Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz.17. Tomasz Łosowski

Tomasz Łosowski jest z pewnością jednym z najbardziej znanych perkusistów w Polsce.

Większość kojarzy Tomka z warsztatów, klinik, pokazów czy też prywatnych lekcji. Ciąży na nim przez to duża odpowiedzialność, ponieważ każdy jest przekonany, że otrzyma odpowiedzi na wszystkie nurtujące ich pytania, dotyczące świata bębnów. Tomek jest czujny i cały czas poszerza swoją olbrzymią już wiedzę i umiejętności. Mieliście okazję oglądać go w naszej szkole DVD, gdzie rozpoczynając od podstawowych zagadnień doszedł do nadludzkich wręcz podziałów i zaprezentował prawdziwy skarbiec wszelakich ćwiczeń, rozwijających każdy aspekt naszej gry. A jakim jest człowiekiem? Sprawdźcie sami.

Umówiliśmy się w jego kwaterze głównej w Trójmieście. Zanim jednak zasiądziemy do rozmowy, Tomek poinformował mnie, że musi podjechać na piknik w? przedszkolu, ponieważ jego córki właśnie tam się bawią, a on obiecał pani przedszkolance, że przyjedzie i pokaże dzieciom, jak wygląda perkusja. Tym samym wylądowałem w centrum dziecięcego tornado, gdzie jakiś facet w przebraniu krasnala bawił dzieci, rzucając w swoją asystentkę gumowym pająkiem. Tomek tymczasem rozstawiał obok malutki zestawik. Kilka szkrabów dostrzegło dziwny obiekt i zanim bębny zostały rozstawione, niczym muchy oblepiły, co się dało. Jeden z nich dzielnie trzaskał w centralkę, solidnie depcząc pedał, inny znów chłostał niemiłosiernie ride. Mimo, że ten widok wywołał u mnie salwę śmiechu, trzeba było dzieciarnię nieco ogarnąć i poinformować, że kiedy pan krasnal skończy trąbić nosem i śpiewać piosenkę o niedźwiadku, będą mogli ponaparzać w to dziwne coś. Tak też się stało i kilku młodych delikwentów z zaangażowaniem zabrało się za grę na bębnach pod okiem pana Tomka. Być może któryś z nich zapamięta tę wizytę i kiedyś zechce grać na perkusji? Kto wie? Później nastąpiła kolejna rzecz, do której nie jestem zbyt przyzwyczajony, gdy spotykam się z bębniarzami. Usiedliśmy w dużym busie i? nastąpiło liczenie dzieci, czy wszystkie są. Fakt, że Tomasz ma solidną gromadkę (piątka) i upilnowanie ich nie jest rzeczą prostą, jednak państwo Łosowscy zrobili to bardzo sprawnie!

Przyjechaliśmy do domu. Zasiadłem z Tomkiem w jego sali ćwiczeniowej na poddaszu, gdzie stał rozstawiony piękny zestaw bębnów DW, otoczony blaszkami Zildjianów. Tutaj nikt nie ma wątpliwości, kto jest gospodarzem. Ściany niemal w 100% oblepione plakatami i wycinkami gazet, wśród których dominuje, oczywiście, mistrz Jeff Porcaro. Salka nie jest duża, wręcz ciasna, wszędzie poutykane w skosy poddasza werble, talerze, osprzęt, klawisze? Niby jeden wielki bajzel, ale nic bardziej mylnego. Wbrew pozorom wszystko jest poukładane na swoim miejscu, w pokrowcach, w torbach, w pudełkach. Każdy instrument zabezpieczony i przygotowany do działania. Mimo, że cały wielki dom przesiąknięty jest muzyką (w pomieszczeniu obok znajduje się profesjonalne studio nagrań) to właśnie to ciasne, zagracone miejsce wydaje się być totalnym azylem muzyka. I powiem wam jeszcze jedno, jest to jedna z najbardziej klimatycznych perkusyjnych kanciap, jaką kiedykolwiek widziałem!

Zasiadamy spokojnie jak to kolega z kolegą, i dopiero po chwili przypomniałem sobie, że wypadałoby włączyć jakiś dyktafon. Tak też uczyniłem, nastąpiło to zaraz po tym, jak wymieniliśmy swoje uwagi odnośnie problemów gastrycznych, dlatego też konkluzją tego wątku zaczynamy relację?

Starzejesz się?


Czas leci...

Zauważasz to? Po czym?


Ostatnimi czasy miałem momenty, gdzie był dość duży spadek sił. Wiesz, ja mam to do siebie, że brakowało mi czasu, abym zadbał o zdrowie. Moi bliscy często mi mówili , że np. powinienem zająć się sportem, mieć więcej ruchu, co paradoksalnie przydałoby mi się w graniu na bębnach. Problem jest taki, że trzeba wygenerować dodatkowy czas. Ponieważ z tym był dość duży kłopot, zaatakowałem ten "problem" z innej strony - poszedłem do znakomitej dietetyczki, pani Moniki Stołyhwo, która ustawiła mi dietę. Teraz chudnę i co ważniejsze - powraca wielka energia do grania!

Z czasem u ciebie ciężko jest?


Sam widziałeś. (śmiech) Dużo obowiązków, dużo się dzieje. Trzeba mieć ten czas uporządkowany, żeby wypełniać swoje obowiązki wobec rodziny. Jak kiedyś powiedziałem A, to teraz muszę powiedzieć B i trzeba się dziećmi zająć, pomóc żonie. Jak to wszystko się zrobi, to pozostaje ten skrawek czasu na granie i inne prace. Jak wiesz, nie tylko grą na bębnach się zajmuję. Komponuję, edukuję, nagrywam, miksuję i edytuję różne utwory w studio, co też jest czasochłonne i żmudne. Daje - rzecz jasna - dużo radości, jak edytujesz swoje bębny, ale trzeba nauczyć się ten czas dzielić i mądrze nim zarządzać. Kolejna taka moja słabość to wstawanie? Jak już wstanę to zasuwam czasami tak, że nie mam nawet czasu, żeby usiąść - aż mnie nogi bolą. Przykładowo schodzę o godz. 22 do studia, nagle robi się 1 w nocy, a później ciężko mi jest wstać. Czasami mam wyrzuty sumienia, bo się budzę i okazuje się, że mam rodzinę - żona, dzieci... Rekompensuję ten czas tym, że w ogóle nie oglądam telewizji, filmów, nie gram w gierki, nie przesiaduję na Facebooku... To wszystko są takie pola do pracy nad samym sobą. To jest najtrudniejsze, pracować nad sobą, pokonać swoje słabości - ale myślę, że jedynie wtedy możliwy jest rozwój na wszystkich polach.

Jak opisałbyś poziom swojej gry na bębnach?


Oj, to trudne pytanie? Trudno jest mówić o sobie.

Uprzedzałem, łatwo nie będzie. (śmiech)  Pomówmy o faktach, bez przesadnej skromności.


Wiesz sam i wiele osób także, że jestem człowiekiem szczerym. Z jednej strony znam swoją wartość, bo wiem, ile czasu poświęciłem na to, żeby grać tak, jak teraz gram. Z drugiej strony wiem, ile mi jeszcze brakuje do tego, jak chciałbym grać. Jest to ogrom pracy. Rozwój jest procesem, który trwa całe życie - nie tylko u mnie, ale i u większości muzyków, grających zawodowo - hobby rządzi się innymi prawami. Powiem ci tak - jest to moja pasja, włożyłem w nią wiele lat swojej pracy i wciąż wkładam tyle, ile mogę. Próbuję więc pchać ten wózek dalej.

Sam wiesz, że nigdy nie będziesz grał tak, jak to sobie wymarzysz.


(śmiech) No tak, ale "z trzeciej strony" muszę dążyć do tego - na ile mogę - żeby ten talent, który dostałem od Pana Boga, rozwijać. Jest to mój obowiązek, bo potem będę z tego rozliczony. Nie mogę pójść i go zakopać. Ja już nie gram dlatego, żeby być sławnym, żeby mieć z tego wyłącznie zabawę, splendor. Gram, żeby utrzymać moją rodzinę. Z mojej pracy korzystają inni i to jest mój priorytet, muszę więc dbać o formę i rozwijać talent.

Trzeba być profesjonalistą.


Miałem dobry przykład. Sławek - mój ojciec (Sławomir Łosowski, założyciel i kompozytor największych przebojów grupy Kombi - przyp. red.) jest perfekcjonistą, był liderem znanego zespołu i obserwując go, można było się wielu rzeczy nauczyć. Ja też mam coś takiego w sobie i czasami jest to denerwujące, bo jak coś robię to poświęcam więcej czasu, musi być to perfekt.

Jesteś pedantyczny?


Trochę jestem. Lubię mieć porządek i to przekłada się na moją grę; lubię porządek i klarowność w swojej grze. Rola perkusji, niezależnie jaki to styl, polega na uporządkowaniu. Perkusista jest swoistym matematykiem. Jeżeli perkusja będzie zabałaganiona to może się okazać, że cały zespół będzie miał kłopoty. Ta cecha przydaje mi się w życiu i w grze na bębnach, staram się być bardzo dokładnym w tym, co robię. Zresztą, kiedy obserwowałem zza pleców Chambersa czy Weckla, wielkim szokiem dla mnie było, jak oni precyzyjnie grają, jak dokładnie. Nie chcę przez to powiedzieć, że muzyka polega tylko na precyzji. Trzeba równomiernie się rozwijać, na samym szczycie jest muzyka, muzykalność, wrażliwość, "time"... Wielu perkusistów nie jest może tak dokładnych, ale grają bardzo muzykalnie. To jest teraz dla mnie najistotniejsze, na obecnym etapie, na jakim jestem.

Gra na bębnach to koszmarna ilość aspektów.


Tak. I to później składa się na to "wow" nad danym perkusistą - od techniki po osobowość.

Tu muszę poruszyć temat bardzo ciekawy i pouczający. Kiedyś mówiłeś mi, że ucierpiałeś z tytułu lekkiego zadzierania nosa w młodości.


Trochę tak. Tak było w młodości. Wychowałem się w rodzinie, w której ojciec odniósł olbrzymi sukces. Zachłysnęli się tym wszyscy, a jak rozumuje osiemnastoletni chłopak? Przesiąkłem więc tym trochę. Leszek Możdżer - mój kolega ze szkoły, powiedział mi po latach taką rzecz: "No, bo widzisz, Tomek, ty miałeś złote bębny, a my mieliśmy obsrane gitary". To już nawet nie była do końca kwestia tego, po prostu zadzierałem nosa i to była moja wina. Kiedy to zrozumiałem po latach to staram się przede wszystkim być człowiekiem. To jest kluczowa sytuacja. Wielu znanych muzyków mówi, że do zespołów nie bierze się jedynie świetnych wymiataczy tylko dobrych kolegów, z którymi ma się wspólny język, gdzie jest komunikacja. Oczywiście, ważne jest to, jak grasz, bo w muzyce nie ma sentymentów i musisz prezentować pewien poziom. Jeżeli wytwarzasz dobre wrażenie, to bądź pewny, że prędzej czy później będziesz miał robotę. Oczywiście, pomaga, jeżeli mieszkasz np. w Warszawie.

No dobrze, ale podobnie zapytałem Michała Dąbrówkę i on wziął sprawy w swoje ręce, nie czekał na cud, tylko sam ruszył do Warszawy.


Wiesz - każdy z nas ma inne życie, inną drogę, inne uwarunkowania, rodziny, potrzeby... Nie warto się porównywać, bo moja "droga" nigdy nie będzie drogą Michała, a jego nigdy nie będzie drogą np. Czarka Konrada. Wiadomo, że jak mam okazję, to mogę powiedzieć za siebie. Pierwsza sprawa - gdybym nie miał potężnego wsparcia ze strony mego ojca, to bym się nie zastanawiał i już dawno byłbym zmuszony do życia w Warszawie. Mówię, że byłbym zmuszony, bo niezbyt lubię to miasto. Jestem patriotą lokalnym i czuję się dobrze w Trójmieście. Wiem, że może od strony materialnej, czy też grania np. w różnych telewizyjnych projektach - tracę... Ale im jestem starszy, tym bardziej przekonuję się, że prawdziwe szczęście to rodzina, spokojne życie - nawet za cenę mniejszych zarobków... Ścigać się, by więcej zarobić? Nie, nie chcę.

A jest u nas taki wyścig?


Sam nie wiem, bo nie siedzę w Warszawie - żartuję, oczywiście. Czasami jak rozmawiałem z perkusistami młodego pokolenia, którzy mieszkają w Warszawie lub też natknę się na jakieś fora perkusyjne w Internecie, to można odnieść takie wrażenie... Mogę też się mylić, bo nie mam recepty na rację. Z jednej strony - nie ma co się dziwić, bo jest dużo młodych, dobrze grających perkusistów, jest konkurencja, z tą pracą różnie bywa. Przecież każdy człowiek chciałby gdzieś zaistnieć, zarobić, godnie żyć itp. W każdej branży jest trochę taki wyścig, taka jest proza życia. Dużo tu zależy od tego, jakim jesteś człowiekiem i jaki jest twój tzw. kręgosłup moralny. Wiadomo, że człowiek uczciwy, który jest nawet w trybikach jakiegoś "wyścigu szczurów", czy też "wyścigu myszy", będzie starał się działać fair play. Są oczywiście tacy, co próbują działać po "trupach", aby dojść do kariery czy pieniędzy. Pamiętajmy jednak, że wszelkie czyny będą kiedyś osądzone - te dobre, jak i złe. Biada temu, kto się bogaci cudzym kosztem. W Biblii napisane jest, że człowiek taki gromadzi kamienie na swój grobowiec. Są też pozytywne przedsięwzięcia. Spora grupa perkusistów młodego pokolenia się zrzesza, wspólnie jamuje, muzykuje, edukuje się wzajemnie. Organizują fora, meetingi, warsztaty. Jest to wszystko super. Bardzo mnie to cieszy i wspieram całym sercem takie działania. Wszyscy mamy wolny wybór, jaką drogę wybrać. Każdy wybór pociąga jednak konsekwencje.

A ty co wybrałeś?


Wielokrotnie błądziłem, ale też próbowałem w tym wszystkim zaufać Panu Bogu i On mi odpowiedział. Postawił mi na drodze wspaniałych ludzi - przede wszystkim moją żonę. Założyliśmy rodzinę i to jest nasz priorytet. Moja pasja, czyli granie, podporządkowana jest teraz rodzinie. To jest moja droga, na której się dobrze czuję. Kiedy patrzę na różnych muzyków, którzy np. pół życia spędzają w  hotelach, tęsknią za trasami, nie chcą wracać do domu itp. to ja nie mógłbym tak żyć. Mam inną naturę.

Masz swój styl?


Nie wiem, czy mam. Jedni mi mówią, że mam,  inni, że jakichś bębniarzy naśladuję? Ciężko mówić tak o sobie.

Dobra, dobra, starczy tego kręcenia, Tomaszu Łosowski, masz swój styl?!


Próbuję mieć. To jest największe osiągnięcie w  sztuce, mieć swój styl, to jest bodaj najważniejsza rzecz dla każdego muzyka. Moim zdaniem, dużym ułatwieniem w kreowaniu własnego stylu jest dla perkusistów m.in. granie na instrumencie melodycznym. Osobiście lubię grać na fortepianie, instrumentach klawiszowych, komponuję... Myślę, że pomaga mi to w grze na bębnach oraz w pewnym sensie tworzy też mój styl - bo mój styl to również moje kompozycje. Tak teraz się nad tym zjawiskiem zastanawiam... To chyba też mój styl? Co na to powiesz, Maciek?

To ja tu zadaję pytania! (śmiech) Właśnie, wielu bębniarzy mówi, że pomaga im instrument melodyczny w grze na bębnach, powiedz zatem, jak tobie pomaga w grze na bębnach gra na fortepianie?


Mogę przez to dokładniej wejść w kompozycję, nie tylko słucham siebie, ale wiem, co gra kolega gitarzysta, wiem, co się dzieje w harmonii, wiem, co się dzieje w danej linii. Inaczej gra się na bębnach, nie przybijasz jedynie gwoździ tylko grasz bardziej muzycznie, podporządkowujesz swoją grę kompozycji, podporządkowujesz swoją grę muzyce. Nie gwałcisz muzyki. Jak jesteś młody, musisz się na kimś wzorować. Rodzą się czasami genialni muzycy, jak np. Porcaro, Colaiuta czy Gadd, ale nawet oni mówią, że całe życie wsłuchują się, jak inni grają. To rozwija wyobraźnię i jest szalenie inspirujące. Dobrze, gdy słuchasz wielu muzyków, gorzej, gdy słuchasz tylko jednego perkusisty. Mało tego, proponuję, żeby perkusiści słuchali płyt gitarzystów, klawiszowców, basistów, dzięki temu powiększają swoją muzykalność. Często perkusiści słuchają tylko perkusistów.

Jesteś w stanie zagrać raczej wszystko, za wyjątkiem typowo fizycznego ekstremalnego metalu?


Jakbym miał pistolet przy skroni, pewnie bym próbował wszystko zagrać. (śmiech)

Ułatwimy to - informuję cię, potrafisz odnaleźć się w każdym stylu muzycznym.


Ok, dziękuję. (śmiech)

Czy jest jednak sens, by każdy uczył się wszystkiego?


Każdy sam musi wyczuć, jaką chce podążać drogą, jeżeli chodzi o ten aspekt. Jeżeli czujesz się dobrze w jakiejś stylistyce, to idź w tym kierunku. Na bębnach są raczej specjalizacje. Są perkusiści jazzowi, rockowi, gospel, latynoscy... O wiele mniej jest takich, którzy potrafi ą ogarniać wiele stylistyk. Jeśli czujesz, że masz takie możliwości, to idź w tę stronę. Czasami samo życie to wymusza i stawia perkusistów w następującej sytuacji: grasz w jednym zespole, później w drugim, który gra nieco inaczej i musisz nagiąć się trochę, później jeszcze inny zespół? I nagle okazuje się, że poruszasz się swobodnie w różnych stylistykach. Tutaj trzeba mieć więcej czasu na ćwiczenie, by to wszystko ogarnąć, ale i tak nie będzie się mistrzem we wszystkim - umówmy się? Chyba, że mistrzem krzyżackim... Mamy więc różne drogi. Inaczej jest, gdy zawsze dobrze ci się grało dany styl i rozwijasz się tylko w tym kierunku. Tak, jak mówiłem - są perkusiści jazzowi, typowo rockowi, jest to też normalna, naturalna droga. Do czego zmierzam? To, co mówiłem na początku. Gdy zaczynamy przygodę z graniem - słuchajmy jak najwięcej dobrej muzyki, a później szukajmy swoich rejonów. Każdy ma swoją niepowtarzalną drogę.

Ale ćwiczysz dużo?


Nie, bo nie mam czasu. (śmiech) Ok, żarty na bok. Od kilku lat próbuję powracać do regularnego ćwiczenia. Ten rok był nieco inny. Musiałem ćwiczyć skokami, bo miałem do wykonania kilka prac edycyjnych, związanych z moimi wcześniej nagranymi bębnami, m.in. edytowałem potężny materiał koncertowy Sławka Łosowskiego - 19 utworów plus moje solo. Wszystko zagrałem tam na Rolandzie. Roland, niestety, trochę oszukiwał - był problem z elektroniczym hi hatem, wzbudzaniem się triggerów. Okazało się po nagraniu koncertu, że ten instrument nie oddał tak do końca tego, co chciałem w moim graniu przekazać, zagrać... Trochę żył swoim życiem. Przygotowujemy się do tego, aby na powrót grać ten materiał z "żywymi" bębnami plus kilka padów. Od strony ćwiczenia ten rok wyglądał tak - jak miałem mieć jakiś koncert, sesję w studio czy pokaz, to siadałem i ćwiczyłem. Jeżeli natomiast musiałem wykonać pracę na Pro toolsie, to rzucałem ćwiczenie i zamykałem się na kilka tygodni w studiu. Trochę źle mi z tym było, ale terminy goniły i musiałem wszystko rzucić, aby wykonać rzeczy najistotniejsze. Jak już wspominałem - wolę regularne ćwiczenie.

Masz momenty, że ci się nie chce grać?


Mam takie momenty, ale mimo to staram się grać systematycznie, bo mi to dużo daje. Wolę grać mniej, ale codziennie, niż robić sobie duże przerwy, które są słabe dla muzyków. Muzyk nie ma wakacji. Bodaj Konstanty Kulka powiedział, że jak nie poćwiczę dzień to już to czuję, nie poćwiczę dwa dni to orkiestra to czuje, nie poćwiczę trzy dni to publiczność to czuje. Coś w tym jest. Warto żeby wypracować sobie taką formułę, aby ćwiczyć codziennie. Ostatnio gram sobie rano godzinkę, później załatwiam sprawy, po południu godzinkę i wieczorem godzinkę.

A co z tymi, którzy pracują w "zwykłych" pracach?


Niestety, muszą ćwiczenie na bębnach dostosować do tego, z czego żyją - czyli swojej pracy. Pozostaje im więcej czasu np. w weekendy, wtedy muszą próbować. Najlepiej ćwiczyć rano, bo umysł jest najbardziej chłonny, mniej obciążony - wtedy można zrobić najwięcej.

Klasyczne pytanie o bezludną wyspę i jeden instrument zestawu, który mógłbyś tam zabrać?


Werbel. Najwięcej ćwiczę na werblu. Co ciekawe, kiedyś nienawidziłem werbla. W szkole rzygałem tym instrumentem, ale zmuszałem się, żeby na nim ćwiczyć, bo wiedziałem, że jeśli chcę grać skomplikowane i trudne rzeczy na zestawie, to technika werblowa będzie mi bardzo potrzebna. Z czasem go pokochałem. Dla mnie werbel to król perkusji, serce instrumentu.

Masz swoje charakterystyczne brzmienie werbla.


Mam swój strój i mam swoje ulubione rozmiary, może to dlatego. Werbel Simona Phillipsa, który tak ci się podoba, jest bardzo nietypowy, jak na mnie.

No tak, ale kto jak kto, ale Łosiu musi mieć werbel Simona!


(śmiech)

Uważam, że jesteś gadżeciarzem.


Bardzo mi miło. (śmiech) Mówisz tak, bo mam sporo różnych instrumentów... Ale zrozum - nie zbieram ich dla samego posiadania. Jest to kapitał. Poza tym uważam, że zawodowy perkusista powinien mieć przynajmniej kilka różnych werbli. Oczywiście, wszelka przesada jest niezdrowa... Ale mi to nie grozi. Nie stać mnie, mając rodzinę, aby mieć 40 werbli - i to z samych Ludwigów - jak np. Nicko McBrain! Wracając do gadżeciarstwa... Myślę, że jestem estetą, lubię estetyczne rzeczy, lubię ładnie wykonane instrumenty... Z drugiej strony, kto ich nie lubi...

Dlaczego więc grasz na tak "paskudnych" bębnach?


Tak, jak je wybierałem, widziałem, że są najbrzydsze (śmiech), ale Krystian Czarnecki mnie do nich zmusił! A tak poważnie, zawsze pragnąłem mieć customshopowe bębny. Myślę, że np. gitarzyści mają w tej kwestii znacznie łatwiej. W świecie bębnów nie jest to takie częste. Byłeś w fabryce DW, później na zaproszenie Krystiana Czarneckiego przyjechał do Polski John Good. Urwałem się z trasy koncertowej, żeby z nim porozmawiać. Chciałem, żeby on osobiście dopilnował produkcji moich przyszłych bębnów. Wiesz, jak John dobiera korpusy, widziałeś to na własne oczy. Zależało mi, aby dobrał mi drewno ze swojej półki, na jego sygnaturach na korpusach, no i na tym kolorze, który marzył mi się od dawna. Tylko w jednym katalogu widziałem kiedyś to wykończenie - nie ma go nawet na ich stronie. Pomyślałem, że bardzo bym chciał mieć taki sprzęt. Jest to bez wątpienia najlepszy klonowy instrument, na jakim grałem. Tomy są bardzo wyrównane, nie ma tu żadnych przypadków, że coś nie brzmi, albo brzmi krócej lub dłużej, że coś brzmi bardziej matowo a coś ostrzej. Lubię atak w bębnach i jak go nie ma, to jest słabo. Te bębny go mają, a to dzięki temu, że John trzymał nad tym pieczę.

Inspirują do grania?


Bardzo. Co ciekawe, nie trzeba w nie mocno nawalać, jak zauważyłeś. One śpiewają, to jest po prostu świetny customshopowy instrument. Jak je dostałem to siedziałem całą noc, stroiłem, ustawiałem... Jest to wielkie święto dla każdego muzyka. To jest marzenie, które się spełniło.

A jak z dźwiganiem tego wszystkiego?


Mam kilka osprzętów. Każdy jest kompatybilny do zestawu, w zależności, czy gram w studio, czy na żywo. Mam w skrzyniach na kółkach przygotowany osprzęt na koncerty. Mój najnowszy zestaw DW będzie bębnem studyjnym. Na nim też będę ćwiczył. Natomiast zestaw koncertowy DW Performance stoi w kejsach, przygotowany do wyjazdu. Warto mieć zestaw do ćwiczeń i ewentualnie zestaw studyjny. 2-3 zestawy i tyle, a do tego kilka werbli, oczywiście, w zależności od okoliczności. Jak grasz np. w klubie, to nie weźmiesz werbla Edge, bo może być za głośny i odwrotnie, jak grasz wielki koncert to nie weźmiesz werbla cichego itd. Posiadanie kilku zestawów jest dość wygodne. Nie muszę tego wszystkiego wciąż rozkładać i składać. Kiedy jadę na gig - pakuję koncertowy zestaw na wóz. Wozem podjeżdżam pod sam dom tak, że nie muszę dużo dźwigać. Jak dojadę na miejsce zbrodni - zawsze ktoś pomoże przenieść sprzęt. Wożę też specjalną deskorolkę, na której mogę przewieźć różne ciężkie elementy pod scenę (pod warunkiem, że nie ma schodów). Poza tym wiele moich futerałów ma kółka - Hardcase. Kiedy wracam do domu pierwszą rzeczą, jaką robię, jest przygotowanie zestawu koncertowego do dalszej pracy. Sprawdzam, ewentualnie zmieniam i stroję naciągi, pakuję w kejsy i ustawiam sprzęt gotowy do następnego wyjazdu. Jak widzisz - porządek, jak w rzymskim wojsku. Musi być tak, bo w bałaganie nie umiem się poruszać.

Pamiętasz jakieś straszne wpadki na koncertach?


Jestem tak doskonały, że nigdy się nie mylę. (śmiech) Zdarzały się. Trzeba być bardzo czujnym na koncertach, gdy masz clock - chodzi o nabicia w utworach. Zdarzyło się, że kończyłem jakiś utwór po blachach, a klawiszowiec kierował pracą metronomu. Puścił mi wtedy następny utwór i nie usłyszałem pierwszego nabicia. Drugie uderzenie clocka uznałem za pierwsze i wszystko się przesunęło, poszedł podkład, a ja gram jedną ćwiartkę obok. (śmiech) Najlepiej, żeby bębniarz to odpalał, bo wtedy masz kontrolę, ale tak czy inaczej trzeba być bardzo czujnym. Kiedyś grałem jakiś koncert we Wrocławiu i były problemy z parkingiem pod klubem, z tyłu był taki dziedziniec, którego pilnował jakiś cieć typu stary ubek, który chciał w łapę, aby nasze wozy mogły tam stać. Kolega mu nie zapłacił, bo było mało czasu, przenosiliśmy sprzęt, ale tam zaparkował. Zaczynamy grać, leci wstęp, a z tyłu sceny pojawia się nagle ten cieć, włazi na scenę i szarpie kolegę za ramię, gdy ten już grał i mówi do niego: "Proszę przepakować samochód!"(śmiech) Przerwaliśmy występ. Przez mikrofon powiedzieliśmy publiczności, że muszą poczekać, bo trzeba przestawić wóz. Pamiętam, jak kiedyś strułem się na trasie z Robertem Jansonem. Koncert trzeba było zagrać. Byłem siny, a moja gra absolutnie dziadowska. Różne przygody bywają.

Nie grałeś nigdy pod wpływem czegokolwiek?


Nie, nie. Kiedyś bardzo dawno temu pożyczałem bębny jakiemuś koledze, który grał na weselu. Przyszedłem do niego, wypiłem sobie coś, ludzie tańczyli tango, a ja zacząłem grać na dwie stopy. (śmiech) Bardzo dziwnie patrzyli. Na początku nawet próbowali dalej tańczyć.

Co jest najgorsze dla ciebie podczas koncertu?


To różnie. Ciężko grać muzykę z clockiem, gdzie są przesuwki, nieparzyste sytuacje, trzeba być bardzo skupionym. Jeden drobny błąd potrafi wywalić cały zespół. Dość stresujące jest także, gdy masz świadomość rejestracji koncertu. Pamiętam koncert z Jaworek z 2003 roku, który był nagrywany, dostałem tam czegoś, co nigdy mi się nie zdarzało - kompletny paraliż. Grał z nami Wojtek Olszak i patrzyłem sparaliżowany na niego. Byłem blady, ręce skostniałe, trząsłem się... Myślę, że mogłem być zmęczony. Należy dbać o zdrowie. Zwłaszcza perkusiści powinni dbać o zdrowie, bo muszą najwięcej dźwigać, pracować całym ciałem. My musimy być zawsze o jeden poziom lepiej przygotowani i w lepszej formie, niż nasi koledzy, bo to my jesteśmy motorem zespołu. Jak nasza gra będzie niepewna, będzie kulawa, to jest to absolutny dramat. To chyba Buddy Rich powiedział, że nie ma złych zespołów, są tylko źli perkusiści... I coś w tym jest...

Przed koncertem?


W garderobie klasycznie pałkami na padzie rozgrzewam ręce. Opanowałem też pewien patent podczas jazdy samochodem, że jedną ręką prowadzę, a drugą stukam pałką w gumową kierownicę, ale jadę spokojnie. Ćwiczę wtedy paluszki i przeguby. Nie polecam tego tym, którzy preferują rajdowy styl jazdy...

A po koncercie? Różnie to bywa przecież, ale co ty byś sobie życzył?


Żeby pomóc zanieść mi kufry do samochodu. Proszę często o tę pomoc. Nie ukrywajmy, dostęp niektórych sal jest tragiczny. Brak windy, schody, krużganki, sklepienia, kotary...

Grasz wiele warsztatów, pokazów i klinik. Co jest wtedy dla ciebie najbardziej męczące?


Mam taki syndrom, że jak wyjeżdżam gdzieś dalej to mam problemy z zasypianiem i często wstaję niewsypany, a akurat tego dnia mam koncert np. w Katowicach. Druga rzecz to polskie drogi i przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Masakra kompletna, nienawidzę tego. Nie mogę się doczekać, kiedy nie będę musiał jeździć. Położą mnie w trumnie, zaśpiewają "wieczny odpoczynek" i ja sobie wtedy naprawdę odpocznę! Kolejna sprawa to dojazdy do klubów i organizacja przenoszenia sprzętu, zdarzało się tak, że sam musiałem przenosić całe graty na kilka kursów i wychodząc na scenę już byłem przeorany, zmęczony... Niestety, wszystko, co zagrasz, wyląduje i tak w Internecie i może nie interesuje mnie do końca, co inni o mnie mówią, ale sam dla siebie chciałbym tę robotę dobrze wykonać. Ogólnie walka ze zmęczeniem. Jak przejedziesz z Gdańska do Katowic i walczysz z tirami, to nie jest już tak fajnie. Dobrze jest jechać razem z zespołem, kiedy nie musisz prowadzić. Dążcie do tego, żebyście mieli kierowców i technicznych!

Co cię denerwuje wśród publiki? Wiem, że nie lubisz tych, co stroją się mądrzejszymi i przeszkadzają w warsztatach.


Szanuję ludzi mądrych, którzy mają coś mądrego do powiedzenia nawet, jeżeli ich zdanie jest inne od mojego. Pewnie jak każdego normalnego człowieka, drażnią mnie ludzie tzw. "głupio-mądrzy", którzy wygłaszają jakieś "wiejsko-ludowe" mądrości. Miałem nawet w tym roku taką sytuację w Szczecinie. Przerwałem zajęcia i powiedziałem: "Przepraszam, ale to są moje warsztaty!" Trafił się taki filozof - teoretyk, który wyraźnie przeszkadzał, plątał się w zeznaniach... Zrobiłem mu publiczną reprymendę i wyszedł zawstydzony. Mam swoje sposoby na takich "mistrzów". Nie toleruję chamstwa i dziwnych zachowań. Trzeba krótko i szybko reagować. Po co ma ktoś psuć twoją robotę. Kiedyś na warsztatach miałem takiego zawodnika. Po krótkim czasie sam się "usunął". Powiem ci, że nieraz jest mi ich trochę szkoda, bo są to często ludzie, którzy mają problemy emocjonalne czy jakieś zaburzenia, kompleksy, życie ich przeorało i to nie jest do końca ich winą, że tacy teraz się stali. To nie jest tak, że jak zwracam komuś uwagę to chcę mu krzywdę zrobić, po prostu nie chcę, żeby mi przeszkadzał. Słaby temat to oczywiście kręcenie koncertów przez ludzi na te wszystkie komórki i wrzucanie tego bez mojej wiedzy i zgody do Internetu. Oczywiście, z jednej strony trzeba zrozumieć czasy, w których żyjemy - kijem Wisły nie zawrócimy. Zdarza mi się też, że pojawi się taki człowiek, który ma dużą kulturę osobistą, podejdzie i zapyta, czy może nagrać, robić zdjęcia. Jeżeli dogadam się z nim, że najpierw prześle mi to do wglądu, wezmę adres i telefon - to pozwalam mu skręcić materiał. Jeżeli później zaakceptuję to - to nie ma problemu, aby wrzucić ten materiał np. na YouTube.

Jak zachęciłbyś do gry na bębnach?


Dobre pytanie? Trudne pytanie? Może puściłbym komuś jakiś fajny koncert na DVD... Albo może poszedłbym z tym kimś na jakiś fajny koncert? Tak po prostu? Kupiłbym bilety i stanąłbym możliwie jak najbliżej perkusji... Mógłbym też posadzić kogoś za bębny, dać pałki i powiedzieć - zagraj coś. Tak, jak dzisiaj widziałeś dzieci siadające za bębenki i być może za parę lat któreś z nich poprosi rodziców, by kupić im zestaw bębnów. Może któreś dziecko zapamięta, że kiedyś przyjechał taki pan z perkusją. Trzeba więc zachęcać w praktyce, grania się nie opowie. Stąd się rodzą pasje.

A ty pamiętasz swój pierwszy pobyt za bębnami?


Nie. U mnie bębny były zawsze, bo ojciec miał próby, a ja leżałem obok w kołysce. Menadżer jego zespołu opowiadał mi, że sadzali mnie za bębnami, nie dosięgałem nogami do pedałów to kopałem w centralkę. Dużo obserwowałem, miałem to szczęście, że w zespole ojca grali dobrzy perkusiści i oni mieli na mnie duży wpływ, szczególnie Jurek Piotrowski.

Miałeś z nim lekcje? Wiele osób mówi, że: "Łosiu tak gra, bo na początku miał lekcje z Piotrowskim".


Nie. Wiesz, ja go nawet nigdy o nic nie pytałem, ponieważ byłem mały i czułem przed nim duży respekt - był bardzo groźny za bębnami. Pamiętam taki częsty widok, że jak grał solo to za jego plecami i z boku sceny zawsze gromadził się tłumek różnych perkusistów, którzy stali i patrzyli na Jurka, gubiąc gdzieś przy tym szczękę. Jurek nigdy nic mi nie mówił, ja go po prostu obserwowałem. Ojciec zabierał mnie na koncerty, siadałem z boku sceny i patrzyłem, jak on grał. To tyle.

Na Simmonsach?


Nie, jeszcze na żywych bębnach? Kurde, na martwych (śmiech), w sensie na akustycznych bębnach. Później Sławek kupił elektroniczne bębny, bo chciał zmienić brzmienie zespołu i tak patrząc wstecz sądzę, że gdyby nie ta jego elektronika, to Kombi nie byłoby aż tak bardzo popularne. Generalnie dużo mi dało obserwowanie Jurka.

Czy Tomasz Łosowski, który zaczynał przygodę z muzyką od gry w jednym z najpopularniejszych zespołów w Polsce lat 80-tych, jakim był Kombi, miał do czynienia z Polmuzem?


Tak, to był Polmuz kolegi, który stał u niego w bloku, gdzie robiliśmy próby. Pamiętam, że hi-hat był na sznurowadło od buta. To był dość krótki epizod. Potem w szkole muzycznej mieliśmy już Amati. Mój profesor i kolega Piotr Sutt zawsze dbał o to, abyśmy byli zaopatrzeni we wszelkie możliwe instrumenty.

Pamiętasz swoją pierwszą sesję?


Taka zawodowa sesja to płyta "Nowe narodziny" sprzed 20 lat. Nagrywałem nawet w tym pokoju, w którym teraz siedzimy? Sławek nie miał jeszcze wykończonego studia, więc bębny nagrywało się tutaj - w mojej obecnej ćwiczeniówce. To była trochę dla mnie nierówna walka. Jak wspominałem, Sławek jest perfekcjonistą i jeden numer nagrywałem po kilkadziesiąt razy, ale ostatecznie dużo mi to dało. Między innymi stąd się wzięła ta moja pedantyczność. Później już potoczyły się inne sesje - zacząłem nagrywać bębny dla innych ludzi.

Co chciałbyś zmienić w swojej przeszłości, czego ci żal?


Tak, jak wcześniej mówiłem - żal mi tego, że byłem dość zarozumiały. Zamykałem się na innych ludzi. Może grałbym w wielu innych ciekawych składach. Żal mi też może, że nie zawalczyłem o lepszą pozycję w Warszawie, gdy mieszkałem tam przez jakiś czas. Nie miałem w zwyczaju chodzić i prosić o sesje. Być może to był błąd. Byłem lojalny w stosunku do kolegi, który mnie tam sprowadził i nie chciałem nic robić za jego plecami. Każdy popełnia błędy, każdy ma do nich prawo. W sumie patrząc na to z szerszej perspektywy, wszystko dobrze się ułożyło. Gdybym dalej został w Warszawie z pewnością nie poznałbym mojej żony... Mam świetną rodzinę, mam fajnych znajomych i przyjaciół, mam świetny sprzęt. Jestem uznanym perkusistą, spełniły się moje marzenia. Pan Bóg stworzył mi takie warunki, że mogę sobie spokojnie żyć. Nie muszę się z nikim ścigać, nic udowadniać. Gram muzykę, którą lubię, wielu muzyków nie może z różnych przyczyn grać tego, co by tak naprawdę chcieli.

Jesteś więc szczęśliwy?


Tak, jestem bardzo szczęśliwy. W ogóle wszyscy powinniśmy czuć się szczęśliwi. Żyjemy w wolnym kraju, a nie w łagrze, bomby nie lecą nam na łeb, mamy co jeść, możemy grać muzykę, rozwijać się, nie mamy czym się stresować. Kolejna kwestia - jeżeli się nie stresujesz to masz fajny time, fajnie grasz. Na instrument przekładasz swoje stany, te pozytywne i te negatywne. Nie jest dobrze, kiedy bębniarz się za bardzo stresuje. Perkusista trzyma time, musi być spokojny. U mnie się to strasznie przekłada. Czarni dlatego tak fajnie grają, bo są "na luzie".

Interesujesz się np. polityką?


Zmuszam się, żeby się tym interesować, żeby wiedzieć, co i jak. Politycy już - niestety - pozapominali, po co są, robią kariery, robią biznes. Interesuję się w tym zakresie, żebym wiedział np. czy jutro nie zamkną jakiegoś banku, czy nie wchodzą Rosjanie... Po prostu odpowiedzialność za rodzinę zmusza mnie do tego.

Nie drażni cię wszechobecne czarnowidztwo?


Nie mogę tak myśleć, muszę dbać o swoją psychikę. To są tak złe emocje, tak nagromadzony jest ładunek nienawiści do drugiego człowieka, że nie chcę tego czytać. Czytam nagłówki, ale nie interesują mnie komentarze. Telewizji nie oglądam w ogóle. Zbyt dużo jest tam zła, a trzeba dbać o higienę mózgu, bo zrobisz sobie sieczkę. Poza tym ważna jest dla mnie perspektywa życia wiecznego, w którym wszelkie zło zostanie pokonane.

Z Zildjianem jesteś od dawna.


Od początku lat 90-tych. Zawsze mi się podobały i lubię je. Lubię miękkie blachy i takich modeli poszukuję. Miałem możliwość wybierać talerze pod Londynem w centrum dla endorserów. W Polsce teraz też nie mam większego problemu, aby dobrać sobie to, co chcę. Chłopaki w Zibi oraz w Riffach są bardzo otwarci i pomocni.

Czy gdybym wybrał do "drum battle" dla ciebie panów Jeffa Porcaro i Vinnie?go Colaiutę, to bardzo bym się pomylił?


Prawdą jest, że są to jedni z moich ulubionych perkusistów. Wolałbym jednak z nimi nie konkurować - słowo "battle" mi tu nie pasuje. Ale wiem, co bym zrobił - wziąłbym klawisz i podegrałbym jakiś fajny motyw - np. to, co gra David Garfield na szkole Jeffa. Jeff z pewnością zagrałby do tego po mistrzowsku świetny groove, no, a Vinnie nałożyłby do tego swoje genialne połamane i poprzesuwane struktury rytmiczne. To tyle, co mógłbym zrobić - dobrze, że gram na klawiszach. Powiem ci, że chyba nie byłbym w stanie usiąść z nimi za bębny. Nawet gdybym usiadł, to opadłaby mi szczęka i naprawdę nie wiedziałbym, co zagrać... Ale wymyśliłeś ciekawy motyw, może mi się to kiedyś przyśni. (śmiech)

Czysta zabawa - gdybyś miał taką możliwość, by na jakiejkolwiek płycie pojawiło się twoje nazwisko zamiast oryginalnego bębniarza - która to byłaby płyta?


Toto IV, to jest dla mnie kultowa płyta. Wiele tam jest wspaniałej muzyki, ta płyta jest bliska mojemu sercu. W sferze moich marzeń chciałem zawsze zagrać z np. Lukatherem, Davidem Paichem, Mikiem Porcaro...

Pod jaką muzyką byś się nie podpisał?


Odpowiem ci na to pytanie inaczej? Odkąd sięgam pamięcią, byłem zapraszany do nagrań takich niby profesjonalnych płyt, że był i producent, i sesja w profesjonalnym studio. Z początku wydawało się wszystko takie "och - ach", a później wychodziła jedna wielka kupa. Do kitu kompozycje, takie, że nic nie wpada w ucho, bzdurne teksty i przede wszystkim kiepsko zgrany materiał. Jest to częsty dramat i domena tej szerokości geograficznej, pod którą żyjemy. Wiele z płyt, które kiedyś nagrałem, zostało w końcowej fazie produkcji zepsutych przez zły mix. Jest jeden człowiek, do którego mam 100% zaufania w tej kwestii - jest to Wojtek Olszak - człowiek, w którego krwi płynie amerykański mix. Przykładowo tzw. mix amerykański to przede wszystkim sekcja rytmiczna - bębny, bas - i wokal, niezależnie czy to jest rock, jazz czy fusion. Mix brytyjski to przede wszystkim gitary, owszem - wokal, ale już bębny są schowane sporo do tyłu. Miks "polski" jest jeszcze gorszy. Bębnów, jak na lekarstwo, a wokal dodatkowo wywalony, bo język jest trudny, a piosenka musi być zrozumiała.

Rzecz często charakterystyczna - polscy muzycy i realizatorzy często boją się różnych urządzeń peryferyjnych - bramek, kompresorów i pogłosów. Mają też problemy, aby zrobić porządną equalizację. Potem jest taki efekt, że bębny są suche jak pieprz - bez pogłosu, kotły kartonowe, werbel matowy, ale za to gonguje i jest źle nastrojony - w jakimś dysonansie do tonacji utworu, blachy i hi-hat ostre jak brzytwa kłują w  uszy, itd., itd. Po prostu paździerz. Ja naprawdę nagrywałem takie płyty, gdzie tzw. "chórek" był głośniejszy niż bębny (!) a przed miksem band lider albo akustyk mówili: "Nie bój nic" lub też: "Spoko, będzie dobrze" albo "Będzie jak ta lala"... I potem było, jak ta lala... Wszystko spierdzielone. Pozostawał we mnie żal, że przecież włożyłem sporo pracy i serca w te nagrania. Na co dzień słucham muzyki amerykańskiej, więc już pewnie w podświadomości mam zakodowane proporcje, jakie od lat obowiązują w muzyce przez duże "M". Sam tak miksuję swoją muzykę, jeżeli mam na to wpływ. Kiedyś - pamiętam - wydarzył się inny świetny motyw. Po prostu masakra. Nagrałem gościnnie utwór na płycie pewnej amatorskiej kapeli. Były to fajne chłopaki, ale muzycznie - głęboka amatorska zapaść. Perkusista z tego zespołu niemiłosiernie łupał nierówne kartofle i tłukł się po bębnach. Dostaję potem płytę i uwaga! Nastąpiła pomyłka nazwisk przy produkcji okładki. Z okładki wynika, że kolega perkusista gra utwór, który ja nagrałem, a on "gra" ten nagrany przez mnie... Dziś mogę się z tego śmiać do rozpuku. Wtedy myślałem, że ich zatłukę. Nie podpisałbym się ani nawet nie podszedł do nagrania płyty z jakimś satanistycznym przesłaniem, tekstami, które godzą w moją wiarę.

Nagrywasz coś swojego teraz? Twoja CV to świetna płyta, broni się po latach.


Mam już połowę nowej płyty! Niestety, brak czasu - bo na warsztat biorę bieżące sprawy i tematy. Płyta solowa to interes niedochodowy. (śmiech)

A inne projekty? Co będziesz robił na jesieni?


Chcemy ze Sławkiem przerobić cały program na akustyczne bębny. Będziemy też próbowali nagrać kilka nowych utworów. Spróbuję też - o ile czas pozwoli - posunąć naprzód sprawę mojej drugiej płyty. Z kolei z grupą Orange Trane chcemy zbudować trasę koncertową. W planach są też pokazy i warsztaty. Plany zawsze są obiecujące, a życie pokazuje, że jak wyjdzie z tego chociaż połowa - to i tak będzie dobrze! Jest jeszcze jedna ważna rzecz - czekamy na narodziny naszego szóstego dziecka, będziemy więc mieli święto w rodzinie.
Reklama