Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 6. Artur Malik

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Prezentujemy dziś perkusistę, którego każdy powinien znać, którego każdy powinien posłuchać. Siła i spokój! Panie i Panowie - Artur Malik.


Na kolejny wywiad w naszej serii tym razem powędrowałem do słonecznego Krakowa, gdzie super wypasiony pociąg relacji stolica - eks-stolica zdechł był 10 kilometrów przed tą drugą? Zastanawiałem się, jak zareaguje mój rozmówca na fakt, że całą naszą akcję pewna słynna polska spółka kolejowa opóźni o dobre półtorej godziny. Artur Malik z ojcowską  wyrozumiałością w głosie powiedział, żebym się nie przejmował. Poczułem, że zmieniam otoczenie i muszę zwolnić to chore, paniczne, warszawskie tempo?

Gdy wjechałem na stację, na bogato, bo przecież ostatecznie dwoma "ciuchciami", Artur czekał przy swoim wypasionym "karawanie". Z miejsca zabrał mnie do klubu na Podgórzu, gdzie w spokoju zaczęliśmy pierwszą część rozmowy pijąc kawę i piwko (kto pił co, niech zostanie w sferze domysłów). Po godzinie już wcinaliśmy obiad przy ulicy Lwowskiej, by po chwili przenieść się do salki prób Artura gdzieś? cholera, nawet nie wiem gdzie. Moglibyśmy tak dyskutować godzinami. Z Arturem można porozmawiać ciekawie niemal o wszystkim i nie tylko o jego imponującym artystycznym dorobku m.in. z Lombard, Urszulą, Chłopcami z Placu Broni, Funk De Nite, Pod Budą, niezliczonymi muzykami jazzowymi, funkowymi, rockowymi?

Ciężko jest być perkusistą w Polsce?

W ogóle granie na perkusji, myślenie o perkusji, myślenie perkusyjne, czy nawet próba grania na perkusji bez świadomości muzycznej i doświadczenia muzycznego, poznania muzyki  w sensie historii jest bardzo trudne. Bycie perkusistą w Polsce... myślę, że jest trudne i bardzo odpowiedzialne. Trudne, ponieważ gra na tym instrumencie jest poważną  odpowiedzialnością, styl bycia i życia to też poważna odpowiedzialność.

A jak postrzegasz to przez pryzmat branży?

Nie wiem. Gram na tym instrumencie ponad 20 lat i w zasadzie od 1988 roku jestem w tzw. branży, ale równocześnie obok branży. Znam przez to masę  ludzi z nią związanych i myślę? (dłuższe zastanowienie - przyp. red.) jest ok. Myślę, że jest to zaszczyt, że jestem w tym kraju perkusistą, gdzie niekoniecznie poznaje się muzykę najpierw od strony rytmu a od strony harmonicznej. Uważam, że edukacja w szkole powinna najpierw zaczynać się od rytmu, pulsu groove?a, a dopiero później powinna dołączyć do tego harmonia. Moim zdaniem, edukacja muzyczna w naszym kraju zaczyna się trochę od złej strony

Ja miałem w przedszkolu rytmikę (śmiech).

No tak, ja też miałem rytmikę, jednak pamiętam, jak bardzo mało zwracano uwagę na pulsację. Pamiętam, że w szkole podstawowej muzycznej nikt nie myślał o tym, by myśleć pulsacją. To jest trochę trudne szczególnie w naszym kraju. W ogóle edukację muzyczną, a szczególnie perkusyjną, powinno się zaczynać w ten sposób: najpierw pół roku - rok powinno się mówić, co i z czego powstało, jakie są korzenie, co jest czym. Oczywiście moim zdaniem nie ma tak naprawdę stylistyk, bo muzyka jest po prostu jedna. Człowiek powinien mieć pojęcie, co się czym je i powinien najpierw przejść edukację muzyczną. Powinno się wiedzieć, skąd wziął się blues, czym jest blues, pochodne od bluesa, jak ten blues ewoluował. Bo tak naprawdę wszystko to, co gramy, świadomie lub mniej świadomie oparte jest na bluesie. Soul, blues, a szczególnie korzeń bluesowy czyli przybycie Afrykańczyków do Ameryki, powstanie work songów, blue note itd. itd.

Nie uważasz, że mówimy jedynie o tej skromnej grupie ludzi, która byłaby tym zainteresowana?

Moim zdaniem wszystkich tych, co grają muzykę powinno to interesować.

A jak to wygląda twoim zdaniem obecnie?

Teraz nie mówimy o muzyce tylko o produkcji. Nie tylko w mediach komercyjnych puszczają muzykę komercyjną. To nie jest to, co było chociażby trzydzieści lat temu, gdzie była muzyka użytkowa i nie tylko! No, ale też nie było przecież tak rozbudowanych mediów. Poziom tej muzyki był bardzo wysoki. Kiedy słuchało się muzy to zawsze można było się czegoś  nauczyć, czegoś dowiedzieć. Powstawały nowe style i brzmienia. Teraz mamy do czynienia z komercją czyli, o zgrozo, spopularyzowaniem muzyki w sensie produktu. Najpierw robione są badania rynku, na jaką muzykę jest zapotrzebowanie, dla mnie to jest chore! JAK można badać rynek, jaką muzykę trzeba zagrać??!
 
Dla mnie to jest poważne nieporozumienie, przecież my mówimy o sztuce, a nie o sprzedawaniu proszku do prania czy ziemniaków. Czyli coś, co napędza motor bycia człowiekiem, a mianowicie duszę, serce? nasz umysł, lekkość, inne spojrzenie na świat, nasze aspiracje. Sztuka, a właściwie muzyka miała to do siebie, że potrafiła doprowadzać do rewolucji, burzyć mury, wyciągać ludzi z ciężkich depresji, potrafiła ludziom dawać radość, potrafiła łączyć narody itd? A teraz zaniżanie muzyki do produktu jest po prostu obraźliwe dla kogoś, kto chce grać muzykę. Dlatego też moim zdaniem młodemu pokoleniu trochę źle wpajają pewne zasady, ideały.

A wszystko to, co jest wokół muzyki? Ja np. znam Dodę, ale nie znam jej żadnej piosenki, autentycznie nic nie mogę teraz zanucić z jej repertuaru!


Otoczka, czyli pieniądz. I to nie jest kwestia, że jestem trochę starszy od ciebie. Wiem, bo uczę w szkole i przychodzą do mnie ludzie, i jeszcze nie wiedzą o tym, że są sfrustrowani, dziwne, prawda? Oni jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Dopiero ja otwieram im oczy, bo edukacja w moim mniemaniu nie polega tylko na sprawach związanych z techniką i jak trzeba bębnić. Uczę ich bycia muzykiem, szukania swojego stylu, swojej drogi, artystycznej, muzycznej, duchowej. Samo uczenie spraw związanych z techniką jest łatwiejsze niż pokazanie im drogi, jaką mają obrać.

Dochodzi do konfrontacji?

Mam wrażenie, że oni się budzą z pewnego letargu. Nie wiem, mówię tu dość poważne słowa, być może ktoś mnie pociągnie kiedyś za to do odpowiedzialności. Budzą się i jest szok! "Jak my tak mogliśmy myśleć?! Jak to możliwe, że byliśmy za jakimś parawanem?". Później ja chcę, by coś zrobili, mówię, że coś brzmi nie tak, a oni odpowiadają "Chwileczkę, przecież mówiłeś, że mamy odkrywać swoją drogę, moim zdaniem to tak powinno być". Ja wtedy "Ok, najważniejsze, że powiedziałeś MOIM ZDANIEM, najważniejsze, że szukasz, zaczęliście szukać swojej drogi. Nie chcę, żebyście grali jak Weckl, Colaiuta czy Chambers, jak ktokolwiek. Ci ludzie się pojawili, wnieśli tyle do muzyki, ale oni już są. Chodzi o to, żebyście pokazali jeden punkt, jeden mały kroczek, ale żeby to był WASZ kroczek! Uważam, że jest  to ciężki kawałek chleba, ale jak się osiągnie pewien poziom mentalny to jest z tego wielka satysfakcja.

Uczestniczyłeś w nagraniu wielu płyt. Dlaczego ze swoim naprawdę sporym dorobkiem i ogromnymi umiejętnościami nie jesteś tak naprawdę typową polską gwiazdą perkusyjną? Mógłbyś być?

Nigdy nie próbowałem siebie narzucić, nie próbowałem walczyć za wszelką cenę, żeby zaistnieć. Moje życie artystyczne polegało na tym, by się dobrze wyedukować, żeby wiedzieć co zagrać w danym momencie i jak wkomponować mój instrument, moją muzykę do danego utworu. Takie jest moje myślenie za perkusją. Nie myślę grając w studio, że np. Porcaro zagrałby tak i tak. Nie! Staram się zrozumieć i dostosować brzmienie mojego instrumentu do danego utworu. Nie myślę, czy to jest np. funk. Po prostu albo mi to gra albo nie gra. Bardzo dużo czasu zajęło mi to, by dojść do takiego zrozumienia muzyki.

Muszę ci przerwać. Robert Luty ma podobne podejście. Nie widzisz jakiejś zależności terytorialnej. "Wartość rynkowa" wzrasta, gdy masz występy w programach telewizyjnych, a to zazwyczaj krąży wszystko wokół stolicy?

Wiesz, tak naprawdę nigdy mi chyba na czymś takim nie zależało? Może na początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy nie dbałem o swój rozwój, bo zacząłem grać z Lombardem, miałem dziewiętnaście lat, jeździłem po całym świecie, miałem dużo pieniędzy w związku z tym?

?woda sodowa uderzyła?

To nie była woda sodowa, chociaż tak można by było to określić. To był brak doświadczenia, brak zrozumienia tematu, młodość. Nagle kończysz liceum muzyczne w Katowicach, gdzie z racji statusu jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego w tym czasie w Polsce, miałem niesamowity natłok zajęć we wszelkich gatunkach od klasyki do PNOS-u, nie miałem czasu myśleć, jaką mam drogą podążać, jaki kierunek wybrać. Zawsze czułem, że w środku jestem  muzykiem. Pamiętam, kiedyś jeden mój kolega powiedział, że on zaczął grać na basie, ponieważ mu się dupy podobały? (śmiech). Nigdy czegoś takiego nie miałem.

Myślałeś, by robić coś innego?

Nigdy, nigdy! Kiedyś w Stanach pracowałem na jakieś tzw. dziąkarni i odkręcałem śrubki w samochodach, ale tylko po to, żeby mieć trochę więcej pieniędzy, bo za godzinę dawali mi 8-10 dolarów. Moja matka pracując u nas w ZUS-ie zarabiała 18 dolarów miesięcznie! A ja to miałem w ciągu godziny. A w weekendy byłem gwiazdą, bo grałem z Lombardem (śmiech). Koszula, żel itp.

No właśnie. Jakie  były te koncerty?

Super, kompletnie tego wtedy nie doceniałem, bo mi to z nieba spadło. Zbyt łatwo przyszło. Skończyłem wtedy liceum, dostałem się na V wydział w renomowanej Akademii Muzycznej w  Katowicach.

Która nadal ma swój wysoki status.

Nie chcę krytykować tu swoich idoli, ale wydaje mi się, że mimo wszystko nie jest tak, jak powinno być, bo to jest po prostu taki?

Kulawy system edukacji?

Taaak, właśnie sam ten system jest po prostu lekko archaiczny.

Widzisz jakieś rozwiązanie tego tematu? Miałeś uraz do swojej nauki muzyki.

Zwłaszcza w podstawówce.

Może edukatorom się nie chce, wszystkie te idee romantyczne?

Myślę, że nigdy nie jest na to za późno. Moim zdaniem, a jest to - podkreślam - moja koncepcja, przede wszystkim totalna edukacja indywidualna. Nie mówię tu tylko o zamykaniu się na jakąś muzykę w stylu: O, jazz jest fajny a rock and roll beznadziejny, blues dla dziadów, bo drum&base jest ok. Chociaż jak wiadomo to wszystko ma wspólne korzenie. Musimy mieć świadomość, skąd się to wzięło. Może będę tutaj mocno krytykowany przez swoich kolegów, ale rozwój muzyki zawdzięczamy paradoksalnie temu, że na przełomie XVIII i XIX wieku pojawiło się w Stanach niewolnictwo. Trzeba poznać ten korzeń, jak się pozna Roberta Johnsona, gitarzystę o którym mówiło się, że sprzedał duszę diabłu, ponieważ nogą stukał co innego, grał co innego i śpiewał co innego. Ale jak tego słuchasz to brzmi jak jedna wielka, skończona całość.
 
Dla mnie był to początek groove?u. Ta machina u niego tak pracowała, że był jednym z pierwszych przedstawicieli, który pokazał na czym polega groove i muzyka. Kolejna rzecz dotyczy już pewnej świadomości technicznej i muzycznej, otwieranie i uświadamianie  różnych dróg. Tu się otworzyła ta, a tu ta. To brzmiało tak, a teraz brzmi tak. A nie zamykać ludzi na muzykę i mówić, że to musi brzmieć tak, ty musisz tak zagrać, bo inaczej to jest błąd. Muzyka jest czymś wolnym, to przejście do wolności. Jak się komuś coś narzuca w muzyce, dominuje zbyt mocno - oczywiście mówię tutaj o roli nauczyciela - to tak jakbyś założył hełm z przyłbicą i widział coś bardzo zawężonego, ograniczonego.

Są zasadniczo dwa obozy wśród bębniarzy. Pierwsza w postaci próby gry wszystkiego, każdego gatunku i druga w postaci znalezienia swojej stylistyki i bycia w tym dobrym. Którą preferujesz?

Chyba raczej drugą formę. Czyli edukacja, uświadomienie i znalezienie swojego miejsca. To jest chyba jedyne rozwiązanie. Szczególnie w takim trudnym momencie dla muzyki, jaki jest teraz, tym bardziej u nas. Autorskie audycje w radio puszcza się po godzinie 22, o tej porze ludzie są zabiegani i zbyt zmęczeni, nie mają czasu na wiele rzeczy. Po prostu idą spać.

Ale zobacz, to co leci w radio? Ludzie nawet najdurniejszy kawałek zaczynają po pewnym czasie mimowolnie nucić.

W Stanach, co mi się zawsze podobało, każdy gatunek muzyczny ma swoje miejsce. Ruszasz gałką w radiu - słyszysz funky, ruszasz dalej - soul, dalej - rock, jazz. U nas jest tak, że słuchasz w każdej stacji radiowej prawie to samo - wyjątek Trójka. I w sumie koło się zamyka. Ludzie najchętniej słuchają to? co leci, bo nie mają alternatywy.

Tak naprawdę człowiek nie słucha tego, co chce tylko to, co mu się da.

I tak jest ze wszystkim. Takie jest tempo i pogoń za pieniądzem, bo jak dajesz "paszę" to łatwiej ludźmi sterować. Taka jest prawda! Lepiej jest sterować ludźmi o mniejszej świadomości duchowej, zapatrzonymi w stronę biznesu i pieniądza. Zobacz, kolejny paradoks np. za czasów komuny była w sumie lepsza muzyka, bo była przemycana, bardziej ją doceniano. W ":trójce" puszczano całą płytę Floydów. To był szok, bo nikt nie wiedział o tym, że coś takiego jest. Był też i kicz, ale pojawiały się w eterze całe płyty, które były prawdziwymi skarbami: Zeppelin, Queen, Purple, AC/DC czy chociażby jazz w postaci Weather Report, Mahavishnu Orchestra, Steps Ahead, Yellow Jacket czy też Davis, Coltrane, którego wtedy kompletnie nie rozumiałem. I czasami mam takie momenty, mimo, że muzykę teraz bardziej rozumiem, że też nie mogę się dzisiaj odnaleźć. To może zabawne, bo wolę czasami muzykę zagrać niż jej słuchać. Jednak te dźwięki czasami zbyt mocno komplikują moje myślenie (śmiech). Ja mam bardzo proste myślenie, prosto myślę o życiu i generalnie dobrze myślę o życiu, szanuję ludzi itd. (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że ludzie na świecie są wielkimi indywidualnościami i nie można ich sprowadzać do jednego myślenia, trzeba dać ludziom wolność, edukować, pokazywać różne rzeczy, wtedy to życie nabiera sensu i człowiek może inaczej oddychać. Rzeczy niezrozumiałe są najczęściej pominięte. Dlaczego? Bo są niezrozumiale. Dlaczego? Bo nikt nie uświadamia, jak to zrozumieć! (śmiech)

Jaki był przełomowy moment w twoim muzycznym życiu?

Były dwa takie zdarzenia. Gdy byłem młodzieńcem, usłyszałem AC/DC i Phila Rudda, który w swojej prostocie miał coś niewiarygodnego! To był dla mnie szok. Tu da tu da tu da. To było niesamowite, bo gdy tę prostotę usłyszałem przy tych fikołkach, które były wtedy obecne w muzyce artystów, których wcześniej słuchałem, pomyślałem "O, tu jest coś niesamowitego". Drugi moment to Steely Dan. Przez ten zespół przewinęła się grupa największych muzyków świata, największych perkusistów: Jeff Porcaro, Steve Gadd, Bernard Purdie. Zawsze o muzyce jako o ideale nie myślałem kategorią formy muzycznej tylko o połączeniu muzyki z liryką czyli? piosence. To było dla mnie zderzenie dwóch sztuk. Nie jestem namiętnym czytelnikiem poezji, ale z racji tej, że współpracuję z Piwnicą Św. Norberta, a jest to projekt składający się z kilkunastu artystów - muzyków i aktorów, gdzie mamy kilka punktów i tworzymy wokół tego muzykę, zainteresowałem się nią. Było kilka wieczorów, gdzie prezentowali się aktorzy z poezją i do tego graliśmy muzykę. To mnie oświeciło. Na początku nie bardzo rozumiałem poezję, było to za głębokie dla mnie, gdyż zawsze byłem mocno osadzony w realiach. Po pewnym czasie zacząłem coś odczuwać. Pomyślałem w końcu, że ktoś mądry wpadł na to, żeby połączyć muzykę z tekstem. I jest to według mnie ideał muzyczny, artystyczny! Nagle mój kolega, z którym się przyjaźnię od dawna - Jacek Chruściński, który zna się na muzyce bardzo dobrze i jest  basistą, świetnym edukatorem muzycznym, zapytał mnie " A znasz Steely Dan?", "Nie, nie mam pojęcia, co to jest".
 
Pamiętam, że przyszedł na moje urodziny do domu i przyniósł mi kasetę. Ta kaseta leżała i postanowiłem ją sobie w końcu włączyć, i to był wstrząs! Myślę sobie "Boże! Co za groove!". Bo perkusja to nie jest instrument solo, tylko instrument, który ma swoje miejsce w zespole, a perkusista ma prowadzić zespół, zaznaczać frazę, pokazywać, gdzie jesteśmy. Bo to nie jest przypadek, że zestaw to: werbel, basowy bęben hi-hat.i talerz. Do tego niesamowita harmonia, linia melodyczna, tekst czyli piosenka. Myślę sobie "Ja cię pierdzielę! O co tu chodzi?!". Zacząłem słuchać tego namiętnie. Jak się słuchało tego normalnie to wszystko było przejrzyste, gorzej jak wziąłem tę muzykę na warsztat i zacząłem to próbować grać. Okazuje się, że to nie jest granie prostego groove?u w stylu ósemki i ćwierćnuty tylko, że jest to cała akcja pod spodem, jak u Roberta Johnsona, ta relacja między tymi instrumentami w zestawie, cała maszyna napędzająca. Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to jest? Mimo, że znam wszystkie różne techniki, rudymenty itd. dalej nie wiedziałem o tej maszynie. Co się okazało, te utwory trwają 4-5 minut, cały czas bazując na tej relacji pod spodem - ghost notes. Gdy wszedłem już w ten trans, okazało się, że nie jestem w stanie go utrzymać aż tak długo, a co dopiero 10-15 minut. Zauważyłem, że nie muszę aż tak dużo pokazywać zewnętrznie. Wystarczyło, że wchodziłem w ten groove i ludzie po prostu zaczynali falować, tupać nogą. Zaczynała wchodzić jakaś dziwna wibracja.

Podobnie było, gdy u nas za bębnami siadał Piotrowski.

W tamtych czasach było trzech takich bębniarzy u nas. Piotrowski właśnie, Andrzej Ryszka, z którym utrzymuję cały czas kontakt, mieszkający w Kanadzie, no i świetny mistrz Krzysiu Przybyłowicz. I właśnie perkusja niech będzie perkusją, niech będzie tam, gdzie ona ma być, a nie robienie cyrku z tego instrumentu. Rozumiem zaangażowanie, poświęcenie tak jak Virgil, który przełamał kilka granic, ale gdy go słucham to nie jestem w stanie tego przetrawić. Po co to wszystko? Mam wrażenie, jakby grał do góry nogami. Doceniam to, że poświęcił temu instrumentowi życie, ale muzycznie kompletnie mnie to nie rusza. Granie nogami paradidli w tempie 200 jest niewyczuwalne, sztuka dla sztuki.

W twoim stylu gry ewidentnie wyczuwa się "rock erkę"?

No tak, chociaż pracuję nad różnymi stylistykami gry. Ostatnio poświęcam bardzo dużo czasu na brzmienie, dostosowania zestawu do brzmienia w danym utworze, no i oczywiście swing i groove.

Rockowy dryg słychać w solówce, którą masz na swojej stronie myspace?

Lubię solo z dużą dawką ekspresji. Nigdy nie mam określonej solówki. Solo to totalne uzewnętrznienie, nie zawsze  jest to dobrze zrozumiane.

Dlaczego?

Jak ktoś słucha to może sobie pomyśleć "Ten Malik to jakiś walnięty, co on tu gra w ogóle" (śmiech). Ale jak gram solo to jestem w innym świecie. Nie wiem, co się dzieje wkoło. Nigdy nie macham pałkami i nie robię takiego rodzaju show. W zależności od charakteru muzyki gram taką mniej więcej stylistycznie solówę. Ta akurat, o której mówisz, jest całkiem dobra, dlatego wrzuciłem ją na myspace.

Podwójne stopy idą.

No idą, idą. (śmiech)

Sam nauczasz. Jak to wygląda mniej więcej u ciebie?

Uczę oczywiście techniki, ponieważ jest to język muzyki. Tak jak kształcisz swój język tak kształcisz swój warsztat. On pozwala ci się wtedy łatwiej wyrazić.

Na czym się koncentrujesz podczas lekcji, jaki masz plan działania, na co kładziesz nacisk?

To są trzy punkty działania. Pierwszy - staram się przynosić dużo różnej muzyki. Mój przyjaciel Rysiek Nowak skonstruował mi sprzęt do słuchania muzyki dla perkusistów -  dobry wzmacniacz z lekko podbitą górką i porządne głośniki. Do tego przynoszę dobrej jakości płyty i słuchamy. Każdy ma indywidualne godziny, ale jakoś tak jest, że wszyscy przychodzą na raz (śmiech) i przez kilka godzin słuchamy muzyki, wymieniając się spostrzeżeniami. Drugi punkt to doszlifowanie warstwy technicznej czyli werble i rudymenty, omówienie każdego bardzo szczegółowo, rozpisywanie ćwiczeń, omawianie własnych ćwiczeń, własne propozycje danego rudymentu i ewentualnie zastosowanie, rozbudowanie i orkiestracja rudymentu. No i trzecia sprawa czyli całość, włączam muzykę - graj. Albo kopiujesz albo grasz siebie.

Najczęstszy problem u studentów?

Wysławianie się za pomocą instrumentu. Tłumaczę: "Nie bądź w danym momencie tylko wyprzedzaj, przewiduj, co się za chwilę wydarzy, bądź przygotowany na różne nieprzewidywalne zdarzenia". Wiesz, mówi się, że nie ma słabych zespołów tylko są słabi perkusiści (śmiech). W związku z tym perkusista musi przewidywać i jest tak naprawdę szefem, musi wiedzieć, kto gdzie jest. Trzeba czasami odpowiednio zakończyć frazę, żeby instrumentalista wiedział, gdzie jest, ponieważ czasami gra się z szaleńcami (śmiech).

Wspomniany Robert Luty mówił o ważnej roli perkusisty w takich sytuacjach. O jego odpowiedzialności za solistę i resztę zespołu.

Instrumentaliści są szaleni, czasami nie wiedzą, gdzie są. Odlatują i nie wiedzą, gdzie jest raz, dwa, trzy, cztery (szyderczy śmiech). A ja jak gram solo to oni sobie gadają i czasami rzucam pałki na werbel, zakładam ręce i mówię "Dokończcie rozmowę, a ja ewentualnie będę kontynuował". Parę razy tak mi się zdarzyło.

Zaczynasz z Lombard i otworzył ci się świat, pamiętasz jakiś specjalny koncert?

Zdarzało się, że sprężyna pękła w stopie. Raz zdarzyło mi się, że mnie znosili ze sceny, bo techniczny zamiast donosić mi Coca Colę przynosił mi Colę z whiskey (śmiech). Piję, piję i nagle w połowie koncertu "O, ooo?" i końcówki już nie pamiętam (śmiech). Pytam się "Co mi tam dawałeś?!", a on "Jak to co, whiskey z colą!".

A jakieś dziwne miejsca?

W 1989 roku pojechaliśmy do Bagdadu, do Iraku.

To jeszcze przed pierwszą wojną w Zatoce.

Dokładnie. Pojechaliśmy do Iraku, reprezentowaliśmy Polskę na jakimś międzynarodowym festiwalu. Wyznaczyli nas, żeby pojechać. To były czasy bardzo niebezpieczne, z czego tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie za bardzo sprawy. W Polsce byliśmy bardzo rozpoznawalni, Gośka miała te pióra, makijaże, spodnie podarte, skóry, ćwieki. Jak tam wylądowaliśmy to była spora sensacja. Gośka w tej miniówce łaziła po Bagdadzie, a tam kobiety całe zasłonięte. Mieliśmy pilota, który mówił trochę po polsku. O 6 rano mieliśmy jechać na piękne wzgórze babilońskie, z którego widać panoramę Bagdadu. Każdy z nas wziął aparaty, kamery. Jedziemy, jedziemy i nagle mija nas dwóch kolesi na emzetkach ("motor" z  PRL-u - przyp. red.). Jeden po cywilnemu, a drugi po wojskowemu z karabinem. Zatrzymali autobus, wpadli do środka z tym karabinem z pytaniem, co my tu w ogóle robimy i po co te aparaty. Odpowiadamy, że jedziemy na wzgórze babilońskie, zdjęcia sobie porobić. "Musicie  zawrócić, musimy jechać do Bagdadu zobaczyć, co wy w tych aparatach macie!" - powiedział wojskowy. Wracamy i, kurczę, widzimy, że mijamy Bagdad, zaczynamy się niepokoić.
 
Wywieźli nas na pustynię, gdzie stało coś? kurczę, nie wiem co, bo ogrodzone murem to było. Wzięli naszego technicznego i aparaty, i zabronili nam wychodzić z autobusu. Wyobraź sobie ponad 40 stopni, a my w tym autobusie - bez klimatyzacji. Siedzieliśmy tam dwie godziny, w końcu nam się udało wydrzeć z tego autobusu i po dwóch godzinach przyszedł techniczny, że już wszystko ok. Jedziemy z powrotem do hotelu. Wracamy i znowu mijamy Bagdad, i jedziemy gdzieś w pizdu! (śmiech) Zatrzymujemy się pod potężnym murem, gdzie otwierają się drzwi. Autobus podjeżdża i nas wypychają do tych drzwi. Zamykają nas w takiej stróżówce, gdzie jest stolik, jedna kanapa i nic. Nasz menadżer niepokoi się już, prosi o kontakt z ambasadą, ale co ty! Żadnego kontaktu z ambasadą. Przychodzi czterech wojskowych i pokazują na nas palcem, dyskutując o czymś. Wychodzą i za chwilę przychodzi jeden, siada za biurko wyciąga giwerę, kładzie na stół, siedzi i patrzy. Po dwóch, trzech godzinach przychodzi następny wojskowy i mówi do naszego akustyka "Ty" i go zabierają.

Ale jazda!

Menadżer już krzyczy, że chce z ambasadą, a tamci "Spokojnie, spokojnie, siedź lepiej cicho!". Mija godzina, przychodzą z powrotem i biorą następnego "Ty!", a akustyka nie ma, nie wraca! Spędziliśmy tam 9 godzin i musieliśmy podpisać jakieś zeznanie, że nie jesteśmy szpiegami. Na drugi dzień wylądowaliśmy w polskiej ambasadzie u konsula, który powiedział, że mieliśmy ogromne szczęście, ponieważ równie dobrze mógł o nas kompletnie słuch zaginąć. Mogliśmy nic nie zrobić, a mogliśmy zniknąć. Okazało się, że jak jechaliśmy z tym aparatami to przejeżdżaliśmy ponoć koło miejsca, gdzie konstruowano jakąś bombę, a my tam zdjęcia trzaskaliśmy (śmiech). Na drugi dzień graliśmy koncert w amfiteatrze i Irakijczycy dostali jakiegoś szału. Na finale koncertu zaczęli z tego amfiteatru schodzić i wchodzić na scenę? coraz bliżej? coraz bliżej? coraz bliżej? Próbują Gośkę łapać, ktoś ich tam odgarnia, ale zaczęto tracić kontrolę nad tym wszystkim. Przerywamy koncert i uciekamy do garderoby, tam się zamykamy, a ten tłum za nami leci i tłuką do drzwi?

Siła rock and rolla!

W Rosji byliśmy na dwumiesięcznej trasie, 48 koncertów w dwa miesiące. Teraz gra się 3-4 koncerty. I mówi się, że jedziemy w trasę. Wtedy to były trasy! W Rosji, a raczej jeszcze Związku Radzieckim też byliśmy dobrze rozpoznawalni, handlowaliśmy wszystkim, co się dało, zegarkami, marmurkami, telewizory, złoto przewoziliśmy, dolary (śmiech), było niesamowicie!  Rock and roll rządzi się swoimi prawami.

Pojechałbyś na taką trasę jeszcze raz?

Pewnie, że bym pojechał! Każdy ma tam jakąś swoją misję do spełnienia i moja jest taka, żeby grać i sprawiać, by przez półtorej godziny ludzie mogli się wyłączyć i dobrze się bawić.



Artur lubi dobrą atmosferę wokół siebie
Ekspresja i kompletny odlot podczas solo
Werbel to prezent od małżonki? Tylko pozazdrościć
Powinien skorzystać z tych dwóch pałeczek stojących za nim
Ze swoim przyjacielem Pawłem Mąciwodą
Tajemnica szybkich nóg Artura. Potrójna stopa!
Mister of America
Artur odnajduje się w każdym projekcie
Czyżby po kolejnej wizycie kolegów?
Nie lepiej było zostać przy grze na fortepianie?
Trzeba odkurzyć zestaw miotełkami?
Reklama