Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 7. Tomek Goehs

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Dziś w raporcie człowiek, który budował polską scenę metalową. Bez wątpienia jeden z najwybitniejszych polskich perkusistów. Tomasz Goehs!


Kult próbował sobie w Warszawie, pomyślałem więc, że dobrze by było porwać na chwilę perkusistę zespołu w celu przeprowadzenia dłuższej rozmowy. Miałem ku temu dwa powody. Po pierwsze Tomek Goehs to świetny bębniarz, który aktywnie współtworzy naszą rodzimą scenę od ponad dwudziestu lat, po drugie ciężko cokolwiek i gdziekolwiek znaleźć więcej na temat tego skromnego perkusisty.

Tomek zaprosił mnie serdecznie do mieszkania, które na czas pobyty w stolicy służyło mu za kwaterę główną. Przed rozmową oczywiście musiał się dotlenić i wyskoczył na balkon odetchnąć "świeżym" nikotynowym dymem. Usiedliśmy sobie wygodnie w kuchni (jak wiadomo, w kuchni są najlepsze imprezy) i rozpoczęliśmy rozmowę, która trwała i trwała z małą przerwą na? papierosa. To, co macie poniżej jest tak naprawdę jedynie większym fragmentem całości, ponieważ tematów poruszaliśmy bez liku. Tomasz Goehs opowiadał spokojnie, bez pośpiechu tonem osoby, która uspokaja dzieciaka przebudzonego właśnie ze złego koszmaru. Nie sprawia wrażenia bębniarza, który bez odrobiny przesady, jest tym dla polskich bębnów metalowych co Dave Lombardo dla całego thrash metalu. Dziś wyciszony i spokojny często wspomina o historii swojego życia i roli, jaką odgrywa w jego życiu religia. Sam o sobie mówi:
- Nie jestem świętojebliwym dewotkiem, który wyrósł w jakiejś oazie, jestem człowiekiem, który często grzeszył?

Jest wielkim fanem perkusyjnego kunsztu Terry?ego Bozzio, mówiąc przy tym o swojej grze bardzo krytycznie. Na nim kształtowało się całe pokolenie pałkerów nowej Polski m.in. Ślimak, który swego czasu z zazdrością patrzył na Amati Tomka, z czarnymi naciągami Remo. Co do muzycznych realiów "tamtych" czasów Tomek ma bardzo dużo do powiedzenia, aż dziw bierze, że tak właśnie było. Zaczynał mocno, bo z Turbo, apogeum thrashowania miał w projekcie Creation od Death, obecnie gra w projektach Kazika, no i, rzecz jasna, w Kulcie. Zobaczcie, co opowiada nam perkusista, który swoimi podwójnymi stopkami przecierał szlaki na polskiej scenie.

Interesujesz się polską sceną perkusyjną?

Hmm?w sumie się interesuję, ale mam tak mało szans spotykania ludzi, którzy gdzieś tam grają. Nie gramy teraz wspólnych koncertów prawie z nikim? tzn. kiedyś zawsze człowiek się gdzieś spotykał, gdzie młode kapele występowały, a teraz jak gramy jakąś trasę, juwenalia czy inną imprezę to przyjeżdżam w zasadzie na sam koncert. Wpadam najwcześniej, by rozstawić bębny, ale nigdy nie mam okazji za wiele obserwować. Nie śledzę też rzeczy w Internecie. Zasadniczo tam, gdzie jestem mamy kanciapę, gdzie jest jeden zespół i nie działa on w takim środowisku, by się kogoś spotykało. Raczej są to takie przypadkowe rzeczy, spotkam, zobaczę, jak ktoś mi coś powie, wskaże? Ostatnio grała przed nami kapela.

Oglądam próbę i widzę jakiś soul funk. Myślę sobie, że to kolejna kapela zapatrzona w takie granie z wokalistką. Myślę sobie dalej "kurczę, znowu będę musiał tu siedzieć godzinę czy półtorej i czekać..", a nie było garderoby tylko jakiś taki namiot. Jak zaczęli grać to zwątpiłem? Po prostu, jak zaczęli grać to mnie to zabiło! To był zespół Big Fat Mama. Takie wrażenie, jakie ta kapela zrobiła na mnie to żaden zespół dawno nie zrobił. Nie to, że jestem fanem takiej muzyki, tylko po prostu nie słyszałem, by w Polsce ktoś tak grał. Na scenie świetnie, no i bębniarz? powalił mnie. Nie jest to styl gry, którym bym się karmił na co dzień.

Podszedłem do niego, ukłoniłem nisko, zapytałem, czy studiował gdzieś np. w Katowicach. On mówi, że nigdzie nie studiował tylko ojciec go uczył. Jakbyś miał możliwość być na ich koncercie to polecam. Ten bębniarz nie jest skażony żadną szkołą tak samo, jak bębniarz Maryli Rodowicz - Artur Lipiński,  który również zrobił na mnie wielkie wrażenie i z roku na rok gra coraz lepiej. A tak to starzy znajomi np. Krzyżyk z Armii, Stopa, Ślimak? Taka grupa bębniarzy, których "nie lubię", czyli ci, co mówią, że nie ćwiczą, a grają niesamowicie (śmiech). Płyt Ślimaka nie lubię słuchać, bo zastanawiam się, jak on to robi, że mu to tak wszystko brzmi. Zazdroszczę mu tego. Jeżeli chodzi o brzmienie bębnów rockowych chyba nikt mu u nas nie podskoczy!

Wiesz, on dużo eksperymentuje ze sprzętem...

Ma taką możliwość. Acid to jest jego zespół, ma duże możliwości i wolną rękę. Pierwsze ich płyty nie brzmiały? Takie piłeczki. Tragedia, ale od Infernal Connection to już masakra, nagrywał ją na DW z tego, co wiem.

Ślimak opowiadał, jak na początku przychodził do salki, gdzie stała twoja Amati z naciągami Remo.

Czarnymi.

Miałeś czarne?

No jasne? (Tomek powiedział to wyjątkowo czule - przyp. red.). Dziuba, nasz manager, załatwiał nam, jak grałem w Turbo czy Wilczym Pająku. Przywoził mi naciągi. Twierdził, że to po Maidenach (śmiech). Wiesz, może tak było. Jeździł tam z tymi zespołami jako techniczny. Przed koncertami zmieniali naciągi, a on je gromadził i to wszystko przywoził. Czarne były dobre, bo można było je w wannie wypucować i na Amati pograć z pół roku (śmiech). Nie pamiętam, by jakieś czarne mi się rozwaliły. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak to wszystko mogło brzmieć? Jakieś abstrakcyjne blachy kupowałem gdzieś w jakichś komisach po 100 dolarów. Sensacją było, jak ktoś chciał sprzedać blachę. Pamiętam w takim Peweksie muzycznym, tu w Warszawie, widziałem takie drzewo z blachami i te ceny? Płaciło się dolarami lub bonami.

I to półroczną pensję?

Dokładnie. Za czasów, gdy zaczynałem grać, posiadać nie polski lub czeski instrument to było poza zasięgiem pomimo, że nagrywaliśmy płyty.

A zaczynałeś na??

Na Polmuzie.

No tak, do wyboru Polmuz albo kto szczęśliwszy na Szpaderskim.

Szpaderski to było moje marzenie, nieziszczone, niestety? Pamiętam, w jakimś klubie kapela starszych kolesi miała zestaw z centralką 26 cali. Chyba ktoś sobie bęben marszowy przerobił na centralę. Wszystko fachowo zrobione, obite taką czarną dermą. Facet chciał za to 10 tysięcy zł, a był to rok 81-82. W 1982 pracowałem jako goniec, zarabiałem 3 tysiące miesięcznie? Chciałem od ojca pożyczyć, ale miałem trudny okres dojrzewania i po różnych przygodach, które zafundowałem rodzicom, nie chcieli inwestować w jakieś kolejne moje pomysły. Pamiętam, widok tych bębnów mnie powalił, chociaż podejrzewam, że teraz bym je na rozpałkę zużył... Zaczynałem zatem na Polmuzie. Jak wspomniałem, pracowałem jako goniec, więc co miesiąc mogłem sobie jeden bęben kupić. Każdy był w innym kolorze (śmiech).

Coś jak teraz DW (śmiech), tylko jakość inna?

Z ojcem pościągaliśmy obicie. Kupiliśmy białą dermę, obiliśmy, w środku też na biało pomalowane, Mówię ci, ekstra! Zamieniłem się później na jakieś inne. To był czas, że każdy coś tam przerabiał, zmieniał, usprawniał w tych instrumentach. Pamiętam, kiedyś w Poznaniu był facet, który produkował bębny o nazwie Hayman (nie mylić z brytyjskim Hymnem - przyp. red.), to była produkcja w zakładach Cegielskiego, gdzie produkował okucia na tokarce, skupował stare Polmuzy, to wszystko obijał takim obiciem, które można było dostać w sklepie Feniks w Poznaniu, dorabiał uchwyty i sprzedawał jako Hayman. Sprawne oko nastoletniego dzieciaka mówiło, że z Haymanem to raczej nie ma nic wspólnego.

A dalej?

Na bębnach, jakie sobie kupiłem później, zagrałem pierwszą Metalmanię. To były Taktony. Człowieku? w obiciu takim, jak moje dawne DW, taka trawa morska. Miałem dobre Taktony, bo drewniane. Jak zapewne wiesz, były Taktony papierowe?

Papierowe?

Taka tektura mocno ubijana, zresztą Polmuz też robił podobne. Tego Taktona miałem z jednym przejściem, florem i dugą centralka Polmuza.

Na tym grałeś Metalmanię?

Tak, z Wilczym Pająkiem i Turbo. Możesz sobie wyobrazić, jak to wyglądało, gdy obok stał sprzęt ówczesnych gwiazd, a były to takie zespoły, zapomniane już, jak Killer i Alaska. Później miałem Amati, miałem je tak wytłumione, że pod te mechanizmy do tłumienia miałem powsadzane gąbki, do tego bez spodów, dolnych naciągów. Generalnie brzmiało to jak karton? Na czarnych naciągach to jeszcze, jeszcze, ale jak było dupne nagłośnienie to koniec?  Czuliśmy się z tym tak naprawdę okropnie.

Kompleks?

To nie jest kwestia kompleksów, bo graliśmy na tym, co mieliśmy. To nas strasznie kaleczyło. Bo bęben totalnie stłumiony, będący do tego bębnem Amati, ze starymi naciągami nigdy nie zabrzmi. Werble to były jakieś żenady? jakieś gówna. Blachy Polmuza, albo Amati - co już było marzeniem. Później na trasy kupowałem w Centrali Muzycznej komplet marszowy, dobrze brzmiały, ale tak przez dwa koncerty, bo później wyglądały tak, jak spleśniałe grzyby, popękane i powyginane. I z takimi blachami pojechałem w trasę z Kreatorem. Turbo i Kreator po tej części Europy. Przy profesjonalnym Sonorze plus blachy chyba Meinla, jakie miał Ventor, ja na Amati z tymi grzybami marszowymi. Jedna stopa jakiś "Pearl" zrobiony na walcowni gdzieś w Gdańsku, druga Amati. Mówię o tej naszej biedzie i nędzy, bo jak przyjeżdżały zespoły niemieckie, które miały sprzęt w pełni profesjonalny, to pierwsze co to były wycieczki technicznych pod moje bębny. Zobaczyć, na czym tu się gra. Śmiechu dla nich było co niemiara. Myśmy to jakoś na gardę przyjmowali. Nie byli w stanie pojąć tej naszej rzeczywistości. Bywali czasami nieprzyjemni. Nie spotykało nas to ze strony amerykańskich zespołów, oni byli jacyś tacy bardziej normalni. Nie wyróżniali się nawet za bardzo z tłumu muzyków. Niemcy natomiast byli widoczni głównie przez swój styl ubioru (śmiech), wyglądali jak prosto z Metal Hammera. Zrobieni na bóstwo. A tu biedni chłopcy z Polski?

Wy też drapieżnie wyglądaliście?

Czego to człowiek nie robił, by drapieżnie wyglądać (śmiech). Gdybyśmy żyli w realiach zachodnich z pewnością inaczej by to wszystko wyglądało. Była taka kapela Sodom, która dopiero od trzeciej płyty ruszyła i chłopaki przestali pracować w  kopalni. Wszędzie byli normalni ludzie, ale możliwości rozwoju były tam większe. Płyta Last Warior zespołu Turbo została wydana dla niemieckiej Noise records równo z którąś z płyt Sepultury, która wtedy nie była zbytnio popularna. Pokazuje to rozwój, historię i prawdę, gdzie te dwa zespoły są teraz  w historii muzyki. Można rozumować to też tak, że może my nie mieliśmy talentu, tego poweru?

Wątpię, zobacz, jak to jest teraz, gdzie niemal do Afryki możemy dojechać mając jedynie dowód osobisty. Takie zespoły, jak Behemoth, Vader, Riverside ruszyły w świat!

Gdzieś to się na pewno jakoś przekłada w ramach gatunku, w jakim się obracają. Oni zajmują się rzeczami, nazwijmy to, anglosaskimi. A tu jest pełno zespołów po prostu polskich, mają polskie teksty, polską stylistykę, więc ich szanse zaistnienia na świecie są nikłe. Ale może i dobrze, żebyśmy robili naszą muzykę, która wynika z serca, wynika z kultury, w której się wychowaliśmy. Nie ma nic gorszego chyba niż silić się na coś, z czym nie mieliśmy do czynienia i nie jest nasze. Ludzie mają przeróżne fascynacje, szkoda tylko, że nie rodzą się one tu u nas. Nie jesteśmy krajem, gdzie rock and roll się narodził, wręcz przeciwnie.

Dlaczego więc te bębny?

Zaaawsze mnie to kręciło. Widok bębnów działał tak na mnie? jakoś? tak? aż ciężko wyrazić.  Gdy oglądałem jakieś koncerty w stylu Opole czy inne Sopoty to zawsze zwracałem uwagę najpierw na bębny. Na początku u mnie były to oczywiście różne garnki, łychy itp. Później już próbowałem grać do muzy jakimiś pędzlami, a to w jakieś sitko od parownika do pyr. W szkole podstawowej grałem w zespole na pewnym instrumencie dość wstydliwym, mało rockowym,  na akordeonie. Na jedną z prób nie przyszedł mój kolega Marek i gary stały wolne. Zagrałem i wszyscy mówili - super. Później graliśmy we dwóch na zmianę. W liceum to już było "bycie bębniarzem" mimo, że w życiu nie siedziałem za zawodowym rockowym zestawem, ale wszyscy wiedzieli, że bębnię. Bujałem się po jakichś klubach, grałem z zespołami. Dostałem się wreszcie do szkoły muzycznej, gdzie mogłem zaczerpnąć trochę tej edukacji. Zmieniałem często szkoły, więc fakt szkoły muzycznej był dla mnie jak raj. Bo mogłem ćwiczyć, no i uczono mnie jakiejś tam techniki. Grałem na marimbie, kotłach, werblu? Zawsze człowiek się edukuje mimo, że to była produkcja perkusistów klasycznych.

Ścigałeś się na dwie stopy?

Na dwie stopy ścigałem się z bębniarzem z kapeli Risk, taki, kurna, grubas niesympatyczny. Próbowałem do niego zagaić. Miał Pearla, który brzmiał rewelacyjnie, aż słabo mi było, jak on na nim grał, ale był niemiły, nie chciał rozmawiać. Oczywiście, jak zaczął młócić to i ja wskoczyłem za te swoje nieszczęsne Amati i zaczęliśmy się ścigać. Nie pamiętam, kto wygrał, ale widziałem grupę moich kolegów, którzy stali w patriotycznym geście, że "nasi, najszybsi, Tomek jest nasz!" (śmiech)

Na Metalmanii grałeś będąc jeszcze w szkole, tak?

Tak, tak. Chodziłem tam siedem lat, bo miałem kilka przerw po drodze, a dostałem się, gdy miałem 17 lat. Razem w klasie byłem z Grzegorzem Kupczykiem, który chciał, bym mu tam w tym Turbo pograł. Dla mnie to było coś zupełnie z kosmosu, byłem zwykłym chłopcem, który sobie gdzieś próbował, chociaż granie było dla mnie wszystkim. Siedziałem od rana do nocy, całe wakacje potrafiłem poświęcić na dojeżdżanie kilkadziesiąt kilometrów do jakiegoś miasteczka, gdzie był dobry sprzęt. To było całe moje życie, pasja mojego życia.   

Ze zwykłą szkołą były problemy?

Nie interesowała mnie wiedza, która nie miała dla mnie żadnego znaczenia, chciałem być wolnym człowiekiem. Interesowały mnie zupełnie inne rzeczy. To taki trudny moment, gdzie trzeba chodzić do liceum, a tu świat dookoła. Punki, hipisi, rock, cały świat dla ciebie. To były czasy, gdzie nie było takiego przepływu informacji, głównie słyszało się od dobrych ludzi różne opowieści,  legendy o koncertach, muzyce, festiwalach. Często później te legendy padały np. najbardziej rockową kapelą na świecie był Kiss aż do momentu, gdy nie usłyszałem jak grają? Moje wyobrażenie muzyki na podstawie ich wyglądu było zupełnie inne.


No, ale wracając - ja chciałem grać, po prostu chciałem grać. Chcesz się znaleźć czasami w innym świecie. Nigdy nie wiedziałem, czy te moje marzenia się spełnią. Na swojej drodze przez tyle lat spotkałem wielu muzyków i sporej grupie się nie udało, przestali grać. Z przeróżnych powodów, życiowych, brak zainteresowania tym, co robili itp. Myślałem często "Zatem dlaczego ja?". Zawsze zadawałem sobie to pytanie i poniekąd znam odpowiedź?

Czyli?

To jest moja historia, historia mojego życia. To jest kwestia światopoglądu. Jeżeli wierzysz w Boga to wiesz, że tego typu rzeczy jak talent to po prostu dar od Boga. To, co robię jest darem, że mogę grać, pracować z zespołami.

Słuchasz swoich płyt?

Rzadko, ale jest parę takich, z których jestem zadowolonych.

Które?

Kingdom of paranoia Wilczego Pająka, jak tak spojrzę wstecz. Na pewno Kazik na żywo Porozumienie ponad podziałami i tu chyba się kończy? (śmiech). Może Creation, Turbo Dead End.

Byliście bez wątpienia gwiazdami w tamtym okresie?

(śmiech) No niby tak, ale jak posłuchałem płyty koncertowej z którejś Metalmanii to się przeżegnałem? Jak ludzie mogli przychodzić i słuchać tego wszystkiego? Dla mnie to jest niepojęte, albo ludzie byli w amoku, albo mieli taką percepcję muzyczną. Było przecież tyle świetnych zespołów na świecie, chociaż w sumie nikt do nas wtedy nie przyjeżdżał. Ale jak posłuchałem tego kawałka Turbo to? żem się przeląkł (śmiech). Nie podważam absolutnie rangi tego zespołu i tych płyt, które nagrywał, bo naprawdę myślę, że ludzie chcieli tego słuchać, ale to z Metalmanii jest porażające? Wiadomo też - jakość nagrania, nie chciałbym wiedzieć, jacy "mistrzowie" to zrobili, kto to nagrywał.

Ale 10 tysięcy ludzi w Spodku?

Graliśmy kiedyś metalową zimę, gdzie był tylko Kat i Turbo, i było tam kilkanaście tysięcy osób. Jedynie na dwóch polskich zespołach. To jest niepojęte. Dziś to, kurde, chyba tyle do Spodka nie wpuszczają.

Były trasy, było rockandrolowe życie?

No było? było? Generalnie to był? chlew. To była rzeź. Jak zebrały się w busie trzy kapele to jest trudne do wyobrażenia. Jak człowiek mógł mieć w mózgu to, co miał. Przekładało się to w pewnym sensie na mój stosunek do gry, do muzyki, do ćwiczeń. Miałem łeb jakby zalany mosiądzem, nie dopuszczałem do świadomości, że mogą być inne style muzyczne niż metal. Miałem wrażenie, że w Jarocinie jest tylko dzień metalowy. Ewentualne spotkania z innymi zespołami, które grały inną muzykę kończyły się tym, że stałem z rozdziawioną papą i nie wiedziałem, o co im chodzi. Jak to można taką dziwną muzykę grać.

Które kapele cię kopały?

Na pewno Metallica pierwsza - druga płyta, Anthrax, Voivod, Motorhead, Slayer? co tam jeszcze? a i Manowara się słuchało (śmiech), King Diamond, Kreator, Maiden.

Czyli wszystko bliskie sobie.

No tak, klasyka muzyki (śmiech) o, albo była taka zabawna kapela Celtic Frost - niebezpieczne trio niemieckie (a tak naprawdę szwajcarskie - przyp. red.), Runnig Wild. Mam nawet zdjęcie z wokalistą w stroju pirata. Graliśmy z nimi parę razy, mieli taki wielki okręt na scenie. Koleś miał kosmiczne bębny. Stołek taki, jak motocyklowy, uchwyt na kubek? nie mogłem się otrząsnąć.

Nie brałeś nigdy prywatnych lekcji?

Nie. Miałem jakichś tam profesorów. Zmieniali się? jeden, drugi, trzeci?  Trzeciego, niestety, nie słuchałem, a szkoda. To był Zbyszek Łowżył. Dziś wiem, że gdybym był wtedy mądrzejszy, to bym się od niego wiele nauczył. Bardzo dużo wiedział o graniu, jak na tamte czasy. Gdybym go wtedy posłuchał to byłby pewnie jakiś przełom w moim graniu. Akceptował to, co robiłem wtedy równolegle. Jednak ja nie chciałem grać tych wszystkich rudymentów, wolałem grać na dwie stopy, najszybciej na świecie. No i tyle.



Tomek ze swoim nauczycielem ? Oskarem
Sprinter dwóch centralek
Walka o życie ? wręcz w taki sposób Tomek opisuje koncertową jazdę
Nie ma lustra, można skoncentrować się na całości
Reklama