Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 9. Robert Ligiewicz

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Dziś w raporcie perkusista jednej z najbardziej uznanych polskich formacji.

Gdy wszedłem do warszawskiej Stodoły, sprawna ekipa krzątała się na scenie, rozstawiając sprzęt. Bębny powoli nabierały kształtu, kiedy w drzwiach pojawił się Robert, jako pierwszy z zespołu. Wpadł zadowolony, objuczony swoim aparatem, z którym - po próbie sprzętu - będzie biegał po scenie, strzelając fotki wszystkim i wszystkiemu wkoło, łącznie z lampami we wzmacniaczu. Karamba - opiekun poprawnego brzmienia Starclassica Roberta, a jednocześnie główny techniczny, spokojnie przygotowywał gitary reszty muzyków, dokładnie obserwując, czy wszystko na scenie przebiega prawidłowo. Za chwilę Stodoła miała zapełnić się po same brzegi fanami zespołu Hey. Robert z bębnami na środku był gotowy do gry?

Koniecznie musiałem zapytać Roberta, jak to jest przez tyle lat grać na bębnach w zespole, który zapisał się na tak znakomitej karcie w historii polskiej muzyki. Praca w takim zespole nie należy - moim zdaniem - do najprostszych, wymaga odpowiedniego wyczucia, świadomości instrumentu i roli, jaką pełni się w zespole. Wszelkie popisy solowe na szeroką skalę są absolutnie wykluczone. W grę wchodzi coś bardziej odpowiedzialnego. Trzymanie time?u, groove i odpowiednio ułożone partie bębnów, które mają tworzyć całość, a nie będą pokazem ekwilibrystycznych umiejętności bębniarza. Do tego jeszcze pasujące do całej reszty brzmienie zestawu. Jak wiadomo, Hey przekazuje nieporównywalnie więcej treści niż jakieś przysłowiowe Feel?e. I to nieważne, czy ktoś Heya lubi czy nie, jest to fakt niezaprzeczalny i tyle. Zespół ma być idealnie działającym mechanizmem, w którym każdy wie, jakie jest jego miejsce i co należy do jego obowiązków. Dlatego też bardzo interesujące jest to, co ma do powiedzenia artysta na bazie wielu lat swoich doświadczeń.

Spotkaliśmy się w jednej z warszawskich knajpek. Za oknem było jeszcze bezśnieżnie i zima przypominała raczej tą, do której przyzwyczailiśmy się przez ostatnie lata. Jeden z klientów lokalu postanowił nawet posiedzieć na dworze. My postanowiliśmy siedzieć w cieple, spokoju i ciszy, ponieważ rozmowa zapowiadała się na dość długą. Robert zamówił kawał ciacha, zaklinając się przy tym, że nie powinien jeść takiej bomby kalorycznej. Szybko uległ pokusie i energicznie zaczął wiosłować widelcem. Z racji rozłożonych egzemplarzy naszego czasopisma, praktycznie naturalnie zaczęliśmy rozmawiać na temat kilku światowych bębniarzy, którzy ukazali się na łamach Perkusisty. Dusza rock and rolla mocno trzyma się w Robercie, przez co pojawiło się w naszej rozmowie kilka wątków dotyczących i tego tematu. Nie  pozostało więc nic innego, jak przejść do konkretów?

To lecimy, czekaj, ustawię dyktafon? Porozmawiamy o sprawach przyjemnych, albo może nawet i nieprzyjemnych.

Spoko, mam czas do dziewiętnastej, później kolejny wywiad w radio.

Z tego, co pamiętam, to chyba świat samochodów przyczynił się do tego, że usiadłeś za bębny?

Nieee, to raczej dwa niezależne światy?

Chodzi mi o to, że kiedyś w pewnej gazecie czytałem, o ile dobrze pamiętam, że ponoć jakiś starszy kolega zagrał ci pewne metrum na masce samochodu, co zrobiło na tobie olbrzymie wrażenie? Ale to było już, jak zaczynałeś grać?

Nie, nie, inaczej. Jeżeli mam szukać w swojej dalekiej świadomości tych początków to było chyba wtedy, gdy przyjechał do mojego brata kolega z gitarą. Byłem wtedy jeszcze totalnym gówniarzem, a on kazał mi tam pukać jakiś rytm, by pograć sobie pod to na gitarze. Nie pamiętam nawet, ale to było coś piekielnie prostego i niezłożonego, chyba można to uznać za pewien początek.

Zainspirowało cię to do gry?

Nie postrzegam tego jako inspiracji, po prostu zwyczajnie pamiętam to zdarzenie.

W takim razie co cię zainspirowało? Gdzie zaczynałeś w czasach, gdy Polska Polmuzem stała?

Jeżeli można mówić o inspiracji to chyba każdy facet to ma, a jeżeli tego nie ma, to coś jest z nim nie tak (śmiech). Oczywiście, chodzi mi o pewne środowisko, każdy facet to ma, że przychodzi dla niego taki moment - chciałby grać na bębnach. Jest to absolutnie niezaprzeczalne. Kiedy go zapytasz, powie ci: "No, chciałem grać na gitarze, ale najbardziej chciałem grać na bębnach!". Albo powie ci, że bardzo chciał grać na bębnach, ale żeby wyrywać panienki, zaczął grać na gitarze (śmiech). Myślę, że w świadomości każdego faceta drzemie bębniarz.

Czekaj, bo już się gubię. Masz bagaż gry w Hey, zespole, który zagrał kilka koncertów dla paru ludzi?

?no, kilku wpadło.

No właśnie. Rock, wielkie koncerty, trasy, powiedz mi więc, jak to u nas jest z tym powodzeniem?

Najlepiej ma wokalista, później harmonijkarz?

Że co?

Czeeekaj. Później gitarzysta, basista i na końcu bębniarz, bo po prostu musi składać graty! Taki harmonijkarz wkłada harmonijkę do kieszeni i idzie w tango. Bębniarze dają sobie z tym radę, ale musza więcej siły w to włożyć.

Więc ty, Rob, musiałeś mieć mocno przerąbane. Twoja Yamaha z tamtego okresu była ewenementem na skalę całego naszego rynku muzycznego, nie tylko bębniarskiego.

Tak dla jasności, to ja ją cały czas mam. Pamiętam to doskonale, ale chyba to moje "przerąbanie" wynikało przez moją aparycję (śmiech).

Musiałeś składać tego potwora?

Miałem ten fart, że składałem bębny na naprawdę nielicznych koncertach, bo jeździłem z zespołem Dum Dum przez pewien czas, a przez długi okres istnienia zespołu nie miałem swojego własnego instrumentu, przynajmniej takiego, który można wozić na koncerty. Były tam jakieś Polmuzy czy później Amati, a my raczej ratowaliśmy się pożyczaniem od kogoś albo graniem na bębnach zespołów, które grały po nas. Później kupiłem bębny i przez krótki okres składałem i rozkładałem je, aż do momentu jak pojawił się techniczny. A pojawił się w miarę szybko.

Bo Hey Fire wystrzeliło?

Tak, dokładnie. Przyjechał Maciek "Woodys" Wójkiewicz z Poznania i zaczął tym wszystkim wtedy zawiadować. 

Jak je wtedy zobaczyłem, będąc na co dzień operatorem Polmuza, byłem zachwycony, że u nas ktoś na tym będzie grać! Nie ma nigdzie sprzętu, a tu światem zapachniało?

Nie dało się na tym grać (śmiech), do tej pory się nie nauczyłem.

Nie przeżyłeś szoku, kiedy zobaczyłeś to pierwszy raz?

No jasne, że to był szok. Powiem ci, jak to było? Firma dostarczyła  bębny, a ja pojechałem do siedziby o 6:30, by być na miejscu na siódmą. Siedziałem do 18, aż w końcu ostatnia osoba, która wychodziła, powiedziała: "Robert, proszę, daj sobie już spokój". Siedziałem tam w tych śrubkach, dotykałem, kręciłem.

Jaka to była konfiguracja?

Dwie centrale 22 na 18, dwa werble, jeden mam do tej pory. Tomy 8, 10, 12,14,16, no i ta rama, która robiła właśnie to największe wrażenie. Zerżnąłem ją po prostu z katalogu, więc to nie było tak, że ja sobie sam to zbudowałem?

Jak Tommy Aldridge?

Tak. Coś w tym stylu. Yamaha mu to zrobiła, był prekursorem w budowie takiego monstrum.

Jakie oblachowanie miałeś wtedy?

Blacharka była dość przypadkowa, po czym wszedłem w układ z Sabianem. Zabij mnie, nie pamiętam modeli? Przez długi czas grałem na Sabianach i ostukałem chyba wszystkie możliwe wtedy modele. A co do setu to znając mnie, było to kilka crashy, ride, chinka, ze dwa splashe.

Czułeś się dumny?

Jasne. To jest tak, jak z każdą nową zabawką. A jeszcze, jak dostajesz zabawkę, która wpisuje ci się w twoją pasję? Byłem dumny, byłem tym napompowany. Powiem ci jednak, że fajne jest to, że nie słyszałem, może nie pamiętam, albo nie chciałem słyszeć, by ktoś mi mówił, jakie te bębny są zajebiste. Wpisywało się to w koncerty, było git. Szkoda, że nikt mi nie mówił: "Jak ty fajnie grasz na tych bębnach". (śmiech)

Teraz grasz na??

Dogadałem się z firmą Interton i jestem oficjalnym endorserem firmy Tama. Przeszedłem sporą drogę w wyborze instrumentu i to był piekielnie duży problem. Jakiś taki? pęd do DW. Gdzieś tam kiedyś znajomy Tomek Lipski z firmy backline?owej odkupił od kogoś zestaw DW. Któryś z koncertów graliśmy na jego backlinie i wystawił właśnie te bębny z totalnie skatowanymi naciągami. Tłumaczył mi, że wcześniej były na jakimś festiwalu punkowym, gdzie grali nogami od krzeseł, więc kratery w naciągach były wielkości kciuka. Ale mimo to, one tak gadały, że mi kapcie spadły. Grałem później na różnych zestawach, ale właśnie przez ten zestaw Tomka miałem tę ciągotę do DW.

Tak, jak mówiłeś o tym, że każdy chciał przynamniej skrycie grać na bębnach to później większość bębniarzy ma taki okres, że ciągnie ich w DW.

No tak. Patrzysz przez pryzmat tych reklam, jak bębniarze grają fajną muzę na fajnych bębnach. Więc chciałem mieć DW. Dali mi do testów bęben, nie do końca taki, jaki chciałem. Chodziło mi o coś innego, ale generalnie temat był aktualny. Nagle okazało się, że Interton ma Starclassica Elite Bubingę w magazynie i jak pojechałem skatować te bębny to w ogóle nie było już o czym gadać. Wszystko stało się jasne.

Decyzja zapadła?

Tak. Tyle, że to też jest piękna historia, bo mam przecież cały czas tę Yamahę. I pytam ludzi w zespole, czy mam kupić te nowe beczki, czy nie? A Kaśka do mnie w busie, bo akurat jechaliśmy na jakiś koncert, mówi "Bob, przestań pieprzyć, ty już całą karierę odegrałeś na tych, czas coś zmienić!" (śmiech). Kupiłem więc te bębny. Yamaha to był dobry instrument, nigdy na niego nie narzekałem.

Co to za model?

Maple Custom, zwykły maple. Przyznam, że dobry model. Jak wiadomo, egzemplarz egzemplarzowi nierówny, zestawisz dwa te same modele i brzmią inaczej. Mój dobry przyjaciel i realizator naszych płyt - Leszek Kamiński powiedział mi, bym ich nie sprzedawał, bo to naprawdę świetny instrument, doskonale brzmi w studio. "Masz dobry egzemplarz." - zwykł mówić. Swego czasu chciałem to sprzedać w sklepie Hołdysa, w całości to tam wstawiłem, ale nikt się nie znalazł?

?odważny?

Tak. W każdym razie miałem taki plan by, je sprzedać i kupić jakieś inne. Wiesz, jak to jest, siadasz do nowego instrumentu i nie masz takiego rozeznania, tej pewności. Nie wiedziałem, jak to będzie. Kupiłem Tamę, przyjechałem do Warszawy, wstawiłem do sali prób i zauważam, że jest przepaść. Podobno to samo jest na koncertach, gdy mówią akustycy. Oczywiście studio prawdę powie, bo nie miałem jeszcze okazji nagrywać na nich -  wtedy się przekonamy.

Blaszki?

Tak, mam (śmiech). Blaszki się zmieniły, dogadałem się z Paiste parę ładnych lat temu i przekonałem się, że nie ma kompromisów. Paiste mnie zabiło. Natomiast ride jest ewenementem? Nie gram zbyt wiele na ridzie. Wszystko, co biorę w sklepie to, kurczę, jakaś żenada jest. Albo blacha okrętowa, albo heavy metalowy huk. Mam je dwa. Jeden to Sabian, który nawet nie wiem, jak się nazywa, bo jest cały starty ze starości, a drugi to Zildjian K. Przerażające są te ceny rideów i dlatego woziłem, i mam jedynie te dwa. Teraz odnawiam współpracę z Paiste, więc zobaczymy. Kiedyś jeździł z nami bębniarz z dawnego Ziyo, który przekonywał mnie do Paiste: "Przesiądź się, przywiozę ci". Ja do niego ze spokojem: "Wiesz, mam nowe HHXy." Wreszcie zamontowałem w sali prób, przekatowałem parę modeli i nie miałem już żadnej wątpliwości.

Masz shaker w stołku?

Fajna rzecz. Gram teraz w słuchawkach i brakuje mi basu piekielnie. Dzięki temu znajdujesz w końcu tę stopę, ten punkt.

Jak wygląda kwestia naciągów i strojenia u ciebie?

To są dwie różne historie. Każdy ma swoje preferencje i w sumie każdy słyszy coś innego. Jeden usiądzie i powie, że masakra, a inni powiedzą, co ty gadasz. Na Yamasze najlepiej leżały mi Evansy, miałem też doświadczenie z Aquarianem i jeden model też pasował do tych beczek. To również jest uzależnione od bębnów, bo na jednych te naciągi się sprawdzą, a na innych nie.

A na Tamie obecnie?

Jeszcze jest za wcześnie, by coś mówić. Oryginalnie jest Evans Genera g2. Grały nieźle, jak na oryginalne naciągi. Jestem teraz generalnie na etapie poszukiwań.

A jak to wygląda w studio? Kto jak kto, ale Hey musi mieć idealny sound.

To właśnie druga rzecz. I tak naprawdę nie jest to pytanie do mnie. Bo ze strojeniem bębnów mam jakiś piekielny problem. Mam wrażenie, że nigdy nie zrobiłem tego należycie. To jakiś odjazd. Jeżeli chodzi o studio zazwyczaj robi to Leszek Kamiński.

I jego system przy pianinie?

Dokładnie, śrubka po śrubce i wszystko zawsze się zgadza. Natomiast, jeżeli chodzi o koncerty robi to techniczny, czyli Karamba. Ja co najwyżej siadam i wprowadzam swoje drobne poprawki, ale polega to na tym, że np. jak założy nowe naciągi, teraz robi to Mateusz, to przyjdę, sprawdzę i je np. obniżę, bo wolę, jak jest więcej tego dołu. Jeśli mnie pytasz, jak w studio stroję bębny to jest to zajebisty problem i jednocześnie kompromis, ponieważ co ja robię w sali prób i na koncertach ma się tak naprawdę nijak do studia. Jak Leszek stroi bębny to zawsze mu ufam tylko, że jak siadam to od razu pytam, co to do cholery jest?! Jakieś jazzowe ustawienie, wysoko nastrojone, piękne dźwięki bum bum bum (Robert zaintonował falsetem - przyp. red.). Tylko, że nauczyłem się tego braku zależności, że to, co słyszymy w akwarium, a to, co jest w reżyserce to jest całkowicie coś zupełnie innego. Więc niech on to zrobi, bo wie lepiej.

Masz tę przyjemność wspólnej pracy.

Bez wątpienia! Jestem święcie przekonany, że jakbym to zrobił po swojemu i nie jest ważne, czy bym je ostatecznie nastroił czy nie, to tam w reżyserce mogłoby coś wybuchnąć (śmiech).

Świeże naciągi czy trochę naruszone?

Absolutnie świeże. To chyba jest logiczne i naturalne. Jak zakładasz świeże naciągi to oczywiście siadasz za zestaw, dostajesz komendę "pierwszy, drugi, trzeci tom, a teraz całość" to, siłą rzeczy, one osiadają i się rozgrywają tyle, ile powinny. Z tym rozegraniem moim zdaniem to jakaś głupota, a wiem, że są tacy bębniarze co tak robią, że przychodzą z jakimiś starymi gniotami. Nie rozumiem tego. Z tym to ja w ogóle chyba jakiś fetysz mam, bo ściągam w salce naciągi z bębnów i od razu są rozchwytywane. To praktycznie nowe sztuki są.

Jak nagrywasz partie bębnów dla zespołu? To ciekawe, bo bębny nie są tam na pierwszym planie.

To absolutnie ewoluuje. Wszystko zależy od tego, jak ma wyglądać piosenka i jaka jest wizja autora - kompozytora. Kiedyś to robiono ciurkiem, bo nie bardzo było możliwości robić to inaczej. Później przyszedł Pro Tools i wszystko się równa w programie nawet, jak czasami czuję, że można jeszcze coś poprawić i krzyczę, że "Spróbuję jeszcze raz!". Teraz to naprawdę rzadko gra się całą piosenkę. Jedną część refrenu, później drugą albo same kotły. Wszystko się drastycznie zmieniło.

Gavin Harrison nagrywa wszystko ciurkiem, stara się nagrywać całymi podejściami.

Nie dziwi mnie to. To jest wykręcony koleś i jeden z moich największych faworytów na świecie. Więc jest to kwestia charakterystyki utworu i tego, co grasz. W jednym numerze masz cztery różne zestawy bębnów i nie da się tego zagrać za jednym podejściem w całości. Bo tu zmieniasz brzmienie bębnów, a tu wstawiasz elektronikę, jak to jest na naszej ostatniej płycie. Na koncercie gram całe numery, bo to jest logiczne, dlatego trochę pomaga mi Roland (śmiech). Są beat?y, które gram i dlatego szukałem, zresztą bardzo długo, aż wreszcie znalazłem i kupiłem, taki pad do stopy, gdzie bijak uderza nie tak, jak teraz w stojący pad, tylko w dół. Bodaj to się nazywa KD-7 (dokładnie - przyp. red.), rzecz już niemal nie do kupienia, wycofane z produkcji. Kupiłem to na E-bay niemieckim. Te współczesne pady mają to do siebie, że się kurcze przewracają. Nie ufam im.

Twoja praca z metronomem? Jak to wyglądało kiedyś, a jak teraz, bo różnica na pewno jest.

Miałem epizody, jak była taka potrzeba to grałem. To wszystko rozgrywa się znowu wokół tej zmiany, która na przestrzeni lat nastąpiła. Jeśli chcesz sobie swobodnie w programie przestawiać później te klocki, to nie ma przebacz i musisz grać do "pana klika". Nie jestem jakimś rewelacyjnym bębniarzem absolutnie, ale mamy to szczęście, zarówno w Dum Dum, jak i później w Hey, że wychodziła z nas jakaś taka zwierzęca siła. Jak słuchałem nagrań z koncertu i porównałem te kawałki z wersjami studyjnymi? to tutaj masz na płycie 120 bpm, a na koncercie 250 (śmiech). Nikomu to nie przeszkadzało, a robiło to rajd, dawało punkowe zacięcie.

Bo graliście razem. Pod każdym względem.

Tak. Jak przyszło do tego, że muszę grać z klikiem, to nie miałem z tym oczywiście żadnych problemów i teraz na trasie siłą rzeczy, ze względu na charakter kompozycji, muszę grać całość z klikiem. Przyjdziesz to zobaczysz, nie mnie to oceniać.

Jak ćwiczysz?

To jest mój problem, bo mało ćwiczę. Dlatego jestem w takim miejscu, jakim jestem jako instrumentalista. Dlatego mam takie umiejętności, a nie inne. Znam doskonale swoją wartość, wiem, czego się nauczyłem i czego powinienem się nauczyć. Byłem leniem i niewiele zrobiłem w kwestii ćwiczenia i warsztatu, jestem leniem też i dziś. Przybywa mi belek na plecach, ale jestem też świadomy, że im jestem starszy tym trudniej będzie mi robić pewne rzeczy, tym więcej czasu muszę spędzić w sali prób. Powinienem to zrobić odwrotnie i teraz miałbym luz.

Tak, jak Portnoy, który uznał, że on praktycznie umie już tak dużo, że więcej mu nie trzeba.

No tak? Piąta strona medalu jest taka, że - ucz się, ucz, im lepiej grasz, tym bardziej nie będziesz miał z kim grać (śmiech), więc może to dobrze, że się nie nauczyłem. Teraz faktycznie częściej chodzę do sali prób, żeby podtrzymywać jakąś tam formę, bo wiem, że jeżeli nie będę tego robił,  to będzie coraz ciężej.

Wprawki, utwory?

To różnie jest. Wprawki też, chociaż nie jest to moje ulubione zajęcie. Wolę odpalić sobie iPoda i grać pod numery. Bodaj Johnny Rabb mówił, że tak ćwiczy. Tylko też warunek jest taki, żeby nie był to żywy bębniarz, bo może dojść do ścigania się z nim. A to nie jest zdrowe. Masz też pewność równości podkładu.

Co sprawiało ci największy problem w nauce? Jaki groove?

Ta pieprzona samba? Po piętnastu latach stwierdziłem jednak, że się tego nauczę i się w końcu nauczyłem (śmiech). Nie robię tego w kosmicznych tempach, ale wiem o co chodzi. Nawet nie wiem, czy to tak naprawdę sprawiało mi trudność, no może?

Czasowo dużo grasz?

Dwie godziny jest to zazwyczaj minimum.

Codziennie?

No nie, przecież mówiłem, że mało gram. Tak mniej więcej trzy razy w tygodniu. Jak gramy koncerty w weekend to gram wtedy dwa razy w tygodniu. Nieraz bywa tak, że mam jakąś fazę i gram sobie codziennie. Jak było ciepło, kupiłem sobie motor i jeździłem do salki głównie po to, żeby się przejechać (śmiech). Czasowo jest to bardzo różnie. Dwie godziny to trwa zazwyczaj minimum, jak gram, bo czasami przyjdę, krzątam się, posiedzę i nagle telefon od Spidera: "Co robisz?", ja mu na to: "No gram", "Oj, daj spokój, chodź, wyjdziemy, coś zjemy". No i sobie pograłem? (śmiech) Bywa też tak, że się wkręcam i siedzę ze cztery godziny nad czymś, po czym nagle otrząsam się zaskoczony, że tyle to zajęło.

Czyli grasz tyle, ile masz ochotę?

Nigdy nie przykładałem do tego większej wagi i powtarzam, że był to wielki błąd. Ja wiem, ja znam wszystkie te reguły, że trzeba się zmusić, siedzieć, ćwiczyć, czego się nie potrafi, że wolno, że metronom. Nigdy tak nie postępowałem, ale tak, jak mówię, czasami się nad czymś potrafię zawiesić.

Nad czym teraz siedzisz głównie, nad jaką partią ćwiczeń?

Wnerwia mnie strasznie moja motoryka. Nigdy jakoś tak jej nie opanowałem. Nie zależy mi, by wymiatać łapkami sześćdziesiątki czwórki w trylionowym tempie. Generalnie chodzi mi o poruszanie za instrumentem, szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Wiesz doskonale, że możesz szybko młócić na werblu, ale jak wchodzi w grę przemieszczenie się np. na dwa tomy to może się to wysypać. Zawsze mi brakowało tej swobody. Miałem taki moment, że brakowało mi dwójek, ale przysiadłem i podciągnąłem to, jednak ta motoryka to cały czas mój problem.

Miałeś takie momenty lekkiego wstydu na scenie, że się wysypałeś jakoś tragicznie?

O tak, niejednokrotnie. Właśnie dlatego, że te moje umiejętności nie były nigdy z najwyższej półki. Przyjeżdżałem na koncert z taką wręcz olewką, że przecież spokojnie dam radę i nagle się okazywało, że nie dałem?

Stawiałeś kiedyś bębny bokiem.

Była jedna taka trasa, gdzie bębny stawiałem na środku sceny bokiem. Zresztą było kilka różnych moich osobowości na scenie. Nie wiem, czy zarejestrowałeś, ale kiedyś grałem też trasę na dwa zestawy. Był taki patent, że główne bębny ustawione w lewą stronę i jak odwracałeś się na stołku to miałeś taki zestawik jungle, gdzie starałem się zagrać takie właśnie klimaty, ze dwa utwory. Była też trasa, że Kaśka stała z tyłu koło mnie, po mojej lewej stronie.

A teraz kombinujesz z ustawieniem na scenie?

Czy ja wiem? To jest po prostu tak dla urozmaicenia. Stoimy teraz tak (i tu Robert pokazuje mi rozpiskę zespołu na scenie - przyp. red.), a właśnie Spider - oświetleniowiec, wymyślił inną konfigurację i wygląda to jeszcze inaczej. Ten tu, a ten tu?

Nie macie innych problemów (śmiech)?

Nie no, my mamy z tym luz. To Spider ma z tym problem, w sensie może nie tyle problem, co po prostu chce to zrobić profesjonalnie i to robi. Zna się na tym. Teraz zrobił naprawdę coś wielkiego, przyjdziesz na koncert to zobaczysz.

Co jest największą zmorą w trasie?

Wiek?

Odczuwasz pan to?

Wiesz, to się jednak przekłada. Jak byłem młody i jechałem na koncert z Dum Dum do Francji to podróżowaliśmy jakimś starym busem w kilkanaście osób, zgniecieni jak sardynki, do tego piętnaście godzin w samochodzie i to była wielka zabawa. A teraz taki wyjazd np. do Zabrza już jest lekkim problemem mimo, że mamy komfortowe warunki, hotel itd. Te parę godzin w samochodzie robi się męczące. Jak masz zagrać trzy koncerty dzień po dniu to już zaczyna to urastać do rangi problemu.

Potrafisz odlecieć na koncercie?

Jasne, że tak. Za każdym razem jestem gdzie indziej. Kiedyś moja była dziewczyna zrobiła mi pretensję, że tu koncerty, a tu dom i ona też by chciała ze mną pojechać. Odpowiedziałem jej, za co obraziła się na śmierć i życie, że tam jest mój świat, zupełnie inny od tego tutaj i nie ma tam dla niej miejsca, "więc przykro mi, kochanie." Tam nie ma miejsca dla nikogo, wjeżdżam i zapominam o wszystkim. Jest to z jednej strony złe, bo zapominam o problemach, o których powinienem pamiętać?

No, ale odetchnąć też można.

Tak, dlatego nie rozważam tego, czy jest to ogólnie dobre czy złe. I teraz, wracając do wcześniejszego wątku, jeżeli chodzi o te wpadki, gdzie stawał cały band, to właśnie chyba dlatego, że poleciałem gdzieś tam w kosmos. (śmiech)

Wchodzisz na czysto na koncert? Bez wspomagania?

Absolutnie, żadnych takich rzeczy. Miałem nawet piętnastoletni okres totalnej abstynencji, co powodowało ciekawe historie. Nieraz na koncercie ktoś podchodził do mnie i mówił: "A widziałem cię ostatnio tam i tam, i chciałem z tobą pogadać, ale byłeś totalnie nawalony!". Motyw jest tylko taki, że ja wcale nie piję. Teraz zresztą też bardzo sporadycznie, drobne ilości. Absolutnie żadnego picia przed koncertem. Graliśmy jakiś koncert i zeszliśmy po bisach ze sceny i miał to być już koniec, no to zrobiłem sobie małego drinka, a tu nagle okazuje się, że mamy jeszcze grać! A po alkoholu to wiadomo, człowiek rozluźniony, wyszedłem na scenę i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić (śmiech), miękka guma, dramat?

(tutaj opowiedziałem Robertowi historię Artura Malika i jego akcji z technicznym, o czym pisaliśmy w Perkusiście 5/09 - przyp. red.)
Kiedyś załatwili mnie tak chłopcy w Szczecinie. Kiedyś, kiedyś, dawno temu nie mieliśmy wtedy jeszcze swojej salki i pojechaliśmy do takich znajomych, którzy salkę mieli, by tam u nich sobie pograć. Ja jako, że nie pochodzę ze Szczecina przyjechałem wcześniej. Chłopaki ukręcili takiego "Lolka" i mnie częstują. Ja z tych nieużywających dałem się jednak namówić, czekając na resztę zespołu. Wziąłem dwie chmury i później, jak reszta przyjechała to leżałem niekumaty gdzieś w rogu pod stołkiem i nie było mnie cały dzień (śmiech).

Palisz papierosy?

Rzuciłem fajki dwa, trzy lata temu.

Opowiedz mi o momencie w swojej karierze, gdzie po prostu poczułeś moc.

To był Spodek. Cała ta zadyma, która tam była, to naprawdę było duże wydarzenie na skalę zespołu i kraju. Zagrać Spodek i przyciągnąć ludzi tylko na swój własny koncert?! Przyciągnąć telewizję MTV, która wtedy była dla nas jedną wielką magią? Teraz to kolejna telewizja, ale wtedy?  Kurde no, potęga!

Powtórzy się jeszcze coś takiego?

Nie wiem, nawet nie wiem, czy bym chciał, by coś takiego jeszcze się powtórzyło. Jest wiele aspektów za tym przemawiających. Po pierwsze, gdyby coś takiego się pojawiło jeszcze raz, to tamto wspomnienie mogłoby stracić na wartości. Po drugie wiązał się z tym straszny stres. Dwa dni przed to było nic innego jak sranie w gacie i wymiana pampersów.

Jest ogólna opinia, że darmowe koncerty plenerowe np. sponsorowane przez miasta, uderzyły w koncertowe życie zespołów.

Problem mniejszej ilości koncertów klubowych to bardzo złożony temat

Wy też nie gracie już takich tras, jak kiedyś.

Nikt nie gra. Oczywiście ma to wpływ, ale wydaje mi się, że jest tu wiele czynników, które mogą mieć ów wpływ. Trochę odsunięto się od muzyki rockowej, młodzież w mniejszym stopniu szuka rozrywki w postaci pójścia na koncert. To są różnego rodzaju zmiany i same darmowe masówki nie są jedyną przyczyną.

Hey już gra o ho ho? albo i dłużej, Przeżyliście wiele zespołów.

Trochę głupie słowo, ale tak można to nazwać?

Idea i pomysły. Oryginalność i świeżość działania. Jak oceniasz szanse na to, by dalej zaskakiwać ludzi?

Strasznie trudne pytanie. Dobre, ale trudne. Nie potrafię odpowiedzieć, bo od płyty do płyty zastanawiam się, co to będzie, jak to będzie i czy w ogóle coś będzie? Każdy z nas się nad tym zastawia. Z drugiej strony żadne z nas nie zastanawia się nad tym, że już nic nie będzie, że nie zaskoczymy, nie zrobimy czegoś ciekawego. Jezu? wydaje mi się, że każdy zespół odpowiedziałby tak na to pytanie. Stary czy młody. Udało nam się tyle lat jakoś przetrwać bezkonfliktowo na jakimś tam poziomie. To, że Banach postanowił zrobić kiedyś pewne ruchy to fakt, ale tak to generalnie cały czas jest u nas pewien konstans.

Na czym polega ta magia, że jesteście razem?

Nie wiem. Nie jesteś pierwszą osobą, która zadaje to pytanie. Nie jesteśmy w stanie sobie odpowiedzieć na to Jesteśmy kolegami, a nawet można rzec, że przyjaciółmi, bo przeżyliśmy już tyle razem. Najciekawsze jest to, że jesteśmy zupełnie różnymi osobami.

Bywają w zespole zgrzyty?

Były, są i będą, tylko, że po prostu potrafimy iść na kompromisy. W każdym związku, a jest to swego rodzaju związek, o to chodzi. By iść na kompromisy, gdy jest taka potrzeba. Schodzimy jeden drugiemu z drogi, jeśli wymaga tego sytuacja. Nie wiem, z czego to wynika. Ciężko na to odpowiedzieć jednoznacznie, bo to byłaby recepta, z której wszyscy by korzystali. Nie ma recepty?

Więc zostawmy ten wątek nierozstrzygnięty?

Nie ma odpowiedzi jednoznacznej, więc musi to tak zostać.

Powiedz mi, jak to było z płytą Ho, naprawdę siedzieliście i podpisywaliście wszystkie?

Nooo, teraz przy podpisywaniu 150 egzemplarzy najnowszej wspominaliśmy, jak to się wtedy grzały markery (śmiech).

Nie widać cię poza zespołem Hey, dlaczego?

Zastanawiałem się nad tym, ale tak naprawdę nie jest to pytanie do mnie. Jest to poniekąd moja wina, ale to nie jest pytanie do mnie, dlaczego jakiś zespół nie chce ze mną współpracować np. dlaczego Zenon K. czy Jolka B. nie poprosili mnie o współpracę, nie spotkali się ze mną i nie powiedzieli: "Hej Bob, zagramy jeden, dwa numery, wskoczyłbyś za zestaw". Nie wiem. Mogę się tylko domyślać. Moje umiejętności są takie, a nie inne, to jest jedna rzecz i ja o tym wiem.

Hey funkcjonuje jako uznany band od tylu lat, jesteś istotną częścią tego zespołu, fundamentem, więc chyba przesadzasz trochę?

Dobra, dobra, mam świadomość i wiem, jakie mam możliwości? Druga sprawa to fakt, że gram właśnie w zespole Hey, który jest zespołem aktywnym, nagrywającym, koncertującym. I nikt się ze mną nie zwiąże, bo wszyscy dobrze wiedzą, że jest to dla mnie priorytet i w przyszłości co najwyżej może dojść do zgrzytu i konfliktu.

Masz w sumie dość bezstresowe podejście do bębnów. Nie biczujesz się i nie zarywasz nocy.

Z drugiej strony dobrze wiesz, że to przynosi efekty i jak mnie pytasz o tę grę z innymi to może właśnie dlatego, że nie było tego bicza. Każdy muzyk potrzebuje umiejętności i warsztatu, nawet dla samego siebie, mieć wiedzę, że daną rzecz się potrafi. Nie oznacza to, żeby od razu wyjść i to wszędzie grać, ale mieć ten luz i świadomość. Każdy do tego dąży. Mam próby z Czarkiem Konradem, drzwi w drzwi i jak on przychodzi to mnie? no?(śmiech). Ostatnio graliśmy taki koncert dla Ciechowskiego, taki tribute, a on tam grał bodaj z trzema składami. Po jednym z występów przychodzi i mu mówię: "Czarek, dlaczego ty wkurwiasz ludzi?!". On oczywiście miły człowiek: "Ale o co chodzi, ale co się stało??". "Dlaczego tak wymiatasz, że każdemu bębniarzowi opadają teraz ręce?" - pytam go. A on skromnie "A, no nie wiem, no nie wiem, tak jakoś?" (śmiech)

Miałeś nauczyciela?

Nigdy w życiu nie potrafiłem przejść przez dziesięć stron książki nauki gry na bębnach? Nigdy mi się nie udało. To też kolejny błąd młodości, wielki błąd młodości. Pamiętam, był taki gość, który grał w zespole Pod Budą. Mieliśmy w szkolnej sali, nomen omen, szkolne instrumenty. On tam przyjechał, bo to czyjś znajomy był. Zaczął grać na tych Polmuzach i jak teraz wspominam, to nie zagrał tam niewiadomo co, ale wtedy to mi szczęka poleciała do ziemi i odbiła się w tamtych kaflach. Zmierzam do tego, że trzeba było brać nauczyciela, który by pokazał to, tamto, ustawił wiele rzeczy.

Klasyczne pytanie - Co by było, gdybyś nie grał na bębnach?

Trudno powiedzieć. Na samym początku zapodałeś temat motoryzacji, a jest to takim moim drugim konikiem. Pewnie bym siedział w tych klimatach. Miałem kiedyś taki temat, że marzyło mi się posiadać wypasiony warsztat samochodowy, ale taki typu West Custom, a nie tam, jakaś naprawa tłumików. Problem jest jednak taki, że chciałbym mieć ten warsztat, ale przy tym by było z 5 milionów dolarów na koncie, a ten warsztat niech sobie tam obok będzie (śmiech). Musiałbym cię zaprosić do swojego garażu to byś zobaczył, o co chodzi?

Czyli podsumowując, gdybyś nie grał w Hey byłbyś facetem, który ma 5 milionów dolarów na koncie?

Cały czas nad tym pracuję, nad tymi pięcioma milionami (śmiech).

Hobby jest hobby. Czym jeździsz teraz?

BMW seii 5. Ale trzeba się zastanowić nad zmianą, bo to rocznik 2000, więc już stary dziadek, ale tu jest właśnie problem, auto jest wychuchane i jak nowe. 10 lat, a jest jak nówka. Rozumiesz?

Rozumiem, dajesz więc chętnie się komuś przejechać czy nie bardzo?

Nie? (Robert powiedział to mrucząc - przyp. red.). Nie lubię, ale z piątej strony takie sytuacje praktycznie się nie zdarzają. Jednak szósta strona medalu jest taka, że czasami jesteśmy na imprezie, a tam bywają tacy Night Riderzy, co to rozwożą wszystkich po nocy i ja bym jednak nie dał samochodu takiemu kierowcy? Nie, bo nie.

Ok. Niektórzy nie lubią, jak ktoś im siada za bębny. Ja tak mam.

Nie przeszkadza mi, jak gra ktoś, kto jest w kręgu moich zainteresowań. Nienawidzę, jak przychodzi ktoś obcy, wpierdala się i zaczyna coś robić! A jak już coś robi to dobrze, żeby to przynajmniej było za moją wiedzą, ale to też się nie zdarza zbytnio często. Za bębnami siadają oczywiście Karamba, czasami nasz menadżer, bo nie wiem czy wiesz, ale swego czasu grał na bębnach w Maanamie.

Nauczasz?

Mam teraz uczniaka. Miałem dwóch jeszcze do niedawna, ale "pani dziewczyna" chyba się rozmyśliła, bo przestała się odzywać. W każdym bądź razie dziewczyna postanowiła uczyć się na bębnach. Nie czuję się na siłach, by uczyć kogokolwiek, wychowywać młodych ludzi. Powiedziałem im, że te początkowe rzeczy - podstawy, mogę pokazać, wytłumaczyć, o co chodzi, trzymanie pałek tak i tak, żeby po prostu się nie wpieprzyć, bo ja akurat musiałem naprawiać to, co zepsułem w młodości np. ułożenie ręki. Długo zastanawiałem się przecież kiedyś, dlaczego mnie tak naparzają ręce po każdym koncercie. Dziewczyna nie ma tego błysku w oczach do bębnów, nie wie, co tak naprawdę się z tym wszystkim robi. Jest natomiast bardzo zdyscyplinowana i jak jej mówiłem, by przyniosła gotowe konkretne ćwiczenie na kolejną lekcję to sumiennie je wykonywała i przygotowała. Jak pokazywałem jej dany rytm to powoli się go uczyła. Chłopak natomiast ma błysk w oku i odjazd na punkcie bębnów, słucha np. Pink Floyd? no kaman! To tak jakbyś powiedział, że mając 15 lat słuchałeś Franka Sinatry (śmiech). W każdym razie ona zdyscyplinowana, natomiast on odjechany i zakręcony - oby szybciej, więcej i tak trochę przypomina mnie. Miejmy więc nadzieję, że ktoś go poukłada.

Jak ze zdrowiem szanownego perkusisty? Koncertów dużo, a jak mówiłeś lata lecą.

Mam ten fart, odpukać (zostało odpukane - przyp. red.), że nie dzieje się nic złego. Bębniarze często na coś narzekają, na kręgosłupy, stawy. Z kolanem mam problem od jakiegoś czasu, ale to raczej nie od bębnów, tylko od squasha, którego sobie katuję, notabene dziś na 22 idę. Poza tym nie mogę narzekać. Były problemy, jak byłem młody, coś było nie tak, bo rozwalałem wszystkie naciągi w stopach?

W stopach? Nie mów, że na koncercie się trafiło.

Oczywiście, że to się zdarzało. Ale minęło. Było minęło. Absolutnie uważam, że to coś ma wspólnego z techniką, że coś człowiek robi nie tak. Może te schorzenia czy też rozpieprzanie naciągów lub blach wynika właśnie z tego? U mnie to było tak, że bolały mnie łapy, to nie były jakieś stawowe sprawy, tylko zwyczajnie bolały mnie łapska. Fakt jest taki, że nawalałem. Całe życie wychodziłem z założenia, by mocno ciosać, oczywiście to się wszystko zmienia, ale kiedyś jak nie przywaliłeś mocno w bęben to on nie brzmiał. Teraz po próbach, czy po próbach generalnych przyleciał do mnie akustyk i powiedział, że nie ma opcji, bym tłukł w tę Tamę, bo wyje, a gdy gram swobodnie - jest idealnie. Stare nawyki?

Czyli jednak uspokoiłeś się trochę?

Był taki moment poszukiwań w moim życiu. Nie wiem, czy pamiętasz szkołę Weckla, gdzie w początkowych lekcjach pokazywał, jak trzymać pałkę, a później zrobił erratę do tej szkoły na ten temat. Natknąłem się na te rzeczy. Zacząłem czytać i patrzeć na te ręce, i cholera?! Faktycznie, to nie tak, tylko tak! No i się to z czasem zmieniło. Po pierwsze, nie muszę już dawać w bębny takiego bata, a druga sprawa - zmieniłem uchwyt.

Jak wygląda komponowanie bębnów w Hey?u?

To też na przestrzeni lat mocno ewoluuje.

Wcześniej było bardziej rockowo, lubiłeś coś złamać, zakombinować.

Lubiłem zakombinować, ale jak wiesz doskonale, większość kompozytorów tego nie lubi (śmiech). To jest taki pewien konflikt. Problem był taki, że Banach, który komponował większość piosenek, na początku był bębniarzem. Uzurpował sobie prawo do tego, że zna się na tym i może powiedzieć, jak coś ma konkretnie wyglądać. Potem zajął się tym Paweł i był to okres, gdzie ewoluował cały proces tworzenia, nagrywania. Ludzie nagrywają w domach, wklepują sobie w komputery, co tam im się podoba. Zaczęli robić te bębny, brać gotowe loopy. Wiadomym jest teraz, że jeżeli kompozytor wbił sobie te bębny i słuchał je dwa tysiące razy to oczywiste, że jest tak przekonany, że to jest jedyna słuszna droga, że każda inna propozycja jest problemem. Musi być to coś naprawdę wybitnego, by porwało resztę zespołu i przez to przekonało kompozytora do tego, by na to przystał. Tu zaczyna się konflikt interesów, bo jeżeli Paweł nie zapyta mnie, jaką mam wizję bębnów i skomponuje własną linię to rzadko się zdarza, żeby przekonać go do tego, że np. mam inną propozycję chociażby poprzez to, że mówię, iż jego partia nie jest najlepsza, można to zrobić lepiej. Pozmieniało się to strasznie i niestety bębniarze mają coraz mniej do powiedzenia.

Podobnie miał Gavin Harrison (Opowiedziałem Robertowi to, co przydarzyło się Gavinowi podczas jednej z sesji nagraniowej, o czym możecie przeczytać w wywiadzie z nim w niniejszym numerze - przyp. red.). Gavin był wściekły.

To ma jednak większy sens, bo jeżeli okazuje się, że to jest identyczne, jak na początku to przynamniej w głowie masz świadomość, że chciałeś coś z tym zrobić. Muzycy sesyjni nie mają z tym żadnego problemu, ok. Przyjeżdżają i grają, co mają zagrać. Ale z drugiej strony jest człowiek, który musi ewoluować, tak jak ja, który robił swoje rzeczy i grał to, co chciał, to co uważał za stosowne. Też jestem człowiekiem, który ma coś do powiedzenia. Nieważne, że to się objawia tłuczeniem na bębnach. Musisz pomału zmienić swoje podejście do życia i dochodzisz do takiego etapu, że sorry, ale nie masz zbyt wiele do powiedzenia tylko musisz odegrać, co masz odegrać. Tak się zmieniły czasy. I tak jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że mogę polemizować, mogę podjąć dyskusję, mogę podjąć próbę zmiany. Wiesz doskonale, że większość muzyków nie ma już zupełnie nic do powiedzenia.

To prawda.

Mają przyjść i zagrać to, co jest im powiedziane, tym bardziej, jeśli jest to młody zespół, który niemal kompletnie jest pod wpływem osób spoza zespołu.

Czy w takiej sytuacji nie myślałeś, żeby komponować i nagrywać samemu?

Nieee, nawet kupiłem jakiegoś Logica Pro i inne rzeczy, tylko wracamy do tego, o czym mówiliśmy wcześniej, że człowiek się nie uczy i później to wychodzi?

Grasz jedynie na bębnach?

Tak. Nie nauczyłem się grać na żadnym innym instrumencie i to jest? złe, bardzo złe. Krzysiek, którego uczę, dostał taki przykaz ode mnie, że jeżeli nie poświęci 15 procent czasu, jaki poświęca na bębny, na granie na klawiszu to w ogóle nie ma o czym rozmawiać.

Łatwiej stroić sprzęt, znaleźć odpowiedni interwał.

Dokładnie. Czuć muzykę itd. Jedyne, co potrafię ponoć robić, chociaż mam odmienne zdanie, to trochę śpiewać. Kaśka tak twierdzi, ale to dalej nie pomaga ci w skomponowaniu piosenki. Nie ma harmonii, nie ma akordów. Mam parę takich swoich pomysłów, ale uwierz mi, nie chciałbyś tego słyszeć (śmiech).

No to może tańczysz?

Znasz tę teorię? Wiesz, dlaczego jestem muzykiem? Żeby nie tańczyć (śmiech).

Masz jakiś taki wymarzony projekt, w którym chciałbyś zagrać? Chodzi mi o pełną swobodę wyboru zespołu, nawet najbardziej nierealną.

Jasne, że bym chciał. Wrócę do pytania, dlaczego nie współpracowałem z innymi osobami, bo przypomniała mi się teraz trzecia rzecz. Pierwszą były umiejętności, drugą brak pytań do mnie, a trzecią jest fakt, że nie piłem przez piętnaście lat i uwierz mi - ma to duże znaczenie. Szczególnie, jak wchodzisz do klubu i zaczynasz z kimś na jakiś temat rozmawiać. "Sie masz. Sie masz. Drink? Drink." I rozmowa zaczyna się toczyć inaczej. Później są trzy piosenki i "Mam cię, kurde, dosyć?". A takie marzenia są, ale nie wejdę do jakieś kapeli i nie powiem im: "Dobra, to ja tu będę grał w trzech piosenkach!".

To może z innej strony. Jakie są twoje obecne inspiracje?

Straszne trudne pytanie? nie ograniczam się do jednej rzeczy. Ciężko mi coś jednoznacznie wskazać. Nie mam najnowszej Porcupine Tree, ale ta wcześniejsza mnie po prostu rozwaliła. To jest rzecz, którą zajebiście chciałbym w życiu robić, a to dlatego, że wywodzę się z heavy metalu, wiesz, i tam zaczęła się moja kariera muzyczna. Strasznie bym coś takiego chciał grać, bo jest tam i ostra muza, i bębniarz gra takie rzeczy, że kapcie mi spadają? Chciałbym w różnych miejscach zagrać, to jest proste i oczywiste, chciałbym doświadczyć takiej sytuacji, ale nigdy jej nie miałem.

Z kimś jeszcze?

Jakiej nazwy byś nie rzucił, jeśli nie jest to kapela obciachowa, do której czuję odrazę lub nie byłoby to coś, czego nie rozumiem, to na luzie. Jestem zawsze otwarty, chciałem i chciałbym. Nie szukałbym nawet na rynku światowym, nawet bliżej, chętnie pograłbym z muzykami z rodzimego podwórka. Różne rzeczy wpływają na to i dzieją się wkoło, że tak nie jest. Zazdroszczę takiemu Kubie Jabłońskiemu, który miał różne przygody muzyczne z różnymi muzykami. Nie mówię tu już nawet o Czarku Konradzie, chociaż porusza się on w rejonach, które nie przemawiają do mnie.

Przypomnij sobie, jak byłeś mały i uczyłeś się grać na bębnach? Co się krzywisz?

Bo cały czas jestem mały i uczę się grać (śmiech).

No dobra. To może inaczej - przy jakich bębniarzach szybciej ci biło serducho za młodu?

Dla mnie wtedy numerem jeden był Nicko McBrain i Iron Maiden. Generalnie jest taka historia, o której opowiadałem niejednokrotnie. Miałem magnetofon, duży szpulowy, który nazywał się Aria i miał prędkość taśmy. Nagrywało się na szybszych obrotach, żeby jakość była lepsza. Późnej w chacie gałka w dół i było dum? dum? dum? dum? bach, bach, paf!. Wszystko wtedy było proste i jasne, i tylko kwestia wprowadzić to w życie (śmiech). Można powiedzieć, że był to swego rodzaju mój nauczyciel.

Ktoś jeszcze?

Całe stado. Żaden bębniarz tego okresu nie może się wyzwolić od pałkerów pokroju Bonhama z Led Zeppelin czy Copelanda. Ale np. taki Terry Bozio nie robi na mnie wrażenia, bo to nie jest w moim kierunku. Ja raczej szedłem bardziej w kierunku AC/DC niż Terry?ego Bozzio.

Czy jest miejsce na to, by w kraju bębniarze byli gwiazdami znanymi każdemu? By robili show, byli na okładkach gazet nie tylko perkusyjnych?

Nie wiem dokładnie, co masz na myśli, mówiąc - miejsce, ale problem naszego kraju ciągle polega na słabym portfelu. Potwierdzeniem tego niech będzie taki fakt - wchodzisz na amerykański E-bay i patrz, ile jest ogłoszeń odnośnie sprzedaży setów bębnów z opisem "Kupiłem dwa tygodnie temu, ale już mi się nie chce". I to z górnej póły sprzęt! Zmierzam do tego, że cały czas nie mamy kasy na dobre instrumenty, by je sobie swobodnie kupić. Cały czas podpieramy się nosem i kupujemy jakiś badziew, który jeżeli nie jesteś zdeterminowanym na to, żeby być muzykiem, może zniechęcić. I to bardzo. Jeżeli nie jesteś zdeterminowanym, by być gitarzystą, a dostaniesz gitarę, która ci wcale nie stroi i tnie paluchy na każdym progu to tylko można się odstraszyć. Tak samo jest z bębnami i blachami. Jeżeli musisz kupować często blachy, bo ci pękają albo nie brzmią, no to którego młodego człowieka na to stać? Ale jest miejsce, jest potencjał. Jest parcie na szkło, ludzie się garną do muzykowania.

Obserwujesz młodą scenę muzyczną?

Trochę tak.

I jakie jest twoje zdanie na temat młodych zespołów?

I tutaj pójdę w tym kierunku, o którym przed chwilą powiedziałem. Grubość portfela to jedna rzecz, a dostępność to druga. Jeżeli ktoś jest zdeterminowany to zdobędzie instrument, ma możliwości zdobyć ten instrument, ma możliwości, by się uczyć z książek, szkółek i innych materiałów. Chociaż komu teraz chce się czytać książki, wystarczy, że wejdziesz na youtube i masz wszystko podane na tacy przed sobą, i widać tego efekty. To jest też obusieczny miecz, bo czasami wychodzi band, gra jakiegoś fajnego bluesa, a bębniarz nagle wysypuje heavy metalowe ziemniaki. Ale też często jest tak, że przyjeżdża band, który ma tam jakieś aspiracje, chłopcy grają, próbują robić te przysłowiowe Porcupine Tree, widać, że mają warsztat i może im to nie wychodzi za bardzo, bo z jakiegoś powodu nie mają pomysłu, ale warsztat mają taki, że czasami czapkę zrywa.

Naturalna kolej rzeczy. Ktoś musiał wcześniej tak zagrać, by teraz mógł to ktoś grać.

Chodzi mi o wielkość rynku. Jeżeli cofniemy się do tych dinozaurów to jak spojrzę na bębniarzy w moim wieku, którzy uczyli się grać na bębnach, no to owszem, ja odstawałem, bo byłem leniwy, ale oni jakimiś wybitnymi bębniarzami nie byli. Nie było dużo takich pałkerów rockowych po szkołach, kto, Surzyn?

Ale właśnie jeden z takich wyjątków czyli np. Tomek Goehs przecierał metalowe szlaki.

Tomek zrobił coś niesamowitego. Był jednym z pierwszych polskich bębniarzy, który pokazał, że my też potrafimy.

Perkusiści są mało doceniani?

Nie chodzi o docenianie. Z jakiegoś powodu pałker stoi z tyłu i większości jest z tym dobrze, poza tymi, co wyjeżdżają na rampach do przodu i grają jakieś beznadziejne solo do góry nogami. Myślę, że większość bębniarzy nie ma ciśnienia być jakoś mega docenionym.

Ty nie masz takiego parcia?

Nie. Totalnie nigdy nie miałem. Powtarzam - moim zdaniem większość z nas tego nie ma, bo po pierwsze wszyscy by się stali Philami Collinsami, a po drugie np. taki Banach, który na początku był bębniarzem, ale miał większe ciśnienie, żeby coś zrobić i tworzyć, został gitarzystą.

To czy mając parcie na szkło, będąc jednocześnie perkusistą możemy się zrealizować jako celebryci?

To jest problem, ale nigdzie na świecie tak nie jest. Jeżeli komuś się wydaje, że taki Mike Portnoy to mega gwiazda to zapytaj się pani czy pana na ulicy, kto to jest. Jedni mają ambicję wypić piwo i zagrać eins zwei drei, za to inni mają tak, jak Michał Dąbrówka, by być doskonałym muzykiem sesyjnym i zagrać wszystkie możliwe rodzaje muzyki. Wszystko zależy od tego, co sobie założysz.

Zdjęcia: Archiwum Roberta oraz AVT

"Karamba"

Przedstawiciel jednego z najbardziej odpowiedzialnych zawodów w branży artystycznej, czyli obsługi technicznej, mówi nam parę słów na temat sprzętu Roberta.
 

W kwestii przygotowania zestawu do koncertu Robert odesłał mnie do ciebie. Między innymi stroisz bębny?

Często się tak zdarza, a wynika to głównie z tego, że zespół przyjeżdża na koncert o godzinie, o której przyjeżdża, a my chcemy mieć wszystko gotowe na amen do momentu, że jak przyjadą to sprawdzą, czy im wszystko współgra, czy się słyszą i sru, jedziemy! Zespół aż do samego koncertu nie jest nam do niczego tak naprawdę potrzebny. To są artyści, wykonawcy, oni mają przyjść, zagrać, wyglądać, to ludzie właśnie na nich przychodzą, dlatego zespół musi dostać jak najlepiej przygotowane instrumenty z naszej strony.

W jakim interwale jest strój bębnów?

Staramy się stroić w kwintach, ale bywają różne okoliczności (złe naciągi) i jak wychodzi kwarta to nie jest źle. Ważne, żeby nie wyszedł Wlazł kotek na płotek czyli tercja (śmiech). Stosunek wysokości centrali do werbla jest według upodobań. Werbel ma brzmieć tak, żeby się podobało. W centrali ma być słychać drewno, bo inaczej można sobie postawić karton do butów i zapiąć triggera.

Wykorzystywana jest także elektronika.

Jest, ale bez przesady. Jest do podkreślenia nastroju, nie nagminnie i nie nachalnie. Jest to robione przez Roberta z głową. Ta stopka Rolanda spełnia rolę po prostu kolejnego pada, nie jest używana zbyt często, zwykły efekt elektroniczny, nie jest grana notorycznie. Cały set nie jest oczywiście triggerowany.

Naciągi?

Wszystko to pojedyncze Evansy, chociaż jestem zwolennikiem tak samo Remo czy Aquarianów. Z każdej firmy możesz wybrać coś, co będzie brzmiało dobrze. Gdzieś mi tylko zniknęły z oczu ostatnio Attacki?

Jak długo współpracujesz z Robertem?

Z dychę już będzie? To już jak rodzina prawie.

Powiedz mi, jaki jest największy koszmar w robocie technicznego?

Staramy się wyeliminować ten koszmar poprzez wczesne pojawienie się w miejscu koncertu, ale czasami i to nie pomaga ze względu na małe zrozumienie niektórych właścicieli i obsług różnych klubów w kraju. Krzywe sceny, brak ramp, wąskie przesmyki, które ciężko nazwać przejściami. Ktoś, kto opatentował koło, niewiele by zarobił u nas, bo kółka w kejsach nie na wiele się zdadzą.


Reklama