nocą"?


To nasze święto, ale nie pokrywa się ono z datą naszego powstania. Zespół powstał czternaście lat temu. Pierwsza "Noc Żywych Bębnów" odbyła się dopiero po trzech latach naszej działalności. Wpadliśmy na pomysł zrobienia koncertu, który promowałby muzykę zachodniej Afryki. Tegoroczny koncert będzie jedenastą edycją wydarzenia, które - jak się okazuje - jest ważne nie tylko dla członków City Bum Bum, ale także, mogę śmiało się pochwalić, kilkutysięcznej grupy fanów bębnów djembe i rytmów afrykańskich, którzy ściągają do nas z różnych stron Polski i świata.


Oprócz was, muzyków i tancerzy oddających klimat senegalskiej wioski, zapraszacie też tuzy muzyki afrykańskiej.


Pierwszym takim bardzo ważnym artystą, który wystąpił z City Bum Bum był Seckou Keita. Zagrał z nami dwukrotnie - w 2008 i 2011 roku. Grał na djembe i swojej legendarnej korze. Za pierwszym razem wystąpiła z nim córka naszego tegorocznego mistrza. Ten występ był przełomowy dla naszej kariery. Spotkał się z bardzo dobrym odbiorem prasy oraz fanów muzyki afrykańskiej. Zrobiliśmy koncert łączony z różnymi naszymi przyjaciółmi z Polski. Udało się stworzyć bardzo klimatyczną imprezę, łączącą bębniarzy z różnych stron. Jedność jest najważniejsza.


W miarę jedzenia apetyt rośnie...


Dokładnie! Zrozumieliśmy, że jesteśmy w stanie podołać logistyce takiego wydarzenia i od tamtego czasu konsekwentnie ściągaliśmy na scenę naszych przyjaciół z Polski i Afryki.


W tym roku jest to największe na świecie nazwisko dla bębniarzy djembe. Famoudou Konate, który podobno inspirował także Milesa Daviesa. Czy łatwo było go namówić do przyjazdu do Polski?


Nie było trudno...


Bo nie śledzi polskiej prasy? (śmiech)


Nie... (śmiech). Nie dlatego. Famoudou ma do Polski szczególny stosunek. Od wielu lat jeżdżę z zespołem do Konakry, stolicy Gwinei. Za każdym razem, kiedy tam jesteśmy, mieszkamy na Suburbiach, w domu legendarnej tancerki baletu gwinejskiego, której dom znajduje się w odległości 100 metrów od domu Famoudou. Będąc tak blisko, nie sposób nie zaprzyjaźnić się z tak wielkim artystą. Tu przypomnę czytelnikom "Perkusjonisty", że Les Ballets Africains w latach 60 święcił triumfy na całym świecie. Odwiedzili też Polskę. Wtedy Famoudou Konate był solistą tego fantastycznego zespołu. Dziś muzyk ten doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji na świecie i w naszym kraju. Mimo, że jak dowcipnie zauważyłeś, nie śledzi polskiej prasy.


Jak wyglądał proces "zaprzyjaźniania się" z Famoudou?


Zgodnie z dobrą, starą tradycją Malinke, wybierając się do niego zabieramy ze sobą dziesięć ziaren koli, siadamy razem przy piwie i gramy na bębnach. Jego dom, a zarazem pracownia muzyczna, jest zawsze pełna ludzi ze wszystkich stron świata. Famoudou jest genialnym nauczycielem. Wspaniale potrafi przekazywać wiedzę na temat tego, jak grać i co grać. Zaprosiłem go na nasze urodziny, gdy widzieliśmy się dwa lata temu. Zanim je przyjął, powiedział, że najpierw musimy zrobić zapowiedź. Chwycił djembe, posadził mnie obok siebie i zaczęliśmy grać.


Rozumiem, że grając z mistrzem, ręce myliły ci się ze stopami...


To było niezapomniane przeżycie i jak sugerujesz - byłem totalnie szczęśliwy. To było przeżycie porównywalne z tym, jakby ktoś, kto gra na trąbce, dostał propozycję zagrania razem z Milesem Davisem... Zapowiedź, czyli nasze granie, wyszło wspaniale, Famoudou przyjął zaproszenie i 23 czerwca zagra z nami na "Nocy Żywych Bębnów".


Skoro wspomniałeś o Milesie, to podobno mistrz trąbki był mocno zafascynowany umiejętnościami Famoudou Konate?


To prawda! To niezwykła historia! Z legendarnej biografii tego muzyka zapadła mi w pamięć scena, w której Miles opisuje proces tworzenia i poszukiwania inspiracji do jego albumu "Kind of Blue". Jego ówczesna partnerka Cecile Taylor, która była tancerką, zaprosiła go na występ Ballets Africains. W swojej biografii Miles, znany ze swojego wulgarnego stylu, zachwyca się nie tylko tańcem, ale tym, jak na bębnach grał solista tego baletu. Był nim właśnie Famoudou Konate. Ten człowiek, mieszkający w dalekiej Afryce, zainspirował króla jazzu do stworzenia, moim zdaniem, najważniejszej płyty tej muzyki...


Jaki to jest człowiek?


Bardzo serdeczny. Skromny, choć świadomy swojej roli, jaką odegrał przede wszystkim w historii muzyki afrykańskiej. Świadomy tego, że dziś djembe jest instrumentem znanym na całym świecie. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że spośród wszystkich bębnów, djembe jest instrumentem najpopularniejszym na naszej planecie. Podwaliny wszystkich szkół djembe, metod nauczania różnych rytmów i aranży, stworzył właśnie Famoudou Konate. Otworzył przed djembe drzwi na całym świecie. Mnie urzekła jego skromność. Pochodzi z biednej, agrarnej wioski, a swoim talentem i pracowitością zdobył największe sceny świata. Zażartowałeś, że gdyby Famoudou zdawał sobie sprawę z obecnych wydarzeń w Polsce, mógłby się zastanawiać co do przyjazdu. Ja mam wrażenie, że on doskonale zdaje sobie sprawę z wydarzeń. Jest bardzo świadomy zmian zachodzących na świecie - zwłaszcza tych złych zmian. Rozmawiając z nim, nie wyczułem żadnego specjalnego sentymentu dla Europy. O ile przeciętny Afrykańczyk ma wyobrażenie o starym kontynencie jako o cudownej krainie, tak Famoudou wypowiadał się o naszym kontynencie zachowawczo. Przestrzega przed takim myśleniem. On lubi podkreślać to, że choć w Afryce jest biednie, to ludzie tam żyjący mają bogactwo kulturowe i społeczne, jakiego nie ma w Europie. Ludzie tam są bardzo ze sobą związani. Żyją blisko siebie. I żyją muzyką, którą tworzą dla siebie i którą bawią się.


W kolebce rytmu bywasz często. Jakie różnice zauważasz w graniu i podejściu do djembe wśród muzyków afrykańskich i europejskich?


Mistrzowie zachodnioafrykańscy, którzy przyjeżdżają do nas na warsztaty, swoje zajęcia zawsze zaczynają od tego, że nie jest ważne pochodzenie bębniarza djembe. Można kunszt muzyczny w relacji z tym wspaniałym instrumentem osiągnąć grając w Zgierzu, Berlinie czy Afryce. Podstawowa różnica polega w mojej opinii na tym, że w życiu społeczności lokalnych w Afryce bęben ten jest niezwykle obecny w ich codzienności. Dzieci rodzą się w tej muzyce, a rytm jest czymś naturalnym, jak powietrze. U nas djembe nie jest tak powszechnym instrumentem. Ludzie nie chodzą do klubów z bębnami, żeby się pobawić. Ale jest wielu wspaniałych muzyków, których skóra jest biała. Myślę, że różnic jako takich nie ma. W każdym zakątku świata liczy się serce, które ktoś wkłada lub którego nie wkłada w relację z bębnem. Wszyscy wspaniali muzycy z Afryki, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że tylko ludzie wybrani, ci, którzy przejawiają szczególny talent, staną się artystami i być może w przyszłości osiągną statut mistrza. Musi on być jednak poparty bardzo ciężką pracą nad instrumentem. Tam jest ta świadomość.


A uwarunkowania genetyczne?


Rzeczywiście, są istotne. Ale mając nawet najlepsze geny, zmierzające ku rytmowi, muzykalności, niepoparte pracą, nie uczynią z człowieka muzyka. Obserwując chłopaków z afrykańskich wiosek, zauważyłem, że ich stamina jest kompletnie inna od naszej. Często gra się tam przez całą dobę, podczas różnych uroczystości. Oni potrafią grać koncert przez dobę o kilku łykach wody i garści zjedzonego ryżu. Bez straty dla siły i jakości wybrzmiewania. Biały człowiek by tego nie dźwignął.


Mistrzowie djembe w Afryce żartują między sobą, że w Europie jest bardzo wielu tzw. "African Airplane Masters".


Przylatują do Europy studiować albo pracować, mają ze sobą etniczną odzież i instrument, ale grają dwadzieścia razy słabiej od przeciętnego amatora djembe z Berlina Zachodniego. Bo nie pracują nad sobą i instrumentem.


Czy łatwo jest stworzyć w Polsce społeczność bębniarzy, taką, jak City Bum Bum, która na afrykańskim gruncie zawiązuje się właściwie sama?


Jestem człowiekiem, który unika generalizowania i uważam, że to, jak gramy, wynika wyłącznie z naszej pracy. Zdarza się, że Europejczyk jedzie do Senegalu i gra tam, jak ich rodzony brat z wioski, a tancerka chwali go, że zagrał lepsze solo niż jej ziomek, bo jej się lepiej tańczyło. Różni nas wiele barier kulturowych, ale podróżując do Afryki, do przyjaciół z krainy rytmu, dochodzę do wniosku, że muzyka i bębny zacierają wszelkie różnice między ludźmi. Przełamują bariery. Siedząc z tobą i rozmawiając, bardzo się z tej świadomości cieszę, bo ona przywraca mi wiarę w ten świat. I tamtym ludziom też.


Bardzo metafizycznie to ująłeś. A prościej? (śmiech)


Prościej? (śmiech) Ok! To, czy trudno jest zbudować grupę ludzi, z którą się gra, koncertuje i żyje muzyką, zależy w mojej opinii od tego, jakim jesteś człowiekiem, co jest w twoim sercu oraz czy i w jaki sposób to, co jest w twoim sercu, jesteś w stanie dać ludziom. Jeżeli masz w sobie ten rodzaj dobrej energii i charyzmy, to nie ma znaczenia, czy jesteś w Bamako, Berlinie czy Rosanowie pod Zgierzem, jesteś w stanie zafascynować i przyciągnąć do siebie ludzi. Na pewno ważny jest łut szczęścia, wsparcie innych ludzi i sprzyjające ku temu okoliczności. Ale też codzienna dłubanina. Coś, o czym nie mówi się jako o sukcesie artystycznym. Coś, czego nawet nie postrzega się w tej kategorii - sukcesu. Taka nasza zwykła łupanina, granie, radocha. Jeśli ona sprawia, że wokół niej gromadzą się inni ludzie i są z nią, i z tobą szczęśliwi, to jest wielki sukces...


Czego możemy spodziewać się podczas "Nocy Żywych Bębnów"?


Jedności.


Rozmawiał: Wojciech Andrzejewski

Wywiad ukazał się w numerze czerwiec 2017





Galeria

Pozostałe

Jerzy Bartz

Dodano: 14.09.2017

Jest prawdopodobnie najstarszym, wciąż bardzo aktywnym zawodowo polskim perkusjonistą i perkusistą.

czytaj dalej

Wiktor Golc

Dodano: 01.08.2017

Wiktor Golc jest jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny bębniarskiej. Mówi się o nim, że jako pierwszy wyrzeźbił i wprowadził djembe do Polski.

czytaj dalej

José Manuel Albán Juárez

Dodano: 09.06.2017

José Manuel Albán Juárez - perkusista i perkusjonista takich zespołów, jak Łona & The Pimps, Jimek czy Ten Typ Mes & Live Band oraz członek kolektywu SalsaCentral, który w czerwcu ubiegłego roku dołączył do grona endorserów Meinla.

czytaj dalej

Jerzy "Słoma" Słomiński

Dodano: 12.05.2017

"Po czterdziestu latach wędrówki z bębnami, mogę powiedzieć, że mamy naprawdę znakomite środowisko perkusjonistów". Rozmawiamy z Jerzym Słomą Słomińskim.

czytaj dalej

Anna Patynek

Dodano: 03.03.2017

O bębnach i życiu rozmawiamy z czołową polską perkusjonistką, Anią Patynek.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama