Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Wojtek Pęczek

Dodano: 23.05.2011
Stara hala fabryczna przy ulicy Żwirki i Wigury w Łodzi, w godzinach wieczornych zamienia ciemną, fabrykancką okolicę w afrykańską wioskę. Z oddali słychać dźwięki bębnów djembe.
To Wojtek Pęczek z zespołem City Bum Bum. Prekursor muzyki afrykańskiej w Polsce, który od siedmiu lat porywa swoimi bębnami nie tylko młode dusze, ale i emerytowane księgowe, które nie szczędzą naciągów z kozich skór...

Zanim zacząłeś grać na djembe, byłeś perkusistą. Dlaczego porzuciłeś świat blach, werbli i podwójnej stopy dla bębnów afrykańskich?


To było równo dziesięć lat temu. Studiowałem stosunki międzynarodowe uprawiając radosną twórczość za perkusją. Na ostatnim roku wyjechałem na stypendium do Irlandii. Byłem perkusistą i fanem zespołu Dead can Dance. Udało mi się dostać na warsztaty perkusyjne do kultowego kościoła przerobionego na studio nagrań, gdzie formacja ta popełniła większość swoich płyt. Warsztaty poświęcone były sztuce perkusji latynoamerykańskiej i muzyce zachodnioafrykańskiej. Na tych warsztatach z djembe powstała taka energia, trans, euforyczny klimat - silne doznanie, które otworzyło mi oczy na dalsze życie. Po warsztatach sporo myślałem o tym, że skoro dane mi było przeżyć coś tak szalenie twórczego i emocjonalnego, choć nie do końca związanego z perkusją, to chyba to jest to, czego w życiu szukam. I choć kończyłem studia polityczne, miałem gotową odpowiedź na pytanie, co chcę robić w życiu.


Domyślam się, że ciężko było cieszyć się tak radosną metamorfozą domownikom, którzy spodziewali się po tobie politologa, przyszłego speca od administracji, a nie istnego mistrza ceremonii?


Było to dla mnie duże wyzwanie, jednak moja decyzja została przez najbliższych uszanowana, choć nie obyło się bez prób perswazji, by może jednak uprawiać sztukę polityczną niż muzykę afrykańską. Niestety, albo - na szczęście! - siła bębnów okazała się większa... W jakimś sensie to muzyka wybrała mnie, a ja bardzo intuicyjnie jej zaufałem.


Wróciłeś do Polski, i co dalej?


Skończyłem studia i wyjechałem z kraju w dalszą drogę po Europie, która zajęła mi kilka lat. Rozwijałem talent, jaki w sobie odkryłem na licznych warsztatach poświęconym muzyce afrykańskiej i bębnom djembe. Grałem u Mamady?ego Keita z Gwinei (www.mamadykeita.com), uznawanego za światowego guru tego instrumentu. Człowiek ten popularyzuje muzykę afrykańską na całym świecie. Poznawałem technikę gry, instrumenty. Odkryłem, że jest to sztuka bez dna, a im więcej się gra, tym więcej jest pytań. Przed siedmioma laty wróciłem do Łodzi i założyłem swoje centrum rytmu City Bum Bum - pierwszą w Polsce szkołę gry na bębnach afrykańskich i zacząłem uczyć grać.


Oprócz Irlandii i stolic europejskich, zawinąłeś też do źródeł tej muzyki...


Cztery lata temu wybrałem się w podróż do Gwinei w Afryce Zachodniej, która jest kolebką djembe. Tam zobaczyłem, w jaki sposób ta muzyka wykonywana jest u źródeł. To było dla mnie ogromne przeżycie, bo widziałem i słyszałem, że wszystkie rzeczy, których uczyłem się przez lata są aktualne. Żyją i towarzyszą lokalnej społeczności w dniu codziennym. Podróże do źródeł djembe odbywam co roku, gdyż z pieniędzy, które jako City Bum Bum zbieramy w ciągu roku, wspieramy jedną z tamtejszych wiosek.


Jak ta muzyka wygląda w Gwinei?


Tam dosłownie wszyscy ludzie mają od małego zaszczepiony rytm. Wszyscy biorą udział w tradycyjnej zabawie - przez taniec, czy proste klaskanie - jednak w wiosce jest najwyżej kilku muzyków, którzy kontynuują tradycję i grają, kiedy nadarza się okazja. Nie w każdej wiosce jest kompletny zespół muzyczny. Gra na bębnach to po prostu swego rodzaju fach i albo ktoś się nim zajmuje, albo nie. Podczas zabawy wszyscy niesamowicie przeżywają każdy rytm, starsze kobiety śpiewają, inne - tańczą. Bębny to muzyka społeczna, która gasi waśnie i rodzi klimat przyjaźni między nimi. Tam każdy ma coś do powiedzenia i wyraża to poprzez bębny. Rytmy Malinke nie są same w sobie tylko muzyką; opowiadają historię całego kontynentu. Bardzo częstym i smutnym - a wciąż żywym - stereotypem w mentalności europejskiej jest postrzeganie muzyki bębnów jako "dzikiego hałasu prymitywnych plemion". Różnorodność, piękno i mistrzostwo afrykańskiej muzyki może być poznane i docenione tylko przez tych, którzy czynią w tym kierunku starania - rozpoczynając od nauki tradycyjnych rytmów.


Czy to, co widziałeś podczas swoich zagranicznych wojaży w jakiś sposób po latach plasuje się w dzisiejszych, polskich realiach?


Zarówno wtedy, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tą muzyką, jak i podczas licznych wyjazdów po Europie, zauważyłem, że w warsztatach djembe biorą udział ludzie w bardzo różnym wieku. Co więcej - nie tylko młodzi, totalnie zapaleni na djembe, ale także ludzie starsi, którzy na co dzień zajmują się biurem, naukami ścisłymi. Zauważyłem, że muzyka ta zbliża i łączy ludzi. Jeszcze nawet 10 lat temu muzyka afrykańska w Polsce była totalną subkulturą kojarzoną wręcz z sekciarstwem. Ludzie, którzy chcieli uczyć się grać mieli szereg problemów. Nie było instrumentów. Jeżeli ktoś usiłował grać muzykę afrykańską, to przeważnie był to ktoś, kto grał jakiś akompaniament z muzyki latynoskiej. Obserwowałem ten stan z punktu widzenia kogoś, kto chciałby nauczyć się grać, ale blokował go dystans, jaki wytwarzał się między takimi ludźmi a tymi, którzy już grają. Oni byli wówczas tuzami tej sztuki, a tak naprawdę, niewiele o niej wiedzieli. Mówię to z perspektywy swojej dzisiejszej wiedzy na temat tych rytmów. Już wówczas widziałem pewną subkulturową otoczkę, która przeszkadzała mi w tym, by czerpać wiedzę o tej muzyce. Wiedziałem, że trzeba ten stereotyp zburzyć.


Jak?


Poprzez edukację na temat muzyki afrykańskiej, postrzeganej nierzadko jako coś prostackiego czy nawet - złego. Zrozumiałem, że należy tej sztuce nadać pewną strukturę i formę w postaci szkoły. Wówczas możliwe będzie przełamanie pewnego tabu, nieśmiałości i subkulturowej otoczki. I to się udało. Dziś muzyka afrykańska staje się muzyką popularną. Organizujemy festiwale, na które ściąga coraz więcej pozytywnych otwartych ludzi odnajdujących w muzyce zachodnioafrykańskiej wielką pasję, czasem - sposób na życie. Taka impreza corocznie odbywa się m.in. w Malborku, gdzie można zasmakować w bębnach djembe. Spełniło się wielkie moje marzenie, bo wiedza, jaką przekazuję łączy dosłownie całe pokolenia. W City Bum Bum muzyki afrykańskiej uczą się nawet starsze panie, które zamiast nudzić się na emeryturze, przychodzą grać na bębnach. Ich wiek nie przeszkadza młodszym uczestnikom naszych zajęć, gdyż każdy w tej muzyce jest jej elementem składowym. I To właśnie jest fajne.


Odniosłem wrażenie, że nikt przed Tobą nie robił w Polsce muzyki afrykańskiej.


To złe wrażenie. Nie chodzi o to, że nikt przede mną nie grał w Polsce na bębnach afrykańskich, bo choćby jednym z pierwszych ich wytwórców w Polsce był Witek Golc (lider formacji Papadram, występującej lata temu w nieistniejącym już łódzkim klubie "Forum Fabricum"), który przygodę z tymi bębnami rozpoczął przeszło 20 lat temu. Natomiast szkołę w postaci regularnych, cyklicznych warsztatów, popartych materiałami i wiedzą pochodzącą ze źródeł tej sztuki, uruchomiłem jako pierwszy w naszym kraju. To było działanie pionierskie i wciąż uwielbiam podejmować nowe wyzwania. W lutym tego roku jako pierwsza szkoła perkusji zachodnioafrykańskiej zorganizowaliśmy wyjazd polskiej grupy do Senegalu, gdzie przez miesiąc ludzie poznawali tradycyjną muzykę i taniec pod kierunkiem wybitnego mistrza djembe i światowego wirtuoza kory (zachodnioafrykańskiej harfy), naszego przyjaciela, Seckou Keita (www.seckoukeita.com). Na początku przyszłego roku organizujemy kolejną podróż i już nie ma miejsc na warsztaty w Senegalu! Zespół City Bum Bum, który powstał z naszych najbardziej utalentowanych studentów, którzy przyszli na warsztaty przed 5-6 laty, jest dziś jedną z czołowych formacji na polskiej scenie djembe i nieustannie popularyzuje muzykę afrykańską w całej Polsce. Przez nasze warsztaty - w kraju i zagranicą - przewinęły się tysiące ludzi. Spotkanie z ludźmi jest w tej muzyce sprawą kluczową. Mam nadzieję, że wykonaliśmy kawał dobrej pracy nad popularyzacją tej muzyki, by nie była odbierana jako coś subkulturowego, negatywnego i także, by przybliżała ludziom kulturę Afryki. Uczymy muzyki i propagujemy tolerancję kulturową. Zapraszamy do Polski wybitnych, często nieznanych artystów z Gwinei (takich, jak mój "afrykański brat", Namory Keita), którzy z miejsca podbijają serca europejskiej publiczności. To wspaniałe uczucie móc uczestniczyć w innej jakości stosunków międzynarodowych, czyli jakoś wracamy - do polityki?!


Widzę twoje zdjęcie z wielkim bębnem na plecach. Opowiedz o swojej pierwszej podróży do Gwinei.


To było wyzwanie i jedna z największych przygód mojego życia. Wybrałem się tam z dwójką przyjaciół, którzy uczą tańca i muzyki afrykańskiej w Berlinie (obecnie: w Australii). Wiedzieliśmy, że jest region w górnej Gwinei, gdzie ta muzyka powstała. W Google Earth znaleźliśmy kilka nazw wiosek. Wylądowaliśmy w Bamako, stolicy Mali, gdzie spędziliśmy parę dni i zakupiliśmy na straganie nowiutkie rowery, które zaczęły rozsypywać się na części po kilkuset metrach. Pewnego pięknego ranka udało nam się złapać taksówkę - starego, 50-letniego peugeota, którym podróżowaliśmy w okolice gwinejskich wiosek ponad 20 godzin. Nie była to jednak taksówka, jaką znamy z naszych miast. Podróżowało nią ponad 20 osób, a każdy jej skrawek okupiony był podróżnymi. Na dachu jechały także zwierzęta. Po przekroczeniu granicy z Gwineą i przejechaniu kilkuset kilometrów w głąb kraju, nieopodal miejscowości Kouroussa, taksówkarz zatrzymał się i wskazał nam kierunek do wioski Fissadou - jego ręką zatoczyła niewyraźny łuk zatrzymując się na horyzoncie zaznaczonym kolorami sawanny. Ludzie wskazali nam drogę. Gdy dojechaliśmy do rzeki, trzeba było przez nią przejść. Z rowerami i bębnami na głowach trawersowaliśmy Niandan, dopływ rzeki Niger, która w Malinke nazywa się: Djoliba. Wtedy poczułem, że w moim życiu naprawdę nie mogę narzekać na nudę, ha ha! Dzieci, które pierwszy raz widziały białego człowieka wpadły w panikę. Gdy zbliżaliśmy się do wioski z oddali słychać było grę bębnów. Zaczynał się u nich jeden z tradycyjnych festiwali: Baaradasa/Dundunbe, jaki odbywał się na cześć zmiany generacji mężczyzn w wiosce. Przez 15-20 godzin kilku mężczyzn grało non stop. Co jakiś czas kobiety podbiegały z wiadrami wody, by napoić bębniarzy. Kobiety i mężczyźni byli pięknie ubrani. Przyjęli nas szalenie gościnnie. Okazało się, że ostatni raz mieli kontakt z białym człowiekiem 10 lat temu. Pewien Francuz zatrzymał się wtedy w Fissadou na jedną noc. Gwinea jest cudownym, pięknym krajem, jednak lata politycznego izolacjonizmu za czasów dyktatury prezydenta Lansana Conte zrobiły swoje. Gwinea nie jest jeszcze krajem turystycznym i skomercjalizowanym, jak chociażby sąsiednie Mali czy Senegal. Ludzie we wsi byli zdziwieni tym, że przyjechaliśmy z własnymi bębnami.


A twój pierwszy instrument?


Debiutancki bęben djembe kupiłem w Irlandii od mojego ówczesnego nauczyciela Johna Bowkera, który sprowadzał bębny z Senegalu. Myślałem wówczas, że kupuję instrument najlepszy na świecie. Postępy w grze, rosnące wymagania szybko zweryfikowały ten pogląd. Był to instrument średniej klasy. Instrument marzeń znalazłem dopiero po latach w Gwinei, w jednym jedynym miejscu, które jest moją piękną tajemnicą. Profesjonalne bębny sprowadzam do Polski po dziś dzień.


Jak wyrabia je miejscowa ludność?


Bębny djembe powstają z czerwonego drzewa, które nazywa się Lenke albo Djala, a cykl ich produkcji jest bardzo złożony i opiera się o szereg ludzi. Z regionu czerwonych drzew do wytwórców bębnów przyjeżdżają ciężarówki z pniami. Z wielkiego pnia wydłubuje się kielich. Inna osoba przygotowuje skóry zwierząt - najczęściej kozy, które nakładane są na kielich. W tym czasie inni pracują nad obręczami. Gdy skóra wyschnie goli się ją, a dopiero później zakłada obręcze i nakłada sznurek, który służy do strojenia tych bębnów. Jak widzisz, tworzy się cały łańcuszek ludzi, zaangażowanych w produkcję jednego instrumentu. Nie mają nowoczesnych maszyn, technologii. Wszystko robią prostymi narzędziami i wkładają w bębny serce. Pasję. Zero masówki, trendu - "liczy się sztuka". Tam jest pełna manufaktura, szacunek do instrumentu. Dlatego mówią, że w kielichu bębna djembe mieści się jego dusza.


Jak trzeba dbać o te bębny?


Unikać wilgoci, niskich lub zbyt wysokich temperatur, które fatalnie wpływają na skórę naciągu. Najlepszym środkiem konserwującym dla skóry bębna djembe jest pot ludzkiej dłoni. Czyli, im więcej gramy, tym djembe jest zdrowszy i piękniej brzmi. Co ważne, są to instrumenty praktycznie dożywotnie i niezniszczalne. Czerwone drewno jest bardzo twarde i odporne na uderzenia, obtłuczenia. Śmiem twierdzić, że na tych bębnach będą mogły grać moje wnuki. W djembe pęka tylko skóra, co jest normalnym zjawiskiem eksploatacyjnym tego instrumentu.


Ale założyć taki naciąg, to sztuka...


Owszem. Wymiana naciągu wraz ze strojeniem go trwa około 3 dni. Dla każdego bębniarza jest to ważne wydarzenie. Nie można tego porównać z szybką zmianą naciągu np. werbla.


Ile masz bębnów?


Około 60 djembe, 4 zestawy dundunów - bębnów basowych i masę innych tradycyjnych instrumentów. Piękne w każdym z nich jest to, że nie ma drugiego takiego samego - zarówno pod względem brzmienia, jak i wyglądu.


Po jakim czasie gry pod twoim okiem, a raczej uchem, można powiedzieć, że umie się grać?


Szalenie trudne pytanie. Podobnie, jak w perkusji, nabieranie umiejętności w grze na djembe ma charakter bardzo indywidualny. Jednemu wystarczy tydzień nauki prostych rytmów, inny poświęci na to samo miesiąc lub rok. To co najbardziej cieszy mnie w tych warsztatach, to fakt, że przychodzą tu ludzie, nierzadko z ciekawości; twierdzą o sobie, że nie mają poczucia rytmu - bo albo nigdy nie próbowali grać, albo im tak ktoś wmówił, a już po kilku zajęciach odnajdują w sobie nowy talent. Zamawiają instrument. To jest super! Nie ma ludzi bez poczucia rytmu. Są tylko tacy, którzy o swojej muzykalności nie mają bladego pojęcia, bo nie grali muzyki afrykańskiej. W City Bum Bum pozwalamy im odkryć swoją muzykalność.


Perkusja a djembe to dwie zupełnie inne planety. Co je różni, a co łączy?


Podstawowa różnica dotyczy techniki i ilości ludzi, jaka produkuje muzykę. Na perkusji jeden człowiek obsługuje szereg instrumentów w określonym schemacie. W muzyce afrykańskiej każdy człowiek to jeden instrument. Bęben djembe angażuje wielu ludzi do tworzenia muzyki. Gołe dłonie a nie pałki uderzają w skórę. W zależności od ustawienia dłoni i napięcia mięśni wydobywa się różne dźwięki, dzięki którym djembe mówi swoim językiem. Oprócz tych bębnów w Afryce używa się jeszcze trzech bębnów basowych (sangban, dunumba, kenkeni), które to wszystkie razem nazywają się dun dun. To właśnie one grają różne akompaniamenty, zwane przez miejscowych muzyków melodią. Bębny te tworzą polirytmiczną strukturę, która jest podstawą do tańca. Należy pamiętać, że muzyka ta grana jest najczęściej do tańca. Natomiast bębny djembe są instrumentami akompaniującymi lub solowymi. Cały zespół ludzi i instrumentów tworzy tradycyjny rytm. Często było tak, że ludzie mówiąc "rytm afrykański" kojarzą to z jednym człowiekiem, który siedzi i gra na jednym instrumencie. To błąd, bo jest to zaledwie jeden akompaniament. Muzyka afrykańska, to połączenie kilku akompaniamentów z bębnami basowymi. Tworzy się wówczas niesamowita ściana dźwięków polirytmicznych, z którymi jeden perkusista by sobie nie poradził.


Byłem kiedyś na waszym koncercie i totalnie nie mogłem połapać się, gdzie u was jest "raz"...


Nie ty pierwszy! W Afryce w ogóle nie wiedzą, co to takiego muzyczne "raz". Rytm jest melodią, która nie zawsze wypada na początek taktu. Perkusiści, którzy potrafi ą grać polirytmię, nierzadko inspirują się muzyką afrykańską w poszukiwaniu nowych wyzwań dla swoich kończyn, jednak niestety, nie są w stanie sprostać temu, że djembe angażuje tych kończyn znacznie więcej, tworząc społeczne muzykowanie, a nie grę solową.


Ale zaletą perkusisty jest to, że gdy chce poćwiczyć, nie musi wołać sąsiadów, by z nim pograli! (śmiech)


A co w tym złego, pograć z sąsiadami? Afrykańczycy nie mają z tym najmniejszych problemów... (śmiech)


Wojtek Andrzejewski

Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama