Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 4. Robert Luty

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Gościmy dziś jednego z czołowych polskich bębniarzy sesyjnych. Rajdowca - Roberta Lutego.


Umówiliśmy się z Robertem w jednym z podwarszawskich lokali. Gdy zajechałem na miejsce, bez problemu odnalazłem zaparkowany samochód Roberta. Czarne Mitsubishi Lancer bez wątpienia wyróżniało się spośród postawionych obok mizernych autek. Po krótkim rekonesansie okolicy zmieniliśmy lokal na wygodniejszy - rozmowa zapowiadała się dłuższa. Jeden z czołowych polskich perkusistów zrobił na mnie w tej długiej rozmowie nie lada wrażenie. Na pierwszy rzut oka nie widać, że mamy do czynienia z osobą, która nagrała kilkadziesiąt płyt i zagrała kilkaset koncertów z wieloma polskimi gwiazdami.

Przede wszystkim skromność i - tak rzadko spotykana obecnie - pokora. Robert nie wstydzi się nazywać pewnych rzeczy po imieniu, jednak stroni od wydawania jakichkolwiek osądów na temat innych. W pewnym momencie wiele przygotowanych przeze mnie standardowych pytań dotyczących jego gry, automatycznie zostało wyeliminowanych. Spowodowane było to tym, że Robert kilkoma krótkimi, ale piekielnie inteligentnymi stwierdzeniami, pozbawił te pytania sensu. Zwinnie, ale naturalnie unikał nazw zespołów, muzyków, koncentrując się na sednie, na samej muzyce i na radości grania polegającej głównie na interakcji między muzykami czyli jak to mówił - przekazywaniu wzajemnej energii.

Patrząc na dorobek Roberta można dostać naprawdę zawrotu głowy. Nie tylko co do ilości nagranych płyt, bo nie jest to aż tak istotne, ale co do różnorodności materiału. Jak się okazuje ma on wyrobiony pewien własny naturalny mechanizm, który pozwala mu się przygotować do konkretnej sesji. Wynika to właśnie z podziału muzyki nie poprzez nazwiska, lecz poprzez jej jakość i to też nie w rozumieniu technicznym. Zresztą co tu dużo mówić, zapraszam do lektury?

Jesteś perkusistą nagrywanym dość często w Polsce?

?(cisza i śmiech) Może, bo lubię nagrywać.

Nie drażni cię zatem to, że perkusiści są traktowani w Polsce dość niszowo i tak naprawdę nie ma perkusyjnych gwiazd?

Trudno mi to oceniać? Jest parę osób, które mają predyspozycje, by być showmenem na estradzie. Mnie do tego nie ciągnie, może to wynika z braku wystarczającej techniki, żeby?

?(głupie spojrzenie w kierunku Roberta) No, proszę cię?

Nie no, poważnie mówię. Wynika to także z charakteru. Bębniarz z założenia jest z tyłu za wokalistą-wokalistką. Nie jest eksponowany na pierwszym planie. I teraz kwestia charakteru, czy ma parcie na tzw. szkło, żeby być z przodu lub czy swobodnie utrzymuje rytm i czerpie z tego satysfakcję i ma frajdę.

Nie wynika to z tego, że przemysł perkusyjny jednak cały czas u nas raczkuje?

Wszystko u nas tak naprawdę jeszcze raczkuje, a branża muzyczna jest u nas bardzo zamkniętym środowiskiem. Większość osób się wzajemnie kojarzy i wszelkie festiwale to taka zbiórka i spotkanie znajomych. W Stanach wyłapuje się nowe talenty niemal cały czas, co chwilę. U nas mówi się o kimś "talent" przez trzy lata,  po czym w piątym roku nadal jest to nadzieja (śmiech).

Jak z piłkarzami. Dlaczego więc Robert Luty zaczął grać na bębnach?

Poniekąd byłem na to skazany. I nie przez to, że tata grał na bębnach, bo nie grał, ale w domu rodzinnym, w przysłowiowej komórce tata prowadził zespół weselny. Ja miałem wtedy pięć - sześć lat i podglądałem, jak się przygotowują do tych imprez, a grali ich sporo. Nie tylko wesela, ale inne zabawy, potańcówki. Co więc mogło zainteresować takiego małego brzdąca? Bębny! Tym bardziej, że instrumenty zostawały po próbie. Mogłem więc usiąść i spróbować. Na początku było to granie jedną pałką melodii na werblu. Potem było już tak, że jechałem na początek imprezy z kierowcą - rozstawianie instrumentów - i on wracał, ale zanim wrócił to czekał na początek imprezy i byłem proszony, by zagrać np. trzy pierwsze utwory w momencie, gdy tam wszyscy dopiero zasiadają. I tak powoli, powoli, powoli aż doszło do momentu, kiedy zacząłem grać całe wesela. Największy problem dla takiego dzieciaka to wytrzymać od drugiej w nocy do ok czwartej rano, troszkę się przysypiało gdzieś z tyłu pięć minut i człowiek dawał radę. To wielka szkoła życia. Nigdy się tego nie wypieram i nie chodzi o to, bym to komuś polecał, ale po prostu jeśli ktoś przez to przeszedł, wie o czym mówię. Nie chodzi też nawet o aspekt finansowy, chociaż było to pomocne. Za taką jedną imprezę można było kupić dobrą blachę lub kilka statywów, teraz byłoby to ciężkie. Tak stopniowo kompletowałem sobie bębny, talerze, no i miałem przyjemność grania wszystkich utworów świata (śmiech), pełen przekrój. Od polki i oberka do różnych przebojów tamtych lat.

Czyli zaczynałeś wcześnie?

Tak, tak, te początki były, gdy miałem 5-6 lat.

To był Polmuz czy Amati?

To był Polmuz, ale wybitnie stuningowany (śmiech). Był pomalowany na błękitny metalik i to farbą samochodową. Już wtedy miałem konszachty z autami (śmiech). Wszystko trzeba było porozkręcać, poskładać, efekt był piorunujący. Później, gdy chodziłem do szkoły muzycznej na ulicy Miodowej w Warszawie były zapisy na perkusję Amati "na MDMie". Nie można było, ot tak, kupić. Trzeba było mieć papier i kupowało się tak, jak samochód kiedyś, czyli z przydziału. Wtedy to już było rozbudowane Amati z bongosami. Po Amati przyszedł taki etap, że można było zamówić jakieś fajne bębny sprowadzane z Niemiec. To była Yamaha Power Five, taka seria fusion. Niesamowicie nowoczesne rozmiary, jak na tamte czasy Była tam dwudziestka. 10, 12, 14 i to podwieszana. Grałem ładnych parę lat na tym zestawie, naprawdę dawał radę. Natomiast później padła propozycja kupna zestawu Sonora. Dowiedziałem się, że znajomy z Józefowa,  przeprowadził się na stałe ze Stanów do Polski. Miał taki swój ulubiony zestaw High Light Exclusive, bardzo fajne bębny, dość stare, ale wyśmienicie brzmiące. Czarne ze złoto-miedzianymi okuciami, fajne wyglądały. Taki specyficzny hardware, który reklamował wtedy bodaj Jack DeJohnette. Powiedział oczywiście, że tych bębnów mi nie sprzeda, ale był taki moment, że zaczął o tym myśleć "a może bym je sprzedał?". Pamiętam, była to równowartość tysiąca dolarów. Generalnie musiałem dołożyć niewiele do tych moich bębnów Yamahy, by się przesiąść. Powiedział, że werbel jest do tego, to już w ogóle byłem zafascynowany, bo werbel jest genialny 14 na 7 i 1/3. I jeszcze z case?ami. Chciałem, żeby rodzice zobaczyli ten zestaw i wziąłem go na próbę do domu. Powiedzieli: "Nie kupuj tego, bo tu masz nowe bębny Yamahy, a tu stare obdrapane bębny Sonora". Ciężko było im to przetłumaczyć, ale nie żałowali, pożyczyli mi pieniądze i mam ten zestaw do tej pory. Nie korzystam z niego tak często, bo kiedyś był to jedyny mój zestaw, a teraz jest ich znacznie więcej. Strasznie elastyczne bębny, można je nastroić jazzowo, popowo, jak i rockowo.

Sporo masz bębnów?

Zestawów uzbierało mi się z pięć... a werbli chyba piętnaście.

Ze względu na szukanie brzmienia?

Tak? Ale odnośnie tego szukania - owszem, można mieć swój zestaw i grać na nim wiele lat, wypracowując na nim swoje brzmienie. To jednak nie jest tak, że kupujesz nowe beczki i one brzmią kompletnie inaczej. Ustawisz go, często nawet podświadomie, wyraźnie pod siebie i brzmienie, które masz w głowie. Dotyczy to także gitarzysty, basisty itd. Wyleczyłem się z tego, bo kupowało się nowe blachy, nowe zestawy, a i tak brzmiało się bardzo podobnie. To są bardzo małe różnice. Chyba, że jest jakiś festiwal, warsztaty i gram na czyimś ustawieniu, i akceptuje się te zmiany. Wtedy faktycznie jest to zauważalne, ale i tak nie do końca. Najlepszym przykładem jest festiwal Chopinowski, gdzie gra się  na tym samym fortepianie i za każdym razem brzmi on inaczej.

Miałeś pełne poparcie u rodziców?

Myślę, że tak. Nie są wykształceni muzycznie. Jakby tak policzyć, to tata gra ze 40 lat na wszelkich imprezach. Mama wspierała go swego czasu wokalnie. Pamiętam, jak mówili, że będąc w ciąży ze mną jeździła na różne imprezy, tak więc musiało to jakoś wyjść (śmiech).

Jakim uczniem byłeś w szkole?

Średnim, nie paliłem się strasznie do nauki, ale swoje trzeba było zrobić. Tym bardziej, że prowadziłem równolegle dwie szkoły. Muzyczną i zwykłą. W momencie, gdy koledzy szli grać w piłkę, ja musiałem siedzieć w muzycznej do wieczora. Muszę jednak zaznaczyć, że nie byłem typem ucznia, który siedziałby godzinami za bębnami. Nigdy takiego etapu nie miałem? noo? może przez pół roku, gdzie przesiadywałem ze cztery godziny dziennie, ale nie było tak bym siedział np. po 8 godzin. Każdy wie, ile potrzebuje. Obserwowałem w szkole muzycznej osoby, które ćwiczyły np. na werblu czytając gazetę, czy tam nie wiem, jedząc kanapkę. Takie ćwiczenie nie ma sensu. Lepiej sobie usiąść obejrzeć dobry koncert, przeanalizować, dlaczego bębniarz zagrał tak, a nie inaczej. U mnie ta sytuacja była spowodowana tym, że dosyć wcześnie zaczęły się różnego rodzaju festiwale, koncerty. Powstał zespół Acoustic Jazz Sekstet, a później Alchemik i nie było tak, że jeden koncert w tygodniu, a później nic do roboty. Cały czas coś się działo.

Cały czas się ogrywałeś?

Tak. Niestety? albo "stety". Trwa to do dzisiaj. Nie ma paru dni wolnych, żeby przysiąść i zrobić jakiś warsztat. Jeżeli mam trzy dni wolnego po intensywnej pracy to naprawdę wolę pójść z psem na spacer i zrobić sobie totalną odskocznię.

Czy miałeś takie momenty, że chciałeś zostawić granie? Odpocząć od gry?

Na szczęście miałem przyjemność szkle II stopnia na ulicy Miodowej mieć zajęcia z nieżyjącym już panem Woźniakiem. To były zajęcia wyjątkowe. Profesor Woźniak, który był kotlistą Filharmonii Narodowej, podróżował po całym świecie i widział, jak edukuje się ludzi gdzie indziej. Przez to nie ograniczał się tak jak większość szkół stricte tylko do klasyki, czyli werbel, wibrafon, kotły i inne rzeczy mimo, że był klasycznym wykładowcą. Zachęcał nas do zestawu, robiliśmy swoje, owszem, ale zawsze też trochę rzeczy na zestawie. Miał też dostęp do szkół amerykańskich, co było czymś niesamowitym. W tamtych czasach zabraniano tego typu rzeczy, a on potrafił to tak zorganizować, że wszyscy byli zadowoleni. Nie do końca zajęcia w systemie profesor - uczeń są wystarczające tzn. w sali po bokach były szafki, cały czas ktoś wchodził i wychodził. Podchodził, zmieniał naciąg, wyciągał kanapki, rozgrywał się na kolanie, taki klimat włoskiej rodziny (śmiech). To było o tyle fajne, że można było podpatrzeć, jak ktoś ćwiczy i zobaczyć, jakie błędy robi. To było niesamowite, ponieważ bardzo dużo można się nauczyć poprzez wychwytywanie błędów.

A nie jeść kanapkę i ćwiczyć jedną ręką?

Dokładnie tak. To było na Miodowej, natomiast na Bednarskiej główną rolę odegrało środowisko. To był wtedy nowy wydział z nowatorskim podejściem. Różni wybitni muzycy środowiska jazzowego podjęli rękawice, by zrobić coś takiego. Czesław Bartkowski i Kazio Jonkisz prowadzili klasę perkusyjną. Trafiłem tam zresztą trochę przypadkiem, bo jeszcze kończyłem na Miodowej, a tu akompaniowałem jedynie chłopakom, którzy chcieli się tam dostać. Wyszedł do mnie Piotr Rodowicz na korytarz z pytaniem, dlaczego tu nie zdaję. Odpowiedziałem mu, że jestem na Miodowej i tam mam szkołę, a tu tylko akompaniuję. Powiedział, że dostałbym się bez problemów. Miałem więc burzę w mózgu, jak to pogodzić. Nie było to łatwe, ale stwierdziłem, że zrezygnować zawsze można. Szybkie odpytanie techniczne, zagadnienia z kształcenia słuchu, granie już było, i się dostałem. Cztery lata ze znakomitymi profesorami. Wszyscy wpływali na wzrost naszych umiejętności i naszej świadomości muzycznej. Na przykład były zajęcia zespołowe raz w tygodniu tzw. combo z panem Zbyszkiem Namysłowskim. Prowadził w ciekawy sposób, tłumacząc wszystko każdemu i z osobna. Pomijam fakt, że przynosił swoje najtrudniejsze utwory, sprawdzał na nas, a dopiero później wprowadzał je do swojego zespołu (śmiech).

Króliki doświadczalne, młode umysły chłonne?

...tak, tak, jakieś kosmiczne podziały rytmiczne.

A jak teraz z tą niechęcią?

Teraz to bardzo chce mi się grać! Jednak bodaj siedem lat temu, gdy nałożyło się kilka rzeczy na raz. Jedną z nich było rozstanie z dziewczyną po wielu latach i jak to w tego typu sytuacjach bywa? Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Także w tym okresie zafascynowałem się mocno rajdami samochodowymi, więc całą energię przerzuciłem z bębnów właśnie tam. Chyba potrzebowałem takiej odskoczni. Przejechałem odpowiednią ilość rajdów, żeby zdobyć licencję krajową, potem puchar polski, a następnie kolejna rajdowa licencja międzynarodowa. Wsiąkłem w to na poważnie i zacząłem się łapać na tym, że gram ileś tam koncertów i to wszystko wydaję na nowe opony, klocki, testy itp. a nie na bębny. Miałem już takie pałki "ogryzki", naciągi z dołami. Nawet nie chodziło tu o poświęcanie temu czasu, bo rajdów u nas w sezonie jest kilka. Chodzi tu głównie o myślenie o tym, koncentrację, która powodowała, że te bębny były z boku i już nawet pojawiały się myśli, żeby zrezygnować? Przyszedł jednak taki etap, że rozpocząłem współpracę z Sistars, co wiązało się oprócz wspaniałej przygody muzycznej i fajnego grania, z godziwym wynagrodzeniem, dzięki czemu mogłem pozwolić sobie na starty w rajdach oraz muzykowanie.

Dało się to pogodzić?

Tak? Doszedłem do wniosku, że jeżeli przestanę grać, to nie będę miał dochodów, by móc startować. Tym bardziej, że w tym sporcie ciężko u nas o sponsora. Trzeba było grać, żeby startować. To była taka ciekawa przygoda, bo jeszcze parę lat wcześniej w ogóle nie myślałem o tym?. Teraz nie startuję już od dwóch lat i ograniczam się do wypożyczenia rajdówki na wybrane, ulubione rajdy.

Czego słuchałeś w podstawówce?

Podobnie, jak wszyscy, raczej nie odbiegałem od reszty, no może za wyjątkiem Michaela Jacksona. Obok tych typowych rzeczy także spraw jazzowych. Miles Davis, Steps Ahead, Wynton Marsalis. Wynika to też z tego, że było organizowane u nas Jazz Jambore. Wtedy na bardzo wysokim poziomie. Kiedyś był to totalny przekrój szeroko pojętej muzyki jazzowej. Bardzo byłem zafascynowany takimi imprezami.

Różnorodność procentuje w grze.

No tak. Staram się słuchać różnych rzeczy. Czasami człowiek jedzie w busie i włącza AC/DC, a znów innym razem nie mam na nic ochoty i odpalam sobie klasykę. Wtedy słuchałem takich rzeczy i myślę, że to zaprocentowało w tym, że teraz także wielu rzeczy mogę posłuchać. Nie jest tak, że coś mnie bardzo męczy? Kiedyś mój kuzyn słuchał tylkoi wyłącznie death metalu i kiedy tego słuchałem to średnio mi się podobało. No, ale dzięki temu, że miałem wtedy z tym styczność, teraz mogę tego swobodnie wysłuchać i stwierdzić, czy to jest dobre czy złe, mieć swój pogląd. Kiedyś wszystko było podobne, ale z perspektywy czasu widzę spore różnicę (śmiech).

Czego nie lubisz w byciu perkusistą? Gdy patrzysz na bębny i myślisz "o Boże?!"

Właśnie w czasach rajdowych, gdy patrzyłem na bębny i myślałem, że muszę to wszystko nosić i rozstawiać to chciałem to rzucić (śmiech), ale jakoś dojrzałem. To jest po prostu nieodłączny element i nie można z tym walczyć.

Na trasach masz jednak technicznych?

Tak, tak, oczywiście. Natomiast nie bronię się przed tym, nie ma tak, że byle studio, sesja itp. i dzwonię do technicznego, by mi rozstawił sprzęt, nie. Kiedyś parę zespołów, które przyjechały do Polski dziwiło się, że tu wszyscy chodzą i pomagają, noszą sprzęt. Nie no, spoko. To jest taki nieodłączny element i każdy muzyk powinien to poczuć. To nic złego, oczywiście nieumiejętne noszenie to przekleństwo, szczególnie dla perkusistów, którzy mają problemy z kręgosłupem. Jak człowiek uświadomi sobie, że to jest taki instrument, który wymaga rozstawienia, złożenia, dźwigania, to jakoś da się z tym żyć. Najgorszą rzeczą jest walka z tym na zasadzie, że wezmę mniej tomów, lżejszy hardware. Nie tędy droga. Wydaje mi się, że trzeba myśleć brzmieniem i o przyjemności z gry.

A utrapienia przy grze na żywo?

Trudno powiedzieć, staram się wyciągnąć z danej sytuacji najwięcej, ile się da. Nie myśleć o tym, że coś jest źle. Staram się poczuć wtedy, jakbym był z drugiej strony. Czyli czego oczekuję, jak jestem na koncercie? Że będzie dobry koncert. Ktoś ma w nosie, że mam słabszy dzień,  że się z kimś pokłóciłem czy coś. On przychodzi po prostu zobaczyć dobry koncert! Co z tego, że ostatnio nie ćwiczyłem, gram w trasie i spałem trzy godziny. Kurczę, kogo to obchodzi?! Trzeba się właśnie postawić w roli takiej osoby. Uważam, że zawsze trzeba próbować dawać z siebie sto procent.

Jak spędzasz wolny czas poza samochodami?

Trzeba nadrobić wszystkie zaległości, które związane były z tym, że... nie miałem czasu. Czyli wracam i okazuje się, że jest parę rachunków do zapłacenia, zaległa korespondencja później, że trzeba wymienić olej w samochodzie. Staram się wychodzić z psem na spacer. To owczarek niemiecki, mam go od dwunastu lat. Fajne te spacery... nie myśli się o niczym. Staram się korzystać z basenu, który jest niemal na tej samej ulicy. Wręcz czasami jest za blisko do niego, dlatego się nie idzie (śmiech). Czasami można się zresetować leżąc zkotem na kanapie i włączając telewizor. Jednak większość czasu to jest nadrabianie zaległości, czyli robienie tego, czego się wcześniej nie zrobiło.

A wakacje?

Kiedyś myślałem, że wakacje są wtedy, gdy się nie gra koncertów. Teraz wiem, że trzeba zaplanować sobie wakacje i nie brać w tym czasie pracy. Nie ma innej metody, bo nagle z dwóch tygodni robią ci się trzy dni. Może to być uciążliwe szczególnie dla drugiej osoby. Ktoś sobie coś zaplanuje i dobrze byłoby to uszanować, i w tym momencie mieć czas. W tym roku postanowiłem pojechać po raz kolejny do Włoch na narty. Po 10 latach przerwy od dwóch lat ponownie się zakręciłem na narty. Jest to trochę zbliżone do rajdu, bo człowiek czuje adrenalinę, jedzie torem jakim chce, no i poza tym uślizg (śmiech) jak na szutrze?

Deska nie?

Nie, jakoś nie. Myślałem o tym, ale po przerwie okazało się, że daję sobie radę na nartach, a człowiek nie zapomina tego, jak jazdy na rowerze? Nie chciałbym teraz startować od zera. Narty nie przekładają się na deskę. Pierwszy tydzień to jest jeżdżenie na tyłku, więc nie chciałbym? szkoda czasu (śmiech). Reasumując preferuję aktywny wypoczynek, a nie leżenie np. na plaży.

Zwłaszcza, gdzie łażą te wszystkie "bambry" rodem z Wołomina i okolic.

No nie, nie, nie? Byłem rok temu przez trzy dni i albo trzeba znaleźć miejsce jakieś bardziej dzikie, albo jechać gdzie indziej. Polskie morze jest fajne, tylko nie w tym okresie największego tłoku. Uwielbiam Mazury, właściwie od dziecka jeździłem tam z rodzicami. Mam tam swoje ulubione miejsce niedaleko Mrągowa, ale nie na łódkę, tylko na hobbistyczne łowienie. Wędka, bierze to bierze, nie bierze to nie bierze, poopalać się przy tym. Taki relaks, ale bardziej korzystanie z ciszy, szum drzew, trzcin?

Mieszkasz przecież w bardzo spokojnej okolicy.

Tak. I nie zamieniłbym tego na mieszkanie w Warszawie.

Kiedyś te okolice były oficjalnie uzdrowiskiem.

Tak, świetny mikroklimat, ponoć dobrze działa na drogi oddechowe. No, ale wiesz, przebywanie na koncertach, non stop jakieś trasy, człowiek cały czas przebywa w hałasie, więc mam taki balans. Planuję postawić nowy domek, albo częściej bywać u takiego gospodarza, do którego mogę wpadać o każdej porze i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw. Jeżeli jestem naprawdę zmęczony, a jest fajna pogoda, wstaję rano o 5, jadę tam i o 8.30 moczę nogi na pomoście.

Masz kapelusik z haczykami (śmiech)?

Nie? nie, biorę sobie łódkę, pagaje i płynę z miejsca na miejsce. Największy relaks. Jezioro ma 8 kilometrów długości, więc jest gdzie popływać, a ryby są przy okazji. Problem jest w tym,  że nie przepadam za ich skrobaniem (śmiech). Często je nawet wypuszczam. Myślę też o kupnie jakiegoś motorka enduro, ale też od jakiegoś czasu tylko mówię o tym i mówię.

No właśnie, przejdźmy do samochodów. Lubisz myć swój samochód? Niektórzy zapaleni kierowcy mówią, że się przy tym relaksują tak, jak niektórzy przy czyszczeniu bębnów?

Jakbym miał zestawić obie te rzeczy to wolałbym umyć samochód (śmiech). Nie jestem w tej kwestii jakimś typem przesadnego pedanta tym bardziej, że auto rajdowe ochlapane w błocie też jest śliczne! Dbam, żeby było sprawne technicznie.

Grzebiesz w aucie?

Grzebię, ale nie technicznie tzn. nie zmieniam sobie np. klocków. Nie ma po prostu czasu na to. Chciałbym, bo wiem jak zrobić sporo rzeczy, jakby jednak grzebać cały dzień i później wieczorem próbować coś jeszcze zgrać, to nie ma szans? Mięśnie są strasznie zmęczone, ręce napuchnięte. Dlatego nie ma sensu robić tego na siłę.

Skąd więc rajdy w twoim życiu?

Nie bez znaczenia miało tu zaproszenie przez Czarka Konrada na rajd warszawski. Czarek od dawna był zafascynowany rajdami. Któregoś dnia pojechaliśmy razem z Bartkiem Jakubcem i kurczę? oszalałem! To był czas, gdy wszyscy jeździli samochodami WRC, a one jak wiadomo mają ogromną moc i jeżdżą całymi bokami po suchym asfalcie, więc tym bardziej na mnie to zadziałało. To był pierwszy taki mój zwrot w tę stronę. Później nadarzyła się okazja i kupiłem Forda Focusa, ale taką wersję usportowioną mimo, że wciąż cywilną. Czarek miał wtedy Nissana GT-R z napędem na cztery, Piotr Żaczek miał Audi S-1 też na cztery. Tworzyliśmy taką paczkę. Czasami jeszcze Kuba Badach podpinał się swoim samochodem. Później miałem Subaru GT, następnie Impreze WRX, którą kupił ode mnie właśnie Kuba Badach. W pewnym momencie miałem melodię na wygodny samochód i kupiłem sobie Volvo S-60. Jeździłem baarrrdzo spokojnie, wszyscy mnie wyprzedzali (śmiech). Nie miałem kompletnie ochoty na rajdowe jeżdżenie. Być może bierze się to z tego, że zawodnicy jeżdżący w rajdach na co dzień jeżdżą zazwyczaj bardzo powoli. Jeżeli wyszumisz się na rajdach to nie masz potrzeby rywalizacji na ulicach. Łapię się często na tym i jeżdżę dosyć spokojnie. Później jednak, żeby mieć tą namiastkę rajdów zakupiłem cywilną wersję Mitsubishi Lancer Evolution. I nie chodzi tu o wściekanie się, tylko świadomość, że jakby co można przyśpieszyć, wyprzedzić?

Wychodzi na to, że Czarek Konrad ma wpływ nie tylko na perkusistów?

(śmiech) No taaak, trochę ubolewam nad tym, że mimo, iż to wyszło od niego to reszta chłopaków nie poszła dalej za mną, w amatorskie rajdy, zrobienie licencji? Do tej pory mnie dopingują, jak coś się dzieje w tym temacie. Może to też kwestia świadomości, bo to są duże pieniądze, więc po co inwestować, jeśli wiadomo, że nie będzie się jeździło. Znam wielu bardzo utalentowanych zawodników, którzy nie startują z braku pieniędzy i jest to chyba bardziej przykre niż jakby się w ogóle nie zaczęło. Ja uważam, że warto spróbować, zobaczyć, czy mnie to kręci itd.

Rodzina się nie obawiała?

Oczywiście, że się obawiała, ale ja zawsze podkreślałem, że bardziej boję się jeżdżenia na normalnych ulicach, seryjnymi samochodami. Normalny samochód, który nie ma klatki bezpieczeństwa, sześciopunktowych pasów, nie ma foteli kubełkowych, kasków, czyli wszystkich tych elementów zwiększających bezpieczeństwo. Nadwozie rajdówki jest piętnaście razy bardziej sztywne. Nie dwa razy, piętnaście. Jeżeli masz sytuację na drodze, że z naprzeciwka jedzie tir i musisz uciekać nie wiem? np. rowem i prawdopodobne jest dachowanie, to w normalnym aucie jest duża szansa, że będzie poważny wypadek z tragicznymi konsekwencjami. W rajdowym aucie człowiek wychodzi jak superman, otrzepuje się i nic.

W rajdach też ciężko zderzyć się z drugim autem.

No właśnie. Kolejna rzecz, że jesteśmy jak gdyby sobie panem czyli mam pustą drogę i jazda!

Nie miałeś takiej akcji, że ktoś wyskoczył ci na tor?

Miałem coś podobnego, jak jechałem pierwszy rajd. To był rajd mazowiecki, stosunkowo blisko domu. Trochę na wariackich papierach, bo z nowym pilotem, którego nie znałem a musiałem mu zaufać. Miał swój opis. Opony miałem tylko na suchą nawierzchnię. Rano wstaję, a tu zimno i deszcz. Rozpędzam się ok. 140/h, przechodzę pierwszy łuk, patrzę, a tu idzie grupka sześciu osób, każdy z puszką piwa. Jeden sobie klęka na środku i rozkłada ręce? Na szczęście odskoczył w ostatniej chwili. Wtedy bodaj nawet trzecie miejsce zająłem w swoje klasie.

Wróćmy do bębnów. Pamiętasz swoją pierwszą sesję w studio?

To mogło być w Radio Olsztyn, któraś z sesji z Rysiem Szmitem i zespołem HeadUp, Grzesiek Piotrowski, Wiesław Sałata, Tomek Szymuś. Poprzez dobre stosunki z radiem mieliśmy te rzeczy rejestrować, grać koncerty w Olsztynie. Nagrania były dosyć często, więc nie pamiętam konkretnie tych pierwszych. Wydawało mi się wtedy, że będzie to zupełnie inaczej wyglądało, inaczej brzmiało. Miałem inne wyobrażenie, ale z drugiej strony były wyśmienite warunki. Nie miałem też nigdy stresu paraliżującego.

Jak przygotowujesz się do sesji nagraniowej?

Zazwyczaj? nie ma na to czasu (śmiech). Jeżeli ktoś zwraca się z prośbą o nagranie bębnów, potrzebuję minimum jednej informacji - jaka to jest stylistyka. Wtedy wiem, jakie wziąć bębny, jaki werbel, blachy. Nie muszę kręcić całym zestawem. Dobrze wiedzieć, jakie to będą numery, czyli najlepiej jakieś demo, żeby poznać charakter. Jeżeli to są dokładnie te same formy to jeszcze lepiej, bo mogę je sobie spisać w czasie rzeczywistym. Mam taki swój specjalny zapis i trwa to tyle, co przesłuchanie tych utworów. Uważam, że nie do końca dobre jest ćwiczenie tych rzeczy?

Dlaczego?

Ponieważ producent nagrań nie jest w stanie przekazać przez maila czy przez telefon kompletnego wyobrażenia o materiale. Dzwonię do tej osoby i chcę wyciągnąć jak najwięcej. Przedstawiam pewien zarys i nie umawiam się na każde uderzenie. Chcę, żeby druga strona także dała coś od siebie. Pierwsze przegrania w studio są zazwyczaj najbardziej owocne. Zaraz po ustawieniu i podłączeniu sprzętu chcę, żeby były nagrywane także te pierwsze wersje, które zazwyczaj są robione w ramach zapoznania się z formą. Nie jestem zwolennikiem grania 6-9 wersji kawałka i nie dlatego, że ja sobie tak wymyśliłem i mi się nie chce, tylko po prostu wiem, że pewne rzeczy wychodzą później sztucznie. Lepiej wychodzą rzeczy zagrane bardziej od serca i spontanicznie z tzw. brudem bez, powiedzmy, paru drobnych akcentów niż zagrane dokładnie i precyzyjnie, ale bez polotu.



Przygotowania do pierwszej sesji?
Dwukołowym dwuśladem
Jest dobra energia, to widać
Pojemność dwa czterysta, pojemność dwa czterysta?
Warsztat pracy
Przytulaniec z jedną z wielu blaszek
?Po to mam tyle tego sprzętu, żeby sobie tym żonglować i to wykorzystywać.?
Sądząc po koszulce przyłapaliśmy Roberta na grze black metalu!
To są właśnie efekty ciężkiej pracy ? mieć własną miejscowość
Robert w transie. Jak tam żołądki?
To zdjęcie miało tytuł ?Robercik? i niech tak zostanie
??my jesteśmy dla nich, a nie odwrotnie?, pełen profesjonalizm
To się nazywa mieć dużą wannę!
Gotowy do nagrań
Zakłopotana mina, czyżby ryby nie brały?
Reklama