Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 14. Jacek Pelc

Młody człowiek z drobnym wąsem siedzący za mizernej jakości zestawem perkusyjnym wybija z wielkim zaangażowaniem i jeszcze większym wyczuciem rytm. Muzyka płynie, szeroko rozlewając się po wypełnionej po brzegi sali.

Zespół rozkręca się z sekundy na sekundę, bębniarz wyciska z zestawu wszystko, co tylko może i kompletnie nie zwraca uwagi na stojące koło niego nuty - zna każdy fragment granego utworu. Nagle, w trakcie gry, nieoczekiwana zmiana w składzie! Za klawisze wskakuje gość imprezy, a jednocześnie autor granej przez zespół kompozycji. Szybko nawiązuje kontakt z młodym perkusistą i od tej pory nie spuszcza z niego wzroku. Chick Corea i Jacek Pelc grają La Fiestę dalej?

Wchodzimy do niedużej salki w podziemiach bydgoskiej szkoły. Rozstawione niemalże na środku bębny, dookoła pełno sprzętu perkusyjnego, cała ściana zawalona wszelkiej maści pokrowcami i kejsami. Rozstawione jedna za drugą blachy czekają, aż właściciel będzie miał kaprys i wybierze właśnie tę konkretną do swojego setu. W odległym kącie na dole - półeczki, na których leżakują niczym uśpione, przykurzone butelki z winem. Kotary wiszące na ścianach pełnią nie tylko funkcję estetyczną, ale rzecz jasna i akustyczną. Rack z elektroniką, jakiś klawisz, płyty i odtwarzacze, gdzieniegdzie jakieś nuty. Dla przeciętnego śmiertelnika byłoby to nic innego jak zagracony pokój. Tymczasem w tym wszystkim jest sens i logika, poparta pasją i wielkim oddaniem właściciela.

Salka, pieszczotliwie nazywana "Bunkierką", aż kipi od muzyki i wydaje się grać nawet wtedy, gdy żadna muzyka nie jest włączona i nikt nie uderza w instrumenty. Siadamy przy małym stoliku stojącym tuż przed bębnami. Jacek rozstawia termos z kawą i przerzuca wśród płyt, szukając dobrego akompaniamentu do naszej konwersacji. Od chwili, w której spotkaliśmy się tego dnia, nie było ani jednej sekundy ciszy, cały czas rozmawiamy, omawiamy, opisujemy, analizujemy. Jacek zasypuje mnie toną informacji, swoimi wnioskami i przemyśleniami, dotyczącymi nie tylko sfery muzycznej, co mnie bardzo cieszy i jeszcze mocniej wciąga w wir rozmowy. Pierwsza część rozmowy kwitła na dobre, drugą część przewidzieliśmy w innym miejscu. W nieopodal położonym mieszkaniu Jacka czekały już bowiem na nas płaty łososia, które mieliśmy ze smakiem pożreć, rozkoszując się przy tym dobrym białym winkiem, jednym z kolekcji Jacka. Nadeszła chyba odpowiednia chwila, by to wszystko jakoś powoli uporządkować, co nie jest rzeczą łatwą, ponieważ przekazanie tylu myśli na papier bez całej gestykulacji, tembru głosu, dynamiki i dramaturgii wypowiedzi wydaje się dotkliwym uszczupleniem dla całego przekazu. Spróbujmy?

Jacek, po ci ta gra na perkusji?


Ha, dobre pytanie? Ja to lubię, słowo daję!

Ale to trzeba nosić, rozstawiać, pocić się, perkusiści są niedocenieni?


Tu właśnie wychodzi moja życiowa głupota? Nie wiem, jak to nazwać? Bo ja, stary, na stare lata, zamiast mieć coraz mniej gratów, mam ich coraz więcej. Jak dziecko? Ale to jest, jak z gorzałeczką czy winkiem. Jak mogłem pić dużo to nie było mnie stać na najlepsze gatunki? Na najlepsze bębny też mnie nie było stać, na najlepszą konfigurację, jaką chciałem mieć. Teraz mam tę możliwość, tylko tracę siły, by z tego korzystać (śmiech). Idiotyczna sytuacja. Tak to jest w ogóle w życiu, zwłaszcza u nas. W Stanach możesz funkcjonować od razu i nikt nie każe ci przez całe życie schylać głowy z pokorą. Ja skończyłem w grudniu 51 lat i mogę w końcu zbudować swój zestaw, który nie jest może bardzo duży, ale jest w nim wiele ciekawych dodatków pod kątem brzmieniowym. Zaczynam mieć coraz więcej gratów. Ale jednocześnie mam to wszystko rozparcelowane tak, że każda walizeczka jest w miarę lekka. Każdy futerał czy pokrowiec wołowy? jestem w ogóle fanem określenia "pokrowiec wołowy", bo to wiesz, od krowy - po-krowiec (śmiech). Więc każdy taki pokrowiec jest lekki. Zrobiłem sobie też dużo części aluminiowych. To, oczywiście, nie spełnia jakiegoś heavy metalowego standardu, bo jest delikatne, ale nie mam tak ciężkich rąk czy nóg i do mojego grania wystarcza. O, tu masz statyw, zobacz sobie? Oszczędzam więc na samym żelastwie i mam te kilkanaście kilo lżej.

Perkusiści oszczędzają na kilogramach


O muzyce w kilogramach, kilometrach i kilowatach też mogę ci opowiedzieć - często jest w TV przy "ważnych" okazjach (śmiech), ale wracając do mojego sprzętu. Dzięki temu, że mam to rozparcelowane na małe jednostki bagażowe, mogę się zabrać sam. Żelastwo w trzech walizkach, na kółkach, razem ze stopką podwójną, stołkiem, który sobie kupiłem z oparciem na stare lata, żeby nie naprawiać później błędów. Wolę zainwestować raz w stołek niż później w lekarza. Do tego dwa futerały blach, no i bębny? To tak w skrócie.

Jak więc wyglądała budowa obecnej konfiguracji?


Jak przeglądałem te wszystkie Weckle, Gaddy, Jack DeJohnetty to zauważyłem, że zawsze mi pasowała mała centrala. Kociołki mam 8, 10, 12 oraz boczne 14 i 16 i dużo blach. Mam dużo efektów talerzowych. Mam talerze chyba wszystkich firm, bo uzbierała mi się kolekcja ponad trzydziestu blach. Pełno ride?ów? Kilka flatów, ze cztery chinki, crashy od groma. Zawsze byłem fanem małych stopek i nie chodzi o to, że podoba mi się ich brzmienie tylko chodzi tu o kwestię długości wybrzmienia. Dlatego lubię osiemnastki, a teraz nawet mam szesnastkę. Nie da się uzyskać krótkiego brzmienia stopą 22 cale. Lubię grać dość gęsto, więc wygrywa na tym selektywność. Zresztą ja mam korzenie rockowe i jazzowe. Przerzuciłem się w stronę jazzu w momencie, gdy dostałem jak obuchem w łeb, słysząc Tony?ego Williamsa. Usłyszałem go i zastanawiałem się, ilu tam gra perkusistów. Czy tam gra dwóch Ian Paice?ów czy trzech? A tam jeden Tony Williams mimo, że już pojęcie na temat bębnów miałem, bo byłem w klasie maturalnej w liceum muzycznym. Jak usłyszałem, że to jeden bębniarz gra to pomyślałem sobie "Ooo, baj baj, przerzucam się!". Do klasy maturalnej zagrzebany byłem po uszy w Queen, Deep Purple, Led Zeppelin?

Coś ciekawego w twojej kolekcji?


Mówił mi Bob Zildjian o tym, właściciel Sabiana, zaraz ci pokażę? Czekaj? (tu Jacek zaczął przerzucanie niemożebnej ilości blach? - przyp. red.), unikat? Jak się rozłączyli i nie mogli się już w Zildjianie dogadać to wyprowadził się do Kanady, a firma nie miała jeszcze nazwy, to robił blachy pod nazwą "Zilco by Azco", tuż zanim powstał Sabian. I tu mam taką blachę. Poza tym kupiłem parę "no name?ów", bardzo dobrze brzmiących, głównie po to, by wziąć wiertareczkę, porobić dziurki i przełożyć gwoździkami. Nawet nie nitami, bo kupiłem takie Sabiana i są za ciężkie. Lubię eksperymentować. Porobiłem sobie sporo stacków czyli połączenia dwóch blach. Na koncertach, gdzie mogę sobie pograć, a nie na każdym mogę sobie pograć, rozwieszam sobie kilka i gram.

Jestem strasznie ciekaw, jak to było u ciebie kiedyś?


Stary, kiedyś miałem patenty, łączenia Szpaderskiego, Polmuza i Amati. Kombinowało się pręty, żeby postawić dodatkowy "kociokwik". Polmuz robił z jednym wiszącym kotłem, dopiero w latach osiemdziesiątych robiono na dwóch. Dlatego walczyło się, by powiesić ten drugi. Na tzw. "suce", jak ktoś mi powiedział (śmiech) czyli bębnie basowym był montowany talerz. Oczywiście talerz po paru uderzeniach robił taki opad? radioaktywny (śmiech). Rzecz jasna, trzeba było wszystko od razu przegwintować, bo nie szło inaczej i w to miejsce na talerz zamontowałem sobie właśnie "kociokwik". Konfiguracja maksymalna, na jaką było mnie wtedy stać.

Proces edukacji muzycznej trwał u ciebie trochę. Opowiedz od początku.


Najpierw obstukiwałem garnki w domu, pasjami. I jak pojawiło się ogłoszenie, że zbierane są osoby uzdolnione w kierunku min. perkusji zgłosiłem się na przesłuchanie, w siódmej klasie będąc czyli miałem 13 lat. Uznali, że się nadaję, zdałem egzamin i po półrocznym przygotowaniu chodziłem już do ósmej klasy muzycznej.

Jak wyglądała ta rekrutacja?


Jak się zebrało te samorodki, te talenty, to stawiało się je przed komisją i kazało coś zaśpiewać, powtórzyć melodyjki zagrane uprzednio na pianinie itd. U mnie w Bydgoszczy wyglądało to tak, a wiem, że w ogóle tak było, że jak ktoś miał słuch i wyczucie rytmu to namawiano go na naukę na skrzypcach lub na fortepianie, jak z tym było trochę gorzej to instrumenty w stylu flet, klarnet, jak słabo to np. trąbka, a jak w ogóle, ani poczucia rytmu, ani słuchu to perkusja.

I co? Tak źle z tobą było? (śmiech)


Nie no, zaproponowali mi fortepian. Tylko, że ja chciałem grać na bębnach! Tłukłem przecież gary w domu! Przychodzę do klasy muzycznej w końcu jako uczeń, tak patrzę, siedzi pan profesor za biureczkiem, stoją jakieś sprzęty i pytam: "Przepraszam, a gdzie tu jest perkusja?". Profesor spojrzał i mówi, że perkusja jest tu wszędzie dookoła, a ja na to: "Tu nie ma perkusji!", bo chciałem grać na zestawie. Udało się wreszcie, byłem tak zdeterminowany, że pan Mazuga zamówił w końcu zestaw Polmuza i po jakimś kwartale pojawił się u nas. To był zresztą świetny belfer.

Czego nie lubiłeś w edukacji przedakademickiej?


Nie cierpiałem etiud na ksylofon, gam i pasaży. Nie cierpiałem grać przeróbek - transkrypcji na wibrafon? Kompletna pomyłka. Potem pojawiła się taka szkoła Morrisa Goldenberga na ksylofon, szkoła świetna, ale dla tych, co chcą grac na ksylofonie! Szkoła przeorała studenta przez wszelkie zawiłości, układy rąk, bardzo skomplikowane? A ja tego nie chciałem, bo chciałem grać na zestawie. Od razu, jak kupiono zestaw perkusyjny, to ze względu na moją determinację po tygodniu wprowadzono na nim zakaz gry (śmiech). A wiesz dlaczego? Grałem na nim bez przerwy! Jak była przerwa między polskim a matematyką to leciałem do sali ze sprzętem, która akurat była w centrum budynku. Po pięciu minutach zjawiał się nauczyciel i od razu kazał zamykać. I walka trwała od tego momentu cały czas. Graliśmy wszystko to, czego nie przewidywał program. Byłem dobry z harmonii i kształcenia słuchu. Do tego stopnia, że wybrałem sobie ten przedmiot jako przedmiot na egzamin maturalny, bo wszyscy wybierali literaturę, ale przez to musieli kuć, a ja mogłem sobie w tym czasie spokojnie grać na bębenkach.

Wiesz, ja nie miałem jakiegoś wybitnego słuchu, a na pewno nie miałem słuchu absolutnego, tylko po prostu miałem świetnego belfra, który doskonale wykładał bas cyfrowany, harmonię klasyczną - w związku z czym do dzisiaj sobie z tym doskonale radzę. Oczywiście, z klasycznej harmonii musiałem przerzucić się później na harmonię jazzową. Jak pan Mazuga wyprowadził mnie z podstawówki do liceum to pojawił się pan Mirek Żyta, którego jednym ze źródeł utrzymania było granie na statkach i miał o tym niezłe pojęcie. Nie zakazywał więc niczego, ale oczywiście cisnął też z tej flanki filharmonicznej i nawet pod jego okiem zdobyłem jakieś wyróżnienie jako ksylofonista na konkursie muzyki radzieckiej w Gdańsku dla szkół muzycznych drugiego stopnia? (śmiech). W drugiej klasie wiadomo było, że pójdę do Katowic studiować jazz.

Takie nasze polskie Berklee, chciałoby się rzec?


No, wtedy to w ogóle był super szpan, bo to była jedyna taka szkoła w Polsce. Najfajniejsze w tym wszystkim było spotkanie w jednym miejscu tych wszystkich oszołomów. Niepokorni z całej Polski zbierali się tam, by grać to, co chcą. Codziennie niemal były jamy do trzeciej rano w akademickim klubie.

Był to przełom lat 70 i 80, czyli w gorącym okresie?


No wiesz stary, filozofia marksistowsko-leninowska, szkolenie obronne, w-f? Groteska. To były praktycznie najważniejsze przedmioty. Byłem dość niepokornym studentem. Mam w indeksie anulowane zaliczenie semestru z powodu w-fu. Taki patent był, że jak czegoś się nie chciało zaliczać to nie wpisywało się do indeksu, bo może przeoczą. I tak przeszedłem bez tego w-fu, ale później zobaczyli i mi anulowali. Pijemy jeszcze?

Tak, tak?


Najlepsze jaja były tego typu, że jazz był muzyką niszową i również do pewnego stopnia był zakazany na Akademii w Katowicach. Na egzaminach obowiązywał program klasyczny, a jazz był jedynie dodatkiem. Byłem pierwszym studentem, który się uparł i powiedziałem, że nie zagram ani jednego klasycznego utworu na egzaminie dyplomowym. Wszyscy grali klasykę i byłem pierwszy, który zagrał jedynie jazz?

Czyja to była wina? Belfrów?


No tak? Jedźmy nazwiskami?! Teraz już mogę. Moim pedagogiem bezpośrednim był Stanisław Proksa - profesor, super facet, w niczym nie przeszkadzał, a jak mógł to pomagał. Jego szefem, przełożonym był niestety zapyziały filharmonik, pan Zegalski. Napisał 40 nie brzmiących brzmień czyli "etiud" na "mały bęben"?

Mały bęben?


No, "la caisse claire, Tamburo militare lub kleine Trommel" - z francuskiego, włoskiego lub niemieckiego - do wyboru? Byliśmy zakażeni terminologią zagraniczną, stąd "mały bęben". Jak to wszystko porównać do Pratta albo Emila Sholle?a czy innych szkół amerykańskich, gdzie wymiatają, jezu? Lubiłem grać na werblu, ale ćwiczenia pana Zegalskiego były takie, że? Powiem ci to na przykładzie. Wyskakuje "klasyczny" lub "współczesny" zespół perkusyjny na estradę, targają ze sobą kotły, bębny, wszystko, co tam jest i grają recital. Podczas całego recitalu grając na instrumentach, które idealnie się nadają do grania rytmu, ci faceci (czasami też facetki) kombinują, jak mogą, żeby nie zagrać ani jednego taktu rytmu. Nie wiem, czy byłeś na takim recitalu?

No nie?


No to idź i zobacz! Piotrek Biskupski mi mówił, że całkiem często komponują to gówno kompletni perkusyjni dyletanci. Kompozytorzy powinni skończyć coś takiego, jak instrumentoznawstwo, ale okazuje się, że w przypadku perkusji to zupełnie nie działa i wyrwane z kontekstu absurdy z różnych podręczników da się wrzucić według nich na pulpit perkusisty. Na bębnach chcą grać melodie? a pewnie jak im dać trąbkę to stukaliby paznokciami i ani razu by nie dmuchnęli.

Na dyplomie jednak zagrałeś jazz.


Tak, spisałem Steve Gadda z płyty Chick Corea "Friends", cały numer, 10 minut muzyki na bębnach. Spisałem temat na saksofon, fortepian i bas, koledzy zagrali swoje, a ja zagrałem dokładnie jak Steve Gadd. 60 stron rękopisu, 10 minut muzyki, każdy dźwięk w akompaniamencie, w solówce, wszystko? Siedziałem nad tym ze trzy tygodnie, ale się uparłem i powiedziałem, że muszę wiedzieć nie tylko, o co chodzi w solówce. Czasami idziemy na skróty, ktoś zagra tamtadadamtam, spisujemy to, myślimy sobie: "A, to wystarczy, teraz jesteśmy świetni", a gówno prawda. Spisałem cały numer dziesięciominutowy, dźwięk po dźwięku, co akompaniował, dlaczego zagrał na talerzu tak, a na werblu tak, co w tym czasie zagrał pianista. Do czego ta muzyka, po co to. Chciałem to zrozumieć. I ten proces spisywania otworzył mi oczy. Od razu mi się klarowała sytuacja, jak, którą ręką, jak co jest grane. Tak jak szkoła języka angielskiego, uczysz się w szkole tej oficjalnej wersji, po czym otwierasz angielską lub amerykańską książkę, jakiś western i okazuje się, że nie wiesz, o co chodzi. Najlepiej wtedy sobie po prostu książkę przetłumaczyć. I tak samo w grze. To przeoranie całego numeru dało mi to, że dalej mi było znacznie łatwiej. A Steve Gadd nie grał chochlików tylko poważne rzeczy. To był utwór Samba Song, co ciekawe solówkę Gadda spisał też ktoś w "Modern Drummerze". Okazało się, że w naszych wersjach tylko w jednym takcie była nieistotna rozbieżność, a poza tym wszystko zgadzało się nuta w nutę.

Jakie perspektywy jawiły ci się w tym okresie po ukończeniu Akademii?


Akademia muzyczna przyjmowała muzyków na swoje własne potrzeby. Potrzebowali jednego i przyjęli akurat mnie. Potrzebowali jednego bębniarza do swojego big bandu.

Zaraz, tu zakazują rozrywki, a tu szkolny big band?


A no właśnie, bałagan. Zegalski swoje, w końcu więc szef katedry perkusyjnej cisnął Stasia Proksę, by ten znów nas cisnął z klasyki. Stasio Proksa zobaczył, że ja faktycznie przyjechałem tu studiować i chciałem się czegoś nauczyć, nie trzeba mnie namawiać i kontrolować. Przeszliśmy na "ty" i zapytał mnie, co chcę zrobić przez semestr do lutego, a październik był. Przyniosłem, pokazałem mu i powiedział: "Przyjdź w lutym na zaliczenie", później przychodzę w lutym, a on mnie znów pyta, co teraz zrobiłem, to mu pokazuję, to i to, tu takie granie, a tu takie, on: "Świetnie, rewelacja, co dalej?", no, Tony Williams, Jack DeJohnette: "To przyjdź w czerwcu" (śmiech). Tak to wyglądało. Oczywiście, spotykaliśmy się również prywatnie, pamiętam, jak była 55 rocznica zakończenia II wojny światowej to była jednocześnie dwudziesta rocznica wybuchu gazu u Stasia Proksy.

Co???


Stasiu zorganizował balangę, gdzie były też znane postaci polskiej estrady, a studiowały z nami. O godzinie 4 rano dziewczyny zaczęły robić steki, bo mimo tej bryndzy w sklepach Stasio był przygotowany na maksa i miał kawał zawodowej polędwicy. Jedna z dziewczyn włączyła gaz w piekarniku, ale go nie zamknęła i nie zapaliła, a na blacie smażą się steki. I tak o godzinie 4.30 - ryp! Huk jak cholera, z brzękiem wylatuje szyba między kuchnią a pokojem (socjalistyczna kawalerka), na szczęście nic poważnego nikomu się nie stało. Stasio na 5 rano miał taryfę na dworzec, bo miał koncert w Warszawie, zostawił nas z kluczami i poprosił, byśmy to ogarnęli (śmiech).

Czad. A jak z tym big bandem?


No tak, Zegalski ciśnie Stasia na klasykę. Przeciwieństwem był więc big band. Dziekan wydziału - Kalemba był jednocześnie liderem big bandu. Zresztą miał za sobą taką taneczno-rozrywkową przeszłość,bo grał na fortepianie tego typu rzeczy. No i grało się. W ramach wydziału była również sekcja kompozycji i aranżacji, więc dostarczali repertuar na big band, co zresztą było przedmiotem egzaminu. Np. jak ktoś bronił pracę z aranżacji, to bronił ją za pomocą big bandu, rozdawał nuty, były próby i grało się recital kolegi. Więc pod tym względem w szkole było ok. Chodzi mi po prostu o te stosunki międzyludzkie, mieli na nas gulę, bo każdy się do nas garnął, bo obskakiwaliśmy wszystkie imprezy. Chick Corea był przecież gościem naszego wydziału i to nasz big band go witał w totalnie zatłoczonej auli! Jakimś dziwnym trafem nawet kamerzyści TVP Katowice zorientowali się, że Chick od razu mnie namierzył i cały czas rytmicznie prowokował w swojej solówce - notabene zagranej z fenomenalną rytmiczną precyzją. Zobacz sobie na youtube pod hasłem Bigband Katowice Chick Corea!

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video


Oczywiście, grało się chałtury, bo to była też taka orkiestra do wynajęcia. Więc grywałem z nimi, zbieraliśmy się też ze Stasiem Sojką. Później z Jurkiem Główczewskim w kwintecie. Pierwsze nagrania jazzowe wtedy popełniłem w krakowskich "Jaszczurach". W big bandzie sporo mieliśmy nagrań w katowickim studio radiowym, fajni ludzie. No i na trzecim roku przyjechał Jarek Śmietana, który zaproponował mi pracę z Extra Ballem. Zaprasza mnie - jak mam ochotę i czas to żebym dołączył. W tym samym czasie "przeczekiwałem" propozycje: jedną od Stasia Sojki i drugą od zespołu Prońko Band. To był decydujący moment. Poszedłem do dziekana Kalemby i powiedziałem, że kończę z big bandem. Potem zaraz pierwszy festiwal z Extra Ballem, wyjazd do Holandii, do Niemiec, wtedy pierwsze bębny kupiłem.

Jakie?


Pierwsze moje przyzwoite bębny Yamahy, seria 5000. Bardzo ładny zresztą set. Seria dość niska, ale dla nas to było coś wspaniałego, Gadd grał wtedy na 9000.

Wspominałeś z radością współpracę z Andrzejem Zauchą?


Współpraca z Jarkiem otworzyła mi wiele drzwi. Znał wszystkich w środowisku. Po paru miesiącach, jak mieliśmy nagrywać płytę, pojawił się w roli gościa Jan Ptaszyn Wróblewski. Potem Andrzej Zaucha, z którym jeździliśmy z trio - gitara, bas, bębny. Andrzej robił show, niesamowicie śpiewał? Pomijam już same koncerty, świetnie nam się współpracowało. Miał totalny autoironiczny dystans do siebie, potrafił niezłe jajca odstawiać! Po jednej balandze po koncercie, idziemy nad ranem do hotelu skrótami koło Petrochemii płockiej i patrzymy: wagon - cysterna stoi. To co? Dawaj, przepychaliśmy go kilkadziesiąt metrów (śmiech).

Jak wyglądały wyjazdy w trasę w tamtych czasach?


Jeżeli chodzi o środki transportowe to maluch, FSO 1500, Łada, czy nawet Tarpan. Antek Dębski - basista dał się urobić i zawsze prowadził. Pamiętam, w tym Płocku w hotelu był barek hotelowy, który był akurat zamknięty. Wleźliśmy tam więc przed okno. Było uchylone to Jarek wlazł, za nim Andrzej i tak wszyscy. Jarek wszedł za blat: "Czego panowie sobie życzą?". No i w pewnym momencie, odgłos klucza, wszedł ajent lokalu. Jarek do niego: "Proszę pana, pilnujemy panu interesu, skoro sam pan nie potrafi , co by było, gdyby przyszli tu złodzieje i wynieśli panu połowę rzeczy? Owszem, nalaliśmy sobie po drinku, ale myślę, że nie będzie pan miał o to pretensji tylko nam pan jeszcze podziękuje". Facet zdębiał i mówi: "No jasne, panowie, to ja stawiam!" (śmiech). No, ale wracając do transportu, więc my tym maluchem, a sprzęt Tarpanem z technicznymi bo mieliśmy takowych. Hotele znów od najgorszych do najlepszych, od akademików po czterogwiazdkowe, które wtedy powstawały.

A sale? Jak graliście?


Większość koncertów graliśmy akustycznie bez nagłośnionych bębnów lub dodatkowo nagłośnionej gitary.

A organizatorzy?


Czasami była hochsztaplerka, że chciano nas wydymać na kasę. Kiedyś z Andrzejem Zauchą nagrywaliśmy w katowickim radio zamówioną oficjalnie sesję, wszystko elegancko, nocleg w hotelu Warszawa. Zrobiliśmy nagrania i nagle po powrocie dostajemy rachunki za hotel, bo radio się zupełnie na to wypięło. Nauczyło mnie to jednej rzeczy: podawać nieprawdziwe dane w hotelach. Po prostu mówię, że nie mam dokumentów i podaję inne dane. Jak wynajmuję hotel na siebie i wiem, że mam za niego zapłacić to oczywiście mówię prawdę, natomiast ta historia z radiem nauczyła nas po prostu, że nie wolno podawać swoich danych w momencie, gdy ktoś ma za to zapłacić. Jaja straszne, ale szkoła życia! Zdarzało się też tak, że nie chciano nam zapłacić, więc kończyło się szantażem, że nie wyjdziemy na scenę.

Nie masz tęsknoty za tamtymi czasami?


Czy ja wiem?? Za Jędrkiem Zauchą zawsze. Z nim były świetne grania i przezabawne balangi.

A jak ci się teraz gra?


Teraz się gra bardziej zawodowo. W komunie się piło. Nie ukrywajmy tego, po prostu się piło. Jeździliśmy do Niemiec i graliśmy w klubach. Ludzie przychodzili na jazz, ale też zobaczyć, jak my sobie poradzimy po takiej ilości alkoholu. Dość dobrze mówiliśmy po niemiecku to sobie robiliśmy jaja z języka niemieckiego. Niemcy są dość sztywni, ale jak się rozkręcili to tańce, hulanki, swawola. A teraz? Ja nie piję przed graniem nic. Zresztą w ogóle lubię się napić, bo mam to z czasów komuny, ale jak mam w perspektywie jakieś grania to robię sobie kwarantanny, gdzie wracam do formy. Chociaż generalnie ćwiczę. Ćwiczę codziennie.

Długo?


Nie, utrzymuję formę. Ćwiczę rzeczy, które mnie interesują, robię je pod kątem rozwojowym.

Czyli nie nudzisz się?


Nie no, stary, wymyślam problem, który staram się, żeby był atrakcyjny do rozwiązania. Maciej, musimy sobie wyjaśnić pewną rzecz. Są takie poglądy, że trzeba, że musisz przy bębnach spędzić 10 godzin dziennie?

Ja się akurat z tym nie zgadzam do końca?


No ja też, znaczy się można spędzić nawet i 12, ale jak? Jak wyglądała moja doba akademicka w szkole? Brałem sobie werbelek o godz. 11-12, jak się wyspałem i grałem sobie te "Pratty". Grałem godzinkę lekcyjną i przerwa. Jak przebrnąłem przez tego Gadda to wiedziałem, że jak chce się grać dobrze na talerzu, to trzeba grać na talerzu. Brałem więc sobie sam talerz, żeby reszta nie kusiła, stołek pod dupę i grałem na talerzu. Dlatego nie chwaląc się, umiem grać na talerzu. Po kolejnej przerwie grałem sobie z kontrabasistą Mariuszem Bogdanowiczem walkingi na talerzu i hihacie razem, różne formy. I tak następna godzinka, ale jak widzisz, nie ma nudy. W jakimkolwiek momencie zmęczenia czy znudzenia był koniec, wychodzimy. Później próba kapeli, każdy przynosił swoje numery i trzy godzinki przelatywały jak nic. Jak się znudziło trochę to graliśmy sobie jakiś znany numer. Nauczyłem się przez to słuchać ludzi. Mnóstwo bębniarzy koncentruje się na swoim graniu, zapominając o tym, co się dzieje dookoła, i to jest dupa wtedy. Takie granie nie ma sensu. Nauczyłem się koncentrować na tym, co jest wkoło. Mając ten warsztat opanowany, bo przecież ćwiczyłem naprawdę solidnie, nie musiałem się koncentrować, by się nie pomylić tylko spokojnie mogłem słuchać, co gra ten, a co gra tamten. Stary, super, nie nudzisz się. Kolejne pozytywne trzy godziny! I później szło się na piwko, obiadek. Wracałeś i szedłeś na jam. Już po sześciu godzinach grania przecież! Ale nie czujesz się zmęczony. A na jamie to już wiadomo, koleżanki, bufet itd. Trzy - cztery godziny grania, ale już koncertowego.

No dobrze, brzmi to pięknie, ale co z tymi bębniarzami, którzy raz - że nie mają takich możliwości, dwa - lubią grać inną muzykę, np. metal?


To nie mój problem! (śmiech). I tu jest następna sprawa - my dbaliśmy o higienę pracy. Graliśmy z takim natężeniem dźwięku, że nikogo głowa nie bolała. Bo muzyka nie musi być przecież głośna. Dla mnie nigdy nie było problemem zrozumieć estetykę i pojąć to, co się dzieje w heavy metalu czy rocku. Jest to muzyka strukturalnie bardzo prosta. Myśmy dbali o urozmaicenie, utwór prosty, szybki, na pięć, na trzy, na cztery? Cały czas coś się działo, zmieniało.

Ale tacy Garibaldi czy Colaiuta jak uderzają w werble to statyw się ugina?


No tak, ale na szczęście to też nie mój problem. Gram w układach, które nie wymagają głośnego grania. Metalowcy z najwyższych półek także potrafią przemycić interesujące elementy, jak np. Derek Roddy. Receptą jest urozmaicenie. Nie wytrzymałbym 10 godzin dziennie przy instrumencie, gdyby nie urozmaicenie.

Czy zatem rozwiązaniem tego jest słuchanie muzyki?


Oczywiście. Mam kilka szuflad płyt w domu, do tego tutaj mam ze dwieście analogów, w domu drugie tyle.

Zdarzało ci się grać na słuchawkach z podkładami?


Ominęło mnie to. Raczej jak miałem siedem lat to grałem właśnie na garnkach do podkładów (śmiech).

Co sądzisz na temat młodej sceny perkusyjnej?


Najświeższe wrażenie, jakie miałem to z koncertu Roland V-drums Contest, byłem tam przewodniczącym jury i na początku razem z Darayem mieliśmy wybrać uczestników - finalistów. Daray przysłał mi swoją listę wybranych muzyków, bo powiedziałem mu, by robił to po swojemu, a ja po swojemu. Okazało się, że na 10 nazwisk 8 się pokrywa, co było bardzo ciekawe. No, ale na konkursie był już w jury też Michael Schaack, Janek Pluta przyjechał z Krzyśkiem Ścierańskim, no i ja z Marcinem Jahrem, zagraliśmy tam zresztą duet Gudrumba. Daray wtedy nie przyjechał, bo miał trasę i właśnie za niego zasiadł w jury Marcin. Jako, że byłem przewodniczącym jury, ułożyłem trochę plan pracy, by wszystko było jak należy. Najpierw każdy odrzucił tych, co definitywnie nie byli przewidywani do nagród. W drugiej kolejności wybieramy zwycięzców, trzy nagrody. Każdy podaje swoje nominacje i co? 100 procent zgody! Wszyscy tak samo zagłosowali.

Co do samego konkursu to wszyscy grali rewelacyjnie. Nie wygrała opcja metalowa, tylko bardziej funkowa. W kilku kategoriach - kryteriach, które mieliśmy jako wytyczne do ocen, ci perkusiści zaprezentowali się najlepiej, bo nie liczy się tylko siła i prędkość. Chodziło o to, z którego z tych perkusistów będzie największy pożytek, który może dostać telefon w przyszłości i spokojnie się stawić gotowy do gry u kogokolwiek. Problem metalowców był taki, że mimo, iż grali świetnie, równo i mocno, to dynamika ich utworów była niezmienna na jednym poziomie od początku do końca. Zwycięzcy znów grali różnie dynamicznie, to jakiś klimat, to talerzyk. Pod kątem technicznym byli wspaniali. Powiedzmy sobie szczerze, ci ludzie mają po 22-23 lata. Gdybym ja będąc w ich wieku usłyszał kogoś takiego, jak oni to momentalnie stałby się moim idolem. Metalowcy też grali fenomenalnie, ale taką grą niestety skazują siebie na jedną opcję.

A nie uważasz, ze następuje pewien paradoks. Młodzi wcześniej nie mieli kontaktu z muzyką z zachodu, więc nie wiedzieli, co i jak, teraz znów jest tego tak dużo, że są zagubieni.


Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że muzycznie dojrzałem bardzo późno. W sumie dopiero teraz mogę o sobie powiedzieć, że jestem dojrzałym muzykiem. A wiesz dlaczego? Doświadczenie to rzecz bezcenna. Wiadomo, nie miałem dostępu do tego materiału, do którego mają młodzi obecnie, więc oni są technicznie bardzo sprawni. Zapierdalają zawodowo. Teraz pozostaje kwestia doboru i wyboru dźwięku. Muzyka jest niesamowicie bogatym obszarem, to dlatego mam kolekcję płyt od najlepszej klasyki przez wszystkie gatunki do najlepszego jazzu. Młodzi mają zasób środków, ale jak to wykorzystać to już kwestia mentalna, wyboru artystycznego, kwestia, do jakiego zespołu się dostaniesz, jak bardzo muzykalny jesteś. Jestem zdania, że im więcej masz dostępnych środków, im bardziej otwartą głowę, tym lepiej.

Cały czas mam w pamięci ostatnie warsztaty na Drumfest, gdzie Simon Phillips, Dave Weckl mówili o muzykalności i genezie gry, odpowiednim podejściu do muzyki.


Właśnie, warto wiedzieć skąd to się wszystko wzięło. Jak rozbiłem sobie wtedy tego Steve?a Gadda to skoro on grał tak na talerzu, to jak grał Tony Williams? A jak Tony Williams to w takiej sytuacji jak grał Philly Joe Jones, na którego Tony Williams się powoływał? Skąd to się wzięło?! No i okazało się, że od tych Dixielandersów, co zasuwali z Armstrongiem, i tyle. U nas młodzi zajmują się tylko finalnym produktem, a to nie wystarczy. Nie wystarczy nauczyć się przejścia Simona Phillipsa czy groove?u do Rosanna?y, trzeba zobaczyć, skąd to pochodzi. W latach osiemdziesiątych była taka frakcja, zbuntowana, która już miała dość tego tradycyjnego jazzu i mocno była przeciw... Jak oni się nazywali?? Nie pamiętam. Nieważne, w każdym razie mieli jeden problem - nie chcieli niczego słuchać, bo nie chcą sobie zatruwać umysłu. To tak jak literat, który nie przeczytał żadnej książki, wziąłby się za pisanie powieści życia. Są takie podejścia, że należy zachować czysty umysł, niczego nie słuchać i kreować swoje, czyste i niczym nieskażone ? Są przecież takie pojęcia, jak "skażony szkołą"! Co to, kurwa, znaczy "skażony szkołą"?! Ze szkoły trzeba wziąć, co najlepsze a najgorsze odrzucić! Szkole psują opinię źli nauczyciele, bo szkoła sama w sobie jest jaka jest. W szkole można się dużo nauczyć pod warunkiem, że trafisz na dobrego belfra i wybierzesz z tej nauki dla siebie co ci jest potrzebne, a resztę wywalisz. Nigdy tego nie powiem, że szkoła jest kompletnie do dupy nie, nie. Może ktoś miał pecha i dostał od nauczyciela pałą w łeb w czasie lekcji, a byli i tacy.

Które twoje nagrania napawają cię dumą?


Wiesz co?? Out of jazz?

Dlaczego?


Wszystko zrobiłem sam, każdy dźwięk. Zaprogramowałem sekwencery, zrobiłem bass, keyboardy. Każdy dźwięk zrobiłem sam. Wydałem to też sam. I jak do tej pory jestem z tego zadowolony. Może coś zrobię jeszcze?

Jak to - może?


Robię DVD, ale to jest makabra, tyle roboty? Będą tam koncerty, szkoła, fragmenty koncertów. W kilku formacjach.

Zdarzyło ci się odmówić gry?


No wtedy, gdy odmówiłem big bandowej orkiestrze, gdy przyszedł Jarek Śmietana i zacząłem współpracę z nim. Od prawie trzydziestu lat regularnie odmawiam kontraktów statkowych. Średnio co pół roku dzwoni ktoś ze starych znajomych i mówi, że specjalna kasa jest i trzeba popłynąć na pół roku czy cztery miesiące.

Ale chyba jest to świetna szkoła, no i dobry zarobek??


Niby tak, ale ja miałem to szczęście, że w latach osiemdziesiątych byłem cały czas zajęty. Cały czas grałem. Najpierw Jarek Śmietana, później Śmietana - Zaucha, potem Namysłowski - Śmietana, big band polsko czeski, potem Polish Jazz Stars, miałem tyle roboty, że mogłem sobie na to pozwolić. A potem, jak się otworzyły granice to zacząłem robić swoje rzeczy. Zacząłem więcej komponować. Kontakty z muzykami ze Słowacji, Niemiec? Niemcy nagrali nawet mój numer na swojej płycie, bez mojego udziału. Zadzwonili, zapytali, czy mogą, bo im się numer podoba - oczywiście. Tak więc przepchnąłem sporo swojej muzyki. Z Namysłowskim, jak był tutaj zapraszany to graliśmy pół na pół. Pół setu jego kompozycji, pół moich. A teraz tak pomyśl, jedziesz na statek i okazuje się, że lider zespołu, w którym masz grać kompletnie nie pasuje do ciebie. Chodzi o osobowość. I teraz użeraj się z nim przez pół roku.

Nie odczuwasz lekkiej zazdrości lub odrobiny żalu, że nie mamy w kontekście muzyki tak jak Amerykanie?


Teraz już nie. Teraz mam ich w dupie. Gdybym pojechał do Stanów w osiemdziesiątym roku to bym się prawdopodobnie obesrał? A ponieważ nie pojechałem, jeździłem dużo po Europie, w Indiach też byłem w tym czasie na jednym festiwalu. Do Stanów pojechałem pierwszy raz trzy lata temu i już nie było takiego szoku, jak koledzy opowiadali 30 lat temu. Oczywiście, tak czy inaczej podobało mi się, bo fajnie to wszystko sobie zobaczyć pod kątem tej totalnej amerykańskiej rozrywki. Natomiast mając te wszystkie doświadczenia i umiejętności, które nabyłem, nie ukrywam, dzięki nim - Amerykanom, nie jestem już pod ich ogromnym wrażeniem. Ale trzeba było w końcu zrobić to, co mówią mistrzowie - nauczyć się od mistrza i dać go w odstawkę, a dalej robić swoje. Poza tym, stary, otrzymałem od paru znakomitych muzyków amerykańskich dowody zawodowego uznania dla mojej gry - powód do uczucia przyjemnej satysfakcji.

Nie uważasz, że następuje teraz lekkie skrzywienie detalami związanymi ze sprzętem muzycznym?


To trzeba pogadać z takimi bębniarzami jak Ringo Starr czy Ian Paice. Paice nagrywał w latach siedemdziesiątych, moim zdaniem najlepsze płyty Purpli i nagrywał je na zwyczajnym Ludwigu. Więc przepraszam bardzo, ale jak mi ktoś opowiada o jakimś lugu, śrubce czy tam trzeciej warstwie drewna? to wypad. Rozmawiałem prawie godzinę z Fredem Gretschem, który opowiedział mi ciekawą rzecz. W zasadzie do końca lat siedemdziesiątych firma Gretsch produkowała jeden rodzaj bębnów. Nie było klas dla amatorów, półprofesjonalistów czy profesjonalistów. Po prostu jedne bębny. O, tu masz taki jeden egzemplarz (Jacek wskazał w salce w miejsce, gdzie stoją bębny, zresztą? gdziekolwiek by nie wskazał w tej salce to i tak wskazałby na jakieś bębny czy blachy - przyp. red.) z 1974 roku, klonowy, jeszcze srebrzanką wymalowany w środku. Potem w latach osiemdziesiątych zaczęło się przenoszenie produkcji do Azji i zaczęły się półki klasowe. Lugi to lugi, śrubka, gwint i tyle.

Ma to jednak wpływ na wizerunek?


Wizerunek jest ważny w tym momencie, gdy sam decydujesz o tym, co będziesz robił. Lubię czasami to roztrząsać, napisałem przecież o tym felieton. To wynika z moich doświadczeń. Miałem dość oglądania dupy jakiegoś trębacza czy gitarzysty, dlatego wylazłem z bębnami na bok.

Portnoy także podkreślił, że boli go to w byciu pałkerem, że stoi często zamknięty z tyłu. W Transatlantic stawia się bokiem.


Perkusiści często nic nie robią, żeby to zmienić i np. trochę się przesunąć. A to przecież prosta rzecz. Protestować będą jedynie akustycy: "Tu nie będzie słychać, będzie dudnić, będzie się sprzęgało". "To zdejmij trochę dołu, to nie będzie sprzęgało!".

Co cię denerwuje w grze na scenie?


Już nic. Mówię to zupełnie poważnie. A to dlatego, że gram obecnie mało i gram wyłącznie to, co lubię grać w takich ekipach, w jakich lubię grać i często to ja selekcjonuję, i ja wybieram.

Zapracowałeś sobie solidnie na to. Nie myślałeś, by otworzyć jakiś inny biznes?


Chyba nie? Kupiłem sobie kilka mikserów, parę świateł, kolumny i parę innych rzeczy. Dzięki temu mogę sam nagłaśniać i oświetlać różne - dodajmy nieduże - imprezy. Jest to pewnego rodzaju biznes, bo można na tym zarobić. Oczywiście nie w jakiejś mega skali, ale zawsze mogę coś pokręcić, przy okazji to lubię.

Nie przejadły ci się bębny? Nie miałeś tak, że musisz odpocząć od bębnów?


Nie. Kiedyś miałem za to inny numer. Miałem własnej roboty zestaw ćwiczebny. Gumowe pady, cały set. Podczas jednych wakacji, gdy miałem około miesiąca wolnego, siedziałem i tłukłem w ten zestaw. Potem pojechałem na trasę i jak zagrałem pierwszy numer, koledzy złapali się za głowę i mówią: "Rany, perkusista nam się roztłukł" (śmiech). To jest śliska sprawa, bo o co chodzi? Ćwicząc na cichym zestawie lub na zestawie elektronicznym nie ma kontroli nad proporcjami, ponieważ możesz sobie wszystko ustawić, żeby było ci wygodnie. Ściszasz sobie talerz, bo jest za głośny, ale później przeskakujesz na akustyczny set i nie możesz się odnaleźć. Zaraz ci pokażę (Jacek wstał, podszedł do bębnów i zaczął ride?ować - przyp. red). Granie szybkie wcale nie musi być głośne? Robi się rzeź i nic nie może się przebić. Teraz wiem, jak grać na talerzu, ale wtedy tłukłem, bo przecież ten talerz nie brzmiał tak głośno, bo to była guma. Podobnie jest z padzikami, które mają zupełnie inną twardość od membrany werbla. Często trzeba się później przestawiać.

Jakie jest twoje stanowisko odnośnie elektroniki?


Przestawić się z instrumentu akustycznego na elektroniczny jest bardzo łatwo. W drugą stronę jest bardzo trudno. Lubię elektronikę i umiem zagrać na bębnach typu Roland V-drum. Nie mam z tym problemów, grałem zresztą nie raz i nie dwa, i od razu mi brzmiało. Wrócić jest trudniej. Z Omarem Hakimem rozmawiałem o tym i powiedział właśnie, że w elektronicznych bębnach masz brzmienie otwarte, z rimem i sam rim, natomiast gdybyś chciał zrobić brzmienie prawdziwego werbla musiałbyś mieć nie jeden trigger, a sto tych czujników. To znów generuje cenę i dlatego długo jeszcze będzie trwała walka bębnów elektronicznych, by dorównać bębnom akustycznym. Podobnie jest ze stopą, w elektronice masz sterylne brzmienie, tymczasem w akustycznej sytuacji dochodzi rezonans wszystkich pozostałych instrumentów zestawu, który jest trudny do podrobienia.

Czyli elektronika jedynie do ćwiczeń i zabawy tak, jak traktuje to Jojo Mayer?


Nie, no do grania też! Widziałem Omara Hakima i Johnny?ego Rabba i jest to w pełni satysfakcjonujące, w pełni ok. To człowiek decyduje, co ma być zagrane na danym instrumencie. Przyszedłem do Hakima i mówię, ten talerz masz wypróbkowany, czy to nie jest próbka z Weather Report Domino Theory? Okazało się, że tak! Jego oryginalna china została spróbkowana. I to jest fajne, że znając muzykę można z takimi gośćmi pogadać na chociażby taki temat.

Jak rozpoczęła się twoja redakcyjna przygoda z "Gitara i Bas"?


W latach dziewięćdziesiątych zająłem się robieniem swoich rzeczy i wtedy zaczęły się kontakty z prasą. Zrobili ze mną wywiad do "Jazz Forum" i dostałem ofertę zrobienia recenzji jakieś płyty. Napisałem recenzję - spodobało się. Potem napisałem felieton, kilka tekstów. W pewnym momencie jeździłem do Gdyni na warsztaty gitarowe. Były tam gitara, basówka, wokal i perkusja. Zaproponowano mi objęcie posady wykładowcy w klasie perkusji. Te warsztaty gitarowe były pod patronatem "Gitary i Bas", na które przychodził systematycznie Janusz Popławski. W ramach tych warsztatów odbywał się "Gitarowy Top" tzn. koncert tych, którzy wygrali w ankietach i tak najczęściej zwyciężał Ścierański (śmiech). Wykładał tam też w klasie basówki.

Więc były koncerty, a po koncertach balangi. I tak na jednej imprezie nad morzem mówię do Janusza Popławskiego, oczywiście z całym szacunkiem, ale znaliśmy się i byliśmy na ty: "Janusz, masz "Gitarę i Bas", ale tak zastanówmy się, co to jest gitara i bas? Przecież to jakaś proteza, jakieś gówno, przecież gitara i bas może zagrać jedynie szmatę muzyczną w jakimś hotelu? Gitara, bas i bębny! To jest zespół!". I pamiętam, tak go trochę cofnęło? Nic nie powiedział. Za dwa dni przyszedł i mówi: "Wiesz, Jacek, ja to sobie przemyślałem, zrobimy dodatek - Bębny - ale ty musisz dla mnie pisać". I tak powstało "Gitara i Bas plus Bębny" - bębny ukosem dopisane taką żółtą czcionką, co mnie zresztą wnerwiało, bo ambicjonalnie podchodziłem do tego i chciałem, by tam równą czcionką było napisane - gitara, bas i bębny. Poza tym szczegółem współpraca układała się świetnie. Uważam, że jeżeli biorę się za redaktorstwo to muszę poczytać, ile się da z wielu źródeł. Obecnie mam pisma perkusyjne z Francji, Hiszpanii, Holandii, Stanów? I takie podejście miał też świętej pamięci Janusz.

Byłeś później współtwórcą pisma "Top Drummer". Brak twojej osoby jest tam zauważalny.


Mogę ci tylko podziękować za to, że to doceniasz i szkoda, że to pismo obniża loty.

Czy jako redaktora coś cię zniechęciło odnośnie rynku muzycznego? Ponieważ patrzyłeś na rynek pod każdym kątem, a w pewnym momencie już nie jako perkusista, ale jako bliski obserwator tej całości?


I to właśnie mnie zniechęciło (śmiech). Poza tym w pewnej chwili podwójnie zachciało mi się być znowu 100-procentowym muzykiem. A wracając do mojego redaktorstwa, wszystkie te okoliczności, które się zebrały i były związane z moim odejściem nasiliły się w momencie, kiedy miałem już tego powoli dość, więc dobrze wyszło - pomysł rezygnacji przyszedł na trasie koncertowej w Chinach?

Czyli trafiłeś w punkt?


Z dokładnością do dwóch miesięcy, więc w perspektywie kilku lat wręcz trafiłem bardzo dokładnie (śmiech).

W tej chwili podjęliśmy męską decyzję, a Jacek stał się jej wyrazicielem:
- Wiesz co, chyba możemy zmienić lokal, wezmę jakieś dobre białe winko do tego łososia??
- Jak najbardziej, z przyjemnością! - odparłem.
Dalsza część trwała przy kuchennej krzątaninie, a to jej fragmenty:


Z tego, co wiem, to zasuwasz dużo na rowerze? Potrafisz pojechać zdrowy kawałek drogi np. z Bydgoszczy do Trójmiasta?


Tak, jak jest pogoda, jeżdżę swoimi drogami, mogę ci nawet mapkę kopsnąć (śmiech). Do Poznania pojechałem sobie kiedyś na któryś zlot Avant, jako juror byłem, nie musiałem nic brać ze sobą, więc pojechałem sobie rowerkiem. Do Krakowa kiedyś pojechałem na targi Music Media. Jechałem trzy dni i najlepiej, stary, jak wjechałem do hotelu czterogwiazdkowego, który tam obok targów stoi. Podjechałem pod recepcję, a po trzech dniach podróży rowerem nie wyglądałem zbytnio imponująco. Myśleli, że to jakiś żebrak po puszki i babka do mnie, czego chcę, a ja na to, że rezerwację mam: "A jak nazwisko?" To mówię - Jacek Pelc, a ona: "A faktycznie! Skąd pan przyjechał?!" (śmiech). Lubię czytać, gotować, kupiliśmy teraz z żoną kawałek ziemi i będziemy domek urządzać. Mam więc robotę na cały sezon.

Twoje największe osiągnięcie jako bębniarza?


W O L N O Ś Ć !!! Wiesz, Maciej, jest to genialne zjawisko na styku życia artystycznego, prywatnego i na zasadzie kontrastu do życia wojskowego czy do życia w narzuconej dyscyplinie. Zawsze mi się w tym zawodzie podobało to, że tu sam decydujesz o tym, kiedy będziesz ćwiczył, sam decydujesz o tym, ile będziesz ćwiczył, jakie będą twoje wybory, nikt ci nie stoi nad głową i nie działasz na rozkaz. Ty jesteś szefem i podległą samemu sobie załogą! Tylko, że niektórzy błędnie uznają zawód artysty jako zawód bez obowiązków, zawód nieuporządkowany, że można mieć wszystko w dupie. To jest nieprawda i totalna pomyłka, bo ten zawód wymaga totalnej samodyscypliny i pracy. Jest to trudniejsze, ale w perspektywie daje lepsze skutki, bo ja się czuję człowiekiem wolnym, w sensie filozoficznym jest to dla mnie najbardziej cenna rzecz, jaką mi się udało osiągnąć, wolność. Bębny są moim pierwszym i głównym narzędziem i naprawdę kocham ten instrument - pasuje mi wszystko - konstrukcja, mechanika, możliwości ekspresyjne i brzmieniowe, krótko mówiąc - ja się dobrze czuję za bębnami. Ponoć ludzie o mnie mówią, że młodo wyglądam na swój wiek, nie wiem, ale na pewno to psychika w dużym stopniu decyduje, jak wyglądasz. Ja akurat czuję się młodo i jestem szczęśliwy, że nie muszę grać 500 koncertów np. z Marylą Rodowicz, bo bym oszalał!

Jak rozpoczęła się twoja współpraca z Marcinem Jahrem?


Byłem zainspirowany fenomenalnym duetem Drumbassadors z Holandii i gdy ich zobaczyłem, od razu pomyślałem, żeby coś takiego tu zrobić, powstało więc pytanie - kogo zaprosić? Marcin okazał się dobrym wyborem, bo jest otwarty na naukę i rozwój. Uczy się nowych rzeczy i widzę u niego to, co chciałbym widzieć u siebie.

Nigdy nie jest za późno nauczyć się grać?


Absolutnie nigdy nie jest za późno. Podwójną stopkę kupiłem sobie dopiero, gdy skończyłem 40 lat. Dziś - nie chwaląc się - dość sporo potrafi ę na niej zagrać. Cały czas się uczę. Wiek nie ma znaczenia. Największym szczęściem jest możliwość zrobienia tego, co się chce. Nie da się tego z niczym porównać.

Gdyby ktoś chciał się uczyć u ciebie??


Bardzo proszę, ale ktoś musi naprawdę chcieć! To nie ja zabiegam o studentów. Jeżeli znajdą się osoby warte mojego zainteresowania to mogę całą swoją wiedzę oddać - bezpłatnie.

Wiem, że temat miasta stołecznego jest drażliwym wątkiem?


Staram się omijać Warszawę od dwudziestu lat, ale czasami uda im się mnie przekupić. Teraz w dobie Internetu możesz na szczęście promować się wszędzie i obecność w Warszawie nie jest konieczna. Owszem, było tak kiedyś, że jadąc ze Słubic do Berlina Zachodniego, który jest 100 kilometrów dalej, musiałeś jechać przez Warszawę. Niektórym jeszcze teraz się wydaje, że tak trzeba robić. Byłem w wielu poważnych miastach, poznałem ich funkcjonowanie, komunikację, normalność mieszkańców, więc Warszawa jest dla mnie? No, proszę cię? W Warszawie spotkałem się parę razy ze straszną arogancją. Podczas jednego Jazz Jambore ktoś nam zabrał kanapki z garderoby, bo ich zdaniem powinni dostać je przede wszystkim muzycy zagraniczni. Dlatego odmawiam, chyba że zapłacą mi odpowiednio sowicie. Mówię prosto z mostu. Koledzy opowiadali mi, jak grali w jednym "szanowanym" klubie jazzowym i zostali wyrzuceni z garderoby, bo przyszedł jakiś zastępca kierownika i powiedział, że musi tu z kimś porozmawiać, a oni niech wyjdą na korytarz. Ja bym takiego gościa potraktował z kopa! Uczę się na błędach, nie tylko swoich.

Grałeś z wieloma muzykami całego świata, kto zrobił na tobie największe wrażenie?


Powiem tak - na mnie wrażenie robi to, że muzycy grają dobrze rytmicznie, że np. saksofonista Joshua Redman, czy pianista Chick Corea zapierdala swoje frazy tak rytmicznie, że najlepszy bębniarz może się pod nie "podłączyć", jak kolarz jadący "na kółku" lidera... W Polsce, poza nielicznymi, fenomenalnymi wyjątkami, nie ma zbyt wielu dobrych rytmicznie muzyków. Grają w sposób niezdecydowany, często niepewny, z tego wahania biorą się nieprecyzyjne rytmicznie frazy. Później winą obarczani są oczywiście perkusiści, kiedy np. w nagraniu jest coś nie tak, to kompletna bzdura. Brakuje szacunku do rytmu, a koronnym dowodem są "recenzje muzyczne" - temat moich felietonów. Dlatego zbyt często nie gram, bo nie lubię grać z takimi "szwendającymi się ósemkę, albo i ćwierćnutę z tyłu" pierdzielami? Mówi się - Polska Szkoła Jazzu, raczej powinno być - Nierytmiczna Szkoła Jazzu. Niektóre uznane nazwiska w świecie polskiego jazzu grają koszmarnie nierytmicznie! Najlepiej mi się grało chyba z Petem Lockettem. Nie bałem się zagrać z jednym z najlepszych perkusjonistów świata. Sam Pete powiedział później, że było ok. Zresztą widziałeś video. Ja nie boję się stanąć w takie szranki. U nas często bębniarze boją się czegoś, boją się w coś uderzyć, nie mówię tu o metalowcach, bo tam jest przegięte w drugą stronę. Nie dziwię się też, bo polscy perkusiści, jak zaczynają się wychylać to od razu straciliby robotę. Dlatego wiem, że ze swoją postawą straciłbym parę dżobów, stąd nie pukam już w niektóre drzwi i wolę grać mniej (śmiech).

Perkusiści mają mało do powiedzenia?


W niektórych skrajnych przypadkach tyle, co nic. Najlepiej, żeby drummer siedział z tylu i się nie wychylał. Ja nie twierdzę, że to jest nagminne i nie chcę, by mnie odbierano jako jakiegoś szaleńca, ale nie chcę tego generalizowania, tej klasyfikacji perkusisty jako "przyjaciela muzyków". Jak widziałeś - w felietonach poruszam te tematy.

Mamy kompleksy?


Ja nie mam. Zawsze, jak gdzieś grałem na Zachodzie, podkreślałem, że gra zespół z Polski. Zawsze się dobrze czułem i nie miałem problemów, by powiedzieć, skąd jestem. I w takich układach staram się funkcjonować - dla dobrego samopoczucia!


Zdjęcia: Tytus Żmijewski, Marcin Juszczak, Bartosz Arszyński, Krzysztof Molenda






Reklama