Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Przemek Kuczyński

Dodano: 27.06.2011
Spotykamy się na stacji benzynowej przy wylocie z Łodzi. Przemek przeprasza, że nie wygląda najświeżej, ale właśnie wraca prosto z trasy z September i zdarza mu się żyć w samochodzie.
- My sesyjni, to jak żartuje jeden z moich kumpli - członkowie Stowarzyszenia Transportowców z Własnym Programem Artystycznym - śmieje się tankując paliwo do samochodu nafaszerowanego bębnami, blachami i przeróżnym żelastwem, które na scenie zamienia się w zestaw perkusyjny. Jedziemy do studia Varius Manx, gdzie Przemek po szybkiej kawie zaczyna grzmieć na pięknym, kosmicznie okablowanym zestawie DW. Nad sesją czuwa Paweł Marciniak, który co jakiś czas kręci głową i wygraża Kuczyńskiemu...

Podobno jako dzieciak spazmatycznie reagowałeś na widok perkusistów?


Rodzice opowiadali mi, że jako kilkuletni chłopak miałem skłonności do niszczenia kredek, którymi waliłem o wszystko, co wydawało jakieś fajne dźwięki. Szalałem przed telewizorem na widok perkusisty. W nieodległym czasie, w drodze ewolucji przydomowego warsztatu perkusyjnego kredki zamieniłem na pałki do ubijania kartofli. Jakiś czas później podjąłem wyzwanie edukacji w szkole muzycznej, co z początku bardzo mnie cieszyło, bo wiedziałem, że tam można grać na bębnach. Przeżyłem horror, gdy powiedziano mi, że jednak najpierw fortepian, ksylofon i kotły. I dałem dyla.


Czyli dezercja...


Doszedłem do wniosku, że sobie jeszcze poczekam z edukacją muzyczną. Widząc, jak taka szkoła niszczy dzieciństwo moich kolegów z podwórka, którzy godzinami męczeńsko klepali w klawiaturę pianina, cieszyłem się, że chodzę do normalnej podstawówki. Widziałem, jak szkoła muzyczna obrzydza im muzykę. W liceum w jednej ławce siedziałem z niejakim Piotrkiem Kolasą i to on zaczął mnie uczyć grać na bębnach.


Podobno u niego mieszkałeś...


No, byłem trochę nadgorliwym uczniem. Dosłownie wpraszałem się do niego do domu, żeby choć trochę sobie pograć na bębnach. Swoją drogą - ciężko pracowałem nad tym, czego mnie uczył. Nie miałem jeszcze swojego instrumentu, więc prawie mieszkałem u Piotrka. Serdeczny gość! Jego babcia przynosiła mi zawsze jakieś smakołyki, więc...


...miałeś lekcje z wyżywieniem! (śmiech)


Dokładnie! (śmiech). Powoli jednak Piotrek miał mnie dość... (śmiech)


Gdy kończyły się zapasy?


(śmiech) Nie... Był coraz bardziej zajętym człowiekiem. Moja ewolucja perkusyjna postępowała, więc dużo rzeczy zacząłem rozwijać w sobie sam. Jestem leworęczny, a set Piotra był ustawiony na prawą rękę, co zmuszało mnie też do tego, żeby uczyć się grać w sposób naturalnie trudniejszy. Ale opłaciło się, bo dziś nie ma dla mnie różnicy - czy gram od lewej, czy od prawej. Pewnego pięknego dnia totalnie uniezależniłem się od Piotra, bo dostałem bębny Szpaderskiego, pomieszane z Polmuzem...


I zamęczałeś ten set?


Szpader i wspaniali sąsiedzi, pozwolił mi się rozegrać. Set ten spełnił swoje zadanie. To był sprawny, do niczego nie nadający się instrument (śmiech). Zawieszenie tomów miał na jakimś dosztukowanym T-owniku, bez żadnych regulacji. Pomimo wielu starań, tomy wisiały od sasa do lasa, ledwo co trzymając się rzeczonego teownika. Pełen vintage! (śmiech) Teraz żałuję, że poszedł do ludzi za grosze, bo bym miał dziś z niego niezły ubaw...


A sąsiedzi?


Powymierali... (Na krótką chwilę zapada cisza. Przemek wymownie spuszcza wzrok). Serio! Mieszkałem na 4 piętrze 10 piętrowego bloku i wszyscy sąsiedzi, których mieszkania sąsiadowały z moim, po prostu powymierali. Zastanawiałem się głęboko kilka razy, czy to aby nie przeze mnie, ale... (śmiech). Byli dla mnie bardzo serdeczni i ze spokojem znosili kilka godzin tłuczenia dziennie. Ogólnie w blokowisku, po którym gary niosły się nieziemsko, ludzie bardzo normalnie znosili długie godziny ćwiczeń. Nie miałem jazd z tego powodu, że gram. To bardzo piękne i dziwne. Nie rozumiem tego do tej pory?


W studiu masz bębny DW...


Mam kilka zestawów. Z kolegą na spółkę kupiliśmy sobie ostatnio do zajeżdżania próbach w Warszawie set Mapexa. Na koncerty i niektóre nagrania zabieram ze sobą ciężki, jak babciny kredens, set Yamaha Oak Custom. Dębowe bębny o świetnym brzmieniu. W studio pracuję z reguły na zestawie DW.


Widzę biblioteczkę blach...


Gram na blachach Istanbul Mehmet. Pasują mi te blachy, zarówno pod kątem brzmień i wytrzymałości. Nie lecą pod cięższym uderzeniem. Mają charakterystyczne brzmienie. Mają czytelne alikwoty i po prostu dobrze się sprawdzają. Nie pamiętam, ile ich mam, ale kocham wszystkie i mam zboczenie, żeby je polerować w wolnych chwilach. Blacha po takich zabiegach odwdzięcza się w studiu...


Jak zacząłeś zarabiać na graniu?


Droga była długa. Zaczynałem jak większość łódzkich muzykantów - grając do kotleta, za stówę czy dwie w łódzkim Irish Pubie. Miałem to szczęście, że w połowie lat 90 grałem już na tyle przyzwoicie na bębnach, że łapałem grę w różnych składach i dawało się zarobić niewielki grosz. W moim domu było wtedy bardzo ciężko. Rodzice, jak większość społeczeństwa, z trudem odnajdowali się po transformacji ustrojowej. Bywało, że grając jakieś kotlety w knajpach, zarabiałem więcej od nich i pomagałem lepić domowy budżet. Uzbrajałem się też w jakieś blaszki, naciągi. Dziś w zasadzie nie narzekam na brak pieniędzy. Ale to też nie pojawiło się tak nagle. Naprawdę ciężka praca nad techniką, precyzją gry i najważniejsze - bycie we właściwym miejscu i właściwym czasie, z właściwymi ludźmi. Tak definiuję drogę do sukcesu. To, jak gram, widział kiedyś Krzysiek Ścierański. Zaproponował mi wspólną próbę i choć nie od razu, lecz po kilku miesiącach, byłem już jego etatowym perkusistą.


"Stowarzyszenie Transportowców z Własnym Programem Artystycznym". Jakoś tak strasznie boleśnie określiłeś swoją robotę podczas tankowania.


Byłem wkurzony. Czasami jest to cholernie bolesna prawda. To określenie ukuł Zbyszek Jakubek, wybitny klawiszowiec, z którym czasami grywam. Trzeba się najeździć po kraju, żeby móc sobie fajnie pograć. Akurat przerabiam taką sytuację z jednym z artystów, który ma muzyków z różnych części Polski i każdy z członków zespołu dojeżdża na trasowe koncerty sam na własna rękę. Ale jak się kocha to, co się robi, to to w sumie nie przeszkadza. Żebyś nie miał złudzeń - muzyk sesyjny, który nagrywa i gra z różnymi artystami od wielkich koncertów po venty - to niekoniecznie lekki kawałek chleba.


A z którego pieca smakuje ci najlepiej? Krzysztof Ścierański? Marek Raduli? Wojtek Pilichowski? Hania Stach? In Grid? September? Velvet? Sasha Strunin, The Boogie Town, Karolina Glazer? Sporo tych piekarni, a wymieniłem tylko część...


Każdy z tych artystów uczył mnie wielkiej pokory we współpracy. Zwłaszcza w graniu studyjnym, co jest koszmarną próbą dla każdego perkusisty, któremu wydaje się, że potrafi grać. Tu w studiu Variusów, kilka ładnych lat temu mój prywatny Hitler - Paweł Marciniak obnażył moje braki w graniu na bębnach. Jeszcze przed nim, tuż po wyjściu z Irish Pubu, trafiałem na wspaniałych ludzi, którzy potrafili mi dać solidny opierdol. Część z nich wymieniłeś. Pamiętam, że kiedyś prawie pobiłem się z Ziemkiem Kosmowskim, który na początku jak do mnie mówił slangiem muzyków, miałem wrażenie, że mówi do mnie po chińsku. I nie tylko on. Otrzaskiwałem się z branżą dosyć boleśnie, ale ta nauka nie szła w las. Odkrywałem rzeczy, które bez nich - musiałbym być Dalajlamą, żeby je odkryć. A ja kiepsko medytuję (śmiech). Każda sesja z nowym człowiekiem czegoś uczyła i czułem, że coraz mocniej wgryzam się w temat studia i grania z różnymi ludźmi. Dzięki temu, że mnie opieprzali, wyszedłem na ludzi, a wspomniany już mój studyjny oprawca Paweł po prostu nauczył mnie grać. Wcześniej mi się tylko wydawało, że umiem...


Za co cię tak musztrował?


Za dynamikę. Grałem za głośno albo za cicho. Musiałem się nauczyć grać na wszystkich poziomach dynamiki, szacunku do artykulacji. Studio było dla mnie kompletnym szokiem. Splunąłem ze swoim hurraoptymizmem w pierwszej minucie pierwszej sesji. I zaczął się horror z Pawłem Marciniakiem w roli głównej, który namiętnie opieprzał mnie, że źle celuję w werbel. I widzisz tylko światło "STOP" i ciągle nowe zjeby. Człowieku! Jak nie masz psychiki z gumy - wieszasz się po kwadransie (śmiech). Ale pocieszę cię, że teraz on mnie wyzywa od przewrażliwionych debili, bo teraz ja kręcę nosem i wybrzydzam nad tym, co zagram.


Co znaczy celuj w werbel? Miałeś kłopoty ze wzrokiem? Albo alkoholem?


Nie! Do alkoholu wrócimy... Chodzi o to, by w studiu najprecyzyjniej jak to możliwe trafi ać w jeden punkt werbla. Zresztą tyczy się to całego zestawu. Przesunięcie uderzenia nawet o centymetr daje inny dźwięk, co podczas sesji wychodzi. Tak samo jest z innymi instrumentami. W studiu nie ma litości?


W jakich okolicznościach zacząłeś grać z September?


To jest trochę jak reakcja łańcuchowa. Zacząłem pojawiać się ze Ścierańskim na różnych ważnych scenach. To, jak gram widzieli różni ważni w branży ludzie. Jeśli pojawiasz się z kimś ważnym, automatycznie docierasz do ważnego audytorium. I tak trafił do mnie Sławek Berdowski - gitarzysta i menadżer, który współpracował m.in. z September, Ingrid i Velvet.


Jak pracuje się z tymi artystami?


Czujesz, że pracujesz. I czujesz, że zarabiasz. Te artystki mają totalnie inne podejście do show niż polscy artyści, z którymi gram. Dużą wagę przykładają do wizerunku muzyków, którzy z nimi pracują. Mnie wyszczuplano poprzez różne stroje. Zdarza się, że sesyjny musi ubrać się tak, jak chce gwiazda. Zdarza się, że głupawo. Zdarza się, że dany show wymaga ode mnie obsługi różnych automatów perkusyjnych, a na bębnach gram w nagrodę - jak już ogarnę całą elektronikę. I najważniejsze - te panie są twoimi kumpelkami, ale w jednej sekundzie potrafi ą zrobić dystans gruby jak chiński mur i dać ci do zrozumienia, że dla nich pracujesz i twoje miejsce, poletko jest bardzo ograniczone. Taki żywot bębniarza sesyjnego. Wieczna walka z kwitami, których bibliotekę wozisz ze sobą na co dzień.


Jesteś zawodowcem. Jak definiujesz zawodowstwo?


Pokora. Umiejętność pracy nad krytyką. Umiejętność sprawnego czytania nut (choć znam takich, co nie kumają kwitów, a też im się udało). Punktualność. Higiena i świadomość pracy...


Rozumiem, że mówisz o alkoholu...


W pracy totalna trzeźwość.


Mówisz tak, jakbyś miał w tym temacie wpadę.


Zdarzyło się pewnego razu, że mieliśmy strasznie długą i wyluzowaną sesję. Sami dobrzy koledzy i producent, który bardzo chciał do grona kumpli dołączyć. Kupił kilka flaszek dobrej wódeczki i się zaczęło? Dobrze, że byli sami swoi, ponieważ w pewnym momencie w talkbacku zza szyby słyszę, że muszę zrobić przerwę. Czemu? Bo nie celujesz w werbel - pada odpowiedź. Ok, skupię się - odpowiadam. Chyba nie dasz rady, bo grasz w powietrze, A nie w instrument. Werbel wtedy musiałby mieć ze 20 cali, żebym mógł w niego trafić. Odpocząłem i nagrałem. Udało się w końcu, ale dzięki temu zdarzeniu mam świadomość, jak wóda przeszkadza w graniu. Nie ma mocnych. Jest po prostu słabo i tyle.


Jak mniemam - na trzeźwo nagrałeś fantastyczny album z The Boogie Town. To jeden z twoich ważniejszych projektów. Jak powstawał?


Na trzeźwo, jak wszystkie pozostałe sesje!!! (śmiech) Żeby było śmieszniej, swoje tracki nagrałem bardzo szybko, ponieważ byliśmy po wielu próbach i w związku z tym przygotowani do pracy jak rzadko. Każdy dźwięk zaplanowany i zatwierdzony. Ta muzyka naprawdę była dopieszczana przed sesją miesiącami. Mam nadzieję, że to słychać. Dzięki temu było więcej czasu na miks, produkcję i mastering, który z racji tego, iż był robiony w Nowym Jorku przez Alana Silvermana, też trwał jakiś czas. Nad miksami czuwał Paweł Marciniak oraz oczywiście Bartek i Ula.


Plany na przyszłość?


Wymarzyłem sobie kiedyś, żeby być wziętym sidemanem. Kiedy zaczęło się to spełniać, zorientowałem się, że chyba nie o to w życiu mi chodziło, choć bardzo się cieszę z tego, gdzie się teraz znajduję. Ta ciągła pogoń, niewyspanie i ogarnianie miliona artystów to piękna, ciężka i odpowiedzialna praca. A gdyby tak nie siedzieć na kalendarzu, nie rozsyłać zastępstw na koncerty, nie dopytywać się, jak poszło i nie mieć spuchniętego łba od telefonów, tylko mieć jeden, bardzo dobrze prosperujący projekt i być wolnym, świetnie zorganizowanym i odstresowanym gościem? To jest kolejny szczebel. Być muzykiem znanego zespołu. Panem perkusistą z The Boogie Town na przykład? Jest duża szansa, że moje marzenia w końcu się spełnią. Dzięki Bartkowi Mieszkuńcowi i Uli Rembalskiej (a także świetnemu basiście Michałowi Grottowi, który nas ze sobą poznał) stałem się członkiem The Boogie Town, zespołu, który nagrał jedną z lepszych płyt w tym kraju na przestrzeni kilku ostatnich lat. Ruszyła machina medialna, ludziom zaczęło się podobać. Ciężko jest być dziś debiutantem na rynku, a Boogie Town zaczyna iść jak przecinak i coraz więcej ludzi nas kojarzy. Co ważniejsze kojarzy dobrze i chce do nas wracać jako słuchacz i fan. Jezu!!! Jakby się udało, to chyba mógłbym powiedzieć, że wlazłem kilka szczebli do góry po drabinie do Wielkiego Wypasu. Grałbym z jednym, zajebistym bandem i jeździł z żoną i dzieciakami na koncerty. Oczywiście nigdy nie zarzucę Krzyśka Ścierańskiego (dopóki on chce ze mną grać, Karoliny Glazer, Frutha i Michała Kobojka, o którym ktoś kiedyś napisze książkę i to niekoniecznie muzyczną. Najdziwniejszy geniusz, jakiego w życiu poznałem? Niech się spełni?


Wojtek Andrzejewski

Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama