Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 11. Daray

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! W jedenastej już części zapraszamy na spotkanie z Darkiem Brzozowskim.

Jak się człowiek śpieszy to się diabeł cieszy. Stare polskie przysłowie, które pasuje, jak ulał do naszych eksportowych perkusistów, którzy spieszą się za bębnami niemiłosiernie ku uciesze rogatego aniołka z nieświeżym oddechem i przydługim ogonkiem. Darek Brzozowski czyli Daray to kolejny polski perkusista, którego nazwisko zawsze z dumą wymawiam podczas spotkań z zagranicznymi kolegami. Osiągnął duży sukces, kładąc sumiennie i z pasją blasty w kapelach, które nie bardzo są kojarzone z występami z okazji świąt kościelnych.

Darek jest kolejnym perkusistą, na którego zastawiałem sidła od jakiegoś czasu. Niestety, sprawnie mi umykał między kolejnymi numerami magazynu. Nic dziwnego, był mocno zarobiony, a wyjazdu na próby do Norwegii nie są typowym wyskokiem do kanciapy kolegi celem mniej lub bardziej składnego hałasowania. Nadarzyła się w końcu okazja podczas tegorocznych Juwenaliów, gdzie to pojawił się z ekipą Huntera namieszać trochę podczas występu na stadionie Syrenki, zaraz na tyłach warszawskiej Stodoły. "No, bratku!" - pomyślałem sobie, zobaczymy, jak dasz radę z Hunterem, ponieważ ciężko mi było utożsamić sobie jego styl gry z dość spokojnym i melancholijnym wręcz stylem, jaki prezentuje obecnie zespół Draka. Ba, w pewnym momencie pomyślałem sobie nawet, że kapela posypie ziemniakami z ich pierwszej, tak bardzo lubianej przeze mnie płyty - Requiem. Pomyliłem się bardzo boleśnie pod każdym względem. Utworów z owej płyty nie było, a Daray zagrał idealnie, swobodnie osadzając każdy numer w odpowiedniej dla niego konwencji?

Trzeba było więc pokornie zapytać, czy nie miałby ochoty opowiedzieć co nieco o sobie na łamach naszego magazynu. Poszliśmy w kierunku garderoby, gdzie między łykami napojów chłodzących i przewijających się tabunów muzyków i jakiś dziwnych facetów w niedźwiedzich skórach ustaliliśmy taktykę na najbliższe spotkanie "w samo południe". "W samo południe" w naszym rozumieniu oznaczało godzinę 14, co wcale nie przeszkadzało nam na wykonaniu stu procent normy. Zasiedliśmy w jednym ze stołecznych lokali, ponieważ zarówno Darek, jak i ja byliśmy nieco głodni, a zjeść zdecydowanie lubimy. Po zamówieniu obfi tej ilości strawy maści typowo rodzimej zaznaczyłem, że w razie czego ciach temat i jeżeli nie chce rozmawiać na jakiś, to nie ma sprawy. Darek spojrzał na mnie i z rozbrajającą szczerością z lekkim uśmiechem rzekł: - O czym to ja mam nie mówić?

Nasza biesiada powoli się rozkręcała i między kęsami mięsiwa i napojów, które to zamówiliśmy celem "gardła potoknięcia" (jak to mówił pan Peresada w Siekierezadzie) zaczęliśmy powoli poruszać wątki, które mnie interesowały. W pewnym momencie zaczęliśmy się rozwodzić nad magią i tradycją polskich browarów, gdzie to od lat ważone jest złociste piwo, a pracownicy z racji swoich obowiązków skazani są na permanentne przebywanie w takim, a nie innym otoczeniu, obdarowywani w ramach dodatku socjalnego specjałami zakładu. Wniosek był więc prostu i pierwsze pytanie nasunęło się samo?

No właśnie, opłaca się być bębniarzem w Polsce?


Czasami tak, czasami nie. Czasami brakuje tego systematycznego życia, by wstać rano, zjeść śniadanie, wsiąść w autobus, samochód czy tam pociąg odbębnić swoje w robocie osiem godzin, wrócić na obiad?

Nie mów, miewasz tak?


Czasami tak mam i wtedy chciałbym, żeby było wszystko tak ładnie poukładane. Wszystko po sobie po kolei.

To przez trasy?


Najbardziej męczące jest to ciągłe podróżowanie, przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Bo same koncerty oczywiście to rekompensują, ale poza tym to człowiek ma już czasami dość? Pamiętam, jak w 2006 roku zagrałem w sumie 220 koncertów. Dodać do tego te wszystkie tzw. "travel days" plus próby i w ogóle? Cały rok nie było mnie w domu. Fani widzą tylko to, co się dzieje na scenie i nie widzą tego wszystkiego wkoło. Dojazdy, przygotowanie?

Ale ogarniasz to wszystko, masz technicznego.


Tak, ale głupio mi jest dać komuś bębny, by je rozstawiał i to nie na zasadzie, że się boję, że je zepsuje, absolutnie! Tylko nie czuję się jakąś gwiazdą, że no dobra, będę sobie siedział, dłubał w nosie i patrzył, jak ktoś rozstawia. Zawsze przyjdę, żeby tam potowarzyszyć, coś podać, przenieść?

Humanizm w black metalu (śmiech)?


No właśnie? Widzisz, ściema przykryta makeup?em, zalana szklanicą krwi (śmiech). No kurczę, staram się być człowiek. Teraz od jakiegoś czasu jeździ ze mną Adam Sierżęga, super koleś i przede wszystkim super bębniarz, który powinien grać, a nie targać case?y! Zawsze podczas robienia soundcheck?u siada za bębny.

Zapytam wprost. Jak zdrówko?


Dwa lata temu miałem problem z plecami i miałem już taki okres, że wsiadałem do samochodu i nie mogłem z niego wysiąść. Cała noga mi drętwiała. Miałem iść już nawet na jakąś operację, ale zapisałem się na rehabilitację i jakoś mi to przeszło. Polecono mi siłownię, by wzmocnić ogólnie plecy, więc od czasu do czasu skoczę na "siłkę" i ogólnie robię ćwiczenia właśnie na plecy, ćwiczenia wzmacniające, jakaś bieżnia, te tematy. Miałem jeszcze problem z łękotką w kolanie. Od podróżowania, od grania. Wiesz, wchodzisz, bierzesz case?y, znosisz, przenosisz. Też miałem iść pod nóż, mieli mi coś tam wycinać, ale też zapisałem się na rehabilitację i jakoś wszystko jest ok. 10 lat temu wiedziałem, że przyjdzie ten dzień, gdzie to się zacznie wszystko sypać, ale nie wiedziałem, że minie trzydziestka i proszę, magiczna bariera (śmiech) i po wszystkim. Mówiłem - czterdziecha to moooże, a tu nagle ciach. Człowiek nie jest się w stanie zabezpieczyć do końca. No, może gdybyśmy jeździli od zawsze mega wypasionymi autobusami z łóżkami, masażystami itd. A wiesz, jak to bywało na początku.

No właśnie, pierwszą trasę swoją pamiętasz?


Taką pierwszą, pierwszą to z Vesanią i Vaderem. Pamiętam, że nie oszczędzaliśmy się w ogóle. Po paru dniach Mariusz Kmiołek - organizator powiedział, że Vesania to jedzie do domu (śmiech), bo to przegięcie pały. Imprezowaliśmy do bólu, huczeliśmy najgłośniej, awantury robiliśmy, ale koncerty też były fajne i dawaliśmy z siebie wszystko. Tak, jak powiedział kiedyś mój kolega: "Fajne te trasy, tylko te koncerty jakoś przeszkadzają" (śmiech).

I to była przyczyna gry w Vader? Chodzi mi o grę, a nie o imprezy?


Jak się później okazało to - tak. Może, że mimo wszystko zawsze podchodziliśmy do grania bardzo poważnie. Przed koncertem to nie, ale potem zawsze w palnik do betona, a nad ranem człowiek wstawał i wszystko było spoko, najwyżej walnął pawia. Wchodziło się do autobusu: "Gdzie dziś gramy?" i jazda (śmiech). Zawsze podchodziliśmy do grania profesjonalnie, chcieliśmy mieć jak najlepszy sprzęt, blachy, gary, żeby to wszystko elegancko brzmiało. Nie olewaliśmy tego, bo gdybyśmy myśleli tylko o fazie to byłaby to nasza pierwsza i ostatnia trasa! No, ale zaczęło się po tym kręcić.

Dla ciebie to pewnie mega przeżycie, wychowywałeś się na Vader?


No, mój pierwszy metalowy koncert to w 94 roku właśnie Vader. Wtedy też widziałem Huntera. To pierwsze moje koncerty rockowo-metalowe. Pierwszy Hunter (Requiem) jest zajebisty! Nie wiedziałem, że w ogóle ktoś tak w Polsce może grać, bo zawsze słuchałem tych zachodnich kapel. Był tam u nas Kat, ale jakoś nie podobał mi się, wolałem Vadera i blasty, ja pierdzielę? Masakra. No i ten Docent? Ciosał niesamowicie. Jeszcze z tą swoją docentowską manierą, te płynne ruchy, że niby tak od niechcenia?

I to jeszcze bardziej wkurzało?


Tak, dokładnie (śmiech). Czapeczka do tyłu, włosy spięte i bez spięcia? Co koncert grali w Warszawie to byłem i do dziś mam wszystkie bilety. Byłem na wszystkich koncertach od 94 do? płyty Lithany. Pamiętam, jak Docent grał z ręką w gipsie. Wyszedł i zagrał tak, jakby wszystko było ok.

A ty tam zacząłeś grać? Nie miałeś problemu z opanowaniem materiału?


No tak, to był szok. A te numery zawsze znałem i na nich uczyłem się grać, dlatego nie było to dla mnie coś nowego. Oczywiście, to nie było takie hop siup, i już samo się gra. Zadzwonił do mnie Kmiołek i zapytał, czy bym nie był zainteresowany, bo Docent zaniemógł. Jak Peter mi wysłał set listę i ją zobaczyłem, to jak swoje numery (śmiech). Większy stres był, że gra się z tymi chłopakami, że to Vader, że zastępuję Docenta.

Stres był, ciepło było?


Bardzo. Pamiętam pierwszy koncert, w Czechach graliśmy. Jak leciało intro to po prostu sraczka totalna? (śmiech). Potem, jak zacząłem grać to już niewiele pamiętam.

Miałeś ograny materiał.


Na próbach tak (śmiech). Jak akustyk włączył intro zacząłem się zastanawiać, jak ten riff leci, co jest po czym? W pewnym momencie mówię sobie: "Nie myśleć, nie myśleć, bo wszystko mi się powali". Cztery raz w ride i poszedł!

Dlaczego odszedłeś od Vadera?


Powiem ci tak. To nie był taki mój zespół, jak np. Vesania. Byłem zawsze jako ten, który doszedł. W ostatnim roku było zmęczenie materiału. Maurycy był bardzo zmęczony, Novy też miał już dość i ten klimat się udzielił i mnie. Niesamowite, jakie zbiegi okoliczności bywają w życiu, bo mieliśmy trzy trasy, gdzie cały czas coś nie grało. Problem na problemie. Musiało się to jakoś rozładować. Mimo, że Peter chyba i tak w to nie wierzy to nie miałem planu odejść z Vadera, po prostu nic się nie działo. Tomek (Orion) pracował mocno z Behemothem, ja z Vaderem, więc Vesania się rozeszła jakoś tak bezboleśnie. Pomyślałem więc, że może by coś znaleźć. Pamiętam, jak spotkałem się z Nergalem przed ich trasą w Stanach i mówię mu "Ner, jakbyś słyszał że ktoś, coś? jakąś odskocznię". Nie lubię siedzieć na dupie, zawsze muszę gdzieś pograć, porobić i nie chodzi o kwestie finansowe. Jednego wieczoru zagaduje mnie przez net Nergal i mówi, że siedzą właśnie z kolesiami z Dimmu Borgir i pytają, czy bym nie pograł. Pomyślałem - siedzą, popili i durnia ze mnie robią (śmiech). Napisałem, że kładę się spać, bo u nas późno już. Zaraz odzywa się Tomek i mówi, że to na poważnie. Jasne, jasne? To Tomek na to, że zaraz dostanę maila. No i rzeczywiście dostaję. Patrzę, no kurwa, to już na poważnie! Piszę do Tomka: "Co się tam dzieje?!" (śmiech). To tłumaczą mi, co i jak. Akurat Dimmu to zespół, którego materiał też w miarę dobrze znałem, bo byłem fanem Nicka Barkera, który grał na dwóch płytach i jak posłuchasz Vesanii to umówmy się, sporo aranżacji zerżnąłem od niego...

Inspirowałeś się? Lepiej to brzmi.


No może, oficjalnie tak (śmiech). Ogólnie Vesania inspirowała się Dimmu Borgir, Emperorem. Może nie ściągałem Toczka w Toczkę, ale sporo rzeczy jest podobnych. Odpisałem więc, dobra, spoko. Skleciłem takiego dość głupiego maila i jak go później czytałem to siara (śmiech). Powiedzieli, że jak wrócą z trasy to pogadamy, no to ja sru, wszystkie płyty i sprawdzam, co oni tam znów grają, wszystkie set listy. To było przed długą trasą Vadera w 2008 roku. Po jakimś czasie moje zainteresowanie Dimmu trochę osłabło, pomyślałem, że cisza, nic się nie dzieje, no to pewnie tak rzucili tylko propozycję i nic z tego. Okazało się jednak, że w międzyczasie menadżerka robiła już wywiad na mój temat, co i jak, i parę rzeczy takich znalazła, o których sam nie pamiętałem! Że komuś coś kiedyś nawrzucałem, a tu jakaś bijatyka na pierwszej trasie, że z Vesanią w Skandynawii to gdzieś tam pili i w ogóle. Skończyła się trasa europejska i pojechaliśmy w trasę z Vaderem po Stanach w lipcu, a oni zaprosili mnie na sierpień. Na trasie miałem już ich set listę i tak sobie w międzyczasie ćwiczyłem. Wróciliśmy, zagrałem jeszcze z Vaderem Woodstock i pojechałem do nich. Na spotkaniu siedzieliśmy i gadaliśmy, i menadżerka do mnie cały czas z tymi informacjami, które zdobyła, co, gdzie i jak. A co było wtedy? A co wtedy? "A tutaj dzwoniłam do Schmiera z Destruction i?", ja na nią patrzę: "Ale o co chodzi?!", "Nie, nic, powiedział, że spoko" (śmiech). I taka gadka. Dobrze grasz, ale tam kiedyś jakieś ekscesy były? No, ale małolatem byłem i co ja miałem w głowie. W Vaderze już ekscesów nie było, bo Peter zawsze mnie pilnował. "Tu Darek nie pij, tam nie idź, tu już idź spać, tu wystarczy". Po śmierci Docenta mówił mi zawsze, żeby to była dla mnie przestroga, bo zobacz, co się stało? I do dzisiaj jest to dla mnie przestrogą. Peter mnie zawsze jakoś stopował, bo byłem młody gówniarz i szajba totalna. Dlatego jestem mu za to wdzięczny, bo po prostu ustawił mnie! Wszedłem w zespół, który jeździł w trasy, grał jako headliner, pełno osób dookoła, które różne wynalazki przynosiły. Jak dałem za mocno w palnik to na drugi dzień "Darek, rozmowa" i wałkowanie to samo. Brał mnie na rozmowy i pokazywał, co i jak, pokazywał przykłady, kto co zrobił i jak na tym wyszedł. Za to jestem mu bardzo wdzięczny. Dodatkowo mocno zwracał uwagę, jak gram "Zobacz, tu zagrałeś tak, a Docent robił to tak". On i akustyk Jogi. Moje pierwsze trasy były takie, że przychodził i wyzywał mnie od najgorszych szmat: "Co tak krzywo, co tak lekko, ja już nie wiem, jak mam te tomy bramkować! Ty na nie dmuchasz czy grasz?! Co tak stopy krzywo?! Co to jest?!". I tak z rok miałem jechane.

Nie łamało cię to?


Wiesz, nieraz miałem tego dość, bo czasami przeginał. Pewnych rzeczy z dnia na dzień nie zrobisz. Za pół roku ok, ale nie od razu.

Chcieli, byś grał tak jak Docent?


Jeszcze lepiej. Chcieli, bym grał jeszcze lepiej niż Docent, w ten sposób? Peter mówił mi: "Darek, masz potencjał, Docent stara szkoła i pewnych rzeczy nie przeskoczył, ale w ciebie jeszcze można wbić.". Kolejny akustyk też mi później jechał. To była dobra szkoła. Twarda ręka. Dlatego było mi łatwiej z Dimmu, gdzie nie pojechałem z kompleksem Polaka. Miałem oczywiście stresa, ale bez totalnego strachu. Mieliśmy z tydzień prób i w sumie najbardziej mnie stresowały te gadki, a nie granie. Myślałem, że jak koleś dobrze gra to ok, a tu cały czas wyciąganie przeszłości. W ogóle pierwsze pytanie od menager, jak się spotkaliśmy to czy mam problemy z alkoholem i narkotykami? Nie, jak grasz na bębnach, tylko o alkohol i narkotyki. To mówię jej, że lubię czasami się napić piwa, przecież nie będę jej ściemniać. A ona "ooo, to lubisz piwko?" (śmiech). Tłumaczę jej, że jak normalny człowiek czasami lubię się napić. I tak to wyjdzie prędzej czy później. Oni do mnie, że trasa zaraz jest i muszę się zdecydować, a ja mam koncert Vader 25-lecie. Pomyślałem, że muszę zrobić krok naprzód, co mam do stracenia? Vader, szacunek i tak dalej, i tak im się nie odwdzięczę za to, co mi dali. Za to, że mnie tak ustawił Peter, za tych akustyków, że mnie tak cisnęli. Może gdyby nie oni to nikt by się nie odezwał, no ale muszę podjąć decyzję i iść do przodu. Dzwonię do Petera i mówię, że nasz koncert w Stodole będzie ostatnim, jaki zagramy. Potem dzwoni Maurycy i mówi, że dwa dni temu zadzwonił do Petera powiedzieć, że odchodzi. Wiesz, ludzie w to nie wierzą, ale naprawdę to był zbieg okoliczności. Maurycy też nie wiedział, kiedy jego płyta UnSun zostanie wydana. Ja też myślałem, że to potrwa, a tu wszystko od razu na wariata.

Vader, Dimmu Borgir? Jak zespół teraz musiałby się pokazać?


(śmiech) Teraz tylko swoje. No bo co miałoby być.. Korn? Nie mieli bębniarza i przyszedł Ray. Wiesz, ale to zawsze jesteś u kogoś. Dlatego chciałbym robić już własne rzeczy.

Grasz tylko na bębnach?


Tylko. Moim pierwszym instrumentem była gitara, ale mojemu koledze dobrze szło, więc nie chciałem być gorszy (śmiech). Tak, jak graliśmy w piłkę to wszyscy chcieli grać w ataku, a ja wolałem być bramkarzem. Ale np. moja mama pamięta, że jak z chłopakami, gdy mieliśmy po 6 lat odpalaliśmy Europę to oni łapali za paletki, a ja kredki i udawaliśmy, że gramy koncerty. Nie wiem, czemu ja akurat w tę stronę szedłem, ale tak właśnie było. Chciałbym więc może Vesanię dalej pociągnąć, nie to, żeby być jakimś nowym Emperorem czy Dimmu Borgir. Po prostu chciałbym się realizować. Jest Masachist, Black River, ale mam sentyment do Vesanii, pamiętam, jak powstawała, jak się pierwsze nagrania robiło, kanciapy budowało, kasę na sprzęt zarabiało? Mógłbym teraz coś nowego założyć, ale nie ma tego klimatu, dlatego gramy znowu z Vesanią próby.

Masz rodzeństwo?


Siostrę trzy lata młodszą.

To nie byłeś gnębiony przez starszych braci?


Nie, nie byłem. Mój ojciec pamięta, jak miałem chyba cztery lata to powiedziałem, że chcę mieć magnetofon, kasety i chcę słuchać. To była zima, wziął mnie na sanki, pojechaliśmy do sklepu, gdzie były magnetofony, kupił mi taki paździerz z tamtych lat i trzy kasety - Kubusia Puchatka, Ewę Bem i Czesława Niemena. Słuchałem tego na okrągło w kolejności Bem-Puchatek-Niemen i mieli spokój ze mną (śmiech). Dziecko słuchało i jak leciał Puchatek to było "Mamo, miodu" (śmiech). Później normalna podstawówka, potem okazuje się umysł ścisły to gdzie syn będzie muzykiem, syn będzie elektronikiem. To takie bardziej normalne - ten tok myślenia. Różnie ludzie wylądowali i nie powiem, że żałuję. Teraz już tego tak nie mam, ale jeszcze dwa lata temu myślałem, że fajnie by mieć jakiś papier. Ale wiesz, jak to z papierem jest, praktyka się liczy.

Co chcesz poprawić w grze i nie mów, że prędkość.


Nie, nie, teraz jak patrzę na tych niektórych kolesi to nieraz jest już absurdalne, nie wiadomo, o co chodzi. Chciałbym wszystko bardziej z groovem grać, osadzić to, no i ćwiczenia koordynacyjne. Zero prędkości, te 250 zupełnie wystarczy, bo więcej to i na gitarach nic normalnego nie zagrasz. Powiem ci, lubię blasty tak  w tempie 230, gdzie słychać, że perkusista się nie męczy, gdzie można je jeszcze trochę pokolorować. Nadal mnie rajcuje granie blastów, ale z Vesanią nie chcę takich typowych, ładnie wyedytowanych, wolę je z bardziej transowym filingiem.

Jak opanowywałeś ten styl gry? Chodzi o blasty.


Na początku nie wiedziałem, jak są grane i jak trzymać pałki. Nie było materiałów edukacyjnych, ale jakoś automatycznie lepiej mi się je palcami grało. Oczywiście na początku wolne tempa w stylu 160-180. Patrzyłem, jak to wygląda i metodą prób i błędów, podglądając kminiłem, jak to się robi. Podglądałem głównie u Docenta, bo na płytach nie było tego przecież widać.

Co było najgorsze?


Stopy. Ręce szybko mi poszły, ale stopy naprawdę długo kasztaniłem. Po 16 latach gry mogę powiedzieć, że jest już w miarę i tak od trzech lat tymi stopami idzie to w miarę równo. Gdy widzę nawet "kiełbasę" na monitorze sesji to już to jakoś wygląda. Kiedyś to? Jezu?

Aż tak źle było?


Było źle.

Jak ćwiczyłeś?


W domu na glebie. W butach, nogi w górę i jazda. Pamiętm jak nagrywaliśmy pierwszą demówkę, gdy miałem 18 lat. Pożyczyłem bębny od Docenta. Wszedł, 2 metry, ubrany jakoś tak nie po metalowemu, a ja myślałem, że gwoździe będzie miał (śmiech). "Sie ma, bębny chcesz pożyczyć? Spoko. To tyle i tyle". Mówię: "Pokazałbyś jakieś patenty na stopki, bo słabo mi idą". I powiedział mi właśnie, bym założył jakieś "Relaksy" na nogi i zasuwał z całych nóg, by szło to z tyłka. No, ale co, gdy później na stopki się wsiądzie, to on na to, że: "Jak na podłodze zagrasz to cokolwiek ci nie dadzą to też zagrasz". I tak teraz mogę powiedzieć, że od 3 lat dopiero swobodnie mogę zagrać, bo wcześniej było tak, że trafiał się jakiś dzień i był problem, bo coś sobie źle ustawiłem czy coś się przesunęło. Teraz cokolwiek sobie nie postawię, jakiegoś Eliminatora, naciąg naciągnięty albo nie i jadę.

A teraz na Czarcim.


Czarcie jest najlepsze! Napijmy się (śmiech). Wiesz, teraz nie ma marudzenia i wszystko idzie.

Nie uważasz, że jest lekka paranoja odnośnie sprzętu?


Jest paranoja. Bo niektórzy patrzą, jak mają ustawioną czułość w module, a nie jak grają. I tak przecież trzeba dobrze zagrać, wydobyć dźwięk z bębna. Mimo, że triggeruję stopy to chcę zagrać na tyle mocno, by je było słychać w overheadach. Nagrywałem teraz z Dimmu to nie używałem triggerów mimo, że wiadomo, że trzeba przy tak ekstremalnych tempach to podedytować i jakąś próbkę podłożyć. Zależy mi na tym, by tak zagrać, by każdy bęben brzmiał.

A jakie bębny miałeś na początku?


Amati, ale werbel Polmuza. Dwie centralki, jedna Polmuza. Pamiętam, jak pracowało się wtedy, by zarobić na naciągi?

Miałeś wsparcie u rodziców.


Dostałem się do technikum i miałem wtedy Commodore 500 z rozszerzeniem do 1 mega?

Toć to wypas wtedy był!


Powiedziałem, że chcę ten komputer sprzedać i proszę mi dołożyć, bo ja chcę bębny. Pojechaliśmy na Grzybowską i tego samego dnia sprzedałem go ze wszystkimi grami. Pojechaliśmy do mojego nauczyciela od muzyki, który po znajomości namierzył mi kogoś, kto chce sprzedać Amati. W związku z tym, że się dostałem do technikum to rodzice dołożyli się i komputera nie było, ale były bębny.


Grałeś w domu?


Grałem w domu do pierwszego spotkania z policją. Czyli dwa dni (śmiech). Później robiliśmy kanciapę, wytłoczki się kołowało, wytłumiało? Te czasy? Jak zawoziłem swoje bębny do kanciapy to wziąłem wszystkich kolegów i koleżanki i każdy jechał autobusem z jednym bębnem? Jak się teraz to wspomina to - kurde - w życiu bym na to nie wpadł.

Nie drażni cię to właśnie w bębnach? To rozstawianie? Co cię wkurza?


Że tego jest dużo. Dużo do ogarnięcia, nie w sensie gry. Po prostu pełno tych wszystkich śrubek, statywików, mikrofonów, kabelków? Gitarzysta zapina gitarę i jedzie.

A wokalista?


No właśnie! A tu do tego jeszcze case?y. Zawsze mam tego najwięcej i muszę się z tym dłubać. Mam niby swoje ustawienie, ale jak każda kombinacja rozstawienia ewoluuje. I to mnie najbardziej wkurza, za dużo możliwości. Wchodzisz do knajpy bierzesz menu, a tam tylko żurek i schabowy, więc bierzesz żurek i schabowy (śmiech).

Nauczasz?


Nie ma u nas warsztatów z ekstremalnego grania i wiele osób pisało do mnie, by coś takiego zrobić, więc pomyślałem - czemu nie? Poruszyłeś dobry temat. Powiem ci, że dla mnie zdecydowanie łatwiej jest zagrać koncert na stadionie niż prowadzić warsztaty. Jak wychodzisz i wszyscy oczekują, że powiesz coś mądrego, do tego pokażesz, to nie jest proste. Moje pierwsze warsztaty nie były idealne, motałem się, gadałem parę razy to samo? Ale następne były już lepsze i światełko w tunelu się pojawiło. Wiesz, nie nauczysz się tego, bo nie staniesz w domu przed lustrem i nie będziesz mówił do siebie o blastach (śmiech). Tak samo, jak pierwsze koncerty z Vaderem czy Dimmu to też niby wszystko było ok na próbach, ale przyszedł czas koncertu i wszystko nagle toczy się swoim życiem. Pierwsze kroki poczyniłem i zobaczyłem, jaki to stres. Chciałbym obrać tę drogę, jak to pokazał ostatnio u nas Marco Minnemann. Prosto, bez zbędnego kręcenia, mącenia, łażenia, ideologii. Usiąść zagrać, powiedzieć, pójść na piwo (śmiech).

Dlaczego więc chcesz to robić dalej, skoro byłeś podłamany? To nauka dla samego siebie?


No pewnie, że tak i to mocna. Poza tym lubię tę adrenalinę, lubię, jak coś się dzieje, jak jest sytuacja, gdzie trzeba działać. Nie jestem może leniem, ale ciężko mi czasami tak samemu z siebie zebrać się i poćwiczyć, tutaj jest termin, więc siadam i robię. Jest nóż na gardle, do kanciapy i człowiek zapierdziela godzinami, bo sraczka jest. W domu to zawsze wszystko wkoło. Lubię mieć lekkiego bata nad głową. Dlatego chcę to robić, ale też głównie dla tych dzieciaków, bo jakby przyjechał Roddy czy Kollias to sam w pierwszym rzędzie bym był, no ale kurde jakoś nie przyjeżdżają. Wcześniej liczyłem na Docenta czy Vitka, ale obu nie ma? Teraz jest Zbyszek - Inferno?

No, ale weź go wyciągnij!


(śmiech) No właśnie, ale rozumiem go, bo wiem, jaki to stres. Stadion - Metallica, 50 tysięcy ludzi i ci zagram, a tu trzech na froncie i już nokaut. Są świetni bębniarze-nauczyciele, jak Łosowski, ale jak przyjdzie dzieciak i zapyta o blasty, no to co wtedy?

Na co zwracasz uwagę podczas oglądania koncertów? Masz namierzony teraz jakiś koncert, który chciałbyś zobaczyć?


Chciałbym zobaczyć koncert Rammstein, już dwa razy Schneider mnie zapraszał, ale jakoś nie mogę z kobitą trafi ć. Od jakiegoś czasu mogę swobodnie oglądać każde show, jak brzmi, jakie są światła. Kiedyś to mogło się wszystko palić i wybuchać, a ja zwracałem uwagę jedynie na bębniarza. Parę koncertów ostatnio mi przepadło, bo? robota. Chociaż czasami lubię sobie popatrzeć też ze sceny z tyłu, jak ktoś gra. Teraz generalnie chciałbym zobaczyć jakiś fajny wypasiony show.

Jak szykujesz się do studia?


Dużo ćwiczę z metronomem.

Kawałki masz w stu procentach przygotowane?


Nigdy nie są w pełni przygotowane. 30 procent albo więcej to improwizacja. Staram się mieć szkielet, bazę. Przejścia albo akcenty są robione na miejscu. Często, jak gramy na próbach pewne rzeczy to wszystko wychodzi elegancko, po czym wchodzimy do studia i nie brzmi to tak, jak powinno. Bywa też tak, że przed wejściem do studia przyśni mi się coś, że powinno być jednak tak, a nie inaczej?

Nie mów, że tobie też się śnią bębny?


No często, często?

Następny? Kuba Jabłoński mówi, że miewa wręcz koszmary!


Często mam sny w stylu scena-bębny i jest katastrofa. Mam grać, a tu coś się sypie, przody się przewracają, tragedia (śmiech).

Korzystasz z pilotów, żywych gitar czy może grasz z pamięci?


Mam piloty z gitarami. Chociaż z Dimmu myślałem, że jak z taką kapelą mam do czynienia to gitary pod metronom będą nagrane równiusieńko. Tymczasem bywa tak, że mówię do Daniela (Daniel Bergstrand - realizator) "Ok, ok, wiem już, o co chodzi, wyłącz te gitary". Są zazwyczaj zagrane do przodu, a ja lubię zagrać lekko do tyłu, leciutko zaciągnąć.

Zazwyczaj lepiej się wtedy osadza numer?


Wiele lat temu Szymon Czech z Selani mówił, bym próbował grać do tyłu. A ja na to: "Do tyłu? Jak to do tyłu? Co do tyłu?" (śmiech). Mówił, bym posłuchał Wojtka Szymańskiego z Kobonga. Pokazał mi, jak to wychodzi i wszystko jest rzeczywiście lepiej osadzone.

Wyróżniłbyś jakąś sesję?


Każda sesja ma swój klimat. Teraz z Dimmu miałem dość sporą presję, bo to pierwsze nagrania razem. Niby wcześniej nagraliśmy materiał dla telewizji, ale wszyscy mówili, że z playbacku, a to naprawdę na żywo szło?

Niezły komplement.


Słychać, że krzywo. Jakby muzyk posłuchał to by wyczuł, że to na żywca jest. Na żywca nagrane w studio bez metronomu i takie wrażenie zrobiło, pomyślałem sobie - zajebiście! Myślałem, że będą wyzywać nas od szmaciarzy, a tu całkiem nieźle. Wokal trochę fałszuje, ale widać ludzie to łyknęli. Sesja była ciężka pod tym względem, że Daniel jest bardzo wymagający i przede wszystkim zna się na bębnach. Potrafi wychwytać drobne szczególiki. Parę razy nagrywam i już niby ujęcie ma wejść, a on cały czas mówi, że już prawie, że już prawie się udało i tak przez jakiś czas, po czym mówię mu, by mi pokazał o co chodzi, bo już sam nie wiem, co jest nie tak (śmiech). "Pokaż mi tylko, co jest źle, żebym wiedział w czym rzecz". A on mi wtedy pokazuje, że tu i tu jest ok, ale w tym miejscu jest jakiś rozjazd czy coś w tym stylu.

Studio jest bezwzględne i obnaża wszystko...


Jest, ale nie każdy realizator przykłada do tego wagę. W wielu sesjach by to przeszło, ale nie u niego, zbyt wymagający jest. Pracowaliśmy dzień w dzień od 10 do 22.

Ile ci to zajęło?


Czekaj? Dwa dni szukaliśmy brzmienia, jeden dzień łataliśmy piloty, bo porobili taki metronom, że nie dało się do tego grać. Ti tu tu tu, ti tu tu tu w jakichś szesnastkach, do tego w szybkim tempie, w ogóle bez sensu. Dla gitary to się może fajnie gra, ale nie dla bębnów! Czternaście numerów trzasnąłem w pięć dni tak, że nawet naciągów nie zmieniałem?

Niemożliwe!


Tak w ogóle to przyjechał pewien pan, który mi bębny stroił przez cały dzień. Maniak bębnów, wariat. Koleś jest wszędzie, milion rzeczy na raz, pełen energii? Robił to cały dzień, ja bym tego nie wytrzymał. 3 godziny owszem, ale nie cały dzień! Tu nastroił, pougniatał, suszareczka, obniżył dół, naciągnął górę, puka, podciągnął dół, obniżył górę, puka, puka, nie, zdejmuje naciąg i do śmieci. Następny naciąg, to samo. Miałem ze cztery komplety Remo Emperor. Koleś zakłada następny, zdejmuje, bierze papier ścierny i szlifuje korpus. Zakłada, puka i znowu do kosza, nowy naciąg. Myślę sobie: "Człowieku, naciągi mi się skończą!". A on: "Pokaż następny, jakby co przywiozę nowe". Tu sześć tomów do zrobienia, a my na ósemce siedzimy parę godzin. Nie wyrobiłem i mówię, że idę do kawiarni na dół. Wracam po jakimś czasie, a tu koleś już dziesiątkę robi. No, jak on dojdzie w końcu do osiemnastki to ja tego w marcu nie nagram!

Nie ma takich specjalistów u nas?


No nie ma. A to co robił było dla mnie mega, mega profesjonalne.

Zauważasz różnice w nagrywaniu materiału u nas i na zachodzie?


Zdecydowanie. To mi się strasznie u nich podoba. Ty masz przyjść i zagrać, a my jesteśmy od szukania brzmienia. Najlepiej idź do hotelu i daj nam popracować. Jutro masz przyjść wypoczęty i wszystko dobrze zagrać. My odpowiadamy, żeby instrument brzmiał, mikrofony stały w dobrych miejscach. Naciągów tyle poszło do śmieci, że aż łezka się w oku kręciła.

 

Miałeś jakieś nieprzyjemne przygody podczas koncertu, w sensie skradziono ci sprzęt? Ostatnio to istna plaga?

 

Nigdy nie przydarzyło mi się coś takiego, a około tysiąca koncertów zagrałem.

A jak z sypaniem się sprzętu?


O, to wszystko się sypało i nikt mi nie wmówi, że coś jest na sto procent niezawodne. Mimo, że jestem endorserem firm różnych i powinienem mówić, że wszystko jest idealne to niestety każdy sprzęt może zawieść i nie ma na to siły. Jak ktoś gra, jak ja średnio 150 koncertów rocznie, a bywało i 210 to nie ma szans. Transport z temperatury - 20 do plus 30. Kiedyś mi nawet korpus strzelił od werbla i to nie jest tak, że jestem "Andrzej Zaucha" i jednym uderzeniem go rozwalam, po prostu pękł pod wpływem temperatury. Graliśmy w zimie w lutym, a w klubie było z plus 400?

To strzelił ci podczas koncertu?


Tak.

I jak brzmiał?


Jak werbel z pękniętym korpusem (śmiech). Jakoś dociągnąłem do końca koncertu.

Naciąg od stopy strzelał ci też?


Tak. Też jakoś dociągnął do końca. Kiedyś z Vaderem mi rąbnął to lewą nogą dociągnąłem do końca, nawet blasty pociągnąłem, wiesz? Było jak było (śmiech), ale udało się, nie przerwałem gry. Raz pamiętam w Szwecji spadła na mnie wielka płachta?

Grasz teraz na??


Pearlu. Mam jeden zestaw w Norwegii Mastersa Maple 8, 10, 12, 13, 16, 18, centrala 20 na 18 i czekam teraz cierpliwie na drugi zestaw w Polsce. Gram tu trochę przecież!

Pierwszy twój większy kontrakt był z Premierem.


Tak, uwielbiałem te beczki. Musiałem je wszystkie zwrócić, bo gdy wszedłem do Dimmu to przejąłem po prostu ich deal. Pierwszy zestaw, jaki kupiłem w ogóle za uciułaną w Vader kasę to był Starclassic Tamy.

Maple?


Nie, brzozowy, wiesz, Brzozowski (śmiech). Te brzozowe brzmiały, jak z triggera, i robiły po przejściach trrrrr?.. a ja wtedy grałem właśnie trrrrr. Nagrywałeś wiele poza Vaderem, Dimmu

Borgir. Który materiał daje ci największą radochę?


No, Vesania jest dla mnie największą radochą, bo gram, co chcę. Nie ma tam jakiegoś generała i kierownika. Oczywiście, zawsze staram się liczyć ze zdaniem innych i nie staram się panoszyć. Mają do mnie zaufanie i wiedzą, że zrobię tak, jak trzeba, ale jak mają jakieś uwagi to oczywiście biorę to na warsztat. Nie staram się robić jakiejś prywaty, by trzaskać pokazówki. Gdy riff wymaga prostej gry to tak robię, no, czasami coś tam próbuję pokazać (śmiech), ale to tylko w tych miejscach, gdzie wiem, że ewentualnie mogę.

Nie masz parcia na popisy solowe?


Nie, nie. Jak zagram dobry koncert to jestem bardziej spełniony. Nie mam takiego ciśnienia, że jak któryś z bębniarzy jest na publice, a ja o tym wiem to staram się pokazać coś specjalnego. Gram zazwyczaj taką muzykę, że jest dużo do zagrania. Takie popisówki są moim zdaniem lekko bez sensu.

Jak zacząłeś grać z Hunterem? Akustyczna część dziwnie pasowała do ciebie?


Bardzo dobre pytanie? Dla mnie to mega wyzwanie. Mogą się wszyscy zdziwić, ale takie dla mnie było zagranie z Black River i z Hunterem. Od dziecka cały czas blasty i blasty, po prostu ekstremalne granie. I zagrać teraz w tempie 102, a nie 204, gdzie Czarcie pod nogą to naprawdę coś ciężkiego. To inne granie jest. Pojedyncze dźwięki muszą być już uderzone w środek bębna, elegancko, wyraźnie. W muzyce ekstremalnej jest kompresja, wszystko praktycznie na jednym poziomie. Tutaj są akcenty, mocniej-lżej, tu jakiś splashyk, werbelek? Dla takich speedziarzy, jak my to granie szybko jest może nie tyle bułką z masłem, ale po prostu to się robi i siedzi. A tutaj kolejne podejście i dupa, trzeba się przestawić. Dobra, utrzymać tempo to jedno, ale teraz to wszytko musi grać, a nie być odegrane. Teraz tego szukam w muzyce. Nie dziwię się w obecnych czasach wszystkim dzieciakom, że grają po trzysta, ale ja już teraz szukam przestrzeni, dźwięku.

Doszedłeś do Huntera w ciekawym momencie?


Kolejny zespół w którym gram i który obchodzi 25-lecie, bo wcześniej grałem przecież na takim koncercie Vadera.

Czyli można by rzec, że zacząłeś grać z Hunterem w wieku 5 lat. Dość błyskotliwa kariera (śmiech).


No, a z Vaderem w wieku yyyy? Trzech (śmiech).

Nawet Igor Falecki nie szalał w wieku 3 lat z takimi blastami. Co byś więc doradził młodym, zaczynającym dopiero wymiatanie bębniarzom?


Oczywiście, żeby taki ktoś spojrzał do tyłu i zobaczył, jaka jest historia i skąd to się wszystko wzięło. Fajnie, jakby mieli tę świadomość. Oczywiście wiadomo - ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Nie mieć też tych polskich kompleksów. W Dimmu nie mogłem być, jak Polaczek szaraczek. Byłem zdenerwowany, ale wszedłem i dawaj blasty 300! Słuchali mocno stopek, mieli duże wyczulenie na tym punkcie, ale ja zamiast się chować i tłumaczyć, głośno mówię do nich, by wzięli je jeszcze głośniej! Dla mnie to żaden problem. Wiedziałem, że jadę jako Polak z Legionowa, ale znałem swoją wartość, co robiłem przez całe lata, ile ćwiczyłem i co potrafi ę. Dlaczego mam się poczuć gorszy!? Jeszcze jak zobaczyli moje Czarcie Kopyto to byli pod ogromnym wrażeniem, nawet menadżerka, która na sprzęcie nie zna się za mocno (śmiech).

W Hunterze też grasz na Czarcim?


Dla mnie jest to najlepsza stopka. Wcześniej używałem Axisa, przez cztery lata i zużyłem ich chyba kilkanaście sztuk. Nie jest to na pewno zła stopa, bardzo szybka, ale moim zdaniem dobra do grania w kanciapie, bo nie nadaje się na długie trasy. Jak jeździłem w trasę bywało tak, że miałem dwa Axisy załączone do bębnów i trzy w zapasie. Bywało tak, że zostawał mi jeden. Rozpadały się, śrubki się odkręcały.

Ze Ślimakiem oglądaliśmy cię na Juwenaliach, gdy grałeś z Hunterem. Maciek obiecał, że wpadnie na Twoje warsztaty, jak będziecie grać w Szczytnie?


Dzięki? Będę miał teraz jeszcze większego stresa... Powiedział obserwując cię, że chyba razem od siebie moglibyśmy się wzajemnie uczyć. Nie miał na myśli warsztatu. Wiesz, o co mu chodziło? Maciek szaleje za bębnami, a ty grasz bardzo spokojnie. Nie pracujesz nad widowiskowością. Jakoś tak kurde? Zawsze mi się podobał ten styl Docenta, spokój, opanowanie, twarz pokerzysty, lekkie zniechęcenie, ale ręce płyną. I to chyba dlatego jestem do dzisiaj wielkim fanem Docenta. To bębniarz, który zrobił na mnie największe wrażenie. Zdaję sobie sprawę, że może powinienem się więcej ruszać, ale podoba mi się to, że robisz coś ekstremalnego i zachowujesz stoicki spokój. Wyłączyłbyś dźwięk, jak gra Docent i Ślimak to przeciętny człowiek by pomyślał, że Ślimak gra ekstremę, a Docent z Pink Floyd.

Inferno stara się pomachać trochę głową?


Podam ci przykład. Teraz, jak nagrywałem z Dimmu, przychodzi do mnie Shagrath czyli Stian, kierownik? lider? ojciec dyrektor? (śmiech) generał? i mówi do mnie: "Bo wiesz, Darek, to w sumie najważniejsza płyta w twojej karierze dotychczas i wiesz? musisz ją wyjebać? wiesz? jak musisz to zdejmij frotkę i zacznij machać banią, wiesz? jak musisz to się rozbierz i zagraj na golasa, wiesz? żeby to był cios!". Patrzę na niego, a przecież produkowałem się mocno i mówię mu: "No Stian, posłuchaj tego. To może tylko tak wygląda, ale ja naprawdę z siebie daję wszystko!".

Podwarszawskie Legionowo, w którym się wychowywałeś było mocne muzycznie, sporo kapel dobrych stamtąd pochodzi.


Tak, zawsze było sporo zespołów, które grały ostrą muzę. Przede wszystkim Sex Bomba, która jeździła sporo po kraju czy metalowy Motorbreath. Orion z Behemotha też przecież stamtąd pochodzi.

Uczyłeś się od najlepszych grając z płytami. Kto to był?


Oczywiście Docent, który obecny jest mocno cały czas we mnie, aż do dziś. To widać i słychać. Chociażby moja postawa na scenie. To jara mnie do dziś. Może rzeczywiście to mało efektowne, ale na serio cały czas mnie to kręci. Igor Cavalera na Arise. Strasznie mi się to podobało, pełno groove?u w tym było. Podobało mi się to połączenie thrasherki z czymś takim, wtedy jeszcze nie nazwanym. Oczywiście klasyka blastów - Sandoval. Gene Hoglan? o Jezu? te dwa ride?y, splashe? o rany? Chris Barker, który zresztą wzorował się na Hoglanie. A to wszystko jeszcze na swoje przemieliłem. Sporo było tych bębniarzy. Nie będę mówił o bębniarzach kultowych, jak ci z Deep Purple czy Black Sabbath? Oczywiście robi to na mnie olbrzymie wrażenie, ale ja wolałem właśnie tych, co wymieniłem. Na drugiej płycie Vesanii słychać dokładnie wpływ Sandovala na moją grę. Nie słuchałem miliona bębniarzy, byłem wierny tym swoim idolom.

Od razu po Niemenie, Bem i Puchatku poszedłeś w cios?


Od razu. Ale to chyba przez Niemena, sprowadził mnie na czarną drogę (śmiech). Gdyby się urodził w tych czasach byłby liderem jakiegoś Dimmu Norgir czy Emperor, tak serio to on naprawdę był bardzo mroczny, tajemniczy.

Jacy obecni perkusiści robią na tobie wrażenie?


Paul Bostaph na pewno. Dave McClain z Machine Head. W ogóle fajni kolesie i do tego świetni bębniarze.

Właśnie, miałeś do czynienia z wieloma pałkerami z całego świata, który zapadł ci najbardziej w pamięci? Który z nich sprawiał najlepsze wrażenie pozaperkusyjne?


Przede wszystkim Gene Hoglan. To koleś, który potrafi ł przyjść na koncert, posiedzieć, pogadać, Naprawdę strasznie spoko ziomuś. Zdecydowanie jeszcze Pete Sandoval, także Vinnie Paul.

Miałeś ciekawe spotkanie z Billy Wardem?


Przyszedł na koncert Dimmu Borgir z żoną i córką. Graliśmy wtedy w Hollywood. Patrzę ze sceny, że z boku postawili fotel skórzany i patrzę, jak jakiś starszy koleś na nim usiadł, myślę sobie, jakiś dziad pewnie sobie klapnął. Więc wlazłem na scenę i gram swoje. Po koncercie dużo się działo, kolesie z Rammstein, pełno ludzi z nazwiskami. Patrzę na tego faceta, starszy pan, ale to chyba nie on. W końcu mi powiedzieli, że to Bill Ward i ponoć zrobiłem się z miejsca purpurowy (śmiech), jakbym nago na środku ulicy siedział. Koleś odzywa się do mnie z tym swoim brytyjskim akcentem, że to było "brillant". Przedstawił mi żonę i córkę, w ogóle zbaraniałem, nie wiedziałem, co powiedzieć - dziękuję, dobranoc (śmiech). Mega super spotkanie. To mi pokazało, że właśnie między innymi po to się to robi.

Co sądzisz o takich bębniarzach, jak Weckl, Colaiuta, Donati?


To wszystko są świetni bębniarze. Grają fenomenalnie, ale ja nie tego szukam w bębnach. Podczas warsztatów nie chcę być takim cyrkowcem typu Thomas Lang czy inni. Ja chcę grać i tworzyć muzykę. Fajnie jest mieć ten własny styl? Może jest to spowodowane tym, że od 7 lat gram czyjeś partie, chociaż nagrywałem w tym czasie i swoje płyty, bo przecież nagrywałem w Vaderze czy teraz w Dimmu Borgir, ale zawsze czuję oddech bębniarzy, którzy grali wcześniej. Nie mówi mi nikt, żebym zagrał tak, jak ten czy tamten, ale nie mogę na nowej płycie zrobić coś nagle zupełnie swojego. Dlatego chodzi mi o to, by pozostać sobą, by zrobić swoje rzeczy, które ja wymyśliłem i nikt nie był przede mną. Nie spocząłem na laurach, że Dimmu Borgir i teraz starczy. Pytałeś mnie, co dalej po Dimmu Borgir, jaki kolejny band, przejście na poziom wyżej. Wszystko fajnie, tylko po co? Gdzie ja w tym wszystkim jestem, gdzie moja osoba i moje własne granie, mój styl?

Dlaczego Polska słynie z dobrych mocnych metalowych pałkerów?


Sam się nad tym zastanawiam. Jak się mówi o naszych muzykach to się mówi o bębniarzach. Nie wiem, kompletnie nie wiem, z czego to się wzięło. Może dlatego, że mieliśmy Docenta, który pokazał wszystkim drogę w siekaniu. Zawsze mieliśmy dobrych bębniarzy, którzy nie byli może znani na zachodzie, ale stawiali wysoko poprzeczkę tu u nas. I teraz taki młody, jak patrzył to myślał, że trzeba docisnąć temat i nie wystarczy wyskoczyć z samą gitarką i wszystko będzie dobrze.

Możemy mówić o klasie światowej.


Wydaje mi się, że tak. Docent, Vitek, Inferno? Na pewno. To, że podnosimy sobie tę poprzeczkę daje nam szansę zauważenia przez większych producentów i publikę na zachodzie

Polityką się interesujesz?


O nie, nie, nie wiem, co się dzieje i o co chodzi. Po prostu nikomu tam nie wierzę. To wszystko jest tak przemielone?

Co robisz więc w wolnych chwilach?


W wolnych chwilach? Hm? Jestem dość ograniczonym człowiekiem i w wolnych chwilach oglądam innych bębniarzy (śmiech). Oglądam youtube i patrzę na innych, bardzo się wkurzam, wyłączam, po czym odpalam znowu i patrzę, rzucam komputerem i tak wkoło. Nie gram w gierki, bo przecież wtedy Commodore sprzedałem (śmiech). Chodzę sobie na siłownię poćwiczyć?

Chcesz być takim kolesiem, jak goście z Manowar, w gaciach z tygrysiej skóry?


Taaaak! (śmiech). Nie, no rowerek, trochę poćwiczyć dla zdrowia. Czasami coś poczytam.

A familia? Cytując Kubę Jabłońskiego - nie myślisz o założeniu podstawowej komórki społecznej?


Myślę o tym, bo jest to na pewno fajne. Jest to też naturalne i zapisane gdzieś w nas, i każdy powinien prędzej czy później to zrobić, ale nic na siłę.

Granie blastów wieczne nie będzie?


No nie będzie, myślałem, że te wszystkie dolegliwości pojawią się zdecydowanie później. Co to więc będzie za 10 lat! Myślę też i o tym, że przyjdzie taki wiek, że to trochę niepoważnie będzie wyglądać - granie blastów?

Może do branży elektronicznej wtedy wrócisz?


Coooo ty? Wypadłem z tego i pozapominałem wszystko. Zresztą to tak szybko wszystko teraz idzie, że jestem daleko w tyle.

Ale elektrykę w domu byś założył?


Nie no, założyłbym. Jeszcze te podstawowe rzeczy? te bardzo podstawowe rzeczy (śmiech) to pamiętam. To już jest przeszłość. Trzeba siedzieć w tym temacie, żeby być na bieżąco. Elektronika, informatyka to takie dziedziny. Nie wiem więc jeszcze, co później będę robił, na razie gram. Może w stronę nauczania pójdę? Może będę stroił kolejnym grającym dzieciakom bębny.

Jak ten koleś z suszarką?


Nie mam kompleksów i dla mnie to żaden problem pracować w ten sposób. Niech kolejne pokolenie korzysta z tego, że mają takiego kolesia, co tyle doświadczył i chce im teraz to przekazać i pomóc. Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki, więc coś będę robił w tym temacie. Tym bardziej, że nie jesteśmy Rolling Stonesami i granie takiego stylu nie będzie wieczne.

Co zatem będzie dalej w muzyce?


Na razie przeraża mnie to, że te wszystkie ikony zaczynają umierać. Wydawało się, że są wieczni i nieśmiertelni. Zaczynają powoli umierać i chyba, jak właśnie ich pokolenie minie to zacznie się jakaś rewolucja? Teraz, póki co jeszcze bazuje się na tym, co robią, ale właśnie, jak przyjdzie ten moment, gdy to wszystko pierdzielnie to coś się wydarzy? Nie wiem, koniec świata?

Co sądzisz o ciągłym ściąganiu rzeczy z netu?


Sam ściągam. Ostatnio robiliśmy próbę Vesanii i szukałem numerów do przypomnienia. Przeglądam półkę, nie ma, w piwnicy nie ma, u rodziców nie ma. Widocznie rzeczywiście wszystkie rozdałem. No to co? Odpalam Internet, ściągam cały materiał i po godzinie mam skompletowane wszystkie płyty (śmiech). Nie zatrzymasz tego.

Albo idziesz z tym do przodu, albo się cofasz.


Dokładnie. Co nie znaczy, że nie kupuję normalnych płyt, wchodzę do sklepu i biorę. Ściągnę sobie dwa numery i lecę kupić płytę. Tak, jak ostatnio Devina Townsenda. Mimo, że mam mp3 na iPodzie, to i tak lubię mieć tę specjalną płytkę.

No dobra, to jeszcze po jednym i lecimy na koncert??


Cóż, co zrobić? (śmiech).

Reklama