Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 1. Piotr Pniak

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszamy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! W pierwszej odsłonie, mocne uderzenie - Piotr Pniak.

Perkusista obdarzony niesamowitym uderzeniem, udzielał się w znaczących projektach muzycznych, współpracując z wieloma muzykami w zespołach Proletaryat, Moskwa, Bracia, Virgin, Małgorzata Ostrowska i wielu innych. Muzyk sesyjny, kompozytor i wykładowca Akademii Muzycznej.

Gdy wszedłem do jego salki akurat kończył próbę z uczniem. W przeciągu dosłownie paru minut Piotr wyrzucił z siebie taką ilość informacji i perkusyjnych prawd, że nie było możliwości ogarnięcia tego wszystkiego. Generalnie "człowiek lawina", można rzec, według typologii Hipokratesa i Galena - typ choleryka, ekstrawertyk. Cały czas pod telefonem, pilnując działań związanych z produkcją swojej nowej płyty. 

Rozmawialiśmy o wszystkim - o początkach, o polskiej scenie perkusyjnej, o grze, a przede wszystkim o muzyce. Nie było zresztą innego wyjścia, bo w odpowiedzi na każde pytanie Pniaq kierował dyskusję na wiele innych płaszczyzn. Piotr nie jest stereotypowym perkusistą. Pomimo pewności siebie, ma olbrzymią świadomość tego, jak mało każdy z nas wie o muzyce jako o zjawisku w ogóle, a nie tylko danym, stylistycznym jej wycinku.

Dlaczego bębny, jak to się zaczęło?

Moja rodzina to sami muzycy. Tata jest tubistą, mama perkusistką, a siostra skrzypaczką. Zanim rodzice kupili mieszkanie, pierwszy rok swojego życia spędziłem w łódzkiej filharmonii, chcąc czy nie słuchając prób i koncertów. Często dawałem wyraz mojemu niezadowoleniu, na co panie sprzątaczki przylatywały i mówiły, że synek płacze tam gdzieś w pokoju...

Jako dziecko "z muzycznej rodziny" miałem to szczęście, że w odróżnieniu od wielu kolegów nie byłem zaganiany do grania, ani na siłę pchany do szkoły muzycznej. Miałem w domu pianino i ksylofon, ale wolałem słuchać muzyki niż grać.

Dopiero w trzeciej klasie powiedziałem rodzicom, że chcę pójść do szkoły muzycznej i spróbować gry na pianinie. Po roku klepania "obowiązkowego" Bacha czułem się jednak skrajnie znudzony. Zdecydowanie bardziej pociągało mnie tworzenie własnych akordów, chociaż mając 10 lat nie do końca jeszcze wiedziałem, co tworzę...

Na szczęście, w międzyczasie zaczęła mnie już fascynować perkusja. Zapisano mnie więc do klasy perkusji, gdzie na werbelku, kotłach i ksylofonie dukałem swoje pierwsze dźwięki z nutek. To było już o wiele ciekawsze, ale dopiero gdy usłyszałem kolegę grającego na zestawie krew we mnie zawrzała.
Po trzech latach nauki zdałem egzaminy do Państwowego Liceum Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego w Łodzi.

Od razu liceum? A gdzie klasy 7 i 8 zgodnie ze starym szkolnym podziałem?

W szkołach muzycznych funkcjonował podział 6 i 6, a nie 8 i 4  jak to było ogólnie przyjęte. W liceum ćwiczyłem na wszystkich instrumentach, jakie były w klasie perkusji. Po kilku miesiącach nauki "przypadkiem" odwiedziłem Dom Kultury, żeby posłuchać grających tam zespołów. W przerwie jednej z prób usiadłem do zestawu i zacząłem sobie improwizować. Tydzień później byłem już nowym perkusistą w zespole rockowym. Dodam, że po miesiącu zajęliśmy pierwsze miejsce podczas przeglądu zespołów "Garage 87". W jury zasiadał zespół Rezerwat. Za solówkę na bębnach otrzymałem wtedy wyróżnienie oraz nagrodę indywidualną i ......zaczęły się problemy w szkole.

Co masz na myśli?

Wzmianka w gazecie o moim pierwszym zespołowym i indywidualnym sukcesie rozsierdziła dyrektorkę szkoły. Zostałem wezwany na dywanik i (z dużym natężeniem decybeli w głosie) usłyszałem serię pytań - zarzutów w stylu: Kto ci pozwolił występować poza szkołą? Dlaczego ja nic o tym nie wiem? Czy napisałeś do mnie podanie z prośbą o zezwolenie na grę w zespole pozaszkolnym? itd. itp.

Od tej chwili stałem się "prawdziwym kryminalistą" dla niektórych pedagogów. Miałem wtedy piętnaście lat i byłem na etapie buntu, nikt nie miał szans. Taki był początek moich doświadczeń ze sceną rockową.

Identyfikowałeś się z jakimiś subkulturami? Punki, metale?

Nie. Nigdy nie miałem niczego wspólnego z żadną subkulturą, chociaż niektóre z moich fryzur mogły zmylić... Zawsze byłem pochłonięty muzyką, obserwowaniem, słuchaniem i kompozycją, fascynowały mnie różne style muzyczne - to zostało do dziś.

Jak wyglądały czasy studiów?

To był szalony okres, było dużo imprez, koncertów. Cały czas ćwiczyłem. Moi koledzy z zespołu wracali ze sztuki i odsypiali do kolejnej próby czy koncertu. Ja natomiast nie kładąc się spać siadałem do instrumentu. Mój profesor przymykał oczy na nieobecności, bo po powrocie z trasy szybko brałem się za bary z materiałem na egzamin. Nigdy go nie zawiodłem.

Temat pracy magisterskiej?

Ojej, nie pamiętam... Pamiętam tylko, że ostatnim i jedynym rozrywkowym punktem programu dyplomowego był utwór Mike?a Sterna. Całkiem zgrabnie poszło. Oczywiście musiała być solówka, młyny, podwójna stopa. W momencie gdy grałem jakąś mielonkę światła w sali przygasły, serio.

Proletaryat. W tamtym okresie był polskim, czołowym, metalowym zespołem.

Dla mnie to było mocniejsze brzmienie orkiestry symfonicznej. Podobnie jak Metallica.

No, lekko nie graliście. Jak wyglądał początek?

To była ciekawa sytuacja. Grałem z moim zespołem muzykę w stylu Genesis, Marillion, ale przede wszystkim Rush. Zagraliśmy jakąś imprezę typu spęd, a na końcu wystąpił zespół Proletaryat.  Pół roku później zadzwonili, że mają problem z bębniarzem i czy nie chciałbym z nimi zagrać. Umówiliśmy się na próbę. Pierwszy moment był szokujący. Grając na bębnach ... nie słyszałem nic, oprócz gitary i basu. Było strasznie głośno! Znasz takie zjawisko jak decybelowe wyścigi muzyków na próbie? Musiałem z tym żyć.-śmiech.

No jasne, jeden przez drugiego, bo uważa, że jest za cicho i kółko się zamyka...

Czy pamiętasz swój pierwszy występ z Proletaryatem?

Oczywiście. To była impreza Letnia zadyma w środku zimy, prowadzona przez Jurka Owsiaka na Torwarze. Fajny klimat, fajny koncert.

Czwórka jest bardzo niedoceniana w Polsce, a to świetny materiał.

Być może sukces "Czarnych szeregów" przyćmił trochę następny studyjny krążek, ale osobiście nie odczułem nadmiaru wolnego czasu czy braku koncertów. To był jeszcze dobry czas dla muzyki rockowej.

Dalsze projekty muzyczne to głównie Reni Jusis i Virgin.

Przeprowadziłem się wtedy w okolice Pruszkowa i spotkałem świetnego i bardzo wszechstronnego muzyka grającego na syntezatorach -  Tomka Warsztockiego. Zaczęliśmy grać muzykę totaaalnie eksperymentalną. Dołączył do nas basista Adam Gzyra. Super trio. Grałem wtedy pętle rytmiczne w stylu Jamesa Browna, ale w bardziej zawrotnych tempach, naprawdę drum?n base. Czasami grał z nami również gitarzysta, a nawet flecista. Było to połączenie muzyki współczesnej z muzyką improwizowaną i elementami jazzu. No i jak to zwykle bywa, ktoś to usłyszał i dostaliśmy propozycję, żeby towarzyszyć Reni Jusis. W pewnym sensie był to tylko epizod, gdyż zagraliśmy jedynie pierwszą trasę i pojawiliśmy się w jednym teledysku (teledysk do utworu Graj więcej, polecamy! Piotrek daje kopa - przyp. red.)

Natomiast przygoda z zespołem Virgin była wyjątkowa. Otrzymałem propozycję nagrania płyty. Zgodziłem się i już po pierwszej próbie chciałem uciekać. Okropny bałagan, jakieś strzępki akordów i melodii. Forma utworu inna przy każdym wykonaniu. Nikt nic nie wie, nawet kompozytor. To ma być rock n roll, czy słaby performance? - myślałem nie będąc przyzwyczajony do takiego trybu pracy. Pół roku później podjęto decyzję o usunięciu basistki i poproszono bym zaproponował zawodowca. Poleciłem Krzyśka Najmana i od tego momentu miałem kompana do współpracy. Oprócz mojego opracowania coveru Madonny wszystkie pozostałe piosenki na płytę aranżowałem wspólnie z Krzyśkiem. Na dokładkę skomponowaliśmy utwór "Sagan om war". Po kilku demówkach zaczęliśmy nagrywać płytę.

Okazało się, że praca trwała rok... Nagrałem bębny raz, później drugi raz, bo ktoś skasował cały materiał..., później zadzwoniono do mnie kiedy byłem na wakacjach, że coś tam się stało z bębnami. Płytę Virgina nagrywałem więc trzy razy! W sumie wyszło na to, że przed wyjazdem za granicę zdążyłem z Virginem nagrać teledysk, wystąpić na Yach Film Festiwal i zagrać koncert promocyjny w klubie "Piekarnia". I to by było na tyle...

Jako muzyk sesyjny grałeś też z innymi artystami...

Miałem przyjemność współpracować z wieloma wspaniałymi artystami. Z jednymi zagrałem tylko kilka koncertów, z innymi kilkadziesiąt lub więcej. Bardzo miło wspominam współpracę z Małgosią Ostrowską, Patrycją Markowską, Magdą Femme, Wojtkiem Pilichowskim oraz zespołami Bracia i Ametria.
Nie potrafię jednym tchem wymienić z pamięci wszystkich, ale wiem, że każda nowa sytuacja była zarówno towarzyską przygodą jak i kolejną lekcją muzyki.

Szkoła Dr Loop.

To miało być dla mnie zakończenie i uwieńczenie pewnego okresu eksperymentów ze stosowaniem charakterystycznych rytmów, pętli rytmicznych, kilku werbli, hi-hatów, melodycznego traktowania werbla. Jakaś taka żywotność, melodyczność grania. Pokazałem to, na prośbę wydawcy, w wersji bardzo uproszczonej, tak, żeby każdy mógł na jej podstawie zacząć grać. Wpadłem na pomysł, żeby nagrywać to w pomieszczeniu radiowym, chciałem dobrej akustyki, powietrza. Zaprosiłem Wojtka Pilichowskiego, który przyjechał prosto z trasy.

Mieliśmy bardzo mało czasu. Pamiętam, że nagrywaliśmy to na żywca. Na koniec, gdy słuchałem finalnego nagrania w reżyserce, nagle okazało się, że w ogóle nie ma stopy, na co gość mi odpowiada, że "Nie no, jest tutaj" a ja, "ale... to jest bas!", a on, "a... no rzeczywiście..." Tak więc, że to brzmi jak brzmi to jakiś cud. Z resztą,  tempo nagrywania szkółek "Najmodniejsze rytmy" i "Bas i bębny" również przypominało strzelanie z karabinu maszynowego...

Nie ćwiczysz już tak jak kiedyś?

Nie. Zająłem się przede wszystkim kompozycją. Poza tym poświęcam więcej czasu na walory brzmieniowe instrumentu, przygotowanie instrumentu. Podobno jestem jednym z nielicznych bębniarzy, którzy przyjeżdżają do studia z nastrojonymi bębnami. Po rozstawieniu dźwiękowiec mówi: "Nic...nie ruszaj, nic!". Nad samym brzmieniem werbla potrafię pracować przez  kilka dni. Gdy nagrywam materiał, wyobrażam sobie brzmienie każdego utworu i długo nad tym pracuję.

A muzyka współczesna?

Operowanie brzmieniem i ekspresją zawsze było moim hobby. Już jako dziecko lubiłem "podkładać" dźwięki np. pod film, który oglądali rodzice. Podejrzewam, że nie byli zachwyceni, kiedy wygrywałem jakieś dziwne akordy na pianinie w trakcie seansu...

W późniejszym okresie to moje hobby zaczęło nabierać konkretniejszych kształtów. Inspirowały mnie obrazy, teksty i sceny z filmów. Pod koniec studiów po raz pierwszy miałem okazję zaprezentować swoje umiejętności kompozytorskie. Napisałem muzykę na wernisaż Anny Szyłło - artystki zajmującej się rysunkiem i grafiką. Potem była m. in. muzyka do spektaklu "Bajki Pana Brzechwy" wystawianego w Teatrze im. S. Jaracza w Łodzi i utwór "Treasures" prezentowany podczas festiwalu " Kolory Polski". Ostatnie moje kompozycje można było usłyszeć w zeszłym roku w Filharmonii Łódzkiej. Były to "Kursk" - muzyka elektroniczna z towarzyszeniem żywych instrumentów oraz "Anioł Śmierci" - utwór na perkusję z taśmą prezentowany z filmem przedstawiającym moje ulubione obrazy Zdzisława Beksińskiego.

Muszę się jednak przyznać, że chociaż muzykę współczesną traktuję bardzo emocjonalnie, to niestety na tego rodzaju kompozycje mam coraz mniej czasu. To wymaga całkowitego "wyłączenia się" ze świata, a teraz najbardziej zajmuje mnie produkcja płyty Iguany.

Jesteś w Polsce jedynym rockowym bębniarzem z muzycznym doktoratem, więc skąd ten pociąg?

Najczęściej z Centralnej na Fabryczną... Żartuję... Studiując w klasie perkusji gra się wiele utworów solowych, a solowa muzyka perkusyjna to tak naprawdę właśnie muzyka współczesna. Przewód doktorski był dla mnie świetną okazją do powiązania ze sobą dwóch światów - perkusji i eksperymentów. To nie jest tak, że rockowe granie to jedno, a solowa muzyka perkusyjna to co innego.

Dla mnie te dwie płaszczyzny wzajemnie się przenikają, np. grając solówki na koncertach rockowych wykorzystuję elementy muzyki współczesnej i na odwrót - dzięki temu, że gram rocka moje wykonania utworów stricte perkusyjnych też brzmią zupełnie inaczej niż, nazwijmy to, "klasycznego perkusisty". Także, jak widzisz, nic w przyrodzie nie ginie i wszystko się zamyka w jedną całość.

Jeden z polskich perkusistów powiedział, że w Polsce ludzie grający na przeszkadzajkach bardzo często zwyczajnie przeszkadzają, co ty na to?

Rzeczywiście, jest to ogólna tendencja, którą obserwuję u wielu muzyków, ale  przeszkadzajkarzy usprawiedliwiam. Ci, oprócz ubarwienia utworu, mają za zadanie wypełniać rytmiczną fakturę. Drażni mnie natomiast "nadmierna ekspresja" i ilość dźwięków pozostałych muzyków. Można być świetnym solistą, ale nie posiadać umiejętności gry w zespole.

Najczęściej jest to związane z różnym pulsem grających, chociaż tak naprawdę, numerem 1 na liście rzeczy niepotrzebnych jest zbyt duża liczba dźwięków. Trzeba wiedzieć co i jak grają inne instrumenty, trzeba nauczyć się słyszeć cały zespół pod względem kompozycji, aranżu, stylu i brzmienia, tak by żaden instrument nie był wyrwany z kontekstu. Naprawdę, nieraz jest potrzebne bardzo niewiele żeby było dobrze.

Zagrałeś mnóstwo koncertów, jak się na to zapatrujesz od strony organizacyjnej? Wiele osób narzeka na polskie realia.

Zagrałem ponad tysiąc rockowych koncertów, nie wspominając o muzyce współczesnej i klasycznej. Ogólnie, z perspektywy czasu, muszę powiedzieć, że idzie to wyraźnie ku lepszemu. Coraz częściej zdarzają się dźwiękowcy, którzy wiedzą, o co chodzi. W dalszym ciągu są jednak jednostki odporne na wiedzę i umiejętności. Oczywiście, każdy może zakupić zestaw nagłośnieniowy i otworzyć działalność gospodarczą. Dlatego polecam, aby w przypadku otrzymania propozycji współpracy od nawet zaprzyjaźnionej firmy, bardzo jasno określać czego się oczekuje i podpisywać bardzo dokładne umowy. Chodzi o to, żeby wyeliminować ewentualne momenty sklerozy organizatorów, którzy zarzekają się, że będzie dobrze i będą wszystkie obiecane elementy.

To, że powiesz o czymś kilka razy, potem wyślesz przypominającego maila nic nie znaczy, bo finalnie dowiadujesz się np. już na scenie, że nie ma tego, co było umówione - instrumentów, odpowiedniego nagłośnienia itd., itp. To jest tak, jakbyś miał zagrać Chopina a okazuje się, że w instrumencie brakuje klawiszy. Co z tego, że publika widzi fortepian, a ty jesteś świetnym pianistą, jak i tak nie jesteś w stanie zagrać tego utworu.

Widzę, że podirytował cię ten temat. Zdarzyło ci się coś takiego?

Niestety, podczas tegorocznych sierpniowych warsztatów w Bydgoszczy. Organizator, który zabiegał, żebym wystąpił, przyjął wszelkie moje warunki sprzętowe, po czym po przyjeździe na miejsce, tuż przed rozpoczęciem warsztatów powiedziano mi, że żadnych instrumentów nie będzie.

Wyobraź sobie, masz warsztaty i chcesz na nich pokazać całe spektrum możliwości jakie dają instrumenty perkusyjne - już na wstępie nie masz szansy, bo takowych nie ma. Przygotowujesz specjalne podkłady muzyczne na tę okazję, siedzisz i kombinujesz, co zrobić, żeby było ciekawie, inaczej. Chcesz zaprezentować utwór na perkusję z taśmą. Grasz, jak zwykle, w słuchawkach, wyczyniasz cuda, żeby barwowo dopasować się do detali podkładu, i co? Na koniec dowiadujesz się od słuchającej w napięciu publiczności, że nikt poza tobą, oprócz twojego bębnienia, nie usłyszał ani jednego dźwięku. Paranoja.

Ustalasz sobie jakieś założenia, koncepcje występu i nic, kompletnie nic nie jesteś w stanie zrealizować, bo albo nie dostarczono obiecanych instrumentów, które notabene stały w sklepie prowadzonym przez organizatora, albo nie działa nagłośnienie, albo po prostu ktoś nie umie podłączyć dwóch kabelków, itd. itp. Dobrze, że wziąłem swoje mikrofony do zestawu, bo z tym też był problem... Co więc możesz zrobić? Starasz się jakkolwiek ratować sytuację  improwizując, za co, jak się później okazało, zostajesz przez organizatora, żeby nie używać niecenzuralnych słów, totalnie skrytykowany.

Nie wspomnę, że nie usłyszałem nawet szczeniackiego "sorry, tak wyszło", wręcz przeciwnie. Tenże organizator dzwoniąc do uczestników warsztatów rozsiewał plotki, że wziąłem za mój występ niewyobrażalną gażę, kilkukrotnie wyższą niż mistrz - Virgil Donati. Ja bym powiedział, że moja ustalona gaża była raczej symboliczna, z resztą, po dziś dzień na nią czekam (wywiad z początku września - przyp. red.).

Karygodny i jedyny, na szczęście, tak wyraźny przykład amatorskiej organizacji imprezy, w której brałem udział. Dobrze, że klimat był bardzo fajny, a publika naprawdę super - przynajmniej to.

A jak to było na warsztatach gdy John Petrucci grał przed tobą?

Petrucci grał swój gitarowy pokaz, a ja miałem wystąpić po nim. Zdziwiła mnie taka kolejność, ale było bardzo miło. Dobrze wspominam ten występ. Świetna atmosfera i super organizacja.



Mina koncertowa
Przyszły Pan Doktor
Razem z Iguan
Fenomenalnie plastyczne blachy po zabójczych ciosach Piotra
Piotr nie odpuszcza żadnemu instrumentowi perkusyjnemu
Te spojrzenie... czy aby wszystko pod kontrolą?
Reklama