Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk

Raportpowrót do listy

O stanie polskiego bębnienia cz. 12. Cezary Konrad

Jak wygląda Polska scena perkusyjna oczami znanych bębniarzy? Kim są na co dzień? W jaki sposób pracowali by osiągnąć sukces? Czy go osiągnęli? Poruszmy wszystkie tematy, nawet te, które mogą zaboleć, tutaj perkusiści mają głos! Bohater niniejszego numeru to kolejny muzyk, z którego możemy być dumni na całym muzycznym świecie. Brzmienie, styl i feeling.

Kiedyś oglądając słynny, pierwszy koncert dedykowany pamięci Buddy?ego Richa zawsze czekałem na finałowe solo panów Gadd-Weckl-Colaiuta. Zastanawiałem się, jak w naszych warunkach wyglądałoby takie show, kto mógłby wystąpić i kto też mógłby zająć odpowiednie miejsca na scenie. Na przestrzeni lat układ i skład zmieniał się w zależności od kolejnych odkryć muzycznych. Mimo wszystko, od niemal dekady środek sceny zajęty byłby przez Czarka Konrada. Wielu uznanych polskich bębniarzy, którym o tym opowiadałem, bez zająknięcia potwierdziło mój wybór.

Czarek Konrad jest perkusistą, którego wyobraźnia daleko wybiega poza standardowy perkusyjny schemat. W Perkusiście 6-09, gdy prezentowaliśmy relację z koncertu uświetniającego dwudziestolecie pracy muzyka nie przez przypadek dokoptowaliśmy Czarka do składu z polskimi malarzami impresjonistami. Zabieg ten, jak najbardziej celowy, jest doskonałym odzwierciedleniem umiejętności i stylu jego gry. W jego grze wszystko płynnie płynie, unosząc dane kompozycje, tworząc przez to wrażenie bardzo lotnych i świeżych aranżacji. Nic w tym dziwnego, muzyk ma zwyczaj podchodzić bardzo otwarcie do każdej kompozycji nie narzucając sobie konkretnego obrazu końcowego. Forma jest jedynie szkieletem na bazie którego tworzona jest jedna, jedyna w swoim rodzaju, struktura. Czarek jest perkusistą permanentnie poszukującym, wykorzystuje też często zasoby Internetu podglądając z nieukrywanym zachwytem perkusistów całego świata. Na naukę nigdy nie jest za późno. Mówi, że bębniarze potrafią wywołać u niego nieprzespaną noc, co ostatecznie bardziej mobilizuje go do pracy, wytrwałej pracy.

Spotkaliśmy się w jego sali prób na warszawskiej Pradze, przyjechał swoim autem z ewidentnym szlifem sportowym, bo - jak pisaliśmy - Robert Luty właśnie Czarka podaje jako prowodyra swojej rajdowej przygody. Nasza rozmowa przebiegała w niezwykle sympatycznej atmosferze, przeradzając się we wzajemne wyznania. W poniższym fragmencie naszej rozmowy pominęliśmy wątek, w którym rozmawialiśmy na temat jego dawnych problemów z pewnym białym proszkiem. Wystarczająco na ten temat już powiedziano i czas zabrać się za budowanie czegoś nowego, świeżego. W Czarku siedzi mnóstwo niespożytej energii i wielu fanów wciąż czeka cierpliwie na nowy materiał solowy artysty ponieważ, jak wiadomo, ostatni i jedyny album wydany został 10 lat temu. Może niniejsza rozmowa pomoże mu w podjęciu decyzji o skierowaniu swych kroków do studia? Oby. Jest wymagającą osobą, najwięcej wymaga jednak bez wątpienia od siebie. Podczas koncertów to publika zazwyczaj wymaga od artysty czegoś specjalnego. Tymczasem okazuje się, że Czarek także ma wymagania co do zachowania publiczności. Zresztą, o tym przeczytacie poniżej. Czarek na naszym spotkaniu pojawił się z lekkim grymasem na twarzy?

Mówisz, że byłeś właśnie na masażu kręgosłupa. Masz jakieś dolegliwości?


Chyba każdemu coś tam dolega. Nie znam bębniarza, który nie miałby problemów z kręgosłupem. Sam często potrzebuję profesjonalnej pomocy i na szczęście po wielu latach znalazłem świetnego masażystę.

Chodzisz tam profilaktycznie?


To trochę tak, jak z wizytami u dentysty. Nie zawsze udaje się chodzić profilaktycznie, najczęściej trafi am "na stół", kiedy jest już trochę za późno (śmiech)

A bywało tak?


Zdarzyło się tak, że na 15 minut przed koncertem wyleciał mi dysk, w sekundę byłem zlany potem. Żeby w ogóle zagrać musiałem przyjąć zastrzyk z ketonalu, który - jak wiadomo - tylko na chwilę przynosi ulgę.

I po zastrzyku grałeś?


Nie było innego wyjścia, musiałem przecież uratować koncert.

Uważasz, że można uniknąć takich dramatów?


Zauważyłem, że najwięcej korzyści przynosi regularne uprawianie sportu. W wolnych chwilach chodzę na siłownię, jeżdżę na rowerze, pływam, biegam.

Podobno Steve Gadd biega codziennie.


To świetnie. Kiedy rozmawiałem na ten temat z Vinnie Colaiutą i z Virgilem Donati obaj stwierdzili, że fitness jest niezbędnym elementem ich trybu życia. Czy wiecie, że Vinnie ma czarny pas w karate? Jestem pewien, że również dzięki temu utrzymuje szczytową formę na bębnach od tylu już lat.

A propos lat - obchodziłeś niedawno dwudziestolecie pracy artystycznej. Pół życia na scenie? To dużo czy mało?


Dużo, ale w kontekście tego, co mógłbym zrobić pozostawia niedosyt.

My, mówię tutaj o publiczności i fanach, też czujemy niedosyt. Wiesz, chodzi mi głównie o solowe płyty?


Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Marzę o tym, żeby nagrać nową płytę, tym bardziej, że materiału napisałem dość sporo. Problem polega na tym, że jestem bardzo zajęty uczestnicząc w projektach przeróżnych liderów, a jeśli mam wolną chwilę staram się ćwiczyć. Drugą sprawą są oczywiście finanse. Teraz wydawcy wymagają gotowego nagranego materiału, nie płacą ani złotówki, a na dodatek są problemy z promocją. Dlatego też wielu muzyków wydaje prywatnie płyty, inwestując w to własne pieniądze. Sam od jakiegoś czasu poszukuję sponsora, który pomógłby mi pokryć koszty studia, muzyków i poligrafii?

Są u nas dobrzy muzycy?


Tak. Uważam, że jesteśmy w czołówce europejskiej.

Myślisz, że jest to zasługą nieograniczonego przepływu informacji? Mam na myśli oczywiście Internet i szeroki dostęp do wszelkiego rodzaju materiałów.


Oczywiście? Świat jest teraz bardzo otwarty i dużo łatwiej nauczyć się grać. Kiedy ja zaczynałem, nie było w sklepach płyt, nut, szkół na perkusję, a o youtube nikt nawet nie śnił. W szkołach muzycznych nie wolno było ćwiczyć na zestawie, dlatego jazz, podobnie, jak w latach sześćdziesiątych, smakował jak "zakazany owoc". Andrzej Dąbrowski opowiadał mi, że kiedy z kolegami słuchali Willisa Conovera i Wolnej Europy nie wszystkie szczegóły dało się wychwycić. Talerze było kiepsko słychać, a kiedy wreszcie przyjechali do nas Amerykanie nastąpiło olśnienie: " Wow, jest też hi-hat!" (śmiech).

Masz niepodważalny status potęgi perkusyjnej w całej rozciągłości muzycznej, uważany jesteś za guru, po czym mówisz, że siadając przed komputerem Cezary Konrad staje się Czarkiem Konradem. Zachowujesz się?


?jak mały chłopiec. Wciąż jestem głodny wiedzy, uważam, że można uczyć się do końca życia. Znam swoją wartość, ale z wypiekami na twarzy oglądam na youtube popisy m.in. czarnoskórych perkusistów gospelowych. Innym razem słucham, co nowego wyćwiczył Virgil Donati. Miewam też wieczory powrotu do przeszłości, kiedy oglądam np. Tony?ego Williamsa. Cieszę się, że po kliknięciu myszką mogę się przenieść w wymarzony świat moich mistrzów.

Wróćmy do kwestii nauki młodych bębniarzy i tego, czego nam brakuje?


Moim subiektywnym zdaniem w naszej szerokości geograficznej poczucie time?u nie jest najmocniejszą stroną. Może dlatego, że nasza muzyka ludowa jest mało groove?iąca.

To co w takim razie powinniśmy robić?


Powinniśmy ćwiczyć time. Myślę, że warto, bo przecież kilku naszych kolegów robi to doskonale.

Nie ma możliwości, byśmy obeszli kwestię time?u i zaprezentowali bębny z innej strony?


Oczywiście, że można, grając np. muzykę współczesną.

Inspirujesz ludzi. Widziałem Bartka Pawlusa, który wygrywał konkurs talentów na Musik Messe we Frankfurcie. Dopatrzyłem się u niego elementów inspiracji od ciebie?


Ja akurat żadnych podobieństw nie widzę. Cieszę się z jego sukcesu. Bartek to wspaniały, wrażliwy, skromny facet. Wygrał konkurs w Polsce w grupie średniozaawansowanej bijąc na głowę tych mocno zaawansowanych. Trzymam za niego kciuki!

Jesteś wymagający?


Oczywiście. Traktuję muzykę bardzo serio. Zawsze wydaje mi się, że można zagrać jeszcze lepiej. Jednak z ambicją trzeba uważać, bo czasami potrafi odebrać radość muzykowania.

Jest u nas grupa muzyków wybitnie profesjonalnych. Od początku wiedzą, na co się decydują, wchodząc w dany projekt.


To prawda, a pracodawcy wiedzą do kogo dzwonić. W każdym gatunku muzyki znajdziemy w Polsce kilku świetnych bębniarzy. Jest też paru uniwersalnych i to oni są najbardziej zapracowani.

Grać wszystko, jak Vinnie Colaiuta?


Vinnie jest jak kameleon. Można posłuchać, jak na płycie Hancocka Rivers używa tylko miotełek. Innym razem z grupą Megadeth poważne męskie granie na dwie stopy. Vinek czyta perfekcyjnie nuty i jest niesamowicie kreatywny. Czy wiesz, że płytę Secrets Allana Holdswortha nagrał do pustej taśmy, tylko z basem? Jego dyskografia nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z geniuszem bębnów.

Jakiego grania byś się nie podjął?


Nie podjąłbym się grania metalowego z blastami, chociaż ćwiczę takie rzeczy i podziwiam m.in. Georga Kolliasa i innych gigantów tego stylu.

A z kim nie chciałbyś zagrać, by nie zburzyć swoich mitów i legend?


Mam to szczęście, że dzwonią do mnie najczęściej świetni muzycy (śmiech).

No tak, osoby, które dzwonią do ciebie z propozycjami, wiedzą dokładnie do kogo dzwonią?


Na pewno tak. Myślę, że cenią moją muzykalność i wszechstronność.

Osiągnąłeś sukces?


(chwila milczenia) ?podobno tak. Cieszę się, że robię w życiu to, co kocham najbardziej, a przy okazji nie chodzę głodny.

Przepis na sukces?


Zapytaj Lady Gagę! (śmiech)

Co jest dla ciebie najważniejsze podczas koncertów na żywo?


Walczę o to, żeby mieć komfort na scenie. Lubię słyszeć wszystkich muzyków w monitorze. Jeśli scena jest duża proszę też centralkę w odsłuch. Bezcenny jest dla mnie czas przed samym koncertem w garderobie, kiedy rozgrzewam ręce i nogi. Kolejny ważny element - odpowiednie oświetlenie. Kupiłem nawet reflektor i kiedy wiem, że w klubie nie ma odpowiednich świateł, zabieram go ze sobą.

Tomek Goehs kiedyś musiał grać z lustrem?


No właśnie, rozumiem go doskonale.

A jak kontakt z publiką?


Publiczności nie widzę, wyłączam się. Dobrze, że nie jestem frontmanem. Byłoby to dla mnie bardzo trudne - stać na przedzie, śpiewać i widzieć, jak ktoś tam się na przykład rozgląda. Stanie z przodu sceny to dla mnie obcy świat. Kiedy prowadzę kliniki, staram się ustawić z boku i zdecydowanie wolę, jak na widowni są wymagające osoby. Najgorzej jest, gdy widzę, że wszyscy czekają, dajmy na to, na inny zespół i słuchają mnie, bo nie mają wyjścia. Nie lubię też sytuacji, kiedy przedłużamy granie, a komuś bardzo się śpieszy, bo jest po godz. 22. Natomiast ta mobilizująca trema jest świetna. Kilka razy miałem taki ostry egzamin - grałem przed Wecklem, Donatim, a na widowni od groma bębniarzy bacznie obserwujących, co robię.

Jest jakiś koncert, o którym chciałbyś zapomnieć?


Powiem to w ten sposób. Na youtube modne stały się tzw. "Shreds", gdzie pod obraz z koncertu podłożone są obce dźwięki. Wychodzą z tego komiczne sytuacje, z których pewnie tylko muzycy się śmieją. Niestety, kilka razy na żywo czułem się na scenie, jak bohater shred?a, mimo, że wszyscy grali na poważnie. Są blaski i cienie bycia sidemanem.

A były sztuki, na których zupełnie odleciałeś w inny wymiar?


Kiedy grasz z lepszymi od siebie czasami są takie emocje, że zdaje się zagrać coś, na co nie wpadłbyś w ćwiczeniówce. To są te cudowne uniesienia, na które warto czekać i mocno w nie wierzyć. Jak słyszałem w monitorze Jima Bearda, kiedy rozczytywaliśmy Fever z Adasiem Bałdychem i Żakiem, to rzeczywiście byłem w innym świecie? Albo trio z Qbikiem i z Gary Husbandem? Oj, to były momenty!

Masz ogromne doświadczenie w pracy w studio. Zdradzisz nam, jak to wygląda? Jaka jest różnica między sesją jazzową a pop-rockiem?


Piosenki i popowe utwory, gdzie trzeba grać do pilotów, na których są loopy, najbardziej lubię nagrywać sam. Koncentruję się wtedy na precyzyjnym wykonaniu swojej partii. W przypadku sesji jazzowych niezbędne jest nagrywanie razem z innymi muzykami, a zwłaszcza części improwizowanych. To naprawdę słychać, kiedy soliści dogrywają do gotowej sekcji. Jest to oczywiście kompromis między idealnym odseparowaniem instrumentów w studio a feelingiem, który jest tak bezcenny.

Ćwiczysz z metronomem.


Tak, to daje bardzo dobrą bazę. Pomaga korygować błędy i rozwijać wewnętrzny time.

?który nie zawsze może być metronomiczny. Lubisz falowanie timem?


Oczywiście! Mnóstwo radości dają sytuacje, kiedy w sekcji specjalnie opóźniamy jakąś nutę. Podobnie, jak w muzyce latynoskiej, gdzie stylowe jest granie do tyłu. Ważne, żeby najpierw potrafić grać perfekcyjnie time?owo i świadomie od niego, nigdy odwrotnie, nie, nie? (śmiech)

Jaką płytę mógłbyś uznać za swoją wizytówkę, swój autograf?


Zdecydowanie lepiej czuję się na scenie niż w studio. Gorąca reakcja widowni potrafi dodać skrzydeł. Lubię też elementy ryzyka, a jeśli jest dobre granie nie boję się eksperymentów, nawet za cenę pomyłki. Jazz jest trochę sztuką, w której błąd potrafi być twórczy i inspirujący? ale to już wyższa szkoła jazdy. Co do płyt nagrałem ich prawie 100, ale nie mam jednej ulubionej. Nigdy też nie słucham dla przyjemności płyt z moim udziałem. Słucham raz i wyciągam wnioski.

Sesja, która szczególnie zapadła ci w pamięci?


Z ogromnym sentymentem wspominam nagrania albumu Bosa z Anią Jopek. Mogłem popuścić wodze fantazji i w pełni wykorzystać swoją wyobraźnię. Udało się osiągnąć ciekawe efekty w niekonwencjonalny sposób - grałem na kluczach, puszkach, paczkach z makaronem itp. Podczas tej sesji powstał właśnie słynny "groove na wodzie"!

A sesja z Methenym?


Wielkie przeżycie. Można by na ten temat osobny artykuł napisać. Bardzo się cieszę, że miałem możliwość i zaszczyt grania z Patem. W studio zobaczyłem porażający rodzaj pracowitości, maksymalną koncentrację przez wiele godzin bez przerw i posiłków. Tylko słuchanie i notatki. Komputerowy mózg.

Kiedy nagrałeś pierwszą płytę?


To był rok 1990. Płyta Zbyszka Namysłowskiego Without a talk. Nie miałem jeszcze swoich bębnów. Pożyczyłem ze szkoły zlepek Amati, Premiera i symfoniczne talerze.

Zawsze mnie ciekawiło, jak muzycy twojej rangi i charakteru gry przykładają wagę do sprzętu?


Jak wiesz, jestem związany kontraktem z Mapexem i Sabianem dzięki firmie Music Info, o której mogę wrazić się jedynie w samych superlatywach. Przez wiele lat naszej współpracy zawsze byli pomocni, za co jestem i będę dozgonnie wdzięczny. Wracając do pytania? Cóż, może z mojej przekornej natury wynika to, że marzą mi się takie ręcznie robione bębny przez prywatną manufakturę, których nie ma nikt, takie tylko dla mnie. Realistycznie patrząc jednak - bębny to nie skrzypce. Uważam, że powinny być po prostu dobre, a takie są wszystkie modele największych firm. Może to trochę tak, jak z gotowaniem? Myślę, że kunszt kucharza jest najważniejszy. Widziałem kilka razy mistrzów z okładek magazynów, którzy grali na strasznych rupieciach, a mimo to brzmieli, jak na płytach. Początkowo miałem sprecyzowany rodzaj instrumentu i stresowało mnie granie na cudzych bębnach. Teraz jest odwrotnie i koledzy nawet śmieją się, że im gorsze bębny, tym lepiej gram.

Częste pytanie ostatnimi czasy - czy bębny akustyczne obronią się w przyszłości?


Wierzę, że tak. Skoro orkiestry symfoniczne istnieją od kilkuset lat to chyba świadczy o tym, że zarówno instrumenty akustyczne, jak i granie na żywo stanowią najwyższą wartość.

Elektronika?


W graniu na bębnach nie używam elektroniki, natomiast w domu komponuję na starym Kurzweilu K 1500.

Dodatkowy instrument jest potrzebny?


Jak najbardziej. Piano jest bardzo pomocne w pisaniu muzyki.

Pochodzisz z muzycznej rodziny. Miałeś wsparcie, gdy zaczynałeś uczyć się grać?


Tak. Dzięki rodzicom od małego miałem kontakt z naprawdę dobrą muzyką. W momencie, gdy inni dopiero odkrywali świat muzyki, ja w wieku 5-6 lat miałem do czynienia z Tower of Power, Stevie Wonderem, Quincy Jonesem, Weather Report, Mahavishnu Orchestra itd. Już w szkole podstawowej byłem takim "obcym", bo w życiu nie słuchałem muzyki młodzieżowej, wręcz trudno uwierzyć, że mnie to ominęło. W latach osiemdziesiątych w czasie polskiego boom?u  rocka, ja na przerwach słuchałem Milesa Davisa i całej wytwórni ECM zamiast Maanamu czy Perfectu. Potem w liceum był czas na takie nazwiska, jak Jack De Johnette, Keith Jarrett, Jan Garbarek. Następnie moment fascynacji Stevem Gaddem. W 1983 roku pojechałem na jubileuszowe Jazz Jambore, gdzie w ciągu czterech dni było siedem różnych koncertów, wielkie przeżycie.

W jakim wieku zacząłeś swoją przygodę z bębnami?


Pierwszy raz możliwość zagrania na perkusji miałem w wieku 6 lat, bardzo mi się podobało. W szkole muzycznej edukację rozpocząłem od piana, ale myślę, że ten pierwszy kontakt w dużym stopniu zadecydował o tym, że później wybrałem właśnie bębny.

Ile zatem miałeś lat?


Czternaście.

Brałeś lekcję gry u nauczycieli prywatnych?


Nigdy nie brałem lekcji gry na zestawie. Jak mówiłem, wszystkiego uczyłem się z płyt, bo w szkole grało się tylko klasykę.

Co daje klasyka, a w czym szkodzi?


Klasyka uczy czytania nut, dbałości o dźwięk oraz systematycznej pracy nad rozwojem techniki. Z drugiej strony klasyka to dążenie do perfekcji, pewnej nieskazitelności, a to z jazzem trochę się kłóci. Tu potrzebny jest ten specyficzny "brud" i ryzyko. Wiele lat minęło zanim do końca się odblokowałem, otworzyłem, ale o tym zdecydowały przede wszystkim różne doświadczenia życiowe. Leszek Możdżer po klasyce w Gdańsku też wyszedł grzeczny i ułożony. Dopiero, gdy trafi ł na swojej drodze na Tymona Tymańskiego odważył się uderzyć pięścią w klawiaturę czy wrzucić szklankę do środka fortepianu. Reasumując, klasyka wiele mnie nauczyła i dzięki niej jestem bardziej wszechstronny. Mogę na przykład zagrać na festiwalu "Warszawska Jesień".

Ale magistrem zostałeś niedawno?


Tak, dyplom zrobiłem dopiero 3 lata temu. Wcześniej po prostu nie miałem na to czasu, rok 1990 był przełomowym w moim życiu. Z jednej strony jako student szukałem już pracy w orkiestrze. Współpracowałem z orkiestrą Simfonia Varsovia, a nawet całkiem poważnie myślałem o wyjeździe do Niemiec, ze względu na wyższe zarobki. Z drugiej zaś strony cały czas najbardziej kochałem bębny i jazz. No i szczęście się do mnie uśmiechnęło. Zmiana pokolenia i wielkie zapotrzebowanie na perkusistów dały mi szansę wejścia i zaistnienia w Wielkim Świecie Polskiego Jazzu. Z perspektywy czasu cieszę się, że mogę dziś robić jedno i drugie.

Michał Dąbrówka powiedział, że nie chce wracać za bardzo do tych instrumentów.


Może dlatego, że nie miał z nimi do czynienia przez ten okres? Jeśli tak, to mu się nie dziwię. Ja od czasu do czasu byłem zatrudniany przez orkiestry, więc kontakt był.

Czy zajmujesz się edukacją młodych?


Generalnie często prowadzę różnego rodzaju warsztaty oraz jestem zapraszany na solowe kliniki.

Co chcesz jeszcze osiągnąć jako perkusista?


Cieszę się z tego, że wciąż chce mi się ćwiczyć i rozwijać. Przez 10 lat nie miałem ćwiczeniówki (!), ćwiczyłem na koncertach. Czasami trzeba ratować się inwencją, proponować rozwiązania, a nie zwyczajnie odgrywać. Czy wiesz, że Miles Davis zabraniał ćwiczyć muzykom przed koncertem? Płacił im, by ćwiczyli dopiero na scenie, potrzebował tej świeżości.

Na koniec?


Fascynuje mnie to, że jest tak wielu dobrych muzyków, którzy świetnie sobie dają radę w dzisiejszych realiach, trzymam kciuki za młodych adeptów sztuki perkusyjnej i życzę, żeby byli takimi muzykami, którzy zasługują na szacunek zarówno kolegów z branży, jak i publiczności. Po prostu bądźcie sobą, odnajdźcie swoje miejsce.
Reklama