Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 13. Piotr Kozieradzki

Piotr Kozieradzki znany jest starym wyjadaczom siarczystej młócki z projektu Hate, gdzie pod ksywą Mitloff katował bezlitośnie swoje bębny. Obecnie gra w najbardziej znanym polskim prog rockowym zespole, którego jest także współzałożycielem. Riverside znany jest nie tylko polskim fanom, ale także naprawdę szerokiej rzeszy sympatyków klimatycznego grania na zachodzie.

Piotr przechodził długą metamorfozę i jego zawiła droga doprowadziła go do tego miejsca. Przyjrzyjmy się perkusiście, który wraz ze swoim zespołem zalewa świat muzyką pokazując, że możemy i potrafi my. Zapraszam do lektury.

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Było to w roku 1998 na koncercie Slayer i mało znanego wtedy System of a down, który zebrał niesamowite baty od żądnej krwi publiki. Razem z chłopakami z bezkompromisowego Damnable spotkaliśmy długowłosego miśka, który tak, jak i my, narzekał na brak wyrobów słodowo-chmielowych na terenie katowickiej areny.

Bardzo interesująca wydaje mi się historia perkusisty, który przemierzył drogę od brutalnego death do klimatycznego prog rocka mając schowane gdzieś tam w kieszonce na sercu swoje uwielbienie do starego Marillion. Dużą radość przynosi fakt, że tworzony przez niego Riverside to zespół, o którym możemy mówić naszym zachodnim kolegom z uzasadnioną nadzieją, że będą dokładnie wiedzieć, o co chodzi. Sukces chłopaków z Riverside cieszy tak, jak olbrzymi sukces Behemoth czy zwycięskie wojaże Daraya. Brakuje nam ciągle takich ludzi i jest to fakt bezdyskusyjny!

Tym razem spotkaliśmy się w warszawskiej Progresji, której Piotr jest stałym bywalcem z wielu względów. Umawialiśmy się na ten wywiad już od koncertu Inferno, który ze swoim Azarath wpadł ukatrupić fanów ekstremalnej demolki. Piotr przystał na pomysł dłuższej rozmowy i zaprosił mnie do swojej sali prób, znajdującej się w podziemiach klubu. W klimatycznych salkach oblepionych dziesiątkami plakatów z koncertów Riverside przeszliśmy do rozmowy zahaczając często o ciekawe tematy z życia młodego fana muzyki tak specyficznego okresu, jakim był przełom lat 80-90. Zobaczcie sami?

Jesteś perkusistą, producentem, menadżerem i ojcem. Jakbyś się określił?


Oj Boże? Ciężko, naprawdę ciężko to określić. Na pewno jestem perkusistą w Riverside. Na pewno staram się być producentem w innych zespołach i pomagać im podczas nagrań. Ciężko to określić, prawdę mówiąc. Jestem menadżerem w klubie Progresja. No, jest tych rzeczy, kim jestem, naprawdę sporo. Niektórzy pewnie by powiedzieli coś na "ch" kim jestem, ale jak to ludzie bywają, nie masz tylko przyjaciół.

Zaczynałeś wcześnie bardzo?


90 rok to pierwszy mój zespół, może nawet powiedzieć rok 89.

Zaczynałeś od zestawu naszej rodzimej produkcji.


Standardowo? Pierwszą styczność z perkusją miałem bodaj w 85 roku. Braciak mi sprezentował taki weselny zestaw. Polmuz, dość śmieszny, bo miał dwa taktowe, werbel, dwa werble bez tyłów jako przejściowe, bo nie było przejściowych wtedy i studnia. Zestaw z trzema werblami (śmiech). A blaszki to raczej pokrywki? Było to dość brutalne? Graliśmy z braciakiem, on był takim multiinstrumentalistą. Grał po weselach na basie, bębnach i klawiszach.

Jak Geddy Lee?


No tak, dokładnie. Tak samo, jak Mariusz, on też na wszystkim gra. Ciężko opisać, trzeba to zobaczyć? Graliśmy wtedy w jakieś strasznie ekstremalnej, zasyfi onej i brudnej piwnicy u mnie w bloku. Gdy zaczynaliśmy grać przychodzili na dół sąsiedzi i prosili, byśmy przestali łomotać. Byliśmy strasznie twardzi i do ósmej-dziewiątej rżnęliśmy straszne głupoty. Najważniejsze, że to właśnie wtedy połknąłem bakcyla o nazwie "zostanę Perkusistą".

Covery?


Oczywiście, wiadome. Generalnie próbowaliśmy wydać dźwięk razem, wiesz, jak to jest. Byłem strasznie zajarany tym całym graniem. Podobało mi się w tym instrumencie dosłownie wszystko. Zresztą do tej pory uważam, że jest to jeden z najlepszych i nieodzownych instrumentów w muzyce rockowej.

Na czym to polega?


Nie wiem. Bębny to podstawa zespołu. Serce podające puls kapeli. Każdy grający band - zawsze zwracam uwagę na bębny. Musi być "groove". Bez bębnów nie ma dobrej płyty, ciężko mi to wytłumaczyć w kilku słowach. Bez perkusji nie będzie muzyki w całości, będą tylko melodie. Ludzie stukają sobie rytm, tempo, a dopiero później są melodie. Oczywiście, chodzi mi o muzykę rockową i tzw. rozrywkową.

Zaczynałeś w Hate?


Grałem w jednym zespole dużo wcześniej. W pewnym domu kultury postanowili, że chcą mieć zespół. Kupili nam sprzęt, perkusję, gitarę, gitarę basową. Chcieli mieć po prostu swój band. Był to dom kultury na Bródnie, a opiekował się tam nami dość znany pan Tadeusz Konador. Bardzo nam pomagał. Niestety, on się starał, my też się staraliśmy, jednak możliwości nie były te. Próbowaliśmy robić coś a?la Iron Maiden. Nasz ówczesny basista był w nich zakochany, ja też uważam, że to dobry zespół, więc wybór był prosty. Po kilku zmianach personalnych zespół ten przekształcił się w Hate. Oczywiście, zmieniło się wszystko. Skład, muzyka i cała otoczka.

Pierwszy twój świadomy koncert to właśnie Ironi?


Tak, to pierwszy koncert na który sam poszedłem. 84 rok trasa Powerslave, byłem w siódmej klasie podstawówki. Bardzo dobrze pamiętam ten koncert, po prostu urwało mi dupę. Eddie był naprawdę "wielki" (śmiech) Mam bardzo dobrą pamięć i staram się zapisywać w głowie ważne wydarzenia. Często mi się to przydaje.

A zagrany przez siebie pierwszy koncert?


Ciężko powiedzieć, że był to koncert. Z zespołem Hate graliśmy na pierwszym dniu wiosny. Dziedziniec przed wspomnianym domem kultury. Nie do końca wyszło tak, jak miało być, okazało się, że nie jesteśmy na tyle dobrymi muzykami, by te zakupione instrumenty nam w czymś pomogły (śmiech). To był koncert na dworze... Śmiesznie... Pamiętam, przyszło dużo osób. Prawie sami koledzy. Zagraliśmy półtora numeru. Dyrektor, jak usłyszał to, co gramy, zobaczył to, co się dzieje pod sceną czyli młynek? Wpadł na scenę, jak opętany i skończył koncert. Był przekonany, że to jakaś bijatyka. Wskoczył z krzykiem "Koniec, koniec, panowie!!!" (śmiech). To był najkrótszy koncert, jaki zagrałem. Jeden kawałek cały i pół drugiego. Teraz z dystansu trochę go rozumiem. Ten gość nie miał zielonego pojęcia o "moshingu i młynie". Ale wiadomo, ludzie jego pokroju w 90 roku nie mogli być przygotowani na taki szok. Cała sprawa go przerosła, więc po tej akcji już nigdy nie zagraliśmy koncertu w tym domu kultury, co było dla nas pewnego rodzaju wyzwoleniem.

Hate dawał od razu z grubej rury?


No tak, inspiracje Morbid Angel, Deicide, te sprawy? Każdy był zajarany, każdy chciał być Davidem Vincentem.

?i Sandovalem.


I Sandovalem. Do Sandovala mi daleko, do Vincenta też było daleko Adamowi, ale uważam, że się udało. Pierwsza demówka była bardzo fajna i całkiem dobrze przyjęta przez underground. Bardzo dobry start.

Byliście jedną z pierwszych deathowych w Polsce kapel na poziomie.


To prawda, było oczywiście jeszcze kilka innych, ale z takimi aspiracjami i uporem to chyba w Warszawie nie było. Staraliśmy się zagrać, jak najlepiej. Jestem samoukiem, każdy z nas był samoukiem i nikt nie wiedział tak do końca, czy to działa, czy nie działa. Robiliśmy to tak, jak czuliśmy. Do Abhhorrence mam naprawdę duży sentyment.

Co było po Polmuzie?


Amati. To też był dziwny zestaw. Byłem młody, zbuntowany i nie miałem kasy, by sobie kupić bębny, o które i tak było ciężko. Taktowy od Polmuza z wywierconą dziurą i włożonym uchwytem do tomów, reszta gratów od Amati. Wyszykowałem ten zestaw, jak mogłem i sprzedałem go. Pożyczyłem resztę kasy i kupiłem inne. Czarne bębny Szpaderskiego. 2 takty, 4 tomy, 2 studnie i werbel. Tym razem były one kompletne (śmiech)

A twoje słynne bębny Yamahy?


To była Yamaha Power V. Biała Yamaszka, specjalnie robiona na targi do "Niemca". Ktoś to odkupił z targów i sprzedał mi. Cztery przejściowe, studnia, jeden taktowy. Drugiego nie mogłem kupić, bo był strasznie niewymiarowy - 20 na 20. Nie do kupienia w tamtych czasach. Dlatego grałem na przekładce. Dużo osób na nich grało? O, człowieku? Mile wspominam te bębenki. Sprzedałem je i jestem przekonany, że ten ktoś ma je do tej pory.

Miałeś wsparcie u rodziców, gdy zaczynałeś?


Nigdy nie miałem wsparcia. Matka twierdziła, że powinienem znaleźć sobie normalną pracę. Ale nie mam do niej o to pretensji, bo jeszcze mocniej się zaparłem, by robić coś, co będzie mi przynosiło radochę. Jak się okazuje, moja matka nie miała racji i ona dobrze o tym wie, co też dla mnie jako muzyka, jest bardzo budujące. Doskonale wie, że to co się dzieje w domu spowodowane jest tym, że Riverside gra i zarabiam pieniądze z muzyki. Oczywiście, musiałem skończyć szkołę. Zostałem technikiem mechanikiem samochodowym, ale nic mi to nie pomaga, może oprócz tego, że sam potrafię zrobić parę rzeczy w swoim aucie.

Jak ci szła nauka?


Orłem oczywiście nie byłem, poważny problem miałem jedynie z polskim, ale to było chyba spowodowane przez babkę, która mnie uczyła. Po prostu pilnowała mnie ze wszystkim. Coś się uwzięła. Po zmianie szkoły na zawodówkę i później w technikum było już dużo lepiej i nie było większych problemów.

Przejdźmy na chwilę do czasów, kiedy się jeździło na koncerty. Wielu znajomych prosiło, by cię o to zapytać?


Młody, dużo adrenaliny, tanie wina? No, brutalny byłem, może tak powiem (śmiech), teraz mi przeszło. Wiesz, młodość rządzi się swoimi prawami. Wszyscy jeździli na koncerty, wszyscy się lali, każdy dostawał po mordzie, no i to trochę jednak było związane z metalem. Dostawałeś w ryja, a i tak byłeś twardy, krew leciała, ale i tak "idę na ten koncert!". A teraz dostaniesz w nos i idziesz po policję. Chodzisz i szukasz tego, co ci dał w nos. Metalowcy byli prawdziwi i twardzi, brutalni z rozjebanym nosem, z fontanną krwi. To były zupełnie inne czasy. Wtedy to metal miał swój charakter. Teraz to jest wszystko mocno wypindrzone. Wtedy zespoły grały, teraz nie grają. Muzyka zrobiona jest w komputerze, perkusja zrobiona jest z rombów. Zespół nagrywa płytę, wychodzi na koncert i widzisz zupełnie inny zespół. Prawdziwe zespoły z prawdziwymi fanami, a nie pitu pitu. Muzyka metalowa stała się tak przewidywalna i monotonna, że aż żal czasem patrzeć i słuchać.

Pamiętasz, jeździły kiedyś ekipy?


No tak, słynna ekipa ze Szczecina z którą zawsze i wszędzie mieliśmy wojnę. To było jakieś nieporozumienie? (śmiech). Zupełna głupota. Słuchaliśmy tej samej muzyki, jeździliśmy na te same koncerty. Zamiast iść ze sobą na browar, nachlać się i pogadać o muzyce to wtedy napierdalaliśmy się po pyskach? Prawdę mówiąc, nie wiadomo za co? Prawdziwymi wrogami metali z Warszawy i tego świata naokoło warszawskiego była ekipa ze Szczecina. Po latach widzę, jaką to było bzdurą. Jeździliśmy na koncerty i powinniśmy się bawić a nie napieprzać.

?na koncerty, na które się czekało!


Taaak! Jak była Metalmania dwudniowa to jeździło się na oba dni. Jechało się na dwa dni i spało się na jakichś klatkach schodowych koło Spodka. Squotowało się na samej górze przy strychu, po cichu, aby milicja nie spałowała i nie obcięła włosów. Na drugi dzień śniadanko i na koncert. To był metal? Zadymy były fair. Ich dziesięciu, nas dziesięciu i to była młócka, a nie, że ja wielki chłop podejdę do dzieciaka i co? Zabiorę mu koszulkę czy buty? Bzdura.

Ja zawsze obawiałem się krojenia biletów.


No tak, to było najprostsze, ale teraz też to się zdarza. Nie jest tak, że teraz tego nie ma. Nie raz i nie dwa widziałem, jak ktoś wchodził do Stodoły z obitą mordą i mówił, że mu skradli bilet. Nie aprobuję tego, to jest głupota. Każdego stać, by na tego swojego idola kupić bilet i jest to fakt niezaprzeczalny. Kiedyś tych pieniędzy w ogóle nie było i zespołów nie było. Jak jechałem na pierwszy Sodom to trzy dni nie spałem wcześniej. Przygotowywałem się, robiłem naszywki na plecy i zastanawiałem się, która z nich będzie dobra. A teraz? Idziesz do sklepu, masz ileś tam kasy, ubierasz się, kupujesz naszywki i jedziesz na koncert, tam dostajesz w ryja i biegasz z płaczem do policjanta zamiast zagryźć zęby i się odpłacić temu, co cię oskubał.

Teraz tego zacięcia na koncerty nie ma, bo mamy duży wybór.


No tak, jest przesyt, tyle zespołów i koncertów. To taki lekki paradoks. Wtedy każdy chciał, by było jak najwięcej koncertów, teraz jak przyjeżdża naprawdę bardzo dużo osób to nikt nie chodzi. To paradoks naszych czasów, internetu i Youtube.

Jak szło się na metalowy koncert to wiązało się to z niezłą hulanką?


Ja starałem się zawsze po. Nie przed, a po koncercie. Jak chodziłem na koncert to chciałem go obejrzeć, żeby wiedzieć chociaż, co o nim mówić. Siedziałem i słuchałem, nie kręciłem młynów. Na drugim Iron Maiden byłem ze złamaną nogą, na Metallice też. Do pachwiny noga w gipsie, długie włosy, ramoneska, dwie kule - niezły wizerunek metalowca (śmiech). Pamiętam, przygotowywałem się dwa dni do tych wyjazdów. Zwłaszcza na Metallikę. Katowice, zima i daleko od domu. Musiałem specjalną skarpetę zrobić na ten gips, bo to kawał drogi. Ale byłem na tym koncercie! Teraz ludzie nie chodzą, bo albo jest zimno, albo pada deszcz. Dziecinada, a nie fani.

Byłeś wielkim fanem Marillion. Ciężko było się przyznać do słuchania tego zespołu w środowisku metalowców?.


Jasne. Nie chwaliłem się, że słucham Marillion. To był zespół, który zawsze lubiłem i do tej pory szanuję. Wtedy zatrzymywałem parę rzeczy dla siebie i nie chwaliłem się wśród ludzi, którzy słuchali Morbid Angel. Oni uważali to za jakąś pop papkę, co ja znów oczywiście uważam za nieporozumienie. Ciężko było się tym chwalić w środowisku deathmetalowców.

Jesteś samoukiem?


Tak, byłem kiedyś na jednej lekcji u Grzyba, ale doszedłem do wniosku, że pijany perkusista nic mnie nie nauczy. Powiedziałem więc - nie. Zajebiście gra, ale? Nie tędy droga. Uczyłem się sam z płyt i video. Lata dziewięćdziesiąte to moi ulubieni perkusiści - Lombardo, Sandoval, Ian Mosley, który - uważam - grał zajebiście np. na Fugazi.

W takim razie o których momentach możesz powiedzieć, że były przełomowe w twoim życiu?


Chyba Lord is Avenger z Hate. To taki pierwszy przełom. To był początek, gdzie zacząłem się zastanawiać, że mogę zostać perkusistą na poważnie. Później odejście z Hate. To była wspólna decyzja i nie było sensu kontynuować współpracy razem. Czas ten to bardzo słaby okres w moim życiu. Dowiedziałem się, że jestem cukrzykiem i wylądowałem na dwa tygodnie w szpitalu. Słabo? Straciłem pracę, bo jak się dowiedzieli, że jestem cukrzykiem to pewnie takie wizyty w szpitalu będą się zdarzać - co jest akurat kompletną bzdurą. To był taki czas, że nie wiedziałem, co ze sobą robić. Trzy rzeczy: koniec współpracy z Hate, koniec pracy, początek cukrzycy sprawiły, że przez rok siedziałem w domu i nic nie robiłem. Ale otrząsnąłem się jakoś i powiedziałem, że tak łatwo się nie poddam. Pożyczyłem kasę, kupiłem sobie komputer, ściągnąłem odpowiednie programy, kupiłem książki. Chciałem się nauczyć DTP. Teraz potrafię zrobić okładkę, gazetę, złożyć wszystko i wydrukować. Myślałem, że jak pójdę w tę stronę to będzie fajniej. Ale znalazł się zespół Pandemonium, a raczej po przekształceniach nazwy - Domain. Okazało się, że dobrze mi się współpracuje z Pawłem i zaczęliśmy razem grać w Domain. To też był mocny moment, bo jeździłem na próby do Łodzi dwa razy w tygodniu. Zależało mi, po prostu chciałem.

Kiedy narodził się Riverside?


Prawdę mówiąc przez przypadek z "Grudniem", jechaliśmy do Parku czy tam z Parku, nieważne, ważne, że jechaliśmy moim samochodem i miałem Clutching at Straw Marillion w odtwarzaczu. Włączyłem, rozmawiamy, on mnie pyta, czy słucham takiej muzyki. "Jak to? Słuchasz? Ty - death metalowiec?". I tak zaczęliśmy rozmawiać, od słowa do słowa. Po roku ogarnęliśmy się, zaprzyjaźniliśmy i ruszyło. Ale najlepsze, że to nie był przełomowy moment w moim życiu. Przełomowym momentem było rzucenie pracy po Second Life Syndrome. To był przełomowy okres. Rzuciłem pracę i skoncentrowałem się tylko na graniu.

Polski muzyk może się utrzymać z grania nie-chałtur?


Oczywiście może, ale to ciężki kawał chleba. Trzeba się naprawdę nazapierdalać, za przeproszeniem. Po SLS daliśmy sobie rok, by zobaczyć, czy da się w ten sposób żyć. Można było grać i nie mieć z tego pieniędzy, ale to chyba nie o to chodzi. Przy takiej decyzji pieniądze musiały być. Z czegoś trzeba żyć. Koniec końców okazało się, że przy odpowiednim nacisku da się to zrobić i może to zadziałać.

A przełom w Riverside? Piję do koncertów z Dream Theater.


To jest właśnie ten okres. Portnoy lubi SLS, dlatego nas właśnie zaprosił.

Jak to wyglądało?


Ciężko mi powiedzieć, jak to wyglądało, dostaliśmy po prostu maila od niego. Prosty mail, że bardzo mu się podoba płyta i chciałby, żebyśmy zagrali z nimi kilka koncertów. Reakcja nasza była bardzo dziwna, bo nie byłem w stanie w to uwierzyć. Jak graliśmy na Near Fest w Stanach przyszedł na nasz koncert specjalnie po to, żeby posłuchać, jak gramy na żywca. Spodobała mu się cała nasza twórczość, nie tylko SLS. To bardzo miłe, jak ktoś mówi ci, że podoba mu się twoja muzyka, zwłaszcza, gdy mówi ci to taki osobnik, jak Portnoy. Wracając - całe szczęście, że nikt mi nie powiedział, że Mike będzie na koncercie, bo bym chyba go nie zagrał? Dowiedziałem się 5 minut po secie, jak wszedł do nas do garderoby i uścisnął ręce, i zaczął normalnie rozmawiać. Po prostu dostałem lekkiego zatknięcia i nie mogłem wydobyć z siebie dwóch słów. Powiedziałem, że dziękuję, że przyszedł i tyle. Później, jak wysłał tego maila wydało się to niewiarygodne, ale poszło?

Ile koncertów?


9 koncertów. Nauczyliśmy się wtedy bardzo dużo. Nauczyliśmy się pracy na scenie, a to jest bardzo ważna rzecz. Stuprocentowy zespół, nic się nie dzieje przez przypadek, pełen profesjonalizm, wszystko jest zamierzone i opracowane. Nauka była super. To nam bardzo pomogło.

Czyli polecamy wszystkim trasę z DreamTheater (śmiech)!


No tak, wiadomo, ale polecam trasę z jakąkolwiek dużą gwiazdą, która ma taki staż, jak Dream Theater. To są zupełnie inni goście, jak się wydaje.

Zauważyłem. Kilkukrotnie rozmawiałem z Portnoyem?


To jest akurat człowiek orkiestra, do wszystkich jest pozytywnie nastawiony, uśmiecha się, gada, żartuje. To zupełnie inna osoba niż reszta. Np. takiego La Brie uważałem do tej trasy za, nazwijmy to wprost, dupka, że jest nieprzyjemny. Okazało się, że jest zupełnie innym gościem! W Spodku przyszedł do nas jako pierwszy i powiedział: "Cześć, jestem James La Brie, miło mi was poznać, super, że będziemy razem grali i podoba mi się wasza muza" i tak dalej, gadał z nami kilkanaście minut, a miejmy świadomość, jakim my jesteśmy zespołem, a jakim oni. Mógłby nas spokojnie olać. Dlatego jestem bardzo wdzięczny, bo dzięki temu bardzo ludzi usłyszało o Riverside.

Jesteście jedynym polskim zespołem mającym grono fanów na zachodzie, a nie grającym przy tym muzy ekstremalnej.


Tak, to prawda.

Macie kontakt z fanami spoza Polski? Jak wyglądają relacje?


Traktują nas dokładnie tak samo, jak np. Dream Theater, przepraszam, ale to powiem - jesteśmy dla tych fanów ulubionym zespołem. Staram się nie krygować. Niektórzy uważają, że jak tak się mówi to jest jakieś chwalenie. Ja się nie chwalę! Ja po prostu stwierdzam fakt. Głupie podejście Polaka, że jak się zapytasz, jak leci to marudzi? Spytasz Amerykanina to wszystko jest zajebiście! Wszystko jest super! Dlatego ja też uważam że jest super. W tym miejscu, gdzie teraz Riverside jest i jaką pracą zasłużyliśmy na to, uważam, że bardzo dobrze nam się dzieje, że się bardzo dobrze rozkręciło. Ci, co śledzą naszą karierę widzą, że zasłużyliśmy na to swoją pracą i muzyką, a nie żadnymi układami, pieniędzmi które się płaci, by ktoś o nas pisał. Mamy to w nosie! Nie ma nas w telewizji, nie chodzimy na żadne "Tańce z gwiazdami", nie jesteśmy u Wojewódzkiego, osobiście mam to w dupie. Chcę, żeby patrzono na nas przez pryzmat nie pieniędzy czy układów tylko tego, co gramy, co mamy do powiedzenia i że nie jesteśmy zafajdanymi Polaczkami, którzy na wszystko jęczą i marudzą. Nie chciałbym tak być odbierany. Niektórzy, niestety, tak u nas w kraju mają, że co byś dupy miodem nie smarował i tak jest źle. Polska cecha - wynajdowanie minusów zamiast plusów. Naprawdę nie chciałbym być tak odbierany. Zupełnie inaczej staramy się przedstawiać Polskę poza granicami. Nie jesteśmy smutni i nie narzekamy non stop. Nie ma co narzekać, bo może być zawsze gorzej. To że przez tyle lat byliśmy pod batem Sowietów cały czas jest na naszym garbie, musimy się wyzbyć tego! Zobacz, u nas na historii czego się uczy? U nas uczysz się porażek, a w Stanach uczą sukcesu. A my mamy mieć dół, a nie cieszyć się. Nie wszyscy to potrafią. Taki Wacek (Decapitated - przyp. red.) też jest zadowolony, że ma zespół, że coś zaczęło się dziać z powrotem. Oczywiście, jestem przekonany, że żałuje tego, co się stało, ale nie rozpamiętuję. Stało się, nie odmienisz tego. Jestem przekonany, że Vitek na sto procent by chciał, by oni dalej grali, bo to był Vitka/Wacka zespół, oni byli jednym sercem w tym zespole.

Co sądzisz o boomie na progresywne granie?.


Ten boom jest od 2003 roku, jak wydaliśmy pierwszą płytę. Przepraszam, że to może zabrzmi, jakbym się chwalił, ale taka jest prawda. Nie było tyle portali progresywnych przed naszym graniem. Był jeden portal progresywny w Polsce - Caladan. W linkach zespołów współpracujących z portalem były cztery zespoły - Collage, który nie istniał, był zespół z Niemiec, gdzie gra Polak, Quidam i ktoś jeszcze, nie pamiętam. 4 czy 5 zespołów, teraz jest 30.

Do czego to prowadzi?


Do tego, że będzie fajniej i dużo więcej fajnych zespołów w Polsce. Ja tak uważam. Jest u nas w kraju sporo ambitnych i doskonałych zespołów progresywnych.

Ale czy znajdą się ludzie, którzy będą chcieli tego słuchać?


Też, bo to nakręca. Te zespoły mają swoje towarzystwa. Wiadomo, że nie złapiemy ludzi, którzy mają gdzieś muzykę progresywną i zespoły nie będą grać przed Wiadomościami w Jedynce. Najważniejszy jest fakt, że ktoś to robi. Ludzie, którzy będą szukać ambitnej muzyki to ją znajdą. Kiedyś były dwie płyty Collage i Quidam, poza tym nic. Cały polski rock progresywny z dwóch płyt? Dlatego uważam, że teraz nie jest źle.

Jest to swego rodzaju moda?


Zawsze była moda, ale zostaną dwa - trzy zespoły, które coś wniosły do gatunku, w którym próbują działać. Bardzo prosty przykład - Behemoth. Patrząc na ich karierę od pierwszej demówki zespół się diametralnie zmienił. Wprowadzili coś do tego black metalu - prostego, najprostszego, niemal pierwotnego, że nagrywają płytę, która jest genialna, doskonale brzmi i można jej jeszcze posłuchać. Bo nie wszystko super brzmiące da się słuchać. Ostatnia płyta naprawdę bardzo mi się podoba. Patrząc na dwa punkty ich kariery to są zupełnie inne zespoły. Na samym początku współpracowaliśmy razem, jak było Vox Mortis, wydaliśmy nawet chyba im dwie płyty. To jest bardzo dobry przykład na to, że jak wchodzisz w coś i chcesz to zmienić to możesz się stać takim zespołem, jak Behemoth. Oni coś wnieśli. Nergal jest bardzo konsekwentny, ambitny i uważam, że to spowodowało w jakim miejscu jest Behemoth. Połowa ludzi go nie zna, a druga nie dość, że nie zna, to jeszcze mu zazdrości.

Czytają nas młodzi wykonawcy, a ty operujesz dużo wśród zespołów rozwijających się. Co sądzisz o relacjach i zawiści, jaka panuje między zespołami?


To niestety przywara, która jest tylko w Polsce. Niestety, to jest nasza cecha narodowa. Ale to podstawa wychowania społecznego. Prostym przykładem są dwaj sąsiedzi, gdy jednemu wiedzie się lepiej to drugi nie chce dociągnąć do jego poziomu, tylko modli się, by tamtemu się pogorszyło? Tak, jak metalowcy, którzy nienawidzą Behemoth, bo im się udało to tak samo jest w muzyce progresywnej. Muzyka progresywna oparta jest na pewnej ramie i jej elementy teraz należy umiejętnie łączyć. Nic nie zrobisz nowego, bo jak chcesz coś nowego zrobić to nikt nie będzie z tobą chciał pracować, bo powiedzą, że jesteś debil, bo tego się nie da słuchać. Jak to mówił Maklakiewicz: "Podobają nam się utwory, które znamy". I to jest święta racja. Każda nutka w progresywnym zespole może się z czymś kojarzyć tylko moim zdaniem cała woltyżerka polega na tym, by to ładnie połączyć, żeby nikt ci nie powiedział, że to ewidentna kopia. Nie da się zrobić nic oryginalnego, da się zrobić oryginalne połączenie.

Spotkałeś się z zawiścią odnośnie Riverside?


Tak, wielokrotnie?

No i?


No i to olewam. Robimy to, co robimy i 90 procent zespołów chciałoby być w tym punkcie, co my teraz. Właśnie stąd ta zawiść.

Jak budujesz partie bębnów do Riverside?


Zarys mam bardzo szybko. Mariusz przynosi jakiś fragment i go obrabiamy. On przynosi utwory i mówi mi, w którą stronę mam iść. To jest lider artystyczny, który mówi mi, że tu jest takie tempo i trzeba pod to zrobić coś takiego i takiego. To nie jest tak, że ja wszystko samemu wymyślam. Ja wszystkie rytmy gram i je udoskonalam. Traktuję perkusję jako jeden z instrumentów, który ma pomagać w muzyce, a nie przeszkadzać. Niektórzy perkusiści mają to do siebie, że przeszkadzają, bo jest tam tyle, że nie słychać muzyki. Dla mnie jest najważniejsza muzyka w zespole. Jest trzech ludzi obok mnie, którzy chcą usłyszeć fajne piosenki, a nie tylko łamańce i przejścia.

Młodzież raczej stara się pokazać pod kątem jak najlepszych umiejętności. Pokazać, ile to potrafi ą zagrać.


Trzeba umieć pewne podstawy, wiedzieć, co się gra, panować nad rękami i nogami, to jest bezdyskusyjne, plus do tego mieć zarys tego, co się robi w zespole. Nie można brać pod uwagę tego, że jestem perkusistą i mogę grać wszystko, co mi się chce. Nikt tego nie będzie słuchał. Podchodzę do muzyki w Riverside przede wszystkim pod kątem słuchacza. Na samym początku robię beaty i zamieniam się w słuchacza. Chciałbym posłuchać, czy to jest fajne, czy nie. Nigdy nie biorę pod uwagę, czy zagrałem trudno, czy łatwo, tak czy tak. Nie potrzebuję tego, nie jestem Terry Bozzio, żeby pokazywać, jak ja potrafię grać. Od tego są tacy ludzie, właśnie, jak Terry Bozzio, czy inny. Ja tego nie chcę, ponieważ ja nie umiem tak grać i nawet się nie staram tak grać. Taki Łosowski jest świetnym bębniarzem, bo potrafi zagrać i delikatnie, i technicznie, a większość bębniarzy gra na najwyższych obrotach, ale nie robią tego z luzem tylko tak, jakby im miała głowa pęknąć. Często bywa tak, że perkusistę najlepiej przyciszyć, bo zespół fajnie gra, ale bębniarz tak kręci, że nie da się tego słuchać. Oczywiście też nie wszyscy są tacy, jak Donati, który ma swoje PlanetX właśnie po to, by to pokazać, i ja to rozumiem w stu procentach. Nie jestem fanem tego zespołu, ale mam total szacun do gościa, bo jest? przejebany, że tak powiem. Nie potrafiłbym zagrać 10 procent tego, co on tam gra, ale dobrze, jest taki zespół, więc po co jest 30 podobnych, takich samych. Takich perkusistów jak Portnoy, którzy tak zagrają jest bardzo dużo, tylko takich, którzy zagrają tak dobrze nie ma za wielu.

Często progres utożsamiany jest z wymiataniem. Trzeba wymiatać, by grać progres.


To jest zupełny bezsens. Muzyka progresywna to nie jest wymiatanie na instrumentach. To, że grasz trudno to nie znaczy, że grasz progres. Oczywiście, jedno z drugim może iść w parze, ale można to tak połamać, że będzie fajnie i będzie można tego słuchać, ale przy tym nie będzie łatwo. Niektórzy myślą, że jak zakręcą, połamią to będzie to bardziej progresywne, nic bardziej mylnego. Muzyka progresywna to dość szeroki wachlarz. Od Genesis po PlanetX, który jest zupełnie czymś innym.

Studio czy scena?


Tu i tu. Na koncercie jest adrenalina, w studio jej nie ma, chociaż jak się zapala czerwona lampka to coś tam na pleckach chodzi.

Nagrywasz z clockiem?


Wszystkie utwory. Kiedyś na pierwszych dwóch płytach niektóre kawałki były bez, ale teraz już wszystko z metronomem, na żywo też. Ułatwia dużo. Rok się przyzwyczajałem, by grać z clockiem. Bardzo dużo perkusistów uważa, że clock im przeszkadza. Moim zdaniem to bzdura, bo po prostu nie potrafi ą go sobie odpowiednio ustawić w odsłuch. On powinien ci trzymać tempo, a nie przeszkadzać. Nie wyobrażam sobie teraz, jak można grać bez clocka. Uważam, że to jest bardzo, bardzo duża pomoc dla mnie. Nie trzymam tempa sam z siebie, tylko zajmuję się wszystkim innym, a on mnie tu sam ciśnie, ale nie tak, że mam otwarte gały i wysłuchuję, kiedy jest clock, żeby werbel i stopka były w tym samym miejscu. To nie o to chodzi. On ma mi podawać tempo. Jak już mam tempo to sam już się trzymam i nie przeszkadza mi to, że on gra na 4, a ja sobie zagram inaczej. Do tego trzeba się przyzwyczaić. Wiele osób myśli, że jak jest taki clock (tutaj Piotr zaczął wystukiwać regularne ćwiartki) to trzeba grać tylko na 4, tymczasem można to tak połamać, że i tak ten clock będzie się zgadzał. To tylko kwestia przyzwyczajenia. Przez rok starałem się mocno, bo chciałem, żeby to było z groovem.

Jak nagrywasz bębny? Partiami?


Zależy. Na ostatniej płycie jeden nagrałem cały, bo było jedno tempo. Reszta był szatkowana do zmiany tempa. Jak dochodzimy do zmiany to zatrzymujemy. Oczywiście na koncercie nie ma problemu z zagraniem po całości. Teraz jest o tyle łatwo, że nagrywamy każdy koncert, mam ich ponad sto, i słucham, co jest źle. Uczę się. Mamy tak skonstruowane utwory, że jest zawsze przerwa, gdzie mogę swobodnie przestawić tempo.

Jak szykujesz się do pracy w studio pod kątem naciągów?


Mam kompletnie sprecyzowany pogląd na naciągi. Dla mnie oprócz Remo nie ma innych naciągów. To są naciągi stosowane przeze mnie całe życie perkusyjne. Góra i dół Emperory, przezroczyste.

A świeżość? Którą szkołę prezentujesz?


Często wymieniam. Każda trasa, nagrania. W trakcie nagrań nie zmieniam, bo się rozstrajają, jak są nowe. Robię tak, że przed studiem rozgrywam je na dwóch próbach, bo nie są rozklepane.

Czyli jesteś zwolennikiem tej szkoły, bo druga mówi o zmianie naciągów w trakcie sesji.


Nie, to jest bez sensu, cały czas trzeba stroić bębny. Uważam, że jak bębenki mają rozegrany naciąg brzmią lepiej niż ten świeży, nowy, który nałożyłeś przed chwilą, naciągnąłeś, nastroiłeś, po czym uderzasz, a tam tryk tryk - coś jeszcze strzela. Trzeba ponaciskać, podusić, chłopaki się ze mnie śmieją, że je duszę, bo nakładam ręcznik z jednej i drugiej strony, i ugniatam. Po każdym numerze stroimy je po pięć razy. Mam tu kolegę, Siwy z Antigamy jest świetnym stroicielem. Sam nie stroję, robię to tylko tutaj w salce, do studia mam Siwego, który mi pomaga? Przyznaję się do tego, ale wolę, żeby było super nastrojone. Wolę to zostawić zawodowcowi. Polecam go do studia, jak ktoś chce dobrze nastrojone bębny.

Nie uważasz, że brakuje u nas fachowców przygotowujących sprzęt w studio?


Bardzo. Brakuje, ponieważ nie ma na to pieniędzy, nie ma producentów, nie ma z prawdziwego zdarzenia realizatorów. Realizator, który siedzi w studio i realizuje twoje nagrania jest jednocześnie producentem. U nas słowo producent jest traktowane zupełnie inaczej niż na Zachodzie. Zupełnie dwie inne sprawy. Ja staram się być producentem tak, jak w przypadku Disperse, uważam, że zrobiłem kawał dobrej roboty, zmiksowałem im płytę razem z Szymonem Czechem i moim zdaniem naprawdę jest czego posłuchać. W Polsce gość, który kręci gałkami nie jest tylko inżynierem, ale jest też producentem. To zupełnie inaczej - nie tak, jak powinno być.

Jaki masz wpływ na brzmienie podczas nagrań?


Cały. Ja ustawiam brzmienie, wszystko robię. Finalny kształt także. Jestem perkusistą i to moja domena. Nie ustawiam brzmienia gitary, mogę co najwyżej zasugerować. Oni też mi sugerują, ale decyzja należy do mnie, nikogo innego. To jest suwerenna decyzja w Riverside. Na tym polu jestem samotny. Nie uważam, żebym miał źle brzmiące gary. No, może pierwsze, ale to na ddrumie nagrywałem.

Obecnie grasz na bębnach?


DW Collectors, no i oczywiście Czarcie Kopyto. Co do blach to ostatnio podpisałem deal z Paiste, więc od przyszłych nagrań i koncertów będę używał tych blach. Zamówiłem sobie 3 pełne "moje" zestawy. 2002, Dark Energy i Refflectors. Zobaczymy, który sprawdzi się w studio, a który na koncertach. Najważniejsze jest to, że mam układ tzw "Worldwide". Nareszcie, jak będę latał gdzieś na koncert set już będzie na mnie tam czekał.

Co lubisz mieć w odsłuchu na scenie?


Wszystko mam w uszach i nie mam żadnego wedg?a koło siebie. Mam wszystko, cały zespół.

A czego oczekujesz na koncercie?


Żeby siedziało wszystko razem, ludzie i tak wejdą w to, jak w masło, jeżeli na scenie będzie dobrze.

Były koncerty, o których chciałbyś zapomnieć?


Tak, przed Dreamami pierwszy w Spodku. Nasz akustyk dostał chyba zawału serca, ale całe szczęście, że Amerykanie byli tak fajni, a ekipa była tak zajebista, że od następnego koncertu było wszystko ok. Ogarnęli to. Akustyk był tak naprawdę tylko od włączania i wyłączania pogłosu. O tym koncercie chciałbym zapomnieć. Mam nadzieję, że na ostatnim Metal Hammerze przed Kornem odbiliśmy sobie. To był znów super koncert. Wszystko było tak, jak powinno być.

A pod kątem wpadek?


Wpadki są zawsze, sąsiadów się nie uniknie. Byłem świadkiem, jak pan Portnoy też się mylił, wszyscy się mylą. Nie było oczywiście sytuacji, że siadam i mówię, że nie mogę tego zagrać. A znam też i takie przykłady w dużych zespołach. Kojarzysz zespół Betrayer? Grali na Metalmanii, po dwóch numerach perkusista wstał i powiedział, że nie zna materiału i skończyli koncert. Powiedzieli ludziom, że awaria sprzętu.

Naciągi ci pękały?


Dolne od werbla. Nieraz, jak się za mocno podniecę?

Dolny?


Tak, już kilkukrotnie tak mi się stało. Zerwałem już ze cztery. Uderzam z rimshotem i pękają równo po drugiej stronie na tej samej wysokości.

Nad czym teraz się koncentrujesz w grze ćwicząc?


Ćwiczę sporo. Mamy komfortową sytuację, bo mamy własną salę prób, gdzie możemy próbować i ćwiczyć. Progresja jest takim moim drugim domem. Gram codziennie. Ćwiczę numery i wprawki. Staram się nie przeskakiwać swoich możliwości, cały czas się uczę sam, nikt mnie nie uczy.

Nie myślałeś, żeby jednak gdzieś się podciągnąć?


Mam tu kolegę, Krzysztof Kwiatkowski. Nieraz mi pokazuje parę rzeczy, ale żeby było śmiesznie on ode mnie też bierze rzeczy, te metalowe, młynki, dwie stopy, bo nie gra na nich w ogóle. Teraz zaczął się tego uczyć i wziął sobie szkołę Langa. On czasami mi coś pokaże.

Słyszałem kiedyś, że ponoć dogrywałeś dwie stopy. Jak to wyglądało?


A tak w Evil Art, normalnie siedziałem i jechałem na dwie stopy. Co miałem zrobić, jak się wcześniej nie nagrały? Na padach nagrywałem i się nie nagrały. Nagrywałem kilka płyt, gdzie zupełnie nie znałem muzyki. Death metalowe, black metalowe płyty nagrywałem jako gość, w ogóle: "Dzień dobry, ja tu mam nagrać perkusję". Koleś siedział i mi coś grał, a ja siadałem za bębnami i grałem pod to. Później łączyliśmy to. To było właśnie podczas tego roku, gdzie nic nie robiłem. Zarobkowa praca.

Nowinki techniczne - interesujesz się nimi?


Nie do końca. Zasadniczo mam wszystko, co chciałbym mieć. Ostatnią nowinką, jaką sobie kupiłem jest butt shaker i to też po trasie z Dreamami. Patrzę, że Portnoy ma coś pod stołkiem. On do mnie: "Chodź, usiądź". Usiadłem i powiedziałem "O Jezu". Ja to muszę mieć! Pomaga mi w momencie, gdy słucham przez słuchawki. Z daleka stopę z wedga słychać, a w słuchawkach musisz ją wziąć naprawdę głośno. Teraz mam stopę w dupie, dosłownie (śmiech). Ddruma używam jako wyzwalacza do shakera. To tyle, nie jestem zachłanny na nowości. Nie sprzęt tworzy perkusistę. Można mieć wypasiony sprzęt i zagrać jak łachmyta, a z drugiej strony na Polmuzie można zagrać cudownie. Sprzęt tylko pomaga.

Elektronika?


Wpadłem na pomysł, by kupić sobie pady, ale nie po to, by na nich grać tylko, żeby wyzwalać jakieś barwy.

Pały?


SilverFox. Dogadałem się z dystrybutorem Music Dealer i naprawdę bardzo fajne są te pałki. Rozmiar 2B. Troszkę się ślizgają, ale radzę sobie. Nie łamię dużo pał, nie pękają mi blachy. Najwięcej pałek leci od rimshota, wiadomo, choinka się robi.

Najgorsze w życiu bębniarza jest ??


Wiadomo, noszenie tego wszystkiego. Na szczęście mam swojego technika. Mamy w sumie więcej techników niż muzyków w zespole. Pomagam mu często, nie jestem typem gościa, który mówi, by robić to i to. Nasi technicy nie powinni na nas narzekać.

Co cię wyprowadza z równowagi podczas koncertu?


Głupoty typu niedokręcony statyw, który się wywala, rozkładający się werbel. Wiadomo (śmiech).

Jak wygląda twoje życie w trasie?


Z Dreamami wtedy było spoko, bo 9 koncertów w aż trzy tygodnie, nightlinerem z miejsca do miejsca. Jeżeli chodzi o Riverside to jest już trochę gorzej? 48 sztuk po kolei. W nightlinerze jest monotonia. Proste życie, trzeba sobie znaleźć zabójcę czasu. Nie spać, bo będziesz chodził przymulony, nie patrzeć w drogę tylko czymś zająć. Ja akurat mam dużo pracy na kompie. Robię sobie strony, ćwiczę, układam, no i oczywiście Play Station.

Jak z imprezowaniem?


Na ostatniej trasie przez cztery tygodnie tylko dwa razy pozwoliłem sobie na mocniejsze uderzenie. Walnąłem parę głębszych, bo mieliśmy dzień przerwy, no i raz w Rzymie, bo był fajny barman. Robił zawodowe drinki. Tak nas uraczył, że drugi koncert w Mediolanie miałem bardzo ciężki. Najspokojniejszy koncert w moim życiu, jedyny, podczas którego miałem wiaderko koło mnie, bo bardzo źle się czułem (śmiech).

Koncert, który wspominasz najmilej?


Jednym z nich na pewno będzie Arrow Rock w Holandii, gdzie oglądało nas 12 tysięcy osób. Grali tam wszyscy, których uwielbiam: Roger Waters, Whitesnake, Deep Purple, Porcupine Tree, Dio, Journey i pełno, pełno innych. To był koncert, na którym miałem przez jeden numer tremę. Nie miewam tremy, ale wtedy miałem i to sporą. Zasadniczo jedyne, co muszę przed koncertem to tylko iść do kibelka (śmiech). A wtedy miałem sztywne dwa nadgarstki. Dobrze, że numer trwa 12 minut, bo miałem czas, by dojść do siebie. 12 tysięcy osób w tym namiocie to naprawdę dużo. W ogóle było ok. 40 tysięcy ludzi. Wszędzie kamery, a my gramy jako pierwsi, drugiego dnia. Nikt wtedy jeszcze nie grał, więc wszyscy widzieli nasz koncert. 12 tysięcy w namiocie i ponad drugie tyle poza namiotem. Początek był najlepszy, bo nie widzieliśmy tych ludzi. Backstage mieliśmy z tyłu. Po próbie zostawiliśmy tam graty i idziemy zobaczyć. Patrzymy. Ok. 100 osób stoi pod sceną, ech, spoko, damy radę. Poszliśmy, zaczęliśmy jeść, gadać, z godzinę to trwało. Wchodząc z powrotem do tego namiotu miałem złe przeczucia, bo czułem, jakby się zbliżało trzęsienie ziemi? Odsłoniłem zasłonę i zostałem zamurowany na parę sekund, wszędzie pełno ludzi. W życiu tego nie zapomnę. Przygotowani byliśmy na 200 -300 osób, a tu nagle się okazuje, że jest pełno plus ludzie za namiotem, bo się zmieścić nie mogą. Fajnie nas przyjęli. W Holandii jesteśmy bardzo popularni, ściągamy tyle samo ludzi, co np. Porcupine Tree, więc nie jest źle.

Są u nas perspektywy na scenie?


Tak, tak uważam. Jest u nas bardzo dużo dobrych muzyków. Muzyków, nie techników.

Zgodzisz się z Czarkiem Konradem, że jesteśmy w czołówce europejskiej, jeżeli chodzi o muzyków?


Tak, zdecydowanie tak. Brakuje nam jedynie pieniędzy na produkcję tego wszystkiego. Ludzie u nas nie inwestują w zespoły. Ludzie, którzy mają pieniądze zajmują się tylko ich pomnażaniem. Nie biorą pod uwagę, że można dać kasę zespołom, które tego potrzebują, zainwestować na poważnie. Później ktoś powie w świecie: "Ale zajebisty zespół z Polski". Jest bardzo dużo dobrych zespołów, które tu zginą, bo nie mają kasy, aby nagrać dobrze płytę i ją wydać.

Jak montowałbyś super band? Kto by tam był?


Na pewno ja bym nie grał na bębnach (śmiech). No dobra, to ja na bębnach? Mariusz na basie, Michał na klawiszach i Grudzień na gitarze. Tyle w temacie!

Masz syna. Gra?


Mam, ale nie gra. Ma 19 lat i załapał inny bakcyl. Chce być kucharzem, czyli też na garnkach (śmiech). Uważam, że to bardzo fajny pomysł. Sam jestem z zamiłowania kucharzem.

Przyjeżdża Portnoy i Gavin, i trzeba im coś przygotować. Co byś zaproponował?


Ooo, spoko! Po mojemu to karkóweczkę z grilla, kurczaka w śmietanie - bardzo dobry przepis. Mam jeszcze łopatkę z jałowcem, też po mojemu. A do picia piwko! Żeby się fajne trawiło. Albo winko.

Osiągnąłeś sukces?


I tak, i nie. Uważam, że może być jeszcze fajniej. W realiach polskich sukces osiągnęliśmy. Sprzedajemy dużo płyt, więc z jednej strony tak, osiągnęliśmy sukces, natomiast z drugiej strony może być lepiej. Ja bym chciał, żeby było jak najlepiej.

Plany z Riverside?


Piszemy numery na dwie płyty. Najpierw mini longplay na dziesięciolecie istnienia. Zagramy z 5-6 koncertów w Polsce i 10 na Zachodzie. W 2012 będzie płyta, która przy tym będzie płytą podwójną.

Na Euro?


(śmiech) Na koniec świata prędzej!
Reklama