Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 2. Beata Polak

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! W drugiej części najbardziej znana polska perkusistka - Beata Polak.

Wstęp

Beata mimowolnie poprawia swoje włosy. Wprawnym ruchem lewej ręki zaczesuje je lekko na boki by po chwili znowu zasłoniły jej twarz. To swoisty element wizerunku Beaty - długie blond włosy sięgające niemal do pasa. Są do tego stopnia charakterystyczne, że swego czasu pewien znany muzyk zaproponował jej żeby przefarbowała je na czarno bo podczas gry skupiała na sobie zbyt dużą uwagę.

Patrząc na dokonania Beaty Polak trudno nie kryć słów podziwu.  Jest przykładem na to, że nigdy nie jest za późno by sięgnąć po pałeczki perkusyjne by zacząć grać. Współpracowała z takimi zespołami jak: Armia, Houk, 2TM2.3, Sweet Nosie, Maryla Rodowicz, Arka Noego. U wielu pojawi się z pewnością lekki uśmiech pobłażania na wieść o tym, że grała w Arce.  Beata ma jednak na ten temat bardzo ciekawy pogląd, tam także można się bardzo dużo nauczyć. Podobnie w Tymoteuszu gdzie gra na dwa zestawy perkusyjne wspólnie ze "Stopą" Żyżylewiczem czy "Ślimakiem" to nie lada wyzwanie.

Późno zaczęłaś grać na bębnach?

Bardzo późno, ponieważ od drugiej klasy szkoły podstawowej byłam w szkole muzycznej na fortepianie, a w szkole średniej poszłam na rytmikę i dopiero w czwartej klasie poznałam środowisko perkusyjne.  Był tam Tomek Goehs - ówczesny perkusista Turbo i Wilczego Pająka, ale także Grzegorz Kupczyk - wokalista Turbo. Tak więc mieliśmy taką dość rockowo metalową klasę, bo było tam jeszcze paru innych muzyków,  którzy zajmowali się tym gatunkiem. Tak więc po tej linii coraz częściej schodziłam do klasy perkusji. Kiedyś Tomek posadził mnie za zestaw i powiedział "No to graj." A ja "Nooo?ale co?" On na to: "No graj - stopa, werbel, stopa, werbel." i tak zaczęłam grać jakiś rytm.

Tomek zawsze grał na dwie stopy, więc widząc 2 pedały, nie mogłam oprzeć się pokusie, i sama "odpaliłam" na dwie. Nagle z końca sali wraca Goehs i mówi "Kurcze, nie jeden koleś nie potrafi grać na dwie stopy, a ty od razu zapaliłaś... weź się poważnie za bębny!". I tak to się właśnie stało, że zaczęłam przychodzić do klasy perkusji i ćwiczyć. Tam tez zauważył mnie Zbyszek Łowżył, ówczesny profesor klasy perkusji i stwierdził, że mam pewną łatwość w graniu na instrumentach perkusyjnych, i że muzycznie dobrze stoję, bo w końcu byłam rytmiczką - pianistką.

Dał mi parę lekcji i zaproponował bym postarała się o przydział dodatkowego instrumentu - perkusji. To była piąta klasa szkoły II stopnia, a ja od połowy semestru miałam dodatkowo jedną godzinę perkusji.  Jak zdałam dyplom z rytmiki poprosiłam dyrekcję o możliwość pozostania w szkole kolejnego roku realizując tylko program perkusji, by przygotować się eksternistycznie do dyplomu. Wtedy właśnie razem z Tomkiem Goehsem zrobiliśmy dyplom, on po sześciu latach a ja po 2 i pół.

Jak trafiłaś do Akdemii?

Szefem klasy perkusji był wówczas profesor Jerzy Zgodziński, który był założycielem Poznańskiego Zespołu Perkusyjnego znanego w Europie i ponadto bardzo stawiał na muzykalność. I mimo, że tej techniki po 2,5 roku grania nie miałam za dużo, to na dobrym poziomie zagrałam egzamin wstępny, i właśnie moja muzykalność zwróciła jego uwagę. Oczywiście na egzaminie przydarzyła mi się przygoda, bo w czasie grania złamała mi się pałka do ksylofonu, ale na szczęście pani Maja Anders (wykładowca) wyjęła ze swojej "magicznej" szafy komplet pałek, i dokończyłam utwór.

Trzy pierwsze lata na studiach, to była głównie praca na instrumentach klasycznych - marimba, werbel, kotły, wibrafon, a dopiero później zaczęłam tak naprawdę grac na zestawie. Moi koledzy perkusiści -podśmiechiwali się pod nosem, bo to było bardziej środowisko jazzowe, czyli klimaty Dave?a Weckla itp. No, a ja - Pantera, Machine Head... I jeszcze dobrze nie umiałam grać na zestawie, a zasuwałam na dwie stopy.

Teraz widzę, że pokutuje to do dzisiaj, bo lepiej na zestawie czuję się w nogach niż w rękach. Nikt mnie wcześniej nie uczył tego przekładania paradiddli na bębny itp. Grałam raczej prosto - rockowo, właśnie tę szkołę rozwijałam w sobie. Nie miałam takiego etapu uczenia się jaki mają dzisiaj ci młodzi ludzie mający dostęp do szkółek czy materiałów z internetu. Teraz wszystko tak naprawdę jest do dyspozycji. Ja natomiast uczyłam się słuchając płyt, między innymi właśnie Pantery, jak robić przebitki z podwójną stopą. Pamiętam jak nagrywaliśmy nasze pierwsze demo z zespołem Infinity to pełno było podwójnej stopy, ciągle - tygydy tygydy?.(smiech)

Ktos jeszcze oprócz Pantery?

Zdecydowanie pierwsza płyta Machine Head Burn My Eyes i Chriss Kontos - bębny osadzone bardzo mocno, ani za dużo ani za mało, po prostu w sam raz. Ale też: Grip Inc., Sepultura, Korn...

Ten czad zaprocentował w Syndicate.

Tak, głównie tam. Chociaż parę kawałków miało charakter, można by rzec - transowy. Bębny od początku do końca grały niemal ten sam rytm i ta uporczywa china na "raz", cały czas, dodatkowo napędzała ten trans.

Jak wyglądał dyplom? Piotrek Pniak mówił, że na swoim pamięta tylko jak przygasły świtała gdy mielił.

Mieliśmy podzielony dyplom na dwie części. Najpierw grałam dyplom  złożony tylko z utworów na zespół kameralny - oprócz różnych zestawów klasycznych instrumentów perkusyjnych, grałam też na zestawie jazzowym w utworze John?a Beck?a (pisałam tez o nim pracę magisterską), a po 3 miesiącach, miałam recital solowy. Bardzo dobrze to pamiętam. Szczególnie kamerzystę, który kompletnie zepsuł mi nagranie, bo cały czas odpalał jakieś efekciki w kamerze, które w konsekwencji zamazywały obraz... i momenty, które najbardziej chciałam zobaczyć od strony wizualnej, bo były trudne technicznie, niestety były nie do podpatrzenia... a Pan się cieszył, że wykorzystał w nowej kamerze dużo efektów.

Na dwie stopy dużo było? (śmiech)

Nie bardzo... bo grałam z nut, ale w niektórych momentach jakieś małe przebitki na podwójnej stopie udało się przemycić, mimo, że nie było to mile widziane.

Przecierałaś szlaki perkusistek rockowych w Polsce.

Nie było łatwo, no i chyba ciągle nie jest. Cały czas jest to przeświadczenie, że jednak ciężka muzyka jest przeznaczona  wyłącznie dla facetów. Poniekąd jest trochę w tym prawdy, ale nie do końca...

Pamiętam recenzję Infinity w Metal Hammer w rubryce Out of the darkness, Remo Mielczrek pisał o kobiecej ręce...

Tak, tak. Zastanawiałam się, czy gdyby pisał recenzję nie wiedząc, że na bębnach gra kobieta, to czy również pisałby o "kobiecej ręce"...Miałam z nim wymianę korespondencji, gdzie mnie przepraszał, twierdząc, że tym określeniem nie chciał umniejszać moich umiejętności perkusyjnych. Bo tak naprawdę co to znaczy czuć kobieca rękę? Na nagranie wpływ ma wszystko: pomieszczenie, bębny, mikrofony, preampy, realizator... Wtedy nagrywałam na bardzo słabych bębnach, w piwniczno-domowym studiu, a niedługo później z Syndicate na triggerowanych bębnach, gdzie cios był zupełnie inny, a przecież grała ta sama perkusistka.

Jak reagowali koledzy? Dziewczyna na bębnach w metalowej kapeli to nie było normalne zjawisko, szczególnie w Polsce..

Jak zaczynałam to grałam z amatorskim zespołem w garażu gdzie robiliśmy covery Metalliki czy Slayera. Jednocześnie ćwiczyłam sama  w sali akademii, gdzie mieliśmy rozstawione prywatne bębny. Wtedy też zobaczyłam jaka jest różnica w graniu razem, a samemu. I tak w tym "garażowym" zespoliku szlifowałam swoje umiejętności.

W pewnym momencie  gitarzysta Infinity zapytał mnie czy nie zechciałabym zagrać z nimi, bo mają jakieś problemy ze swoim bębniarzem. Trafiłam więc do zespołu, gdzie w jakimś sensie bębny były już wymyślone, a ja co najwyżej dokładałam te swoje podwójne stopki. A reakcje chłopaków na granie dziewczyny na bębnach były różne - od euforii do powątpiewań - w zależności od tego czy już słyszeli "jak gram" czy tylko słyszeli, "że gram"...

Nie miałaś wzorców muzycznych w domu?

Nie. Byłam pierwsza w rodzinie z wykształceniem muzycznym, ale dzięki moim starszym braciom poznałam kilka dobrych, starych kapel, jak: Led Zeppelin, Deep Purple, Queen, Electric Light Orchestra, Boney M, Jimmiego Hendrixa czy The Doors. 

Pierwszy krok w zawodową scenę to Syndicate.

Tak?

Jak było na początku?

Zagraliśmy nasz pierwszy koncert na dużej imprezie tu w Poznaniu Były to Rockowe Walentynki w poznańskiej Arenie. Mieliśmy parę tygodni prób i zaledwie cztery utwory, które oczywiście zagraliśmy. To był taki rockowy spęd, grały tam znane na tamten czas zespoły. Oczywiście Acid Drinkers, Illussion, Armia, Sweet Noise, Mafia

Później nagroda na festiwalu w Węgorzewie.

Tak... dostałam nagrodę dla Największej Indywidualności Festiwalu...Gwiazdą był wtedy Perfekt. Ich perkusista - Piotr Szkudelski, napisał w wywiadzie dla jakiejś gazety, że "gram na dwie stopy z prędkością światła" (śmiech). To mnie bardzo podbudowało... W materiale Syndicate było sporo tej podwójnej stopy. W jury był basista - Wojtek Pilichowski, i stąd chyba nagrodą dla ?indywidualności muzycznej? była gitara basowa. Pytałam "Dlaczego nie jakiś fajny talerz?". No, ale sfinalizowałam ową gitarę, i kupiłam sobie  16-sto calową chinę.

Później wspólna trasa z Acidami.

"Lica"- Robert Friedrich, zaproponował nam trasę w sumie z wdzięczności. Flapjack nagrywał wtedy tę płytę z jabłkiem...

...Juicy Planet Earth...

No właśnie...dla mnie to ich najlepsza płyta... Mieliśmy wtedy razem obok siebie salki prób w Zamku, tu w Poznaniu. Niestety im tę salę z jakiś powodów chwilowo zamknięto. Zapytali czy mogliby wejść do nas bo terminy ich gonią. Zgodziliśmy się rzecz jasna. Lica zaproponował nam później zagranie wspólnej trasy. W sumie to graliśmy dwie trasy z Acidami a potem z Vaderem.

Acid byli wtedy u szczytu...

Rola supporta była trudna - należało szybko rozstawić się przed samym  występem, zagrać określoną ilość minut, a później szybko usunąć sprzęt ze sceny. Mimo to bardzo miło wspominam te koncerty. Publika była w porządku. Nie skreślili nas tylko dlatego, że byliśmy "rozgrzewaczem". Rzeczywiście słuchali naszej muzyki, i były potem całkiem fajne recenzje.

Pamiętam koncerty z tej trasy. Ludzie zwracali mocno uwagę na to, że na bębnach gra dziewczyna.

Wiele razy tak było, że na koncertach stawał za mną rządek muzyków i nie-muzyków z założonymi rękami, i dolatywały do mnie teksty  w stylu: "No, zobaczymy co panienka potrafi." Ale po koncercie spotykałam się już z  normalniejszym nastawieniem...

Przygoda ze Sweet Noise.

To był taki epizod. Trwało to jakieś pół roku.

Mówisz to tak lekko, a oni byli wtedy na totalnym topie. Pierwszy polski zespół z takiej półki, który miał kontrakt na zachód. Nawet dziś takich zespołów można wyliczyć na palcach jednej ręki. To ty nagrałaś z nimi singiel Ghetto...

Tak, to był czas, że ich bębniarz nagle zniknął. Byli pod ścianą, bo mieli sporo koncertów i właśnie ten kontrakt na Zachód. Zgodziłam się, i zagraliśmy kilka fajnych koncertów. Praca nad singlem była dla mnie bardzo trudna, bo nagrywałam piosenki mając wysoką gorączkę, a materiał powstawał w studiu, więc wymagało to dużego skupienia. Niestety pamiętam, że w tamtych latach tak przejmowałam się każdą sesją nagraniową, że przy nagraniach każdej płyty zawsze byłam chora, i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie mogę mieć choć jednej sesji, w której będę na "pełnych obrotach"...

Na koniec epizodu ze Sweet Noise, zadzwonił do mnie Glaca - w Wigilię.... Trochę nie w porę, bo właśnie siadałam do stołu, a on dzwoni z poważną rozmową. Ja mówię: "Nie bardzo mogę rozmawiać, czekają na mnie z wigilijną kolacją...o co chodzi?" On na to: "Wiesz, myśleliśmy o tym, że może chciałabyś grać z nami na stałe? Tyle, że chcielibyśmy żebyś grała tylko w Sweet Noise." Dla mnie wtedy Syndicate było niemal jak dziecko - byłam współtwórcą zespołu, więc dziwnym wydało mi się porzucenie tej kapeli dla Sweet Noise. I tak to się skończyło...

Grałaś tez z bardzo znanym wówczas Houk.

W Houku także było zastępstwo, bo odszedł Tomik, a Ślimak który miał go zastąpić nagrywał w tym czasie płytę Acidów. Maleo zaproponował mi, żeby pograć jakiś czas razem. Przyznam, że koncerty były dla mnie dość egzotyczne, bo my chyba nawet próby nie mieliśmy w całym składzie, przygotowywałam się sama i od razu koncerty...a to przecież ludzie z Warszawy - zupełnie inne myślenie muzyczne niż w Poznaniu...

Panował taki pogląd, że muzycy z Poznania to niemieckie, kwadratowe granie - wszystko wyliczone, a u warszawiaków - przeciwnie...pełna swoboda, nigdy nie wiesz co cię zaskoczy...i tak się często czułam na koncertach z Houkiem - to była niezła jazda...(śmiech)

To był czas, kiedy grałam wtedy w Syndicate, w Armii - zastępstwo za Stopę, w Houku - za Ślimaka, i w Tymoteuszu (2Tm2,3) - albo za T.Goehsa albo za Stopę, w zależności którego nie było. Miałam już taki muzyczny mętlik w głowie, że przyjeżdżałam na koncerty z kartkami, na których miałam rozpisane swoje partie w nutach, żeby pamiętać o jakiś ważnych momentach.

Brzmi to imponująco. Zastępstwo, ale za kogo? Goehs, Stopa, Slimak, zostałaś wrzucona na wysoką półkę.

Jest to na pewno dla mnie miłe. Nie mniej uważam, że na to nie zasłużyłam...(konsternacja) Nie wiem, nie jestem jakimś wybitnym bębniarzem, jest wielu znacznie lepszych. Po prostu wierzę w opatrzność Bożą (śmiech)

Rock i heavy metal, a tu nagle przygoda z Marylą Rodowicz?

Zadzwonił do mnie Andrzej Karp - realizator muzyczny płyty "Przed zakrętem" Maryli Rodowicz - z propozycją nagrania dla niej paru piosenek. Byłam wtedy w Warszawie, bo nagrywaliśmy z 2Tm2,3 drugą płytę. Mówię zaskoczona " Jak to? Przecież nie znam numerów." On na to: "Spokojnie, to nic, przyjedź, dam ci wieczorkiem taśmę, posłuchasz i będziesz nagrywała następnego dnia rano". Przyjechałam wieczorem, posłuchałam, i od rana były nagrania. Zapytałam na czym będę grać, a Andrzej mówi: "o, tutaj leżą bębny...." 

To był taki rozwalony zestaw Remo. Popatrzyłam na nie, i gdy przypomniałam sobie moje piękne, żółte MMXy Pearl?a, które mogłam tu przywieźć, to aż mi się ciężko na sercu zrobiło.  "Poskładaj, poskładaj" mówił. To poskładałam je, i ledwo się kupy trzymały. Jak stroiliśmy werbel, to Andrzej - realizator mówił żebym na maksa opuszczała naciąg. W pewnym momencie to był już totalny "karton".

Tymczasem w reżyserce pod mikrofonem zabrzmiał po postu genialnie. Była to dla mnie kolejna lekcja odnośnie różnicy w brzmieniu akustycznym, a studyjnym. Andrzej Karp przy nagraniach był bardzo surowy, i często przerywał jak coś leciutko się omsknęło. Musiało być idealnie z metronomem. Pamiętam jak nagrywaliśmy nową wersję Małgośki, to w jednym miejscu  zrobiłam przebitkę na dwie stopy. Nagle wpadł do sali i mówi "Beata! To jest Maryla Rodowicz, a nie jakiś heavy metal!". No, ale została ta przebitka, jakoś tak zakamuflowana. Później nastał czas rozmów z samą Marylą, bo chciała, żebym grała z nią na stałe...podobno kiedyś marzył jej się zespół złożony z samych dziewczyn...

Wśród perkusistek konkurencji wielkiej nie było...

Zaprosiła mnie do Wrocławia na nagrywanie teledysków do kilku piosenek, które poleciały w telewizji. Później zaprosiła mnie do udziału w takim koncercie - show -  w cyrku. Taki dwuczęściowy, wielki program. Było naprawdę sporo muzyki do zrobienia. Trudna dla pozostałych muzyków w zespole była też sytuacja ze zamianą bębniarzy, ponieważ wszyscy w poprzednim składzie się kumplowali.

Jak przyjechałam na próby do Warszawy to zespół, za wyjątkiem Zbyszka Krebsa, nie był zbyt przyjacielsko nastawiony do mnie. W powietrzu wyczuwało się jakąś nieprzyjemną zawiesinę. Cały czas zwracali mi uwagę, że gram zbyt rockowo, podczas gdy właśnie dla tej rockowej gry zostałam zaproszona na płytę Maryli. To było dla mnie trudne doświadczenie...

Po nagraniu teledysków spotkałam się rano przy śniadaniu z Marylą, która powiedziała, że wpadł jej niespodziewanie do zagrania jakiś bankiet, i który ja musze zagrać. Było to ok. 40 nowych piosenek, głownie biesiadnych. Nie byłam w stanie tego zrobić - bankiet miał się odbyć za 5 dni, a ja właśnie wybierałam się na koncerty z Tymoteuszem, więc brak możliwości ćwiczenia tej biesiady. Wyraziłam swoją wątpliwość w jednoczesne przygotowanie materiału do cyrku i biesiadnego bankietu, i tak nasze drogi się rozeszły...

Armia.

Stopę zastępowałam wiele razy w Armii, bo miał bardzo dużo koncertów z Voo Voo. Poleciałam za niego też na koncerty do Stanów.  Jak wróciliśmy, to zaczęłam grać w Armii już na stałe.

No i 2TM2.3.

Okazało się, że miał to być projekt jednej płyty powstały podczas rekolekcji dla muzyków w Ludźmierzu, a tu wyszedł regularny zespół. Ekipa muzyków rockowych, którzy się nawrócili, grają nadal  muzykę czadową wymieszaną z reggae, ale śpiewają psalmy. Z Tymoteuszem nagrałam 2 płyty czadowe, podwójny koncert akustyczny i studyjną płytę akustyczną.

Jak wyglądał twój kontakt z ideą i ideologią zespołu?

Kiedy Lica zaproponował mi pojechać na pierwszy koncert Tymoteusza w Sopocie, by zastąpić Stopę, to kompletnie nie miałam świadomości jaki to jest zespół. Dostałam płytę, żeby się przygotować, ale nie słuchałam tekstów tylko koncentrowałam się na bębnach. Musiałam przygotować się do koncertu sama, bo niemożliwe było zorganizowanie specjalnie dla mnie próby, ponieważ muzycy pochodzą z różnych stron Polski.

Byłam trochę przerażona...tym bardziej, że miało to być moje pierwsze granie na 2 zestawy perkusji, i to bez żadnej próby... Poza tym cały czas ciążyła na mnie ta świadomość, że bardzo szybko zaczęłam grać w takich poważnych kapelach, a wciąż czułam, że mam jeszcze tyle do zrobienia na bębnach... Dlatego też bardzo dużo musiałam pracować, żeby utrzymać poziom bębniarza, którego zastępuję.

Przygotowując tego Tymoteusza, słuchając bębnów na dwa kanały, który zestaw jest mój, byłam tak wkręcona, że kompletnie nie zwracałam uwagi na teksty . Jak Lica mi powiedział, że śpiewają psalmy to myślałam, że żartuje...

Gdy jechałam z Licą na trasy z Acid nie miałam świadomości, że on jest nawrócony, i że Pan Bóg jest dla niego taki ważny. Byłam wtedy od dobrych paru lat poza kościołem, i to tak na poważnie. Zauważyłam to dopiero jak wróciłam z drugiej trasy z Acidami, po paru rozmowach z nim, jak widziałam, że nie jeździ busem z resztą, dojeżdża sam na koncerty pociągiem, razem z żoną Dobrochną. I tak szarpał u mnie tę strunę, która od dawna we mnie nie grała...

Pamiętam jak przed pierwszym koncertem z 2Tm2,3 podszedł do mnie i powiedział "Beatka, chodź pomodlimy się razem." A ja pomyślałam: "pogięło go?!" Dla mnie to był jakiś odjazd! Był tam nie tylko cały zespół, ale także ludzie ze wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Zaczęli się głośno modlić, w różnych językach. Wystraszyłam się, bo nigdy nie miałam doświadczenia Kościoła od tej strony.

Myślałam: "co to jest? Jakiś show z amerykańskiej telewizji?". Chodziłam kiedyś na religię i do kościoła w niedzielę, ale tak naprawdę moja wiara była martwa... Nie miałam do czynienia z tą żywą wiarą, przede wszystkim nie znałam Kościoła, do którego od dziecka należałam..., a tu nagle znane postaci z polskiej sceny rockowej modlą się bez zahamowań... W miarę czasu jaki z nimi spędzałam mogłam zobaczyć, że nie jest to żadna poza, i że ich życie naprawdę się zmienia...

Ruszyło cię to, dałaś się porwać...

Pamiętam jak poszłam porozmawiać z Licą na temat nowego wokalisty do Syndicate, a on ciągle mi nawijał o Panu Bogu. Nie byłam wtedy jeszcze za bardzo otwarta na to, i po jakimś czasie wkurzyłam się i wyszłam. To był jednak taki moment, że stanęłam za drzwiami i nie mogłam się ruszyć z miejsca. Dziewczyna, która wiedziała jedno - jeżeli nie wypracuję sobie czegoś sama, to nic nie osiągnę, jeśli nie będę ćwiczyć na tych garach to nie będzie mnie na scenie..., że muszę polegać tylko na sobie, praca, praca, praca...".

Zawsze mi to Goehs powtarzał, że talent to jest 10%, a praca 90%. A tu się nagle okazuje, że ja, taka pewna siebie wychodzę zbuntowana z domu Licy i nie mogę się ruszyć...  To był taki pierwszy poważny moment u mnie, kiedy po wielu latach zaczęłam się zastanawiać nad istotą Boga...

Poszłam później na katechezy Drogi Neokatechumenalnej, bo większość z nas w zespole jest we wspólnocie Drogi Neokatechumenalnej. No i tak cios za ciosem... a dziś jestem cała w tym. Nie jestem już przypadkowo, tylko całą sobą.

Jak się gra koncerty z Arką Noego?

Specyficznie... Dlatego, że granie jest przyjemne, bardzo proste technicznie, ale jednocześnie na swój sposób trudne. Bo grasz tak, żeby nie przeszkadzać dzieciom. Lica jest skupiony na dzieciach, i jak go coś rozproszy, czy muzycznie mu nie przypasuje, to się denerwuje. Ale ja to rozumiem, ponieważ cały ciężar prowadzenia koncertu i panowania nad wszystkim dźwiga właśnie on...Poza tym kiedy w grę wchodzi ewangelizacja, jak jest w przypadku Arki N., to zawsze jest dużo przeciwności...



Zołza w Armii. Będzie łomot!
Słynne włosy Beaty
Pierwsza sesja nagraniowa z Syndicate
Pierwsza sesja nagraniowa z Syndicate
Międzynarodowy dzień muzyki na ulicach rok 1990
Podwójna stopa gotowa do wystrzału
Dyplom z perkusji na Akademii Muzycznej, klasyka musi być
Za ten występ na festiwalu w Węgorzewie Beata otrzymała...basówkę
Na koncercie
Chyba powinno być odwrotnie. Pedałem w centralę, a nie centralą w pedał
No i china ma łomot, nie pierwszy raz
Maks opanowany klasyk, Gabryś grał razem z mamą dosłownie od początku
Cała zagracona, jest w co uderzyć
Razem z 2TM23
Reklama