Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 8. Michał Dąbrówka

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Ciężko przedstawić w kilku słowach bohatera niniejszego numeru? Może po prosty przeczytajmy co ma do powiedzenia jeden z czołowych polskich garowych.

Szewc bez butów chodzi - tak mógłbym o sobie powiedzieć w kontekście zamieszczenia rozmowy z Michałem Dąbrówką w kolejnej części naszego Raportu. Kilka razy spotykałem go na ulicy czy też w sklepie lub aptece. Za każdym razem mówiłem sobie, że w następnym numerze porozmawiamy. Jak wiadomo, jest to jeden z naszych eksportowych bębniarzy, o którym wypadałoby wiedzieć nieco więcej, bo pomimo swojego niepodważalnego perkusyjnego statusu, informacji na jego temat nie ma zbyt wiele. W końcu zebrałem się w sobie i pod cichym pretekstem wymiany sprzętu nawiedziłem muzyka u niego w domu.

Okazało się, że miałem nieliche szczęście, ponieważ ciężko było ostatnio Michała uchwycić. Zamknął się w swoim małym studio w podziemiu i niczym alchemik ważył, mieszał, gotował, łączył, dzielił kolejne składniki receptury na nową płytę, która będzie wspólnym wywarem Michała i jego żony Natalii?

Gdy przyjechałem do niego na umówiony termin, spojrzał na mnie ze zrozumieniem i od razu poczęstował kawą, a także zaoferował odrobinę gry za zestawem w ramach relaksu, gdyż miałem wypisaną na twarzy walkę z porannymi warszawskimi korkami.

Gdy zmniejszyłem częstotliwość rzucania inwektywami w kierunku praktyk w ruchu drogowym usiedliśmy sobie w jego salce, gdzie szczęśliwie nie sięgały macki telefonicznego zasięgu. Rozstawione bębny Craviotto i Yamahy świadczyły, że Michał jest w trakcie walki z kolejnymi kompozycjami. Z wielkim przejęciem chwalił się dokonanymi odkryciami ze świata realizacji dźwięku. Widać praca producenta pochłonęła go na dobre. Gdyby nie fakt, że nagrywanie instrumentów jest mniej niebezpieczne technicznie od średniowiecznej alchemii, Michał prawdopodobnie wysadziłby swój dom, ponieważ w jego życiu pojawił się nowy muzyczny element - eksperymentowanie. Zobaczcie więc, co opowiedział nam "mały chemik"?.

Tak więc pierwsze standardowe, proste  pytanie? Kto zabił Kennedy?ego?

No właśnie? raczej nie był to Oswald... A wiesz, ostatnio mi się nawet coś śniło, jakieś fragmenty z JFK, uwielbiam ten film.

Dużo oglądasz filmów?

Za mało, brak czasu, chciałbym więcej. Ostatnio rzadko udaje nam się wyrwać do kina. Ale gdy dzieci zasną to czasem nadrabiamy zaległości?

Kiedy w towarzystwie ktoś opowiada to nie bardzo na bieżąco jesteś?

Jeżeli nie gadają o bębnach lub o muzyce to słabo (śmiech).

No właśnie. Przeszkadzam ci teraz w pracy nad najnowszą płytą Natalii?

To będzie nasza wspólna płyta. Taki pomysł nam wpadł do głowy, żeby zrobić ją razem. Czyli to, co wcześniej można było uznać za takie incydenty, gdzie razem pisaliśmy utwory, teraz robimy w postaci całej płyty. Szczególnie, gdy mamy taką możliwość pracy w domu. Rzuciliśmy się na głęboką wodę i wszystko od początku do końca będzie nasze. Sami komponujemy i produkujemy, sami się nagrywamy, w razie czego sami też tego posłuchamy (śmiech). Ostatnio częściej siedzę przy klawiszu niż przy bębnach.

Nie mylić z więziennym klawiszem?

(śmiech) No tak, chociaż w sumie to ostatnio praktycznie stąd nie wychodzę.

Premiera planowana jest na??

Chcielibyśmy na wiosnę. Ciężko powiedzieć, czy się uda... Będziemy się starać. Plan jest taki, żeby do końca tego roku zrobić połowę czyli pięć numerów. Wczoraj oddałem trzeci do miksów, więc nie jest za wesoło. Przed świętami chcę zrobić jeszcze dwa.

Zaraz, zaraz, za trzy tygodnie święta?

No, niestety? idzie trochę, jak krew z nosa, bo jest to dla mnie poniekąd pionierska sprawa. Miałem wcześniej pojedyncze doświadczenia w zabawę w kompozytora, ale udźwignąć całą płytę na klatę w sensie całości jest ciężko. Nie zajmowałem się dotąd produkcją muzyczną. Odkrywam wiele nowych rzeczy w muzyce, poznaję mechanizmy, czasami wyważam już dawno otwarte drzwi. Pierwszy raz mam możliwość spojrzenia z góry na produkcję już nie tyle pojedynczego utworu, co całego albumu. Podziwiam naprawdę tych gości, co się tym zajmują, że ogarniają jakoś to wszystko. Wcześniej zajmowałem się grą na bębnach i wykonywaniem pewnych zadań w studio i na koncertach. To, co robię teraz, jest ciężką i żmudną robotą, z drugiej strony złapałem bakcyla. Jest to przede wszystkim odskocznia od bębniarskiego hałasu i dla mnie zupełnie nowa sytuacja.

Będzie kontynuacja??

Myślę, że tak, jest to jakieś przełamanie lodów w postrzeganiu swojej osoby. Schowałem tutaj swoje kompleksy i stwierdziłem, czemu by nie spróbować. No i dałem sobie szansę.

W jakiej stylistyce będziemy się obracać?

Trudno określić i włożyć to do szuflady. Mamy pewne założenia. Zaowocuje to, co w nas dojrzewało przez lata słuchania i grania muzyki...

Czyli Cannibal Corpse, Slayer, Napalm Death?

(śmiech) Dokładnie! Mnóstwo inspiracji z dzieciństwa, dużo muzyki rozstrzelanej w stylistykach, choć ze wspólnym mianownikiem. Będą to komiksowo - różne historie. Przefiltrowane przez nasze wrażliwości estetyczne i koncepcje, ale bardzo spójne. Trudno więc to jednoznacznie określić.

Ile zatem będzie Dąbrówki w Dąbrówce?

No właśnie, mam nadzieję, że nie tak dużo. Chciałbym trochę uciec od siebie. Nie będzie popisów na bębnach, broń Boże! Są nawet utwory, gdzie programuję bębny. Nawet jak myślałem o swojej solowej płycie to na pewno nie będzie to materiał stricte dla bębniarzy z kategorii "ja wam pokażę!". Jestem daleki od czegoś takiego. A tutaj tym bardziej chciałbym uciec od swojego wypracowanego przez lata brzmienia, mówię oczywiście o nagraniach studyjnych. Kombinuję, eksperymentuję, buduję różne konstrukcje z bębnów. Mam możliwość nagrania bębnów tu, tam (Michał pokazuje różne miejsca, pomieszczenia - przyp. red.). Po prostu szukam. Po latach, gdy wchodziłem do studia, gdzie tylko można było wprowadzić drobne korekty, teraz mogę w końcu pobawić się brzmieniem. Szukać czegoś innego. Mogę też pokombinować z inną artykulacją. Wiadomo, przez lata wypracowujesz swoje bezpieczne brzmienie, które jest uniwersalne i działa niemal w każdej sytuacji użytkowej. Teraz mogę poeksperymentować. Bębny muszą iść pod dyktando utworów, chociaż wiele z nich zaczęło się od bębnów, czego nigdy w życiu nie robiłem. Kiedyś siadałem przy pianie czy klawiszu i to był punkt wyjściowy jakiegoś pomysłu, a bębny były dodatkiem. Tu w wielu sytuacjach, gdy sobie grałem, powstawał jeden beat, do którego dodawałem dalej kolejne  instrumenty.

Czyli potęga bębnów! Tak jak w muzyce RnB?

Dokładnie! My bębniarze powinniśmy chodzić z wysoko zadartym nosem! Przecież muzyka powstała od rytmu, jak głosi jedna z teorii.

Więc bębniarze w Polsce nie są za bardzo dowartościowani??

To zależy od nich, tak naprawdę? (śmiech)

Czy można być perkusyjną gwiazdą u nas?

Już widzę te nagłówki w szmatławych gazetach. Np. gorący news: "Dąbrówka w końcu zmienił naciąg na werblu! Czy to znak, że nadchodzi koniec świata?". (śmiech)

Prawda jest taka, że ty i Czarek Konrad to obecnie nasze największe eksportowe gwiazdy perkusyjne, oczywiście chodzi o szerokie ujęcie gry na bębnach.
Bardzo miło mi to słyszeć, nie śledzę rankingów i wydaje mi się, że jest to dość względne, wiele osób raczej by się z  tobą nie zgodziło...

Nieprawda? Nie dyskutuj. Przecież ci nie słodzę. Widzę przecież!

Kurde, zawstydziłeś mnie? (śmiech - ale Michał na serio zjarał przysłowiową cegłę - przyp. red.)

Więc jaka jest tego przyczyna? Ciężka praca?

Myślę, że tak, przede wszystkim. Jeżeli chodzi o Czarka to wspomniałeś o facecie, którego podziwiam od lat, niemal od swoich początków. Kiedy byłem jeszcze w szkole średniej muzycznej, Czarek studiował na Akademii i odnosił już wtedy niemałe sukcesy. Naturalnie chciałem pójść jego śladami. Szybko jednak zorientowałem się, że tam nie uczą grać na bębnach, tylko na instrumentach orkiestrowych. Zaniechałem więc, bo wiedziałem, że czeka mnie wiele pracy przy bębnach. W tamtych czasach państwowe szkolnictwo muzyczne nie przewidywało zestawu perkusyjnego w swojej ofercie. Trzeba było działać w konspiracji.

Ale dalej jest ciężko.

Teraz wiele się już zmieniło. Byłem jednym z tych pionierów, którzy uczestniczyli w powstawaniu wydziału jazzowego na Bednarskiej. Wtedy z kolegami, m.in. z Wojtkiem Olszakiem marzyliśmy, by wpuszczono do szkoły trochę "rozrywki". Dzięki przychylności ówczesnych władz szkoły, udało się. Wtedy, po dyplomie na Bednarskiej, nie zdawałem już na Okólnik, bo nie chciałem poświęcać czasu na rzeczy, których wiem, że nie będę robił. Chodzi mi o instrumenty orkiestrowe. Zostałem więc na Bednarskiej na nowo powstałym wydziale jazzowym.

Z perspektywy czasu dobrze zrobiłeś?

Tak.

Zepsułoby cię, gdybyś poszedł?

Męczyłbym się, nie skończyłbym tego. Potrzeba hałasowania na bębnach była zbyt wielka. Na szczęście podjąłem tę decyzję wcześniej. Profesor, który tam wykładał, szczerze mnie zapytał:  "Stary, powiedz, co ty chcesz robić?". "No pewnie, że chcę grać na bębnach!". Po zagraniu ostatniego dźwięku na ksylofonie podczas dyplomu, był to rzeczywiście ostatni dźwięk, jaki na nim zagrałem, nie miałem już nigdy więcej styczności z tym instrumentarium. Wiele się jednak nauczyłem i po latach to doceniam. Zresztą, zdając egzaminy wstępne do szkoły muzycznej, myślałem, że jak pójdę tam, to?

?będziesz grał na bębnach?

No tak! A tu "siewnik", "drabina"? takie rzeczy i okazało się, że muszę na tym ćwiczyć. Bębny wyciągano tylko na specjalne okazje. Miałem wtedy też dodatkowe lekcje fortepianu i myślałem wtedy nawet, żeby się przerzucić, skoro tak ma to wyglądać.

Jak tak ciebie słucham to zastanawiam się, czy ty w ogóle kiedyś nie grałeś na bębnach? Kiedy zaczynałeś?

(śmiech) Mniej więcej mając 9-10 lat? Jakoś naturalnie tak wyszło, bo odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu muzyki nie brakowało. Babcia w chórze kościelnym, dziadek na mandolinie. Rodzice do dziś śpiewają w chórze kościelnym. No, a tata miał kapelę - zespół Tornado, który szalał po okolicznych imprezach. Pamiętam, wtedy po lekcjach rzucałem tornister i schodziłem do piwnicy, gdzie próbowali.

Na czym grał?

Na gitarze, ale on wciąż gra! Miał chwilę przerwy i teraz wrócił do tego ze zdwojonym zapałem. To nie tylko odskocznia od codzienności, razem z zespołem Replay udziela się na lokalnych imprezach. Wracając do dzieciństwa pamiętam, że w mojej rodzinnej miejscowości Łaskarzewie było wtedy około pięciu aktywnie działających zespołów. Biegając z kolegami po miasteczku zawsze ktoś gdzieś grał. W domu kultury był całkiem niezły sprzęt.

Początki to Szpader czy Polmuz?

Moje pierwsze doświadczenia były związane z Polmuzem. Zakupili go w domu kultury. Specjalnie poszedłem go zobaczyć, wiesz, serce biło, prawdziwe bębny (śmiech). Później miałem taką szansę, żeby na nich pograć, bo załapałem się do jakiejś kapeli. Poszedłem na próbę, gdzie stał ten wyśniony Polmuz, problem był jednak taki, że nie miał pedała do stopy. Więc musiałem zagrać tak (tutaj Michał zademonstrował kopniaki - przyp. red.)

Prawdziwy kop!

(śmiech) Tak! Kick drum!

No, a później?

Rodzice zobaczyli, że nie ma wyjścia, dzieciak przepadł, nie ma innej przyszłości przed nim. Miałem szczęście, bo mój tata zawsze był zakręcony na punkcie sprzętu muzycznego. W tamtych czasach udało mu się ściągnąć z Włoch bębny Maxwin, taką tajwańską podróbę Rogers'a. W porównaniu z tym, co było wtedy dostępne, to dało się coś na nich ukręcić. Przez całe szkolne lata mi służyły.

A blaszki?

Meinl? Streamer. No wiesz, taki szkolny set i brzmiały jak brzmiały, czyli nie brzmiały.

Uaaa, no, ale zawsze to blaszki z napisem Meinl!

Zawdzięczam to wszystko rodzicom, którzy pochylili czoła nad zakręconym dzieciakiem. U mnie w domu zawsze było dużo instrumentów, różnych. Gitary, jakaś basówka, keyboard. Zresztą jeden z nich wykorzystuję nawet teraz. SH-101 Rolanda, mały monofoniczny syntezator. W kilku numerach na nowej płycie nagrałem parę rzeczy przy jego użyciu. Na tym instrumencie uczyłem się grać. Był on też przełomowy odnośnie mojej gry na bębnach. Nie miałem żadnego sekwencera czy clicka, a w tym instrumencie jest taki prosty step sekwencer. Robiłem sobie pętle basowe i grałem właśnie do nich. Tak wyglądały u mnie początki grania z maszynami i celowaniem w "raz".

Z kim grałeś na uchu, bo pewnie grałeś do nagrań?

Tak, oczywiście. W tamtych czasach to?. hm? na świeczniku był Pink Floyd... Ojciec zawsze miał sporo nagrań, które łykałem jak świeże bułeczki. Przecież pamiętasz... w Trójce puszczano kiedyś całe płyty, dyskografie i gdy tylko nauczyłem się wciskać record to sam już sobie nagrywałem wszystko, co puszczali w radio. Co tam jeszcze? RUSH, The Police. To było coś niesamowitego, no i ten Copeland czy Peart? To byli pierwsi bębniarze, którzy mnie tak totalnie zafascynowali. Później Zeppelini i to potężne brzmienie Bonhama. Pamiętam, Ścianę Floydów słuchałem codziennie chyba przez 4 lata?

Ja tak miałem podobnie z Master of Puppets.

O tak, to była ósma klasa podstawówki. Miałem wtedy walkmana, taką wielką cegłę z klapką. Byliśmy z klasą na wycieczce, dzieciaki gdzieś biegały, a ja nie mogłem uszu oderwać od Master of Puppets, podobało mi się strasznie. To było takie pierwsze spotkanie z mocniejszym graniem. Później, kiedy zafascynowałem się jazzem to zastanawiałem się, o co chodzi z tym Larsem, czym się wszyscy zachwycają, przecież to kalectwo. Teraz po latach rozumiem, że jest to facet oryginalny, wyróżnia się, gra swoje od tylu lat i jest to niepowtarzalne. Wiadomo, że usiądzie ktoś na jego stołku i go technicznie zmiecie, ale przecież nie o to chodzi. Tak jak Larry Mulen z U2. Tyle lat ci faceci grają razem i nie pozabijali się jeszcze. Podobnie Rolling Stones. Teraz to doceniam, ale kiedyś nie rozumiałem, jak można grać w jednym bandzie przez tyle lat, przecież bym się wyrzyyygał? Swego czasu moim celem było grać różnorodne rzeczy, nie utknąć w czymś na długo.

I chyba tak jest?

Tak, robię mnóstwo różnych rzeczy. Nie wyobrażam sobie, by od kilkudziesięciu lat grać ten sam numer.

Ile lat można grać Satisfaction?

No właśnie, już dla urozmaicenia postawiłbym sobie stopę jako werbel, werbel jako stopę (śmiech), żeby coś się działo. No ale, kurcze, jest coś fascynującego, że oni potrafią tak robić. Ja jestem jednak wiecznym studentem, cały czas staram się czegoś nauczyć.

Sam się uczyłeś?

Słuchałem dużo muzy. Nie było dawniej dostępu do materiałów edukacyjnych, jak teraz. Teraz nie wiedziałbym, za co się złapać, tyle tego jest. Jestem wręcz przerażony, że to tak zapierdziela. Donati, Lang, Minnemann to wariaci, chyba trzeba by mieć kilka żyć, by to wszystko ogarnąć.

Czy potrzeba poświęcać całe swoje życie, by być zawodowym bębniarzem, jak twierdzi np. Gavin Harrison?

Ja bym się jednak zastanowił? Przykładem jest Donati. Facet nie robi nic innego tylko gra. Nie ma dzieci i innych obowiązków, tylko gra. On jest takim zakonnikiem bębnów. Totalne poświęcenie swojego życia.

?on nawet nie pije?

No, proszę cię! To straszne!(śmiech). Ale serio, jest to naprawdę godne podziwu, to trochę jak z zawodowymi sportowcami, oni muszą wszystko poświęcić, aby pobijać rekordy.

Ty też tak miałeś?

Był taki moment, gdy nic innego nie robiłem. Tak naprawdę usiadłem za bębnami, gdy zrobiłem maturę. Na roku dyplomowym średniej muzycznej miałem już więcej czasu i mogłem posiedzieć za bębnami starając się je na poważnie rozkminić. Wcześniej nie było tak naprawdę czasu, bo tu z jednej strony normalna szkoła i licealne zmagania, a z drugiej  ksylofon, wibrafon, kotły czy werbelek. Kolejne egzaminy, które trzeba było zaliczyć i bębny były gdzieś z tyłu. Zrobiłem maturę i mogłem w końcu tak naprawdę pograć na bębnach.

Jak wspominasz swój dyplom?

Bardzo fajnie. To był chyba pierwszy rok, kiedy na Bednarskiej można było zagrać na zestawie przed komisją. Adaś Buczek pożyczył mi wtedy piękną Yamahę Recording Custom. To były czasy zalążków Woobie Doobie. Poznałem się wtedy z Wojtkiem Olszakiem, który chodził do nas na zajęcia kształcenia słuchu, bo ze swoim rocznikiem nie bardzo miał już, co robić. Jest raczej z tych "słyszących"? (śmiech). Fascynował nas wtedy Chick Corea Electric Band. To chyba był ten moment, gdzie doszło do mnie, co chcę robić w życiu.

Poświęciłeś się więc bębnom dość późno.

Raczej tak. Wszyscy zawodowcy zazwyczaj zaczynali dość wcześnie, ale oni wyrastali raczej w muzycznych środowiskach i w innych warunkach geopolitycznych. Myślę, że nigdy nie jest za późno na naukę. Gdy byłem w Stanach, chodziłem do szkoły na zajęcia z kształcenia słuchu, gdzie spotykałem uczniów po pięćdziesiątce.

Momenty przełomowe w twojej perkusyjnej karierze?

Początek działań Woobie Doobie, jakiś 93 rok. Tworzyliśmy fajny band? grający, nie wiem, jak to nazwać? fusion, jazz-rock. Krok po kroku zaczęliśmy odnosić sukcesy, grywaliśmy to w dawnym Akwarium, to w Remoncie. Zaczęliśmy zdobywać festiwale. Załapaliśmy się nawet do finału europejskiego konkursu zespołów jazzowych w Leverkusen. Nie wygraliśmy, ale przygoda była fajna. Później Polskie Radio wydelegowało nas na festiwal do Getcho pod Bilbao. U nas oczywiście Warsaw i Gdynia Summer Jazz Days. I tak się zaczęło. Wtedy też miałem pierwsze doświadczenia studyjne. Michał Grymuza, który grał z nami, zabrał mnie i Wojtka do studia S-2 na Woronicza. Nagraliśmy tam utwór Mury Jerycha, który zaśpiewał Robert Janowski, trafiając od razu na pierwsze miejsca list przebojów. Po kryjomu wyciągnąłem bębny ze szkoły, bębny Sonora. I na tych zbitych naciągach nagrałem ten utwór. W studio nie było clicka i graliśmy na setkę. Był to pierwszy mój nagrany utwór, który później słyszałem w radio. To był właśnie przełomowy etap, jeżeli chodzi o pracę w studio. Przed Woobie Doobie lub równolegle, jeszcze przed dyplomem, w czasach szkolnych zastępowałem Radka Macińskiego w musicalu Metro. Jak na tamte czasy był to musical na bardzo wysokim poziomie. (Zresztą grany jest w Buffo do dziś). Spędziłem tam chyba ze dwa - trzy lata. Tak więc pracowałem w metrze, gdy metra jeszcze nie wykopano (śmiech). To była moja pierwsza praca, dzięki której mogłem wynająć mieszkanie i zacząć samodzielne życie. Dużo się wtedy nauczyłem, cholernie odpowiedzialna praca. Wywarło to na mnie duży wpływ. Wiele lat po tym miałem koszmarne sny, że spóźniam się na spektakl, rozstawiam set, a tu gasną światła i dyrygent nabija Uwerturę (śmiech). A nie było możliwości, by się spóźnić, bębny były trzonem spektaklu i choćbyś nogę złamał, musiałeś być na czas. Wszystko musisz zagrać, jak jest w nutach, bo za chwilę wpadnie jakiś tancerz i powie, że o mało nie złamał przez ciebie nogi (śmiech). Przełomowy moment, nauka dyscypliny zarówno gry, jak i samej pracy.

Później poszły kolejne "dżoby"?

To już były kolejne doświadczenia, tu zagrałem koncert, tu coś nagrałem, tu mnie ktoś usłyszał.

Doszedłeś do swojego zawodowego statusu grą, a nie skandalami, spaleniem bębnów czy kolesiostwem?

Chciałem rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. Jeżeli młodzi sobie myślą oglądając kogoś, kto  często pojawia się na płytach czy "dżobach" telewizyjnych i zastanawiają się, jak tam się znalazł, myśląc, że to jakieś układy, znajomości? Bzdura! Wynika to ze sporej niewiedzy. Młodzi, uwaga! Oto recepta: tylko ciężka, systematyczna i uczciwa praca, walka z własnymi słabościami, wiara oraz odrobina szczęścia mogą urzeczywistnić twoje marzenia. Jak widać, od wieków nic się nie zmieniło. Już wtedy to wiedziałem, jak siadałem za bębnami, wiedziałem, czego chcę i konsekwentnie to realizowałem. Wiedziałem, że jest to zajebiście ciężka praca i jeżeli uczciwie odrobię lekcje, które sobie zadałem to w przyszłości zaowocuje.

No i pokora?

Absolutnie pokora! To jest podstawa. To kwestia też osobowości. Jedni są "hej, do przodu", a inni "hej, do tyłu", ja byłem raczej ten "hej, do tyłu". Startowałem do wszystkiego z pozycji dość sceptycznej, ale z uporem i konsekwencją. Zacząłem czuć się pewniej w miarę zdobywania kolejnych umiejętności, widziałem realne efekty. Jeżeli uczciwie ćwiczysz dane zagadnienie to po jakimś czasie nie ma siły, żeby to nie zadziałało. To nie żadne układy ani czary, tylko ciężka i świadoma praca. Nie oszukujmy się. Jeżeli komuś się wydaje, że jest inna droga?? Życzę szczęścia.

Jednak miejsce czyli stolica też ma duże znaczenie.

Niestety tak... tu są główne ośrodki telewizyjne i radiowe, firmy fonograficzne, a często musisz być pod ręką i na czas. Ale tak jest na całym świecie. W Stanach masz tylko dwa czy trzy takie ośrodki, wokół których wszystko się kręci.

Wiele osób ma u nas żal o to....

Też nie jestem rdzennym Warszawiakiem mimo to, że tu się urodziłem. Musiałem więc tu przyjechać właśnie między innymi po to, aby się czegoś nauczyć i spełniać swoje marzenia. Nikomu przecież nikt tego nie zabrania.

Młodych perkusistów obserwujesz?

Bardzo rzadko... Nie jestem na bieżąco... Klikam czasem na YouTube, a tam aż roi się od świetnych pałkerów. Niestety, net to straszny pożeracz czasu. Ktoś podobno obliczył, że aby przejrzeć zasoby YouTube, trzeba by spędzić 50 lat przy komputerze non stop. Kopalnia wiedzy, można się wiele nauczyć. Chciałbym być na bieżąco, lecz obowiązki wzywają. Ostatnio częściej szperam i poszerzam wiedzę w temacie technik nagrywania bębnów i nie tylko. Szczególnie teraz, gdy robię tę płytę. Zacząłem kupować różne wydawnictwa, lecz bardziej o tematyce studyjno-produkcyjnej niż bębniarskiej.

W najbliższym numerze będzie wywiad z Michałem Dabrówką, może się dowiesz czegoś ciekawego?

O Boże? Może za jakiś czas odważę się zedrzeć folię i przeczytać te bzdury. (śmiech)

Gdy ćwiczyłeś za młodu to nie wszystkie ćwiczenia zapewne lubiłeś?

Nigdy nie ćwiczyłem walczyka na bębnach, a zdarza mi się to grać, nigdy nie ćwiczyłem tanga, bo to przecież obciach (śmiech), a później okazało się, że w Tańcu z Gwiazdami trzeba to grać. Wiedziałem, że aby zostać muzykiem sesyjnym czy sidemanem muszę poznać w miarę możliwości wszystkie style, chciałem być wszechstronny. Stąd moja fascynacja m.in. Wecklem za młodu.

Jak się odnosisz do porównań ciebie do Weckla?

Uśmiecham się. Nie wiem, jak jest teraz, bo dawno ten etap zostawiłem za sobą. Weckl na początku mojej drogi był dla mnie inspiracją i studiowałem namiętnie jego grę, spisywałem solówki, analizowałem zagrywki. Sposób grania Weckla był fuzją jego inspiracji takich, jak Buddy Rich czy Steve Gadd. Fascynowało mnie wtedy jego brzmienie, precyzja, muzykalność. Każdy, kto chce się czegoś nauczyć musi wejść w zagadnienie dogłębnie. Nie ma innej drogi niż kopiowanie, w początkowej fazie nauki. Facet był bardzo uniwersalny. Dla rockmenów był jazzowy, a dla jazzmanów rockowy. Był pośrodku, czerpał od tych i od tamtych. Ja również nie chciałem zamykać się w jednej stylistyce. Zawsze fascynowało mnie nagrywanie w studio i wiedziałem - by być muzykiem studyjnym muszę być elastyczny.

Nastawiałeś się od początku na studio?

Tak, marzyłem o tym. Z wiekiem nawet coraz bardziej mnie ciągnie w tę stronę.

Ale dobrze czujesz się też na żywo. Masz smykałkę i raczej nie miewasz paraliżującej tremy?

Nie mam tremy. Wiadomo, że jeżeli gram coś, czego nie znam (śmiech) to jest lekki stresik. To jest ta trema mobilizująca, dodająca adrenaliny. Dostajesz miecz i musisz walczyć ze samym sobą. Grywałem na takich imprezach, gdzie było 80 i 100 tysięcy ludzi. Mimo trzęsących się łydek, staram się skoncentrować nad zadaniem, które muszę wykonać. Jeżeli jesteś pewny swego czyli odrobiłeś pracę domową, czyli poćwiczyłeś przez parę lat wcześniej (śmiech) no to czego masz się bać?

Co ci sprawiało trudność podczas nauki gry?

Chyba wszystko... Cały czas sprawia mi trudność lewa noga, którą muszę podleczyć, bo jak się domyślasz zaczynałem grając jedną stopą. W ćwiczeniach sporo wprowadzam zatem lewej nóżki i rączki, by podgonić ją do prawej. Chciałbym pójść dalej w kwestiach niezależności. Korci mnie to, co robi np. Donati, ta niezależność rąk i nóg. Wszystko tam jest poukładane mimo, że brzmi to jak jakiś kosmiczny chaos. W moim realu jest to jednak kompletnie bezużyteczne, bo jakbym coś takiego zagrał podczas sesji na płytę popową z pewnością usłyszałbym w słuchawkach: "Panu już dziękujemy, następny proszę" (śmiech). Mam świadomość, że pewnych rzeczy nie przeskoczę. Wiem, ile czasu i poświęcenia to kosztuje, a czasu coraz mniej. Jestem na bakier w sytuacjach, gdzie mam się pokazywać jako bębniarz, czyli na jakichś warsztatach lub klinikach. Rzadko to robię. Nie czuję się najlepiej w roli nauczyciela.  Przyznam szczerze, że wolałbym ten czas przeznaczyć na coś innego. Być może w przyszłości najdzie mnie taka chęć, by wejść w rolę mentora, może jak przejdę na emeryturę. Na razie wciąż jestem uczniem i to nie jest kokieteria. Często ćwiczę te same elementarne wprawki, aby udoskonalić warsztat. Jest cała masa zagadnień, które chciałbym jeszcze poznać, więc nie czuję się jeszcze na siłach, żeby kogoś pouczać, że - ja wiem, ja wam pokażę.

Miewasz tak, że przychodzisz odreagować grając na bębnach?

Taak, tak, bardzo często. Gram wtedy cokolwiek, jakiś groove, głupią wprawkę?

Jak z tą koncentracją podczas ćwiczeń?

Przyznam się, że jak ćwiczę jakieś zagadnienia techniczne, coś nad czym pracuję długofalowo, np. mam słabą lewą rękę i pracuję nad nią, i wykonując konkretne ćwiczenia mechanicznie, to zdarza mi się myśleć, czego to jeszcze nie zrobiłem w domu, co powinienem jeszcze zrobić.

Nie jest to dobre?

Zdecydowanie, ale jak pracuję nad czymś konkretnym, muzycznie, wtedy rzeczywiście jest to już ucieczka od rzeczywistości do tamtego świata.

Grałeś na dwa zestawy kiedyś?

Gdzieś tam kiedyś dla zabawy w czasach szkolnych? Nie na scenie. Np. z Robertem Lutym czy Kubą Jabłońskim, z którym w jednej ławie robiliśmy maturę, ale chyba nigdy w jakimś projekcie?

A powiedz mi?

A nie, czekaj! Grałem! Ze Stopą. To był koncert chyba w ramach? festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu. To świetne doświadczenie, bo staraliśmy się uzupełniać a nie wzajemnie sobie przeszkadzać. On grał np. miotełkami to ja pałkami i odwrotnie. On grał jakiegoś loopika, a ja wtedy coś pod to. To miało wtedy sens, to była fajna zabawa.

Tomek Goehs powiedział, że jak się gra ze Stopą to nie trzeba umieć grać na bębnach.

(śmiech) No tak, to niesamowicie solidny bębniarz. Trzeba się wzajemnie słuchać przede wszystkim. Często niektórzy zapominają, by używać narządu słuchowego podczas grania.

Chciałem cię zapytać o pewną panią, którą kiedyś spotkałeś i znasz dobrze aż do tej pory.

Mówisz o mojej małżowinie (śmiech)? Poznaliśmy się kiedyś, zupełnie przypadkowo w 91 roku na Krupówkach, zupełnie przypadkowo, taka wakacyjna sytuacja. Później, po latach, mijaliśmy się w kanciapie na Śnieżnej, gdzie Wojtek Pilichowski montował band dla Natalii, to był okres płyty Światło. No i siłą rzeczy, gdy zacząłem grać z Natalią w 1997 roku, Wojtek Olszak wyprodukował płytę Puls Natalii i zaproponował nam, czyli Woobie Doobie, byśmy pojechali w trasę promocyjną? Była nawet jedna próba. (śmiech) Byłem wtedy z Krzysiem Ścierańskim na festiwalu jazzowym w Ingolstad i przyjechałem dosłownie na styk. Następnego dnia zagrałem próbę i pojechaliśmy w trasę. I jakoś tak, po dwóch latach współpracy narodziła się miłość i?

?i teraz nagrywacie płytę.

I teraz nagrywamy płytę. Nasze pierwsze muzyczne dziecko. Tylko i wyłącznie nasze.

A dzieciaki "nie muzyczne"?

Jasiek ma 9 lat, a Ania 4.

Sporo obowiązków w związku z nimi...

No tak, ale nie wyobrażam sobie inaczej. Myśląc np. o takim Donatim, jakie smutne musi być jego życie (śmiech). Dzieci, rodzina, to jest tak naprawdę sens mojego życia. Stąd też to moje lekkie wyhamowanie z graniem wszystkiego, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Jak dochodzą obowiązki to stajesz przed wielką sztuką wyboru.

Masz wesoło w domu. Dzieci grają?

Tak, u nas zawsze jest pełno ludzi. Dość wcześnie zauważyliśmy, że Jasiek "słyszy", wyłapuje kontrapunkty, powtarza melodie. Widać więc, a raczej słychać, że został trafiony strzałą. Bez problemu zdał więc egzamin do szkoły muzycznej. Jest już w trzeciej klasie fortepianu. Ciężko go zagonić do ćwiczenia, ale jakoś zawsze na egzaminach ląduje na cztery łapy. Ania to urodzona artycha.

Będziecie pewnie razem grać w przyszłości.

Całkiem możliwe. Nie wiadomo, jak się potoczą ich losy. Na tym etapie chciałbym zapewnić swoim dzieciom możliwość kontaktu z niekwestionowanym królem instrumentów, czyli z fortepianem. Na pewno jest to dobry punkt wyjściowy. Każdemu polecam, nawet zatwardziałemu bębniarzowi, który myśli tylko o dwóch stopach i zabiciu kolegi prędkością. Dzięki temu, że sam się kiedyś pochyliłem nad tym instrumentem, to mogę działać na innym polu. Wiadomo, że nie konkuruję tu z pianistami czy klawiszowcami, ale mogę chociaż bez większych problemów zagrać trójpalczasty akord C-dur (śmiech). Nawet trochę żałuję, że nie pociągnąłem lekcji fortepianu dalej. Może nie jest jeszcze za późno?

A jaki byłeś w szkole?

Nie byłem prymusem, ale nie byłem też ostatni.

Biologia czy historia?

No... historia, ale najbardziej geografia. Uwielbiałem te fascynujące podróże palcem po mapie. No i jeszcze języki mi dobrze szły. Mimo, że przez 9 lat uczyłem się rosyjskiego to nie pamiętam prawie nic (śmiech). Pamiętam jak co roku pani na rosyjskim wyjeżdżała z tematem "Kak wy prawieli lietnije kanikuły", czyli "Jak spędziliśmy wakacje" (tutaj Michał zaczął recytować po rosyjsku z manierą godną radzieckiego pioniera swoje wypracowanie - przyp. red.) I tak było co roku. Brałem więc stary zeszyt i przepisywałem. Swobodnie czytałem cyrylicę, ale później zupełnie wszystko wypadło mi z głowy. To wszystko przez te cholerne bębny! (śmiech)

Sportowo kibicujesz?

Nie bardzo. Koledzy czasami mówią, że jakiś mecz jest, który trzeba obejrzeć, ale robię to głównie po to, by mieć o czym z nimi później rozmawiać. (śmiech)

Góry czy morze?

Morze, ze względu na dzieci. Szkoda mi tych gór, chociaż wiem, że powinno się dzieci wziąć na plecy i iść. Kurcze, może trzeba pojechać. Muszę jakoś rozruszać tę rodzinę?

Nie masz problemów ze zdrowiem jako perkusista?

Odpukać na szczęście nie. Chyba, że psychicznym... (śmiech). Czasami zapominam zrobić te przysłowiowe dziesięć pompek rano. Kiedyś od gimnastyki zaczynałem dzień. Teraz to rzadkość. Niekiedy siedząc w studio przed komputerem mówię sobie "nie", zakładam dres i biegnę do lasu rozruszać gnaty. Biegałem ostatnio z Foo Fightersami na uszach, parę kawałków miało idealne tempo w sam raz do biegania. (śmiech)

Pod Donatiego byłoby gorzej?

Karetkę trzeba by wzywać...

Co cię obecnie inspiruje?

Ostatnio zupełnie nie słucham muzyki pod kątem bębnów, jak to bywało kiedyś. Na pewnym etapie tak jest, że pytasz: "A kto gra na bębnach". Dzięki temu, że moi idole grali różnorodną muzykę, to i ja słuchałem wszystkiego. Teraz bardziej słucham pod kątem produkcji, czy brzmienia. Uwielbiam słuchać najnowszych płyt Foo Fighters, Johna Mayera czy Depeche Mode. Słucham sporo elektroniki czy muzyki alternatywnej.

Twoja pierwsza sesja?

W studio w Izabelinie, ale nie było to coś oszałamiającego. Ktoś robił jakieś lepsze demo. Zostałem wynajęty do zagrania jakichś coverów. Taka nocna sesja, kiedyś często w nocy się nagrywało, teraz to bym chyba nie uciągnął i pogotowie trzeba byłoby wzywać (śmiech).

Jesteś perfekcjonistą?

No jestem, niestety? Wymagam od siebie dużo i wkurzam się, gdy coś mi nie wychodzi. Dążę do totalnej precyzji, co niekiedy przeszkadza. Nieraz było tak, że nagrałem coś i producent czy realizator mówi "Ok, mamy to", a ja krzyczę "Nie", bo jeszcze raz chcę zagrać, poprawić. I tak potem się okazuje, że zostaje drugie czy trzecie podejście.

Nagrałeś już pełno płyt. Nie masz takich nagrań, które z perspektywy czasu chciałbyś poprawić?

Musiałbym chyba wymienić wszystkie nagrania (śmiech). Na pewno są takie rzeczy, szczególnie jak jeszcze nie było Pro Tools'a. Zaczynałem w czasach, gdy w studio rejestrowano dźwięk na szeroką taśmę. Jest przy tym większa adrenalina, bo musisz zagrać 100% od początku do końca. Jestem więc przyzwyczajony do nagrywania utworów w całości i zawsze tak robię.

Zawsze?

Zazwyczaj. Niechętnie robię wcinki. Wiadomo, zdarzają się omsknięcia, ale i tak opierasz się na jednym ujęciu i z pozostałych wklejasz zdupiony fragment. Tak jest uczciwiej.

Ortodoksem studyjnym jednak nie jesteś?

Nie, broń Boże! Prawdopodobnie nie robiłbym wtedy nagrań w domowym studio. Wiadomo, nie są to idealne warunki, ale i tutaj można coś uzyskać przy obecnym stanie techniki. Tak, jak zobacz, tutaj nad kominkiem (Michał wstał i zaczął huczeć do metalowej płyty nad kominkiem - przyp. red.) nagrałem to i mam naturalny pogłos typu plate (śmiech). Moim takim realizatorskim guru jest Leszek Kamiński. To jest facet, który nie powie ci, że wszystko wie. Ma wielką pokorę do tego, co robi, ma olbrzymią wiedzę i doświadczenie, ale chodzi o to, że on się wciąż uczy i rozwija, cały czas eksperymentuje. Zna przecież pomieszczenie, wie, jak ustawić mikrofony, ale dlaczego by nie poszukać czegoś nowego? Ta dziedzina jest jak? dobry realizator jest jak magik. Jest jakimś szamanem, który potrafi wydobyć z instrumentu i z pomieszczenia to, co najlepsze.

Bębny to dość niewdzięczny instrument.

Jest tu tyle elementów i każdy musi z osobna zabrzmieć dobrze i później w całości musi brzmieć dobrze. Mikrofony, preampy, przesłuchy, fazy itd? To jest wiedza potężna. Póki co, jestem na etapie "wiem, że nic nie wiem", ale uczę się i eksperymentuję. Parę razy udało mi się dobrze ustawić overhead'y, potem coś ruszyłem i już nie mogłem z powrotem znaleźć tego brzmienia. Strasznie mnie to fascynuje.

Jak wygląda u ciebie kwestia strojenia i naciągów?

W studio sprawa jest dość złożona. Wszystko zależy od tego, co jest do nagrania i jakiego brzmienia poszukuje producent muzyczny. Na żywo jest prościej, bo nie musisz przynajmniej przestrajać beczek do każdego utworu (śmiech). Jeżeli grasz różne klimaty, jak wspomniane tango, paso doble i za chwilę coś na dwa kopyta to werbel stroję nie za wysoko, najlepiej w bezpiecznych okolicach D1. A tomy? powiedzmy - od E lub D kwartami w dół. Lub tak, aby każdy tom dobrze brzmiał z osobna. Przeważnie mam dwa werble, jeden stroję wysoko a drugi nisko, typu kapeć. A co do naciągów jestem fanem pojedynczych. Jeśli nie ma czasu na eksperymenty z innymi naciągami najczęściej używam Remo Ambassador lub Emperor. Są uniwersalne i sprawdzają się w większości sytuacji. Jeżeli chodzi o zależności między naciągami to zazwyczaj pół tonu różnicy, czyli górny naciąg niżej o pół tonu niż rezonans.  

Często floor 14 na 14 zostawia ogon za sobą. Szczególnie w przypadku słabszych beczek?

Tak, ten rozmiar, ta kubatura ma coś w sobie takiego, że ten ogon zostaje. Dlatego dobrze spróbować obniżyć uderzany naciąg o kwartę zwiększoną w stosunku do spodniego. Powinno to w jakimś stopniu pomóc.

Którą sesję wspominasz najlepiej?

Zazwyczaj w studio panuje fajna atmosfera, ciężko odpowiedzieć? Najfajniejsze są sesje na "setkę". To jest najlepsza jazda. Musisz wejść na najwyższe obroty, żeby nie spieprzyć. Bo np. ktoś zagra ujęcie życia, a ty akurat polecisz w maliny. Kiedyś graliśmy właśnie takie ujęcie życia. Wszystko żarło idealnie i pod koniec utworu pękł naciąg w stopie i stopka została w centrali, myślałem, że mnie zlinczują (śmiech).  To jest adrenalina, super zabawa!

Miałeś sesję, że myślałeś "O matko, zaraz wyjdę!"?

Kiedyś zdarzało się. Spowodowane to było różnymi rzeczami. Nieraz realizator. Po pierwszym odsłuchaniu ujęcia słyszysz, czy facet słyszy, czy nie słyszy. Albo producent, który nie wie do końca, czego chce.

A muzycznie, że nie do końca czujesz się w materiale?

No tak, bywa. Czasem nagrywasz zły utwór, brzydki utwór (śmiech), ale nagrywasz. Przyjeżdżasz, dajesz z siebie jak najwięcej i robisz to jak najlepiej potrafisz! Nie umiem odwalać chałtury, nawet jak utwór jest do bani. Na szczęście bardzo rzadko mam z takimi do czynienia.

W jakiej formie wolisz otrzymywać utwory do nagrań? Kropy?

Tak jest najprościej, nie musisz uczyć się utworu. To zależy od producenta czy aranżera. Każdy wymaga od ciebie czegoś innego. Jedni mają sprecyzowaną wizję i przynoszą nutki, inni wysyłają wcześniej demo i dają mi większe pole do popisu. Często jest również tak, że piosenkę słyszę tuż przed włączeniem recordu.

Tak więc oferujesz w pakiecie grę i pomysły na aranż.

Jak najbardziej

Wolisz odtwarzać czy coś dorzucać od siebie?

Wiadomo, że wolę zagrać po swojemu. I mam nadzieję, że właśnie dlatego jestem zapraszany do nagrań, bo inaczej producenci zaprogramowaliby maszynę.

Podczas programów na żywo trzeba zazwyczaj zagrać to ujęcie życia?.

Dokładnie. Jest frajda przy graniu takich rzeczy. Szczególnie na żywo w telewizji. Jeśli długo tego nie robisz, to ci tego brakuje. Tu nie ma mowy o pomyłce. Świadomość, że to jest transmisja wzmaga adrenalinę. A adrenalina uzależnia.

Zdarzały się gorące momenty?

Drobne rzeczy bywały, nie wiem, czy ktoś w ogóle zwrócił na to uwagę. Chwila dekoncentracji i zagrasz inny akcent, albo pałka chwilowo zmieni adres. Jak dotąd nie spadłem jeszcze ze stołka, wszystko jeszcze przede mną (śmiech).

Niektórzy uznaliby to za zaglądanie śmierci w oczy, a ty podchodzisz do tego ze śmiechem?

(śmiech) Po latach spędzonych w różnych sytuacjach nabiera się ogłady i obycia. Pierwsze programy na żywo okupione były oczywiście zimnym potem na plecach i poniżej (śmiech).

No właśnie, pierwszy program na żywo?

To chyba festiwale z serii Opole czy Sopot. Wszystko dzieje się bardzo szybko i nie jesteś w swoich butach, bo grasz na tym, co ci wystawią. Jak są dwie "szuflady" to uff?, bo tamci grają, a ty się szykujesz. Nieraz jest tak, że siadasz i masz grać, a werbel stoi odwrotnie niż to do czego jesteś przyzwyczajony i w ogóle... Głównie są to obawy o rzeczy techniczne, że coś nie odpali, że nie dostaniesz odsłuchu albo click'a. Bywało i tak, a przedstawienie musi trwać. Albo kamerzysta ci wjeżdża na bębny. Grasz właśnie "fill" życia, a kamerzysta ci włazi w werbel. Tu nuty, tu hi-hat, tu dyrygent, a ten ci się gramoli i jeszcze pyta, czy mógłbym przestawić blachę, bo mu niewygodnie? Prawdziwa plaga, chociaż teraz trochę się poprawiło z nimi.

Ojej, masakra. Czemu tak?

Nie wiem, czy nie ma w kamerach guzika z napisem zoom? Może takie kwestie powinny być poruszane w fazie szkolenia? W Stanach, w tej szkole, o której mówiłem są zajęcia "stage craft", gdzie facet pokazuje ci - to jest monitor, to jest kabel itd. U nas wszystkiego uczysz się dopiero w praniu, a na scenie trzeba poznać pewien język, żeby szybko przekazać informację, że czegoś potrzebujesz w odsłuchu itp. Kiedyś to była prawdziwa walka z ekipami nagłaśniającymi. Na szczęście ci źli się wykruszyli i zostali ci najlepsi. Jak się pracuje z chłopakami z tych najlepszych ekip to jest duży komfort i spokój. Nie muszę do nich nic mówić. Dobry monitorowiec podsłuchuje miksy odsłuchowe muzyków i słyszy, co komu trzeba. Teraz jeszcze są te mikserki Avioma połączone w sieć, gdzie dostajesz w ucho wszystko oddzielnie i sam sobie ustawiasz miks, i nie musisz już krzyczeć "Więcej stopy, kurwa!" (śmiech)

A jak z improwizowaniem podczas takich grań? Jest na to miejsce?

Rzadko. Np. w Tańcu... czas trwania utworu oraz forma jest ściśle określona. Pieśń musi być zazwyczaj wykonana tak, jak jest napisane w nutach. Każdy taniec ma swoje tempo, puls, konkretne akcenty. Oczywiście, zdarzają się odstępstwa od normy. Albo jak gramy tańce latynoskie  to wtedy jest, co robić i bywają fragmenty improwizowane lub nawet solówki.

Którego tańca nie lubisz grać?

No właśnie tango czy paso doble. Kiedyś graliśmy utwór Evanescence przerobiony na paso i zamiast grać umpa, umpa, um-cyk um-cyk odpaliłem dwa kopyta a?la bolero (Michał zademonstrował solidne patataj - przyp. red.), na szczęście tancerze nie połamali nóg. Czasami uda mi się coś swojego przemycić.

Z piosenkami jest chyba łatwiej?

Tak, ale też nie możesz np. w balladzie wyjechać  nagle z jakimiś młynami.

Więc nie masz ochoty poimprowizować?

Ostatnio grywam w projektach, gdzie nie ma za dużo miejsca na improwizację. Czasem robiąc soundcheck uda się trochę podżemować. Ale i tak zaraz krzyczą, że za głośno.

Grasz czasami z playbackiem?

No tak, np. telewizyjne sztuki przy temperaturze minus 15. Zapraszam. Nieraz też, gdy są takie wymogi telewizyjne lub gdy telewizja nie zadbała o odpowiednie warunki, by impreza poszła na żywca.

Jak się wtedy czujesz, markujesz uderzenia?

Czasami się wygłupiamy. Kiedyś starałem się totalnie na poważnie to traktować i mierzyć każde uderzenie, jak w oryginale. To zależy od sytuacji?

Uderzasz w instrument wtedy?

Jeżeli jest pełny playback to tak. Czasami niektóre dobre firmy backline?owe mają specjalne bezdźwięczne naciągi lub blachy, wtedy można łoić do woli.

Jak wygląda twoja rozgrzewka przed koncertem?

Podstawowa kwestia to pałki do łapy i machanie w powietrzu. Padzik na nogę i stukanie różnych rzeczy. Jak jestem totalnie nierozegrany to zaczynam od wolnych jedynek. Gdy jest dużo czasu to instaluję sobie padzikowy zestawik turystyczny, na którym się rozgrzewam. Gdy dawno nie ćwiczyłem, a jedziemy długo w busie to biorę pałeczki i macham. Domownicy też już się przyzwyczaili, (śmiech) gdy siedzę przed telewizorem, co jest rzadkością, pałki również są w pobliżu. Na pewno psycholog znalazłby na to jakiś paragraf. Non stop jest to uczucie niedosytu czy niedoćwiku, więc staram się wykorzystywać każdą chwilę. A może to po prostu pracoholizm.

Zdarzają ci się duże przerwy w grze?

Kilkudniowe czy wręcz tygodniowe podczas wakacji. W walizce zawsze leżą pałeczki i po paru dniach świerzbią łapki (śmiech).

To powinieneś pływać na wakacje promem, zawsze można wskoczyć do zespołu?

Wiesz, tak naprawdę podziwiam muzyków "ustatkowanych". Najwięksi przecież grali na promach. W czasach socrealu można było wtedy nieźle zarobić. Ja na szczęście trafiłem na ten okres, że nie było już aż tak dużej przebitki dolara do złotówki. Słyszałem legendy, że muzyk "ustatkowany" przyjeżdżał z kontraktu i kupował mieszkanie czy samochód. Takie poświęcenie jest zrozumiałe. To jest też wielka szkoła życia i zajęcie dla twardzieli.

I na zakończenie?

Ludzie! Rozmnażajcie się! (śmiech) Nie no, pamiętajcie, że muzyka jest też zabawą. Oprócz tych obwarowań i problemów technicznych pamiętać trzeba, że to też zabawa. Czasami brakuje podejścia do muzyki na luzie. Jest czas też na to, by się powygłupiać. Uwielbiam muzykę i nie mogę bez niej żyć, chociaż czasami mam jej dosyć. Jest to praca, ale też i zabawa, i warto o tym pamiętać..


Czasami sesja się przedłuża, ale trzeba pracować.
Przyszedł czas na wspólne muzyczne dziecko. Nowa płyta niebawem!
Yamaha, Sabiany, Dąbrówka. Kolejność ustalcie sami.
Taki ładny widok? i musiał go zepsuć bębniarz.
Zdrowy tryb życia, zieleń i natura?
Jedyny zespół, w którym Michał występuje regularnie. Nie dziwne, jest współzałożycielem?
Koncert Natalii z zespołem w klubie Palladium. Warszawa 2008
Olszak, Grymuza, Sheehan, Cugowski i Dąbrówka? "Składzik" z Yamaha Dealer Meeting 2008
Ktoś tu ma wiatry? w żagle.
Z rodzicami, którzy nie przerazili się, że syna ciągnie do garów.
Mina jest jednoznaczna, Michał niestety musi grać też i na Craviotto?
Legendarny Roland i małe studyjko Michała
"Nic mi nie jest, siedzę tu raptem drugi tydzień"
Reklama