Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 3. Inferno

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Zapraszamy na spotkanie z najlepszym perkusistą roku 2008 według czytelników magazynu Terrorizer - Inferno.

Jedni ich kochają, inni nienawidzą. Bez względu na to nazwa tego zespołu znana jest nie tylko Polakom. Behemoth to w chwili obecnej nasza najbardziej znana kapela na świecie. Nie jeżdżą do Stanów, by po powrocie lansować się, że zagrali dwa koncerty w klubach polonijnych. Bardzo mocno przyczynił się do tego stanu rzeczy perkusista zespołu Behemoth - Inferno czyli Zbyszek Promiński. Zawsze gdzieś obok, w cieniu, spokojny, skoncentrowany, gotowy do przeprowadzenia czystki w głowach zgromadzonej publiki. Cytując Nergala - frontmana zespołu - Zbylo odwala "robotę galerniczą". Gdy się jednak przyjrzeć bliżej to okazuje się, że tę "galerę" potrafi poprowadzić lepiej i sprawniej niż niejeden silnik motorowy nowoczesne łodzie.

Zespół jest w trakcie przygotowań materiału na kolejną płytę. Złapałem więc Inferno w ich sali prób, która znajduje się w... szkole! Tak, moi drodzy. Najbardziej znany polski zespół przygotowuje się do nagrań w specjalnej sali prób, znajdującej się na terenie szkoły. Gdy tylko cichnie gwar szkolny, kończą się lekcje religii, na zajęcia praktyczne wpada czwórka Behemoth.

Poprzeczka ustawiona jest wysoko, ponieważ krążek Apostasy odniósł duży sukces, lokując zespół w czołówce kapel grających "grzmot"- jak to zwykł mawiać Inferno. Mimo to  perkusista Behemoth to człowiek, o którym nie za wiele wiadomo. Okazuje się, że ten skromny facet to odpowiednik Dr Jekyll - Mr.Hyde. Gdy rozmawiamy, nie ma praktycznie momentu, byśmy nie wybuchali śmiechem (widać to poniżej), natomiast za bębnami dochodzi do swoistej transformacji - prawdziwe inferno!

Znany z przeraźliwego ciosu i zawrotnych prędkości budzi uznanie wśród perkusistów, lubiących ekstremalne tempa i szybką zabawę na dwa kopy. Na pewno fani jazzowych klimatów nie są usatysfakcjonowani takim stylem gry. No, ale cóż, każdy wybiera miejsce dla siebie i  tam, gdzie się znajdzie, powinien wykonywać swoją robotę dobrze. Inferno wykonuje ją bardzo dobrze, rzekłbym piekielnie dobrze....

Na czym zaczynałeś grać? Na Polmuzie?

Trafiłeś... Tylko to było dostępne w domu kultury w tamtych czasach. Przez kolejne pięć lat ten Polmuz zmieniał się na lepszy-gorszy w zależności, czy sala spłonęła, czy ją okradli (śmiech).

Kiedy i czemu zacząłeś grać?

Miałem 13 czy 14 lat. Oczywiście dzięki muzyce.

Konkretny czad?

No, tak mi już zostało. Nie sądzę, żeby się zmieniło (śmiech). Slayer, Sepultura i inne "ataki". Człowiek starał się grać, ile wlezie, żeby próbować dorównać mistrzom.

Kto to był? Lombardo...

No tak, jeszcze Pete Sandoval, wczesny Morbid Angel. Do dzisiaj są wspaniali i radzą sobie doskonale mimo upływu lat. Sandoval ma 43 lata, a siada za bębny i jest totalny młyn.
Też tak chcę w jego wieku.

W rodzinie masz lub miałeś kogoś, kto grał?

Tak, pradziadek grał na skrzypcach, był sołtysem we wsi (śmiech). Nie no? Ojciec grał na bębnach przez rok czy dwa w zespole szkolnym, a moja matka tam śpiewała. W ten sposób się poznali. Później z muzyką nie mieli zbyt wiele wspólnego i w sumie nic mi nie przekazali. O ich muzycznej przeszłości dowiedziałem się z 10 lat temu, kiedy już grałem.

Grywałeś w domu?

Zapisali mnie do muzycznej, za gówniarza, na fortepian i obowiązkowy akordeon, ale szybko stamtąd wyciąłem, bo uczył mnie organista (śmiech).

No jasna sprawa. Czyli chęć do gry wyszła u ciebie przez słuchanie muzyki?

Tak. I towarzystwo. W domu kultury działała taka kawiarnia, gdzie schodziło się całe tałatajstwo. Istnieje nawet do dzisiaj. Tyle, że funkcjonuje już jako normalna knajpa. Wcześniej było to związane z domem kultury. Był dyskusyjny klub filmowy, gdzie gawiedź się zbierała. Nawet, gdy nie działo się nic, to i tak siedzieli i puszczali swoją muzę. No i ja też tam trafiłem.

Miałeś zestaw w domu?

Nie, nigdy. Chodziłem tylko do domu kultury. Uciekałem z lekcji, żeby grać. Zespoły miały później próby, więc nie dało się grać. W związku z tym, trzeba było się szybko wbijać i kombinować.

Jak  zaczynałeś ćwiczyć?

Głównie poprzez samo granie. Jakieś drobne wprawki też ćwiczyłem, ale tak naprawdę głównie grając. Zarówno ręce i nogi?

Uczyłeś się u kogoś grać?

Nie, jestem samoukiem. Pierwsze bity pokazał mi Lewy, gość, który sobie pogrywał w Domu Kultury - pozdrawiam - potem już sam walczyłem. Miałem kiedyś szkółkę Piotrowskiego na kasecie i to wszystko. Nawet nie pamiętam, co tam było. Grało się z zespołami z kaset. Brało się walkmana, kasetę i heja! 

Rodzice nie mieli nic przeciwko twojemu graniu, muzyce?

Nie. Nie mieli nigdy nic przeciwko. Babcia mnie wspierała bardzo w tym czasie i nigdy nie wyrażała sprzeciwu. Wiesz, to było obce, więc niektórzy się bali. Ludzie nie wiedzieli po prostu, co to jest heavy metal, koledzy wyglądający nieprzyzwoicie itd.

Pierwsze twoje nagrania z Damnation to w Polsce okres mocnego działania sceny podziemnej. Uczestniczyłeś w tym?

Niejeden smarował wtedy znaczki mydłem (śmiech). Ziny były wtedy podstawową prasą. Gdzie mieli o tobie napisać? Teraz, kiedy zespół wydaje płytę to normą jest, że wydawca dba, by wywiady poszły do poszczególnych magazynów. Tutaj działało się na własną rękę i  współpracowało z zinami. Cały ten klimat. Oczywiście kasety, bo płyt nie było albo dopiero wchodziły. Ludzie przerzucali się hasłami, kto jest pozerem, a kto nie i takie tam inne tematy...

Jak wspominasz Damnation? Szkoła?

Powiem ci, że z perspektywy czasu bardzo fajnie. Cieszę się, że tam trafiłem, głównie dzięki Bartkowi - gitarzyście, z którym teraz gram w zespole Azarath. Tak się złożyło. Wiesz, ja wtedy byłem totalnie niedoświadczony. Graliśmy cały czas w domu kultury w Tczewie. Pewnego dnia zadzwonił i zapytał, czy bym nie chciał pograć. W ogóle się nie zastanawiałem, pojechałem do Sopotu na próbę i tak zostało. Po paru miesiącach byliśmy w studio w Łodzi. To było jakoś tak w marcu... chyba 1996 rok...

Zgadza się.

O patrz, to pamiętam (śmiech).

Jak wspominasz pierwsze nagrania w studio?

Rewelacja. Kompletnie nie wiedziałem wtedy, o co chodzi. Dostałem takiego starego Ludwiga od Roberta Hajduka. Wielkie kotły, głębokie, a ja taka kruszyna 17 lat i weź tu naparzaj, no, ale poszło. Myślę nawet, że całkiem fajnie jak na tamte czasy i na pewno nie wstydzę się tamtego nagrania. Od tego zaczęła się moja profesjonalna przygoda z muzyką. Od tamtego czasu nie robię nic innego poza grą.

Jak trafiłeś do Behemoth?

Mieliśmy próby w tej samej sali - Damnation i Behemoth, w szkole. Dziś też siedzimy w szkole (śmiech).

Wcześniej się uciekało z lekcji...

No tak, to teraz trzeba nadrabiać (śmiech). Do dziś utrzymuję z byłym perkusistą Behemoth świetny kontakt. Cały czas działa, jeżeli chodzi o muzykę. No, a w tamtych czasach mieli różne wizje odnośnie kierunku działań zespołu. Rozeszli się, jakby to powiedzieć - za porozumieniem stron. Bez żadnych krzywych akcji. Dostałem telefon od Adama (Nergala - przyp. red.) i co mi zostało...? Zgodziłem się. W tym czasie wiedziałem, że wraca do składu Damnation były perkusista więc, żeby nie siedzieć bezczynnie na tyłku, nie zastanowiłem się ani przez chwilę. Był nawet specjalny koncert pożegnalny. Cała roszada odbyła się więc na bardzo koleżeńskich zasadach.

Swój pierwszy koncert pamiętasz?

Tak...

Oho, widzę w oczach niepokój...

To był koncert w remizie strażackiej w Czarnej Wodzie... Mówię prawdę. Czarna Woda, remiza strażacka, spęd kapel thrash/death metalowych i ja ze swoim jednym z pierwszych bandów - Delirium. Graliśmy jeszcze w zespole szkół ekonomicznych na sali gimnastycznej. Były trzy kapele - jedna skinheadowska, jedna punkowa i jedna deathmetalowa, w 1992 albo 93 roku. Chyba nie potrafiłem zagrać nic sensownego w tym czasie. Mieliśmy taki skład z domu kultury i z nim przysunęliśmy ten koncert. Później około 1994 roku załapaliśmy się na dwie ostatnie edycje DRAMY w Pruszczu Gdańskim.

Jakieś wspomnienia z show w Czarnej Wodzie?

Pamiętam, że koleżanka chciał przejść nielegalnie na teren remizy, a płot był z kolcami i przebiła sobie całe udo.

To mocno krwisty klimat...

Tak, okrutny. To były te czasy. My byliśmy najmłodsi i jeździła z nami metalowa banda z Pelplina. Wydziarane typy. Czarna Woda była później w 1993 roku, tak więc pierwszy był ten ekonomik.

Jaka była reakcja belfrów, uczniów?

Ta szkoła była najbardziej tolerancyjną. Nie było żadnego problemu. Młodzież siedziała, patrzyła, pukała się w głowę albo nie. Kolesie wyszli i ryknęli, przycięli parę nieudolnych blastów i spoko(śmiech)!

Masz nagrania z tamtego okresu?

Mam Delirium z 1994 roku z Wielkiej Orkiestry. Nawet spoko chodzi, nagrane z konsolety. Kartofle się tłuką, ale jest klimat. Były tam cykliczne imprezy, które się nazywały "Kaszana" i przyjeżdżały kapele pokroju Smar SW i jakieś takie... Był więc spęd wszystkich lokalnych zespołów. Przyjeżdżało kilkaset irokezów, masakra! Człowiek był knypkiem, bujał się tam z tymi wszystkimi kolesiami i robił duże oczy.

Kiedy przychodziłeś do Behemoth, zespół  miał już wtedy jakiś dorobek..

Poznałem ich, jak wydali demo? From the Pagan Vastlands. Generalnie siedziałem w bardziej ambitnej muzie, jeżeli chodzi o grzmot, jeśli mogę się tak wyrazić (śmiech). Morbid Angel, Possessed, tematy bardziej death metalowe, bardziej techniczne mi odpowiadały. Ale klimatu nie można było chłopakom odmówić, poznaliśmy się i tak to się rozwinęło. Jakbym miał zamienić to na inne zajęcie, to bym nawet nie szukał...

Robisz to, co lubisz i robisz to dobrze?

Staram się przynajmniej.

Czytelnicy Terrorizer docenili to ostatnio.

To chyba sen. Nie mogę w to uwierzyć. Wspaniały prezent na nowy rok.

Zostałeś uznany najlepszym perkusistą metalowym 2008 roku.

Bardzo miło... Nie wiem nawet, co powiedzieć. Zwłaszcza, że jest cała masa o wiele lepszych i bardziej zasłużonych bębniarzy... Brak mi słów.

Jest u nas w kraju sporo młodych pałkerów, grających  w tym stylu.

Widziałem paru. Oj, czeszą tak, że to szok. Mają teraz pole do popisu. Wbijają sobie w Youtube nazwisko danego pana, patrzą jak gra, co robi. To duże ułatwienie. Wcześniej nie było internetu jako takiego i trzeba było do wszystkiego samemu dochodzić, cofać po kilkadziesiąt razy kasetę i rozkminiać - jak on to zagrał?

Pierwsze koncerty z Behemoth.

W 1997 roku, to była trasa z Disaster po Niemczech. W małych klubach na 100 - 200 osób. Bardzo fajnie. Rewelacyjny klimat. W tamtym czasie czuć było jeszcze bardzo dużą różnicę między Polską a Niemcami. Ogólnie Polską a Europą. Jechało się pociągiem do granicy, później do Berlina i tam jeszcze ktoś cię odbierał jakimś starym Wartburgiem. Blachy w torbach, bo caseów nie było, kable w siatkach czyli tzw. klasyk (śmiech). Chociaż pamiętam, że było gdzie spać. Całkiem fajnie zorganizowane to było. W Polsce koncerty organizował wtedy Vox Mortis. Graliśmy z Limbonic Art. z Hale. Fajny czas.

O właśnie. Mitlof z Hate gra teraz w Riverside. Co o tym sądzisz?

Myślę, że się realizuje i jest szczęśliwy. Naprawdę, to muzyka ambitna. Cieszę się, że tak się stało. To bardzo wartościowy zespół, świetnie sobie radzą.

Pierwsze nagrania z Behemoth?

Bewitching the Pomerania podczas wspólnej sesji z Damnation, które nagrywało mini album. My trzy numery, oni cztery, poszło z kopyta. Spotkaliśmy się jeszcze razem w studio podczas nagrań piosenek na album w hołdzie KAT Czarne zastępy.

Przyczyny założenia zespołu Azarath?

Chodzą mi po głowie różne dźwięki. Potrafię znaleźć je na gryfie i chociaż marny ze mnie gitarzysta, to chciałbym te dźwięki zarejestrować i zrealizować się w tworzeniu czegoś własnego. Dźwięki Azarath są trochę zbyt brutalne w porównaniu do Behemoth. W tej chwili połowę materiału robi Bartek, świetnie się nam razem pracuje. I tak już zostało.

Jest sobie ten Azarath i raczej szybko nie zginie. Kończymy właśnie nagrywać płytę. Jutro nagrywamy wokale, solówki i tłum. Mamy tam takie straszne refreny i muszę, jak najwięcej osób zebrać, żeby powtarzali sentencje i fragmenty refrenu. Tak, żeby było wrażenie około dwustu osób powtarzających, jak szare owce. Pójdzie to na podkład. Wydawcą na Europę jest Agonia, na  Stany - Deathgasm, premiera już w kwietniu.

Tytuł Praise the beast.

Tak. Chyba nie muszę nic dodawać (śmiech).

Jest jeden zespół, który nie bardzo tu pasuje - w twojej dyskografii - Artrosis.

Pochodzą z tego samego miasta, co Witchmaster. Ekipa bardzo mocno się kumplowała i potrzebowali koniecznie perkusisty, który nagra im ścieżki żywych bębnów, bo jak wiadomo grali z automatem. A wtedy żyłem z Witchmaster w świetnej komitywie. Co mi więc szkodziło, by wsiąść do pociągu do Wrocławia i nagrać im te bębny, nie znając zupełnie materiału. Pan mi pokazywał, gdzie jest dana zmiana, ja słuchałem fragmentu i ciach, jedziemy (śmiech). Tydzień imprezy.

Muzyka spokojniejsza, odnalazłeś się w tym?

Nie. Nie odnalazłem się. Wiesz, to nie problem zagrać takie partie bębnów, ale nie sprawiało mi to jakiejś radochy.

Jak opisałbyś swoją pracę w Behemoth? Zdrowa, ciężka robota?

Tak. Nie czytamy książek, nie siedzimy i nie pijemy piwa, tylko ostro zapierdalamy i każdy daje z siebie wszystko. A jeżeli chodzi o atmosferę to pracowaliśmy nad tym ładnych parę lat. Każdy się każdego nawzajem uczył. Wszyscy wiedzą, jaka jest ich rola w zespole i nie ma żadnych niedomówień. Zresztą będziesz miał okazję się przekonać, jak wpadną chłopaki.

Jak wygląda zarządzanie zespołu na zewnątrz?

Będziemy mieć teraz pierwszy raz w historii menedżera na Europę. Na Stany już mamy od roku. Natomiast, jeżeli chodzi o Polskę to wszystkie sprawy trafiają do Adama.

Nie trzeba więc mieć koniecznie menedżera?

Jak się woli siedzieć i puszczać bąki w fotel niż ostro działać to wtedy ma się poczucie, że ten menadżer jest potrzebny. W Polsce można wszystko załatwić samemu. Jesteś w stanie to wszystko kontrolować, co widzę właśnie po Adamie.

Behemoth niewątpliwie osiągnął sukces na zachodzie. Spodziewałeś się kiedykolwiek, że tak się to wszystko rozwinie?

Nigdy bym nie przypuszczał. Wyznajemy zasadę, że nigdy nie należy spoczywać na laurach, więc dalej robimy swoje, dopinguje nas to do jeszcze mocniejszej pracy. Działamy, póki mamy siły i czerpiemy z tego zajebistą frajdę, jednocześnie się spełniając.

Da się z tego żyć.

No da się. Jakby się nic nie robiło to by się nie dało.

Pracowałeś kiedyś w jakieś innej, regularnej pracy?

Tak, pracowałem na budowie, remonty, wykończenia wnętrz i inne pierdoły. Nie podobało mi się... Wolę walić w bębny, ile sił.

Jak wspominasz sesję do Apostasy?

Ciężko, ale bardzo komfortowo. Pierwszy raz na swoich własnych bębnach, na których grałem wcześniej próby przez kilka miesięcy. To już było dużym plusem, byłem ograny z instrumentem, ze strojem, ze wszystkim. No i studio rewelacyjne. Czasu pod dostatkiem. Mogłem sobie nagrać dwa kawałki dziennie i iść do domu bez maksymalnego wysiłku.

Nie lubisz pracy w studio?

Wiesz co... Lubię. Mogę pracować. Chociaż na żywo to co innego. Jest ogień, adrenalina, pełna miazga, to co lubię. Zresztą każdy z nas tak ma. Jeżeli chodzi o koncerty to ten zespół jednak ma to we krwi.

Jak nagrywasz?

Ostatnio chłopaki nagrali mi piloty na twardziela. Mam większą możliwość manewru. Ustawiam sobie dowolnie gitary, jak mi wygodnie. Poza tym ważna jest osoba, która Cię nagrywa. Obecnie jest to Malta i nie wyobrażam sobie nagrywać bębny z kimś innym. Nie wiem, albo ja bym stracił cierpliwość albo on. W tej chwili jest niemal jak piąty członek zespołu. Zna nas na wylot. Nagłaśniał nam koncerty, żeby nie skłamać, ze dwieście to minimum. W studio rejestrował cztery nasze płyty, z czego dwie miksował i to już jest coś.

Nagrywasz po fragmencie?

Zależy. Ostatnio bardzo mi się spodobało, że mogę nagrać kawałek np. na cztery części. Koncentrujesz się na danym fragmencie i dajesz z siebie totalną setę. Technika poszła do przodu, więc dlaczego tego nie wykorzystać? A tak naprawdę to zależy od zespołu. Na całą płytę Azarath bębny nagrałem w 30 godzin. Z Behemoth jest nieco inaczej. Azarath idzie na żywioł, a tu z kolei dążę do maksymalnej perfekcji.

Nergal wyciąga z ciebie wszystko...

Zgadza się, ale z siebie także wyciąga maksimum i to motywuje.

Co jest dla ciebie najważniejsze podczas koncertów?

Jeżeli gram jak łajza, a ludzie się bawią to mimo wszystko jestem niezadowolony, bo po prostu zagrałem jak łajza. Moja forma jest dla mnie sprawą numer jeden. Gdy po koncercie mogę zejść i powiedzieć: "Panowie, było dobrze" to jest ok. Czasami jest tak, że... no niestety, trudno. Najważniejsze to dać z siebie jak najwięcej, a jeżeli ludzie do tego dojdą przez swoją reakcję to jest mega wypas (śmiech).

Co lubisz w odsłuchach?

Stopę. Po prostu stopę i nic więcej. Czasami, jak jest duża scena to trochę gitary Patryka (Seth - przyp. red.). Często, gdy są wyjścia gitar, a ja gram do klika to muszę go mieć. Bo tak w sumie słyszę wszystko z przodu, przez mniejszy lub większy jazgot, a chcę słyszeć siebie czy dobrze gram. Jak się zacznie poważny kocioł to ciężko z tego wszystkiego wyłapać właśnie stopy.

Może specjalny kapiący stołek byłby rozwiązaniem?

Nie, nie, nie, oszalałbym chyba... (śmiech). Sandoval ma dwa. Ma monitor z tyłu. Prawy shaker - lewy shaker. Jak mu któryś nie działa - nie gra. Ja bym zwariował.

Wolisz klubowe granie czy duże sceny?

Zdecydowanie klubowe i to takie najlepiej na jakieś 500 osób. Największa masakra. A to jest dla mnie najważniejsze.

Opowiedz coś na temat zionięcia ogniem.

Motyw przewijający się od początku istnienia zespołu, obecnie element show. Żadnych ekscesów, lamp oil, płyn Trick do czyszczenia korpusów po koncercie i jazda.

Pamiętasz pierwszy zagraniczny festiwal?

Graliśmy "Open-air" z Hammerfall gdzieś w Belgii. Taki festiwal na tysiąc osób.

Który z festiwali zrobił na tobie największe wrażenie?

Graliśmy trasę po Stanach o nazwie Sounds Of The Underground. Frekwencja dochodziła nawet do siedmiu tysięcy. To robiło wrażenie. No i sam Ozzfest. Takich tłumów nie widziałem. Nogi się trzęsły. Ustawiasz sobie stopy, no i nic nie idzie, bo wszystko się trzęsie. Upał czterdzieści stopni. Odpalasz wentylator i jest jeszcze gorzej, dmucha ciepłe powietrze. Po trzecim kawałku ciemne plamy przed oczami. Ale dalej, do przodu! Reakcja ludzi nie do opisania...

I nie tylko Polonia, jak to ma większość polskich zespołów.

Rzadko się trafiali... jeżeli w ogóle byli. Mamy jednak garstkę wiernych przyjaciół polskiego pochodzenia.

Jak wyglądał Ozzfest od kuchni?

Tam jest pięć minut na załadowanie się na scenę. Pięć minut! W tym czasie całe bębny, wszystkie piece wjeżdżają na kółkach, wszystko omikrofowane. Podłączasz kable do mikrofonów i jedziesz. Masakra... Przed rozpoczęciem pierwszego koncertu każdy ma 20 minut na próbę, stół cyfrowy, wszystko zapisane. Malta później tylko lekko poprawiał, tak więc najważniejsza  kwestia to? ogarnąć się na scenie. Grało 12 kapel czyli 12 zestawów do wrzucenia i złożenia. 5 minut na każdy, bez wyjątku. Łapaliśmy się za głowę. No, pojebało ich!

Polacy ciągle wygrywają jako publika na koncertach?

Już nie. Największa rzeźnia jest w Ameryce Południowej. To jest tak, jak w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych. Coś nie do opisania. Najlepiej uciekać po koncercie, bo jest wręcz niebezpiecznie. Kiedyś była taka akcja, że jakiś zespół miał grać i nie zagrał - sprzedali kosę wokaliście. Naboje, kolce, dziary, poważni faceci. Nie ma żartów. Polacy się uspokoili. Pokolenie inne. Mają w czym wybierać. Jest hip hop, gry komputerowe, są inne, ciekawe formy rozrywki.

Czego słuchasz na co dzień?

Dzisiaj słuchałem ostatniej płyty Testament, Velvet Revolver i ostatniej płyty Rush. Ale generalnie duży przekrój mam. Lubię Sadistik Execution z Australii.

Co robisz bezpośrednio przed koncertem?

Puszczam sobie dwie płyty Angel Corpse i przegrywam na sucho, na padzie. John Longstreth, Tony Laureano i po tym, po koncercie nie mam ochoty już niczego słuchać (śmiech). Blasty jedyneczki, przez dwie godziny non stop. Na padzie, na sucho i wchodzimy na scenę!

Inna rozgrzewka.

Rozciąganko, nie za mocne, żeby się nie nadwerężyć, ale przede wszystkim na padzie.

Nogi?

Każdy ma swoje patenty. Ja mam tak, że o... (w tym momencie Zbyszek zaczął kręcić samą stopą w powietrzu), w jedną i drugą stronę. Potem na luzie na stopkach, aż poczuję, że wejdzie w uda. Tak więc, jak usiądę na scenie to powinno być wszystko spoko.

No, a po koncercie?

Pierwsza sprawa to zimne piwo. Diabelnie orzeźwia. Wodę piję podczas całego koncertu, więc piwko jest tym środkiem, który na nowo do życia stawia. A muza? W hotelu albo w busie, non stop, co popadnie. Zależy od stanu... od stanu świadomości, no i chęci (śmiech).

Rozumiem, że po takim wysiłku nie musisz już zmywać farby z twarzy?

Raz ręcznikiem i jest dobrze (śmiech).



?Drama? Pruszcz Gdański 28.X.1994. ?Przed samym koncertem kupiłem crasha Amati za 400.000zł! To ten co się tak błyszczy.?
Młodzi i przystojni. Czerwiec 1996, Damnation ? pierwsze koncerty live
Behemoth, kwiecień 1998 i niezniszczalne Amati
Zestaw w pełnej krasie
Bez rozgrzewki nie ma mowy!
Inferno za swoim zestawem
Za chwilę przyjdzie reszta zespołu, trzeba przygotować sprzęt
Werbel Spaun, sygnowany sprzęt Zbyszka
Światełko w tunelu...
Zwróćcie uwagę na ten mały talerz, to spód od hi hatu, który mocno dokręcony doskonale pełni rolę ride zajmując przy tym mniej miejsca
W trasie
Walka
Inferno gra ostatnio koncerty trwające 1,5 godziny bezustannej jazdy
Element show. Gene Simmons z Kiss po takim numerze parę razy płonął na scenie
?Drodzy rodzice, poznajcie mojego nowego chłopaka?
Masę ciężkiej pracy by móc zasiąść za takim sprzętem
W trasie
Reklama