TU PRZEJRZYSZ BIEŻĄCE WYDANIE Perkusista ULUBIONYKIOSK.PL - PRZESYŁKA GRATISUlubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia: Krzysztof Dziedzic

Jedna z najbardziej kolorowych postaci współczesnej sceny perkusyjnej w Polsce.


Grał ze śmietanką polskiej sceny jazzowej, ale prawdziwą sławę przyniosły mu występy u boku Nigela Kennedy. Prawdziwy niepokorny typ, spontaniczny, często wybuchowy, ale przede wszystkim bardzo szczery w tym, co mówi i w tym, co robi. Założyciel gigantycznej grupy dyskusyjnej na Facebook’u - Polish Drummers, gdzie każdy może zabrać głos w kwestii bębnów. Obecnie wielki propagator techniki gry Natural Grip. Zanim znajdziecie go gdzieś na warsztatach w kraju, zapraszamy do olbrzymiej rozmowy z góralem!

Krzysiek nie lubi owijać w bawełnę. Jego impulsywny charakter niejednokrotnie dawał się we znaki, ale z biegiem lat wiele rzeczy się ostudziło. Rączki zawsze mu chodziły, jak nie za bębnami, to w bezpośredniej konfrontacji. Dlatego obecnie trenuje boks... Zresztą zawsze ciągnęło go do sztuk walki. Boks daje mu oddech, pozwala na wyplucie negatywnej energii, uspokaja i dodaje sił do dalszych działań. A trzeba przyznać, że muzyk zajmuje się wieloma rzeczami. Granie koncertów, konkurs perkusyjny, forum Polish Drummers, warsztaty Natural Grip, własna płyta, a już na horyzoncie pojawiają się kolejne historie. Patrząc na to wszystko nasuwa się jeden wniosek, o którym Krzysiek często mówił w poniższej rozmowie. On lubi przebywać z ludźmi, rozmawiać, wymieniać się informacjami i doświadczeniem.

Domyślam się, że oprócz oczywistych umiejętności muzycznych przykładasz dużą wagę do osobowości współpracowników…


Najważniejszą rzeczą dla mnie w nagrywaniu muzyki, graniu muzyki i doborze muzyków do zespołu jest to, żeby była relacja między nami, żebyśmy się znali. I tak właśnie jest w przypadku mojej płyty. Są to muzycy, z którymi znam się ponad 20 lat, niemalże razem się wychowywaliśmy, graliśmy ze sobą w różnych konfiguracjach i taka muzyka, jaką z nimi chcę grać, czyli bardzo otwarta, jest możliwa do zagrania tylko z nimi, bo ja im w stu procentach ufam i wiem, czego się mogę po nich spodziewać. Oczywiście, czasem korzystamy z nowinek np. nagrywanie online, ale jest tak dlatego, że się tyle znamy. Wiem, że mogę zadzwonić do Apostolisa i powiedzieć mu "Weź mi tu nagraj kawałek sola", bo ta chemia między nami już jest.

Czy nie uważasz, że dla niektórych takie zaufanie do technologii jest zgubne, gdy tej chemii nie ma?


Może zgubne nie jest, ale to słychać w muzyce. Musi być zaufanie, w każdym razie w muzyce, jaką ja chciałbym grać, otwartej, improwizowanej. Wiedząc, że nie jestem robotem, nie jestem istotą doskonałą, czasami mój "time" się przesuwa i nie jest zegarkowy, nie jest to klik jak w metronomie, wtedy takie zaufanie jest niezbędne. Basista, który ze mną gra, widzi i słyszy, że jeszcze trochę mi potrzeba, żeby skończyć frazę, to on wtedy na mnie poczeka, a nie, że zagra "pam" i będzie patrzył, że on jest w tempie, a ja nie.

Ale miłość od pierwszego usłyszenia z pewnością ci się trafiała…


No jasne, że tak. Kilka z nich trwa do dziś. Robert Kubiszyn, Wojciech Karolak, Sławek Jaskułke. Niestety, kilka osób jest już tylko w mojej pamięci i na płytach, bo odeszli, w tym mój największy mentor Tomasz Szukalski, Janusz Muniak czy Jarek Śmietana. Był też taki jeden bardzo szczególny, niestety, nieżyjący już - Steve Logan, który przez wiele lat mieszkał w Polsce i tu zmarł. Wybitny basista, który grał z Earth Wind & Fire czy Whitney Houston, świetny muzyk. Słyszałem go pierwszy raz gdzieś tam z Krzyśkiem Zawadzkim i Hiramem Bullockiem, ale co ciekawe nie grał wtedy jakoś szczególnie. Steve był chory, w słabej kondycji i wtedy to nie był jego najlepszy dzień. Parę tygodni później widziałem go przed sesją z Jarkiem Śmietaną, jak wchodził do studia z polską basówką w ręku, aż zapytałem Jarka, czy wie, co robi, bo ten basista nie gra jakoś super fajnie. Jarek powiedział mi tylko: "Kristof, poczekaj…". I rzeczywiście, jak zagrał utwór What’s Going On Marvina Gaye’a, który znalazł się na płycie, to były nasze pierwsze wspólnie zagrane dźwięki, pierwszy "take" i to właśnie była miłość od pierwszego usłyszenia. Z takim basistą… to było niesamowite. Muszę tu wspomnieć mojego wielkiego przyjaciela Jarka Śmietanę, któremu ufałem bezgranicznie. Pamiętam, jak graliśmy koncert w Tygmoncie, mówię mu: "Steve, ty masz chyba piecyk wyłączony, bo nie ma basu." Ale on był! Tylko nie był tak głośno, jak to robi wielu basistów w Polsce, że mają najgłośniej rozkręcone piece. Grał tak cicho, że ściągnął brzmienie całego zespołu, przez co wszyscy zyskaliśmy... ach… takie brzmienie! Tak pięknie się lepiło między nami, a przecież nigdy się razem nie bujaliśmy. No może kilka lat w zespole Jarka. Plany były piękne, Mieliśmy nagrać jego muzykę w trio właśnie z Hiramem, ale niestety, najpierw zmarł Hiram, a później Steve…

A ty się trzymasz…


Trzymam się i to coraz lepiej, bo wtedy to było już źle (śmiech). Sport mi pomaga. Moja wielka pasja boks. To jest takie antidotum, żeby trzymać się z daleka od kłopotów.

Boks wydaje się dość inwazyjnym sportem...


To jest troszkę taki mit, który chciałbym obalić. Boks nie jest wcale taki inwazyjny dla perkusisty z racji narzędzi, jakie się wykorzystuje, a w tym przypadku są to taśmy. Jest to jeden z niewielu sportów walki, w którym wykorzystuje się taśmy zabezpieczające nadgarstki. Trenowałem różne sztuki walki za małolata i tam nic nie ma, przez to często zdarzały się jakieś kontuzje. Dlatego właśnie boks, bo jest bezpieczny dla nadgarstków, dobry jest też dla pleców, dla bębniarza, który długo siedzi. Jak się ponaparza w worek, to i brzuszek spada (śmiech).

No i wyrzucić z siebie można trochę emocji.


Apostolis Anthimos, z którym mam przyjemność grać od dawna, gra bardzo dobrze na bębnach. Taka dygresyjka, jak był dżem w Akwarium, gdzie przyjechał sam Pat Metheny, była kolejka bębniarzy, żeby zagrać na scenie. No i ostatecznie Pat zapamiętał najbardziej Lakisa. "O, ten fajnie gra!". Naprawdę świetnie gra na bębnach. Lakis mnie wiele nauczył. I jak nie pogra kilka dni, to już nawet żona go wysyła, żeby sobie poszedł pobębnić. Tak samo, jak on ma za bębnami, to ja tak samo mam przy worku treningowym. Ponaparzasz w worek to wyrzucasz z siebie emocje. To samo mi mówił odnośnie gry na bębnach. Wyrzucasz z siebie energię i dlatego to jest takie fajne.

Był jednak taki moment, że perkusja nie była w stanie okiełznać twojej energii…


Oj tak, było tak wiele razy. To jest ta najsłabsza strona mojej osobowości… Tak strasznie kocham muzykę, że strasznie nie lubię, jak ktoś przeszkadza mi w tej muzyce albo jak mi chce popsuć. A jak do tego dochodzi, że ktoś jest chamski i niemiły to… Zdarzyło mi się parę razy nie wytrzymać, nie opanować tego nieokiełznanego charakteru i palnąć. Zdarzyło się tak z akustykiem, zdarzyło się tak z basistą, na szczęście wielka krzywda nikomu się nie stała, ale kac moralny pozostał. Teraz staram się na treningach bokserskich wyrzucać te niepotrzebne, złe emocje, żeby się nie kumulowały.

No dobrze, ale to scena. Tymczasem poza sceną też nie było lekko, ale przeżyłeś pewne katharsis w tym temacie…


Odpowiadając na pytanie "kiedy to się stało", powiedziałbym "w ostatniej chwili" (śmiech). To jest najlepsza odpowiedź. To był ostatni moment, żeby wysiąść z tego pociągu, który jechał już w zawrotnym tempie prosto w ścianę, a zaczął jechać w tym kierunku dość wcześnie, bo jak miałem 15 lat to wyrzucili mnie ze szkoły bielskiej za zachowanie. Później szkoła muzyczna w Katowicach, a tu ja, góral, więc też trzeba było walczyć bardzo często i walczyłem, gdzie się dało. Później studencka kulminacja. Jak tylko zdałem maturę z polskiego, to wiedziałem, że już nic nie muszę. Dostałem się na studia i zaczęła się masakra. Wydawało mi się, że gorzej być nie może, ale to mi się tylko tak wydawało. Trafiłem do zespołu Nigela, to był bardzo "rozrywkowy" zespół, który składał się ze świetnych muzyków i super nam się grało. Mieliśmy wszystko, co chcieliśmy. Niestety, tak szaleliśmy, że parę razy bywało się aresztowanym lub też nie polecieliśmy z różnych powodów samolotem. Niewiele brakowało, a mógłbym mieć zabroniony wjazd do Anglii, a wtedy to byłby mój koniec, bo grałem głównie w Anglii. Zaczęło mi świtać, że po kruchym lodzie stąpam. Steve Cox, nasz tour manager, który współpracował z Amy Winehouse, z Iron Maiden i Def Lepard, jak i wieloma innymi grubymi rockowymi kapelami, po 7-tygodniowej trasie w Australii powiedział, że czegoś takiego jeszcze nie widział. Może rockowcy są hardcore’owi, ale jazzmani z Polski to jest zupełnie inny wymiar (śmiech). "Tak, jak wy pijecie, nikt na świecie nie pije! Rockowcy to są cienkie du*y przy was." Damon Reece, super drummer z zespołu Massive Attack jest synem angielskiego trębacza jazzowego. Powiedział ojcu, że jedzie z Polakami w trasę, bo graliśmy razem taką jedną dłuższą. Ojciec powiedział mu tak: "Dwie rzeczy musisz wiedzieć, synu, po pierwsze - na pewno to są świetni muzycy, po drugie - nigdy z nimi nie pij, bo to się skończy dla ciebie źle!". Ostatecznie potwierdził ten fakt. Te ilości alkoholu i to szaleństwo, jakie były w tym zespole, dochodziły już do takiego poziomu, że w pewnym momencie doszło do mnie, że jak tak dalej pójdzie to nie wrócę z trasy, a mój synek będzie mnie odwiedzał w kryminale. Wtedy lampka się zapaliła. Jeżeli chodzi o rozrabianie to było już to Mount Everest i lepiej na tym czubku już nie będę podskakiwał. Posiadanie dzieci, rodzina i że muszę to ogarniać przeważyło. No bo też przez to pracę czasami traciłem, bo ludzie się mnie bali albo np. w Bydgoszczy rozbiłem lustro za grube pieniądze i od razu musiałem za nie zapłacić wszystko, co zarobiłem tego wieczora. To był już totalny syf… I wtedy właśnie pojawiła się w mojej głowie myśl, że czas troszkę się ogarnąć i zrehabilitować, coś dobrego zrobić i tym sposobem powstało Polish Drummers. Wymyśliłem sobie, że stworzę i zintegruję środowisko perkusyjne po to, aby dzielić się wiedzą o graniu na bębnach i że będzie to taka moja forma odkupienia za moje wszystkie grzechy.

Na czym polega to odkupienie?


To jest taki swego rodzaju czyściec. Staram się go ogarniać dzięki smartfonowi w kieszeni. Pilnuję mocno jednej rzeczy, żeby nie było brzydko, bo kiedyś Facebook to było miejsce dla dorosłych, a teraz już mogą tam być osoby młodsze. Tym bardziej, że jak dostaję jakieś pytanie o poradę to często odsyłam na Polish Drummers, bo nawet jak mnie nie ma, to zawsze jest tam tylu drummerów, że ktoś jest czujny. To akurat jest fajne w tym miejscu. Nie ma tak, że tam jest zawsze lawina bzdur, nie, nie. A to wszystko można podać przecież bez wulgaryzmów. A jak ktoś przegina, to klik i na koniec kolejki (śmiech), a kolejka jest długa. Staram się też zachować apolityczność i nie być związanym na forum z żadną firmą.

Jak zakładałem tę grupę chciałem stworzyć bazę ludzi, którzy zajmują się tą samą rzeczą, ale teraz oprócz chęci pojawiła się też odpowiedzialność, o której mówiłeś mi w czasie sesji foto. Mam tego świadomość. Staram się dementować różne mity typu, że tylko stary Gretsch brzmi, a cała reszta to na drzewo itp. Tych mitów jest w naszym kraju bardzo dużo. Z drugiej strony jest też ta wolność i swoboda, że ktoś może przyjść i krzyknąć, że ktoś źle zagrał. Ci co chcieli odejść odeszli, ci co mieli zostać wywaleni zostali wywaleni, ale jest dużo osób, które to cenią i to mi się podoba. Spotykam ludzi i mówią: "O, pan Polish Drummers!" to jest bardzo miłe. Pomijam już, ile razy udało się komuś pomóc np. ze sprzętem, bo komuś nagle coś się stało. I trzeba było wkroczyć. Jak każde miejsce ma swoje ciemne i jasne strony, ja staram się patrzeć na te jasne, bo jest ich naprawdę dużo.

A muzyka? Z Nigelem chyba jednak o to chodziło.


Jest wybitnym i świetnym muzykiem, to przede wszystkim. Cały ten rock and roll był z dwóch powodów. Po pierwsze - chociaż to mniej istotne - były warunki do tego, bo Nigel zapewniał niemal wszystko, sushi, kurczaki, wódka, wino, piwo, no limits! Jednak przede wszystkim to była kwestia koncertów, koncerty w Royal Albert Hall, Sydney Opera House. W Sydney zagraliśmy 4 dni dzień po dniu, po 2500 ludzi na każdym koncercie, czyli łącznie 10 tysięcy ludzi. Grając muzykę Ellingtona i Bacha miałem w każdym koncercie open solo. Grałem wtedy co prawda na koktajl secie, co nie zmienia faktu, że miałem to solo. Ktoś, kto przychodzi na ten koncert, widzi gościa z Polski, który gra solo, co znaczy, że przez 4 dni byłem zauważony przez 10 tysięcy ludzi! Na drugim końcu świata. To było tak kręcące, że później robiliśmy, co robiliśmy. To nie była wyłącznie zabawa, to była zabawa po sukcesach. A nie zabawa i kiepski koncert. Obserwuję w naszym kraju i zresztą nie tylko, że wiele zespołów koncentruje się na tym, co jest wokół koncertu i po koncercie niż na tym, co jest w czasie koncertu. Bardzo często przerost formy nad treścią. Kennedy zawsze mówił, że party jest dlatego, bo koncert to jest święto. Dlatego dbał, żebyśmy byli dzień przed graniem i nie wyjeżdżali zaraz po graniu, bo trzeba świętować sukces. Oczywiście, raz były lepsze, raz gorsze koncerty, ale generalnie były super i mieliśmy powód do balowania. Jak grałem z Kennedym to miałem trzy dni zajęte na jeden koncert.

Był taki incydent z koszulką Aston Villa...


Nigel był wielkim fanem klubu Aston Villa i wymyślił sobie, że naszymi ubraniami na scenie będą koszulki Aston Villi. Zrobił nam specjalne koszulki z nazwiskami na plecach, mam ją do dzisiaj. Świetnie się w takich koszulkach futbolowych gra, bo one oddychają, ale gorzej jest później. Po jednym festiwalu poszliśmy po koncercie do baru, a tam ochroniarz do mnie, że fani piłki nie mają wstępu, to ja tłumaczę mu, co i jak, że tu grałem na festiwalu, a teraz chcemy po prostu nawalić się przy barze. Nie miałem żadnej koszulki na przebranie, więc powiedział tylko, żebym zapiął bluzę, żeby nie było widać tej koszulki Aston Villi, bo tu kibice innych drużyn też są i będzie zaraz dym. Niestety, po 15 minutach stania przy barze, było mi tak gorąco, że miałem to w du*ie i nie będę się pocił, a ochroniarzy było tylko trzech (śmiech). No i zaczął się dym, ktoś mnie pchnął, ktoś na mnie skoczył. Jeszcze przy sikaniu ktoś mnie tam potrącił, więc dostałem białej gorączki, bo zobaczyłem, że to jakiś rudy cwaniak, no to lecę na niego. Na szczęście pojawił się mój przyjaciel Piotr Wyleżoł, który zawsze wiedział, że jak ja gdzieś wychodzę to on woli iść za mną (śmiech). W ostatniej chwili mnie odciągnął i do knockdownu nie doszło. Następnego dnia tour manager powiedział mi, że tamten Anglik złożył zażalenie, że ma złamaną szczękę w czterech miejscach i zrobił sobie prześwietlenie, a ja mam wielki problem. "No jak to?". Przecież ja go nie trafiłem! Okazało się, że blefował. W takich chwilach Nigel był bardzo pomocny, wstawił się za mną i wszystko dobrze się skończyło. Zawsze nas wspierał w podobnych sytuacjach, a tutaj jeszcze przecież chodziło o kibica Aston Villa, a nie jakiegoś tam Krzyśka Dziedzica.

Czy w takich trasach koncertowych, pełnych różnych zdarzeń, nie tylko muzycznych, jest w ogóle jakaś przestrzeń na to, by ćwiczyć?


Oczywiście, że tak! Zacząłem zauważać, że nie mogę siedzieć do samego końca imprezy, mimo, że często razem z Nigelem siedzieliśmy do 6 rano. Tylko, że o 10 budził mnie dźwięk skrzypiec. On ćwiczył, wstawał i ćwiczył. Potrafił przesunąć samolot o kilka godzin, bo nie miał czasu poćwiczyć rano. Siedzieliśmy do 6 na super party, gdzie byli goście, a gości trzeba ugościć i nie było powodu, żeby kończyć imprezę. Nie zmienia to faktu, że pierwszą rzeczą, jaką zawsze robił, zawsze, to było ćwiczenie! Jak nie poćwiczył, to leciał następnym samolotem. Właśnie głównie z tego powodu sam zacząłem przestawać korzystać z alkoholu, bo z wiekiem zacząłem mieć problemy dzień po. Fajnie, fajnie, jest impreza, ale ja na drugi dzień nie mogę spojrzeć na pałki i padzik. Zdycham i w pewnym momencie powiedziałem sobie, że mam już dość zdychania, dlatego na trasie te dwie godziny dziennie mogę poćwiczyć, bo paradoksalnie mam do tego warunki, a nie mam ich za często w domu. Pod koniec trasy, jak już zakończyłem spożywanie, żyło mi się super w hotelach. Siłownia, basen i ćwiczenia. Miałem nawet taki komfort, że kilka godzin przed koncertem mogłem przyjechać i sobie pograć, a to nie jest takie oczywiste. Dlatego też da się ćwiczyć, tylko przeszkadzają w tym używki. Wszystko da się poukładać. Dużo czasu traci się w trasie i to też był taki sygnał, że mogę przecież sobie wziąć jakiegoś "Pracika" (John S. Pratt) i wyćwiczyć z nudów go tak, jakbym go w domu nigdy nie wyćwiczył.

Natural grip...


Powstał z potrzeby. Zauważyłem, że mam wielki problem z trzymaniem pałek w momencie podekscytowania na koncertach - z powodu chociażby dużej ilości płci pięknej słuchającej, która zawsze była dla mnie największą inspiracją do grania. Tak na marginesie, pamiętam, że najgorszy koncert to ten w koszarach, w Katowicach, 400 żołnierzy… Ale nam nie żarło! (śmiech). Jedyna dziewczyna to nasza wokalistka, więc jak tu grać dla sali pełnej łysych pał w moro?! Ale wracając, miałem taki problem, że jak mi się pociły ręce, to wypadały mi pałki. Trzymałem pałkę tak, jak mnie w szkole uczyli, pomiędzy kciukiem a pierwszym zagięciem palca wskazującego, nie używając pozostałych palców, taki trochę Matched Grip. Niestety, gdy zaczynały mi się pocić ręce, pałka uciekała i nic nie byłem w stanie zagrać, a już na pewno utrzymać w tej pozycji. Zacząłem mocno zwracać na to uwagę i przyglądać się mistrzom. Zwróciłem uwagę, że wielu z nich, szczególnie czarnych, trzyma pałkę trochę inaczej niż ja, co ciekawe, mocno grający rockowcy też - jakby całą ręką. Ponieważ pałka uciekała mi właśnie w to miejsce, gdzie jest Natural Grip, zacząłem tak właśnie ćwiczyć.

Jednocześnie zacząłem bardzo wnikliwie studiować Moellera i dotarłem do informacji, która dotyczyła starego chwytu, sposobu nazywanego Weak Fingers, polegającego na trzymaniu pałki 4 i 5 palcem w praktycznie otwartej dłoni. Trochę tak, jak trzyma się pałki do Marimby. Ten stary chwyt w połączeniu z moją dotychczasową wiedzą doprowadził mnie do Natural Grip. Elvin Jones, Max Roach, Art Blackey, Jack DeJohnette, Tony Williams, Cozy Powel, jak i wielu innych mistrzów właśnie tak gra. Ich kciuk jest położony w innej pozycji, nie tak, jak w naszej klasycznej szkole, lecz kontroluje pałkę tak jakby bokiem i co najważniejsze nie dociska pałki i nie napina ręki. Zobaczcie Dave’a Weckla, jak zmienił się sposób trzymania pałek, jest teraz bardzo zbliżony do tego, o czym mówię. Wykorzystuje wszystkie palce, które pomagają w graniu. Taki sposób jest może początkowo trudniejszy, ale ta pałka już mi nigdzie nie ucieknie, bo to jest to miejsce, w które uciekała. Mało tego, jest dużo lepsza swoboda i kontrola, jest dużo lepsze brzmienie, bo pałka nie jest tłumiona. Brzmi jak klawes. Bardzo wielu perkusistów tak gra. Od tego czasu nie miewam już kontuzji, bo taki chwyt daje mi dużo więcej swobody, dlatego polecam go wszystkim szczególnie grającym mocno drummerom. Wielu ludzi odpowiadając na pytanie, jak trzyma pałki, mówi, że stosuje American, German czy French czy Traditional Grip. Ok, ale to są określenia dotyczące pozycji nadgarstka, a nie samego chwytu pałki. Natural Grip to sposób trzymania pałek, który świetnie funkcjonuje z American, French czy German Grip. Nie uważam oczywiście, że ja to wymyśliłem. Ja to zauważyłem i doszedłem do wniosku, że dobrze było to jakoś nazwać. Jak widać nazwa Natural Grip się przyjęła i fajnie funkcjonuje. Noszę się z napisaniem materiału edukacyjnego, takiego elementarza perkusisty, a nazwa Natural Grip stąd, że jak urodził mi się synek, to zauważyłem, że jak łapał pałkę to właśnie w ten sposób, bo było to dla niego bardzo naturalne, dlatego Natural Grip - nie mylić z Traditional Grip!

Do czego prowadzi Natural Grip muzycznie?


Wielu perkusistów zawodowych zaczyna tak grać i ten chwyt stosować. Spotkałem kiedyś Łukasza Dmochewicza, który przyszedł do mnie z pytaniem właśnie dotyczącym chwytu. Jak wiecie, Łukasz jest wybitnym drummerem, który miał wtedy taki moment, jak sam określił - porównywalny do ściany nie do przebicia. Kto zna Łukasza to wie, że to tytan pracy. Pokazał mi, jak trzyma pałki, a ja z nim jako jednym z pierwszych kolegów podzieliłem się swoimi doświadczeniami, dotyczącym Natural Gripu. Przyjaźnimy się do dzisiaj i Natural Grip działa u niego wyśmienicie, a po ścianie, która go blokowała, pozostało tylko wspomnienie. To dla mnie największa satysfakcja i radocha, jak mogę komuś pomóc. Dlatego uważam, że ten grip daje nowe możliwości i jeszcze bardziej rozwija aparat gry.

Daje dużo lepszy sound i super power z jednoczesnym luzem w graniu. Jeśli umiejętności grania tymi wszystkimi znanymi sposobami wzbogaci się o Natural Grip i umiejętnie to wszystko wykorzysta w Moellerze, rudymentach, to słyszę wielką różnicę, głównie w brzmieniu. Poza tym odkąd tak gram nie miałem najmniejszej kontuzji, które wcześniej przytrafiały mi się dosyć często. Koncentruję się na jakości swojego grania, a nie szybkości. Nie chcę grać coraz szybciej, chcę za to podnosić jakość moich uderzeń. Pracuję nad tym, żeby moje jedynki czy dwójki nawet w średnim tempie świetnie brzmiały. Najważniejszy jest sound w graniu, a nie szybkość.

Dążysz do tego, że brzmienie pochodzi przede wszystkim z rąk, a mniej z instrumentu.


Miałem to szczęście, że wiele lat temu dostałem w prezencie super Gretscha, na którym wciąż gram, świetnie brzmi, ale zauważyłem, że grając na chyba wszystkich znanych markach bębnów na świecie, wszędzie brzmię praktycznie tak samo. Brzmienie przynoszę w sobie, a dzięki Natural Grip brzmię jeszcze lepiej. Ja nie tłumię pałki. Brzmienie to kombinacja człowieka, instrumentu i pałki, ona też brzmi, też rezonuje. Natural Grip daje swobodę, dużą możliwość dynamiczną, a ja lubię głośno grać, nie lubię cykać. Uwielbiam głośno grać. Tym chwytem grał też Cozy Powell, którego uwielbiam, on używał takiego miksu "weak finger" i Natural Gripu, i grał zza łba. Genialny perkusista! Nie chcę grać szybciej, nie szukam tego, chcę być efektywny, chcę być dobrym drummerem, który zagra np. Billie Jean /4 on floor/ albo przez 15 minut prosty groove i ten groove cały czas brzmi i buja.

Kiedyś przeszkadzało mi spinanie ręki - gdy pociła mi się dłoń, wylatywała mi pałka. Jak wypadała to chcąc ją utrzymać spinałem rękę, jak spinałem rękę, to spinałem się cały i wtedy zaczynało się wahać tempo. Prosta reakcja łańcuchowa. A teraz to wygląda inaczej. Lubię ćwiczyć i oglądać boks. Szczególnie ćwiczenie interwałowe, które zaadoptowałem z treningów bokserskich. Ćwiczę jedynki albo dwójki przez trzy minuty, jak runda w boksie. I nie jakoś szybko, tylko w jednym tempie, tak na granicy parzenia w rękach, żebym mógł to tempo utrzymać. Widzę, że regularne ćwiczenie nawet w moim starszym wieku przynosi efekty. Następny mit, który chcę obalić to, że "jestem za stary" albo "za późno", bzdura moim zdaniem. Wciąż mam problem z lewą ręką, ale to jest efekt tego, że tyle lat grałem Traditional Grip. To jednak też jest sposób. Niech każdy nauczy się grać swoją wiodącą ręką, a słabsza niech później ją naśladuje, a nie dwoma na raz, taką ja mam metodę. Dużo czasu i energii na to poświęcam, bo brzmienie i zadęcie jest piekielnie ważne.

Jaki to ma związek z instrumentem?


Ważne, żeby instrument nie rozpadał się i nie przeszkadzał przy graniu, bo obecnie, powiedzmy sobie szczerze, bębny większości firm są tak dobre, że nie widzę problemu, że to jest taka firma, taki bęben i taka pałka. Wiadomo, główki wybite nie brzmią dobrze na blachach. Wolę mieć nowe Gładki niż wybite Vic Firthy tylko dlatego, że to niby lepsza marka.

Dałeś się ponieść modzie na vintage?


Gram na starym Gretschu, który jest uważany za bębny Vintage, ale ja go bardziej uważam za High End a nie Vintage, bo to USA Custom. Czy to jest fajne, czy nie… Nie wiem. Ja w sumie też tym brzmieniem się zainteresowałem, chociaż bez jakiegoś większego podniecenia. Lubię grać z DJami i gram to na Gretschu klasyfikowanym teoretycznie jako vintage, a gramy muzykę nowoczesną i nie brzmimy Vintage. Jest to chyba kolejny mit do obalenia. Powiem szczerze, że nawet troszkę mi się to stare brzmienie przejadło i idę trochę w kierunku modern. Ciężko mi określić, czym jest to brzmienie vintage tak naprawdę. Nie uważam, żeby była aż tak wielka różnica pomiedzy starymi a nowymi bębnami. Jestem przekonany, że to stare brzmienie na dobrych nowych bębnach też można uzyskać np. stosując naciągi Fiberskyn, imitujące stary sound bębnów.

Robiąc ślepy test bębnów, przy odpowiednim operowaniu typem naciągów, raczej łatwo wprowadzić kogoś w błąd, używając nawet średniej klasy nowych zestawów.


Też mi się tak wydaje, dlatego to jest może po prostu jakaś moda. A już najbardziej nie podoba mi się to, jak pojawiają się przypadki, że ‘nie ma bębnów Vintage to źle mi się grało’ albo ‘nie miałem swoich bębnów i nie mogłem nic zagrać’. No kurczę, nie zawsze jest taki komfort, by mieć swoje bębny. Poza tym co to obchodzi kolegę z przodu, który gra na gitarze, że ja mam dziś Tamę a nie Yamahę?! My gramy muzykę, a nie jesteśmy na targach, żeby pokazywać, kto na czym gra, masz grać grubo albo cienko, cicho albo głośno i tyle! Dla mnie ważne, by bębny miały dobre naciągi, nie huśtały się, miały dobry hardware. Jakby ktoś mnie pytał, na jakim instrumencie nagrałem płytę, to bym powiedział - na klonowym 12", 14", 20" , bo nie widzę powodu, żeby mówić, że to był Gretsch z któregoś tam roku z tą srebrzanką w środku. Nie wierzę, żeby to miało aż tak wielkie znaczenie. Nie wierzę, że stary instrument zrobiony z tego samego materiału, z tak samo przycinanymi krawędziami, tej samej grubości korpusów różnił się zasadniczo od współczesnych bębnów.

Trzeba przyznać, że na Polish Drummers jest sporo zagorzałych fanów różnych teorii i mocno zapędzają się w ocenach.


Oczywiście, że tak. Sugerują się tym, że jak widzą chłopaka, który ma bębny za 25 tysięcy to już musi grać dobrze, a często nie ma to żadnego znaczenia. Nie wydaje mi się, że to jest klucz do sukcesu. Kluczem jest praca, ćwiczenie, granie, a instrument można dzisiaj kupić tak naprawdę za niewielkie pieniądze i tak go wypieścić, żeby się nie rozpadał i świetnie brzmiał. Zanim dostałem od taty Gretcha, grałem na Amati i to na poważnych scenach. Nie przypominam sobie, aby jakiś akustyk lub kolega z zespołu miał zastrzeżenia do tych bębnów, były świetne. Brzmienia powinno się szukać w sobie. Tylko studiując style mistrzów możemy stworzyć swój własny, niepowtarzalny sound i styl gry. Pamiętam z dzieciństwa “W moim malutkim domu" Hanny Banaszak. Tata zawsze mnie pytał, kto to śpiewa? Pani Hania miała i ma tak rozpoznawalny sound, że już jako mały chłopczyk nie miałem problemu, żeby ją rozpoznać i później, jak zacząłem grać na perkusji i coś tam zacząłem kumać, to zapytałem mojego tatę, jak mam grać, jak Colaiuta, jak Elvin, jak Tony? A on na to, że mam grać tak, jak Hanna Banaszak śpiewa, żeby od razu było wiadomo, że to Dziedzic. To była chyba najcenniejsza lekcja od mojego taty. Nigdy nie chciałem być sidemanem, bardzo ich doceniam, jestem wielkim fanem gry Michała Dąbrówki, Lutka, Czarka czy Artura Lipińskiego, genialni perkusiści. Kolegujemy się, nawet bardzo, mimo, iż mam kompletnie inne podejście do grania. W ogóle zupełnie inaczej myślimy, co byśmy chcieli robić. Oni nagrali 150 płyt, są mega drummerami, wchodzą i ciach, nagrywają, czasami - kiedy trzeba - reagują na prośby realizatorów i producentów, żeby zagrać tak lub tak. Ja chcę, by od razu było wiadomo, że to ja gram na perkusji i dbam o to, żeby być w zespołach, gdzie mogę kreować brzmienie. Tak to czuję, tak to słyszę i tak chcę grać na perkusji. To jest dla mnie najważniejsze.

Nie zamykasz sobie tym pewnych dróg?


No nie. Nie zmienia to faktu, że biegle czytam nuty, jestem w stanie zagrać wszystko, o co mnie ktoś poprosi. Na szczęście jeszcze nie muszę szukać takich rzeczy jak praca jako sideman. Na pewno też wolałbym stanąć na bramce w dyskotece niż grać disco polo albo muzykę, której nie chcę grać. Jeżeli ktoś tak chce, to niech sobie tak robi, ja wolałbym nie grać gówna dla pieniędzy, tylko robić inne rzeczy, a grać sobie muzykę, którą kocham. Pieniądze są efektem a nie powodem, dla którego gram. Żyję z grania, ale nie myślę o muzyce pod kątem pieniędzy. Myślę, żeby jak najlepiej zagrać i wierzę, że jak będzie dobrze, to pieniądze i tak przyjdą. Jak muzyka jest szczera, wiem, że to zadziała. Nie bardzo lubię słuchać muzykę, którą nagrałem, słucham jej, jak gram lub nagrywam, ale nie zmienia to faktu, że wierzę w nią bardzo. Wierzę, że jak zagram dobrze na jednym festiwalu, to pojawią się kolejne dwa. Byłem pełen obaw, czy się będzie podobać, bo to nie jest muzyka łatwa. Ale jest to muzyka, wynikająca z głębi mojego serca i nawet jak zabierałem się za nią to nie wiedziałem, że ostatecznie taka będzie, no ale taka wyszła i chyba po raz pierwszy jestem zadowolony z tego, jak brzmi i jak wyszła. Mam na myśli mój pierwszy solowy album pt. Tempo.

Ludzie są najważniejsi?


Najważniejsi. Dlatego bardzo się cieszę, że teraz w moim życiu następuje taka naturalna selekcja. Strasznie się wykruszyła ta grupa "kolegów i przyjaciół". Jak grałem z Kennedym to miałem samych "przyjaciół", którzy chcieli wejść na koncert za darmo i teraz jak pojawiło się w moim życiu trochę gorszych i słabszych chwil, to wielu się odwróciło, kiedy zobaczyli, że nie ma interesu się ze mną kolegować, I to jest super, powstała naturalna selekcja. Ludzie są najważniejsi, bo z nimi siedzę w samochodzie w drodze do Gdańska. Nienawidzę też grać do ciemnej sali. Nie są mi obce i bez znaczenia sprawy energii, jaka drzemie w ludziach i tego, że jedni się przyciągają, a inni odpychają. Strasznie mi się podoba to zjawisko, które zachodzi podczas grania koncertów. 300 umysłów, które przez cały koncert skoncentrowanych jest na kilku gościach na scenie. Zachodzi wtedy takie metafizyczne zjawisko wymiany energii Ja to bardzo czuję i jestem od tego uzależniony.

A granie na żywo w Internecie?


Ech, no wiesz, to tak, jak na Polish Drummers już parę razy pytano, czy nie nagram jakiegoś filmu. Jak nagram jakiś film to zrobię to profesjonalnie, wydam jako DVD, jako materiał, z zawodowcami, a nie z telefonu coś tam pierdyknę. Po to robię te warsztaty i jeżdżę po kraju, żeby przyszedł ten, co naprawdę chce się coś dowiedzieć, żeby pogadać, żebym ja to pokazał, a nie nagrywał filmiki. Dziś można nagrać takie filmiki do Internetu nie umiejąc grać. Aż szkoda gadać. No taka prawda! Teraz jest, powiedzmy, taka plaga z racji, że jest to takie proste, ale nie przekłada się to na jakość.

Ciekawy był też eksperyment, związany ze stworzeniem grupy Jak Nie Grać Na Bębnach. Reakcja była przerażająco wielka.


Z jednej strony pojawiły się osoby, które faktycznie chciały walczyć z niekompetencją, ale jednak szybko zaczęły przeważać osoby, które chciały się żywić "hejtem". Nie tutaj, nie w tym kraju, gdzie procent chęci żywienia się "hejtem" jest tak wielki, że to nie miało sensu. Nie mogłem uwierzyć, ile ludzi chce momentalnie dołączyć.

Wracając do twojego charakteru i współpracy z ludźmi - dotyczy to nie tylko muzyków, ale też technicznych, akustyków i tych, co dostarczają ci sprzęt.


Ze mną jest trochę jak z lustrem. Odbijam to, co jest we mnie skierowane. Jak ktoś jest dla mnie miły, to jestem miły, a jak ktoś nie jest dla mnie miły, to… Jestem Bliźniakiem, mam dwie osobowości, mogę być super gościem i mogę być tragedią. To wszystko zależy, jak ktoś do mnie podchodzi i mnie traktuje. Tego się nauczyłem przez lata, że jak jadę w trasę to muszę być w jakichś relacjach z gościem, który gra na basie, z akustykiem, monitorowcem, kierowcą, tour managerem. Jak ja się z nimi nie koleguję, to owszem, mogę im powiedzieć, żeby spadali na drzewo, ale później muszę liczyć się z tym, że ściągnie mi bas i się odwróci, jak będę do niego machał. Kiedyś za jednego się wstawiłem, bo mam charakter Robin Hooda i bardzo nie lubię, jak ktoś się przyczepia do słabszych i źle ich traktuje, bo są słabsi. Wtrącam się momentalnie bez względu na konsekwencje. W efekcie cwaniczki zostały pogonione, a ja zyskałem przyjaciela. Później, jak mi sprężynka w stopce pękła podczas grania, to zdążyłem tylko powiedzieć "o kur…", a on już mi stopkę naprawiał, chociaż robił tak naprawdę monitory. Ważna jest umiejętność bycia z ludźmi. Kiedyś miałem to gdzieś, ale teraz, jak przyszedł ten moment oczyszczenia, to doszło do mnie, jakie to ważne.

Ta relacja z ludźmi to też ważny wątek twojej współpracy z Meinlem. Mamy okazję dać na papier twoje oficjalne stanowisko w tej sprawie.


Tak. Powodem zakończenia mojej współpracy z Meinlem nie jest to, że coś jest z Meinlem. Meinl robi wybitne blachy, to są świetne talerze, były świetne i będą świetne. Ludzie, z którymi współpracowałem przez tyle lat, doprowadzili do tego, że czułem się jak Buddy Rich, jak król, bo Konrad Iwan i Norbert Saemann spowodowali, że przez te prawie 10 lat naszej współpracy czułem się naprawdę wspaniale. Ani przez moment nie poczułem, że jestem jakiegoś gorszego sortu, bo nie wierzę w te mity dotyczące wysyłania do Polski gorszego sortu np. pałek. Moim zdaniem to jest bzdura, mimo tego, że zawsze może się zdarzyć kosz gorszych pałek, ale taki sam kosz może trafić na rynek amerykański. Meinl mnie traktował niesamowicie dobrze, pomijając brzmienie talerzy, które mnie zachwycało. W momencie, gdy nastąpiła w firmie nowa zmiana i powstał Meinl Distribution, to przestało się tak dziać, jak było dotychczas. Pojawili się nowi ludzie odpowiedzialni za kontakt z artystami. Proporcjonalność ilości endorserów zrobiła się straszna, nagle pojawiło się ich bardzo wielu, perkusistów bardzo młodych, którzy zaczęli być ogłaszani jako endorserzy. Strasznie nie podoba mi się obecna moda i polityka tej firmy, polegająca na promowaniu drummerów, którzy tak naprawdę jedyne co osiągnęli, to ileś tam lajków na FB albo są atrakcyjnymi dziewczynami. Mimo tego, iż wielu z nich bardzo dobrze zaczyna grać, to są na początku drogi, a endorsement to zaszczyt, który powinien być zarezerwowany dla doświadczonych drummerów.

Dzisiaj w Meinlu widzę endorserów, o których dowiaduję się właśnie od Meinla. Bardzo często nie grają oni z nikim. Wielu z nich nie nagrało nawet jednej płyty. Dlatego zacząłem mieć takie uczucie, że te blachy są świetne, ale zaraz będą w Tesco i Biedronce, a polityka firmy kojarzy mi się ze sprzedażą Amway i Avon. Bardzo mi się to nie podoba i nie chcę być częścią tej firmy. Wszystko się kiedyś zaczyna i kończy, i tak było tutaj, a powodem nie jest instrument, co jeszcze raz chciałbym podkreślić, tylko ludzie. Niestety, ostatnio wiele się zmieniło i nie mogę już współpracować z panami, których wymieniłem. Pojawili się nowi, których zachowanie nie tylko w stosunku do mnie, ale też kilku moich kolegów, jest niedopuszczalne. Nie mówię, że ci ludzie są źli, ale jest tak, że nasze energie się ścierają, nie przyciągają, więc żeby nie doszło do czegoś, co mogłoby być nieodwracalne w skutkach, lepiej sobie powiedzieć “bardzo dziękuję". Jeszcze raz chcę przy tej okazji podziękować za wspólnie spędzone lata wspaniałemu Norbertowi Saemannowi i Konradowi Iwanowi.

Twoja edukacja muzyczna to stanowczo kolorowy temat warty opowiedzenia. Zacznijmy może od Bielska…


W szkole muzycznej w Bielsku nie było dla mnie zbyt dobrze, powiedziałbym nawet, że bardzo źle. Nauczyciel zabraniał mi chodzić na karate, tenis. Zabraniał mi grać na perkusji, bo to jego zdaniem manierowało, chciał mi ściąć kucyk, który sobie zapuściłem tak, jak miał Weckl, ale tu tata powiedział, że jak mi go utnie, to on przyjdzie i to wyjaśni (śmiech). Moi rodzice zawsze mnie bardzo wspierali, tata był muzykiem, a mama nauczycielką polskiego i dlatego taki jestem, muzyk z wielka pasją, jaką jest nauczanie. Niestety, oboje już nie żyją i strasznie mi ich brakuje....

Twoje pokolenie zawsze powtarza o tym zakazie gry na zestawie. Wydaje się to kompletnie absurdalne. Skąd się brał ten zakaz?


Niewiedza nauczycieli. Nie wiedzieli, że granie na zestawie nie manieruje, że to jest bzdura. Bo co to manieruje? Pozycję przy ksylofonie? Pozycję przy wibrafonie? Tylko, że ja nie chcę zostać wibrafonistą. Dzięki mojemu tacie nie zostałem. Jak sobie wybiłem zęby, to nie mogłem zostać trębaczem, ale ciągnęło mnie do melodii, więc stwierdziłem, że będę grał na wibrafonie. Wtedy tata powiedział mi: "A dla kogo chcesz grać na tym wibrafonie? Pogięło cię? Z czego będziesz żył? Graj na bębnach! Bo nie ma bębniarzy w Polsce!". W tamtych czasach faktycznie było mało drummerów, którzy przychodzili i grali. I tak to poszło u mnie. Wiesz, dużo było też dobrych rzeczy w tej szkole muzycznej, to na pewno, bardzo dużo, tylko, że ta niewiedza przeszkadzała. Teraz się to trochę zaciera, odchodzą ci nauczyciele, pojawiają się nowi. Wtedy jednak to było dla mnie niezrozumiałe. Wstawałem o 5 rano i brałem hardware do plecaka, bo nauczyciel zamykał nam na klucz stopkę i hi-hat i nie mogliśmy grać do południa. No kurde… Chował nam Pratta, ćwiczenie zadęcia pod kątem zagrania tremolo… Tremolo, żeby rączka nie drżała… No niewiedza, po prostu niewiedza, bo teraz trzeba chyba być arcydebilem, żeby tak się zachowywać w stosunku do uczniów.

Kiedyś miałem zastępstwo w pewnej znanej orkiestrze symfonicznej. Podczas Bolero Ravela zobaczyłem, że perkusista grał pieniążkami, żeby było ciszej, no nie, pomyślałem, świat się kończy. Dwie dwójeczki i klepał. Ja miałem na szczęście świetnych kolegów i przy nich jakoś to poszło. Tak naprawdę wszystko się zaczęło głównie od Marka Olmy, on miał technikę masakryczną, niesamowitą. To był pierwszy gość, którego widziałem na bębnach. Dał mi też pierwszą kasetkę VHS m.in. z Cozym Powellem. Poza tym, mój ojciec postawił sprawę jasno, że jak chcę grać na bębnach, to muszę po prostu mieć piątkę z ksylofonu. No to chyba lepiej mieć piątkę z ksylofonu i grać na bębnach, niż pójść i je*nąć kolesiowi w zęby, bo co to za problem nauczyć się jakiegoś Marszu Tureckiego.

Ale ze szkoły wyleciałeś…


Zostałem wyrzucony z dnia na dzień. Za zachowanie, ogólnie. Rozrabiałem, biłem się z innymi rówieśnikami, jak i często ze starszymi. Pamiętam, jak jeden z nauczycieli przyszedł do mnie i powiedział, że jego synek będzie się teraz uczył grać na perkusji, więc chętnie odkupi ksylofon i werbel. Ja na to, że jak mnie wyrzucili ze szkoły, to nie znaczy, że nie będę grał, a on: "Stary, to już po tobie, najbliższa szkoła w Katowicach. Koniec kariery, do widzenia, idziesz do zawodówki." Ale ja nie poszedłem do zawodówki, tylko właśnie dzięki moim rodzicom pojechałem do Katowic. Najpierw mieszkałem w internacie, z którego oczywiście mnie wyrzucili, potem zacząłem dojeżdżać i tam spotkałem się ze słynnym Piątym Wydziałem, ale wcześniej jeszcze liceum, gdzie miałem wspaniałych nauczycieli, Krzysztofa Jaguszewskiego i Romana Gawlika. Świetny kotlista, który zwrócił mi uwagę na wiele rzeczy, o których nie było wtedy mowy w bielskim liceum, poza tym nic nie mówił złego na temat zestawu. Poznałem też wspaniałego człowieka prof. Stanisława Proksę, który zawsze mi pomagał. Tak czy siak ogólnie dostęp do wiedzy w tym okresie był praktycznie zerowy. Nie było tak, jak teraz, że warsztat goni warsztat i wszystko jest w Internecie.

Czy nie uważasz, że to jednak takie przysłowiowe "z deszczu pod rynnę"? Obecnie jest sporo niekompetentnych nauczycieli z racji tego, że każdemu się wydaje - przy takiej ilości dostępnych materiałów - że każdy może uczyć.


Dokładnie. Można teraz zrobić wokół siebie wielki PR, nie umiejąc tak naprawdę zbyt wiele. Zrobić sobie fanpejdż i pełno lajków, bla, bla, bla bla, a summa summarum nie wiedzieć nic. Ktoś, kto szuka nauczyciela, natyka się na takie coś i co widzi? Cyfry i ilości, a to przecież żaden problem ściemnić. Stąd biorą się ci "nauczyciele". Mój dziadek był profesorem języka polskiego i pracował także w komisji rewizyjnej. Jako przewodniczący tej komisji jeździł po szkołach i sprawdzał kompetencje nauczycieli. Wiele rzeczy było fatalnych za komuny, ale to akurat jedna z tych rzeczy, która mogłaby być teraz. Zobacz, w każdej firmie masz różne szkolenia. Dlaczego nie może tak być z nauczycielami, gdzie będą kontrolowani, oceniani i ich kwalifikacje będą podnoszone. A przecież wiele razy słyszało się tekst w stylu: "A ch*j, jak coś to będę uczył w szkole…". No o czym my mówimy!

No dobrze, a prywatne nauczanie, bo tych szkół i nauczycieli jest wszędzie pełno, a jak się okazuje, wiele osób to zwykli szarlatani.


Tak. Tak jest, dlatego cieszę się, że jest Polish Drummers, bo mam wgląd w to, co się dzieje. Wierzę w ludzi, a nie w system czy politykę, więc jak jest jakiś taki szarlatan, to on raz dwa się sam wyeliminuje. Ryzyko jest tylko takie, że jak przyjdzie do niego chłopak i zanim się zorientuje, o co chodzi, to straci dwa lata. A patrząc tak pod kątem warsztatowym przyznać muszę, że dużo większy problem mam z ustawianiem zadęcia z kimś, kto już ma ustawiony i go zmienić, niż z kimś, kto w ogóle nie grał. Ci, co nie grają, grają od razu, a ci, co mają wbite do głowy jakieś mądrości, to jest bardzo ciężko. Ciąży na mnie duża odpowiedzialność, jak to wcześniej podkreśliłeś w rozmowie, żeby z racji Polish Drummers nie przechodzić obok bzdur i mitów. Staram się zaszczepić w ludziach to, by skoncentrowali się na tych prostych rzeczach. Trzeba jednak też tu oddać, że są szkoły, a raczej środowiska, gdzie ludzie chcą się nauczyć, że są super nauczyciele, którzy chcą się rozwijać. Np. w Suwałkach jest Rafał Marczyk, wszystko ogarnia, jest plan, lista i jest robota, pokora, bo tam wszyscy chcą się uczyć. Zapraszają mnie często i mimo, że to drugi koniec kraju, to jadę zawsze chętnie, bo chłopaki od Rafała robią postępy i cały czas się rozwijają.

Wracając do twojej szkoły, musieliście się przecież sprawdzać w akcji, bo teoria teorią, klasyka klasyką, ale trzeba było się szlifować na scenie.


Granie na studiach pod skrzydłami Adama Buczka było świetne z racji dostępności materiałów, jakie przywiózł do Polski. Adam to wspaniały człowiek i to od niego dowiedziałem się m.in. o Moellerze. Bardzo dużo mnie nauczył i jestem mu za to wszystko, co mi przekazał, dozgonnie wdzięczny! To była jednak nauka, bo w realnej walce sprawdzaliśmy się w klubie u Janusza Muniaka na Floriańskiej, gdzie jeździliśmy grać koncert za stówkę dziennie, a co niektórzy wybrani dostawali ewentualnie zwroty za pociąg. Graliśmy z Muniakiem jazz, straight ahead, gdzie sztuką nie było granie nie wiadomo jak na bębnach, tylko granie swingu i walkingu. Zagranie czterech ćwiartek na talerzu, przez trzy godziny, okazywało się wielką sztuką…

Takie życiowe Whiplash?


No kurde, stary, on nas tak przeorał! Gdyby nie uniwersytet muzyki u Janusza Muniaka na Floriańskiej to my byśmy dzisiaj tak nie grali. Stary, nie byłoby mnie, Łukasza Żyty, mojego wielkiego przyjaciela. Potem dołączył do nas Michał Miśkiewicz. Razem studiowaliśmy we trójkę u Adama, ale wszyscy tak naprawdę uczyliśmy się jazzu od Muniaka. Na pewno tak byśmy nie grali, gdyby nie Muniak. To tam się nauczyłem słuchać muzyki, to tam Muniak puszczał mi Coltrane’a, Davisa, Arta Taylora, pokazywał mi, co mam grać, czego ode mnie oczekuje. "Ty mi tu swinguj na blaszce!" (śmiech). O takich praktycznych rzeczach, o jakich się dowiedziałem od Janusza Muniaka, nie dowiedziałem się od żadnego bębniarza. Umieliśmy oczywiście różne zagrywki i techniki, bo Adam Buczek nam to wszystko podawał, jedni ćwiczyli więcej, inni mniej, ale w praktyce to Muniak wymagał od nas trzymania ćwiartek na hi-hacie, tak, żeby to szło. Chętnie to podkreślę, że moim zdaniem, najtrudniejszą rzeczą w grze na perkusji jest umiejętność swingowania. Potem był Piotr Wojtasik, u którego w zespole miałem przyjemność grać. Myślę, że właśnie Piotr Wojtasik ma największą wiedzę, dotyczącą jazzowych bębnów w tym kraju i co najważniejsze potrafi ją przekazać. Mam wielki szacunek do takich drummerów jak Daray, nie jestem fanem takiej muzyki, ale mam szacunek, szczególnie, jak grana jest tak, jak gra Daray albo Pawulon. Mimo wszystko jestem przekonany, że najtrudniej jest wziąć jedną pałkę, siąść za zestawem tzw. włoskim, czyli werbel, hi-hat i talerz i trzydzieści-trzydzieści… żeby szło. Dlatego zachęcam i apeluję do wszystkich drummerów - nauczcie się najpierw prostych rzeczy!

Kto dalej pociągnął twoją praktyczną edukację?


Dalej byli Jarek Śmietana, Heniu Miśkiewicz, Wojtek Karolak, no i Tomasz Szukalski. Tomasz to największy muzyk, z jakim kiedykolwiek grałem. Zawsze mówił, że w graniu ma być naprężenie, że bębniarz musi grać grubo, nie może puchnąć! "Szakal" był niesamowity, historie, jakie z nim miałem, to temat na całą książkę. Nauczył mnie też, że najciekawsze rzeczy wychodzą wtedy, jak się pomylisz, jak wychodzisz z tych błędów. Nie sztuką jest się nie mylić, sztuką jest umiejętne wychodzenie z pomyłek. Poza tym w muzyce chodzi o to, żeby poprzebywać ze sobą.

Nie zapomnijmy o konkursie Hit Like A Man.


Tak, fajnie, że się zjechało i pojawiło tylu perkusistów. Wspaniali młodzi drummerzy, ale co najważniejsze spędziliśmy super czas razem i myślę, że to dla nas wszystkich była wielka lekcja. Dla młodych, jak i starych. Trzeba tu podkreślić duże wsparcie, jakie miałem od Rolanda, świetna robota w dużej mierze dzięki Mariuszowi Mocarskiemu, z którym ostatnio często prowadzę workshopy. Mariusz to super gość i świetny muzyk. Ten mój konkurs to też taka szpileczka w słynny konkurs Hit Like A Girl, tym bardziej, że u nas jeszcze jakaś feministka wyskoczyła, czy się nie wstydzimy, bo "jak to można bić kobiety?!". No tak trochę odleciała za bardzo (śmiech). Pojawił mi się plan na przyszłą edycję.

Czego ci brakuje we współczesnych bębnach?


Za dużo jest perkusistów, którzy są tworami Internetu i technologii. Mamy problem z komunikacją, co jest dziwne przy takich możliwościach. Wolimy wysłać sobie wiadomość niż usiąść przy kawce i pogadać. Ważna była dla mnie ostatnia trasa do Stanów. Byłem tam z ludźmi, nie siedziałem na Fejsbuku. Siadłem na Manhattanie w Harlemie, patrzyłem, widziałem, jak reagują ci ludzie, jak grają, co mówią i co myślą. Odczułem też to, że w tych milionach głów jest ta jedna myśl - sukces! Niezależnie od dziedziny. Tam się przyjeżdża, by osiągnąć sukces, idziesz przez Manhattan i to czujesz. To bardzo motywuje. Oczywiście, siedzą ludzie z telefonami, ale tam się chodzi do klubów, jest granie za bilety, co u nas się przyjęło jako policzek.

Trzeba wiedzieć, gdzie jest granica między zarabianiem a pasją, można to wypośrodkować?


Wiesz co, dwa dni temu na ten temat rozmawiałem, na przykładzie moich przyjaciół braci Golec, z którymi chodziłem do klasy. Oni dlatego robią to, co robią, bo wywodzą się z bardzo biednej rodziny, a ja robię to, co robię tylko dlatego, że mogłem w młodym wieku sobie na to pozwolić dzięki moim rodzicom. Oni dzisiaj osiągnęli to, co osiągnęli dzięki temu, że obudził się w nich ten zmysł ogarniania tematu finansowego w wieku lat 18. U nich to się pojawiło wcześnie, że muzyka muzyką, ale z czegoś trzeba żyć… Ja miałem inne tło i mogłem robić to, co robiłem. Teraz dzieli nas wielka przepaść, jeżeli chodzi o finanse, gramy inną muzykę, ale bardzo się przyjaźnimy i ja ich bardzo cenię, mimo, że grają inną niż ja muzykę, bo robią to na bardzo wysokim poziomie. Kiedyś usłyszałem, jak ktoś powiedział: nie ma złej muzyki, jest tylko źle zagrana.

Trzeba mniej się mądrzyć, a więcej grać z innymi?


Przede wszystkim. Dziś mamy dostęp do takiej ilości materiałów, że niemal są niemożliwe do przerobienia. Na warsztatach, jakie prowadzę, opowiadam czasami o tych wszystkich jakże ważnych aspektach życia, ale zasadniczo nie mówię jakichś cudów, bo staram skupić się na konkrecie i podstawach. Uczniowie często pytają, jak długo jeszcze mają ćwiczyć jedynki i dwójki? Całe życie - taka moja odpowiedź.

A co jest jest najważniejsze w życiu?


Wszystko to, co dzieje się w moim muzycznym życiu, jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki wielkiemu wsparciu moje żony i dzieci. Mam dwie córki i syna Milana, który jest moim największym przyjacielem! Bez ich wsparcia i miłości prawdopodobnie bym już nie żył. Kiedyś myślałem, że najważniejszą rzeczą w życiu jest dla mnie muzyka, ale odkąd mam rodzinę, to ona jest najistotniejsza i najważniejsza. Bez niej nie mógłbym grać. Niestety, w swoim burzliwym okresie bardzo ją zaniedbywałem, gdyż pochłonięty byłem muzyką i życiem w trasie, które wiadomo, z czym się wiązało. Na szczęście parę lat temu uświadomiłem sobie, co jest dla mnie tak naprawdę istotne. Nie granie, chlanie, ćpanie, rozrabianie i balangowanie na takim poziomie, że niejeden rockowiec wysiadał i uciekał, bo nie wytrzymywał tempa. Najważniejsza jest rodzina!!!! Dzięki Bogu udało mi się to w końcu zrozumieć i mam nadzieję, że uda mi się naprawić to, co tak permanentnie przez lata niszczyłem. Niech to podsumowanie będzie moją radą dla młodych muzyków, którym się wydaje, że muzyka jest najważniejsza. Owszem, może być, ale jak już zdecydujecie się założyć rodzinę, to dbajcie o nią najlepiej, jak możecie. Nie ma nic ważniejszego od kochającej rodziny i domu, do którego można wrócić z trasy. Wiem jedno. Gdybym nie miał żony i rodziny, to nie mógłbym udzielić tego wywiadu, bo po prostu już dawno bym nie żył. Peace.


KRZYSZTOF DZIEDZIC

URODZONY: 1975
WZROST: 175 cm
KATEGORIA WAGOWA: Jazz, Funk, R’n’B, Electro, Dnb
DEBIUT NA RINGU AMATORSKIM: 1990 Straight Ahead zespół z braćmi Golec
DEBIUT NA RINGU ZAWODOWYM: 1994 Jazz Jamboree z Big Bandem AM w Sali Kongresowej, 1996 Piotr Wojtasik Quintet Jazz Nad Odrą
NAJMOCNIEJSZA STRONA: Cały czas nad nią pracuję, każdego dnia, ale jest nią zdecydowanie "my personal own sound & style".
NAJSŁABSZA STRONA: Niestety, tak kocham muzykę, że nie potrafię się powstrzymać, jak ktoś mi to utrudnia i ją psuje. A jak do tego jest niemiły i chamski, to niestety wybucham. Kiedyś nie wytrzymałem i palnąłem akustyka. Mimo, iż zasłużył, bardzo żałuję i wiem, że to najsłabsza moja strona, czasem nie mogę się powstrzymać. Na szczęście to było bardzo dawno temu. Teraz gram tylko z najlepszymi… na wszelki wypadek (śmiech).
NAJWAŻNIEJSZA WALKA: Każdy koncert jest tak samo ważny, tak, jakby był ostatnim, ale te w Royal Albert Hall, Sydney Opera, Ronnie Scott, Dizzy’s w Nowym Jorku czy Tokio są na pewno niezapomniane.
NAJBOLEŚNIEJSZA PORAŻKA: Jak ten akustyk, co dostał, nie wstawał…
NAJWAŻNIEJSZE SERIE WALK BEZ PORAŻKI: Nie wiem, czy najważniejsza, bo z trasą tak samo jak z koncertami, ale na pewno najdłuższa, czyli 3 miesiące z Nigelem Kennedym. Ostatnia trasa w USA, myślę, że to był przełomowy moment w mojej karierze. Jak dla Araba jest Mekka, tak dla mnie jest Nowy Jork. Postanowiłem zrobić band i tam zagrać trasę.
NIEDOŚCIGNIONE WZORY: Art Blakey, Elvin Jones, Tony Williams, Jack DeJohnette, Ed Blackwell, Roy Haynes, Keith Moon, Bernard Purdie, James Bradley Junior, Steve Gadd, Dave Weckl, Vinnie Colaiuta, Brian Blade, Cozy Powell.
Z KIM CHCIAŁBYŚ SPOTKAĆ SIĘ NA RINGU: Steve Wonder, Wayne Shorter, AC/DC, Jazzy Jeff, Pharrell Williams, Outkast, Squarepusher, Herbie Hancock
KLUBY: Liceum muzyczne Bielsko-Biała (relegowany za zachowanie), Szkoła Muzyczna im. Mieczysława Karłowicza w Katowicach, Liceum Muzyczne im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, Akademia Muzyczna im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.

Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Marcin Pawłowski
Serdeczne podziękowania dla klubu bokserskiego Ring Bielsko.

Wywiad ukazał się w numerze kwiecień 2017





Reklama