Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Lars Urlich

Dodano: 16.08.2011
Niektórym zespołom się powodzi. Niektórym jest ciężko. A jeszcze inne stale balansują pomiędzy sukcesem i klapą. Gdybyście przespali ostatnie 10 lat, to nie wiedzielibyście, że Metallica, ex-trashmetalowy zespół z San Francisco, którego płyty rozchodzą się jak benzyna na stacjach, sytuuje się w tej ostatniej grupie.
Wspięli się na szczyt showbiznesu zanim narazili się na gniew krytyki za nudny, pełen wyeksploatowanych pomysłów album z 2003 roku, 'St. Anger'. Brzmienie werbla powodowało u większości bolesny skurcz, utwory ciągnęły się bez końca, a teksty i wokal pozostawały na amatorskim poziomie. Aby się zrehabilitować, Metallica musiała powrócić z naprawdę dobrym albumem. W przeciwnym razie straciliby wiarygodność, pozostając niczym więcej jak tylko koncertującą kapelą. I tyle. Koniec pieśni.

Ku zaskoczeniu wszystkich i zachwytowi rozległej rzeszy fanów grupy, nowy album Metallicy 'Death Magnetic' okazał się dokładnie tym, na co wszyscy czekali. Szybki, ciężki i pełen świeżych konceptów, wydaje się być najlepszą produkcją od czasów oświetlającej planetę promieniem światła płyty 'Metallica', kultowego "czarnego" albumu z 1991 r. Odeszła w niepamięć letnia atmosfera 'St.Anger' i to straszliwe brzmienie werbla, a wszystko dzięki uprzejmości i profesjonalizmowi nowego producenta Ricka Rubina. Perkusiści będą usatysfakcjonowani słysząc potężne i pełne brzmienie werbla i tomów na całej płycie, nawiązujące do soundu z lat 80-tych i początku 90-tych. To jest bębnienie metalowe przez duże "M".

Bez wątpienia perkusista Lars Ulrich był w dobrej formie, gdy usiadł, by pogadać o nowej płycie. Absolutnie wyluzowany i gotowy opowiedzieć o krytyce, z którą musiał się zmierzyć, o latach wyzwisk opisujących go jako perkusistę technicznie poszukującego (czytaj: beznadziejnego), nie bał się też szczerze mówić o pracy w studiu z Rickiem "Wściekłym Niedźwiedziem" Rubinem. Lars nie wyglądał na szczęśliwszego od lat.

Lars, czytelnicy poczują ulgę, gdy usłyszą, że brzmienie twojego zestawu na 'Death Magnetic' dzielą lata świetlne od tego z 'St. Anger'?


Rick Rubin jest wielkim fanem naturalnego brzmienia. W trakcie współpracy odkryliśmy, że nie przepada za samplami, triggerami i wszelkimi sztucznościami. Jest szczerym, normalnym gościem, nie lubi dodanych pogłosów, niczego nałożonego na brzmienie zestawu. Lubi dźwięk bezpośredni, możliwie jak najbardziej naturalny. Tak brzmią bębny, kiedy nie dodaje się zbyt wiele pogłosu, nie przepuszcza dźwięku przez zbyt wiele filtrów i nie miesza całego tego gówna.


Czy odpowiadał wam styl pracy Rubina po 12 latach nagrywania płyt z Bobem Rockiem?


Rick wypowiada się w ten sposób, żeby nie powiedzieć komuś bezpośrednio: "Nie". Nie wiem, czy mnie wysłuchiwał, ale zawsze gdy pytałem o możliwość wzmocnienia werbla, albo dodania odrobiny pogłosu do bębna basowego, mówił: "Pewnie, spróbujmy", a potem graliśmy i nie brzmiało to tak dobrze jak poprzednia wersja - oczywiście jego wersja!


Czy nie był za bardzo poza zasięgiem? Jest znany z tego, że nie siedzi w studiu przez cały czas nagrań?


Cóż? delikatnie bym się z tym nie zgodził. Nie martwią mnie jego nieobecności, ponieważ uważam, że są one jego siłą. Wraca z jaśniejszą wizją i zdecydowanie bardziej świeżą perspektywą. Nie jest spaczona codzienną pracą i głupotami, które wygadujemy. Gdybym miał powiedzieć coś negatywnego na temat Ricka, to tylko jedną rzecz. Metallica czasami potrzebuje kopa w zadek dla mobilizacji. On nie praktykuje zbyt często tej metody. Masz swój własny plan zajęć, wchodzisz i wychodzisz kiedy chcesz. Nie jest tak: "OK, popaprańcy, jesteście punktualnie, więc do roboty!".


Zatem trochę inny styl, niż Boba Rocka ?


Bob miał metodę: "Zróbcie 20 pompek i do roboty", coś w tym stylu, a Rick jest tak miłym gościem? Nie ma na co narzekać. Rick ma konkretny sposób na zrobienie jakiejś rzeczy i bardziej się skupia na zadaniu niż ci się wydaje. Na początku zajęło mi chwilę, by zrozumieć, że jego styl zawiera element improwizacji, który uważam za zdecydowany plus. Nigdy nie wiesz, co się za chwilę wydarzy. To sprawia, że jesteś bardziej skłonny do zgody. Rozbrajał mnie i Jamesa (Hetfield, lider Metallicy) upierdliwą drobiazgowością i chęcią kontrolowania każdego szczegółu. Rubin zawsze ma optymistyczną wizję albumów, które produkuje? Rick ma swoje ulubione powiedzonko, które brzmi: "To będzie świetne" Mówi to 92 razy dziennie. "Rick, a jeśli??", "Będzie świetnie", "Cóż Rick, a co z...?", " Będzie świetnie!". Mówi to przez cały czas. Wcześniej, czy później - jesteś, kurwa, osaczony - i mówisz: " Oczywiście, to będzie świetne, Rick - co mam zrobić teraz?". (śmiech)


Jak wybraliście inżyniera dźwięku?


Rick usiadł z nami i powiedział: "Z kim chcecie pracować?" A my na to: "Chcemy gościa, który robił płytę Slipknot (Volume 3: The Subliminal Verses z 2004 r.), a był to Greg Fidelman. Tak więc to on wykonał większość codziennej pracy i wpłynął w znacznym stopniu na brzmienie perkusji. Rick nie lubi rzeczy zbyt przestrzennych, zbyt dużo pogłosów.


Czy Rubin naciskał na ciebie, byś grał lepiej?


Wskazywał, abym mocniej wsłuchiwał się w grę innych. Mieliśmy skłonność bliską traktowaniu sprawy na zasadzie: "Dobra, ty zaczynasz na bębnach, a ty dodajesz to, a ty to", jak budowanie domu z perkusją jako fundamentem i resztą jako nadbudową. Ale Rubin tak nie chciał. Chciał, żebyśmy grali razem i reagowali na swoje zagrywki. Cała jego koncepcja sprowadzała się do: "Nie wchodzimy do studia, dopóki utwory nie są ukończone. Nic nie rejestrujemy, aż będziecie znać materiał czytając w przód i w tył, z góry na dół i grać z rękami zawiązanymi na plecach, zbudzeni nagle w środku nocy "Będziecie to grać aż poznacie kawałki na wylot". Tak więc studio nie jest miejscem na kreatywność, lecz efektywność. Dzięki niemu gramy lepiej, ponieważ sprawił, że więcej ćwiczymy. Nie musimy się rozgrzewać przed samym nagraniem, bo już wcześniej próbowaliśmy naprawdę dużo.


Ile czasu zajęło zarejestrowanie ścieżek perkusji?


Nagrywaliśmy bardzo szybko - jeden utwór dziennie (szybko? Mike Portnoy nagrał Images and Words w 11 godzin, a Hans Eijkenaar płytę Anouk - Together Alone w 1,5 godziny z zabójczym skutkiem, posłuchajcie kawałka Nobody?s Wife - przyp. red.). Były dni, kiedy dosłownie przerywał sesję i mówił: "Nie gracie ze sobą, nie słuchacie się wzajemnie, nie jesteście w synchronie. Idźcie do domu, weźcie zimny prysznic, idźcie do kina, wypijcie coś mocniejszego i przyjdźcie jutro". Oczywiście następnego dnia jest tak samo: gramy, jak wcześniej i nagle jest chwila, gdy zaczynamy grać do siebie. Siedzisz po tym i zastanawiasz się: "Czy to moja zasługa, czy Ricka?" To właśnie jeden z przejawów szaleństwa Ricka Rubina, który musisz przyjąć.


Czy próbowałeś forsować się do granic możliwości przy nagrywaniu nowej płyty?


Starałem się docierać do granic fizycznej wytrzymałości. Wprowadzałem się w ten stan, wyciskałem z siebie siódme poty podczas nagrania, potem przerwa na kilka jogurtów, trochę owoców i dziewięć szklanek herbaty. Potem wciąganie brzucha przed lustrem (śmiech) i lecę dalej. Zwykle mogłem tak przez 3 do 4 godzin. W większości utworów robiliśmy trzy podejścia zanim trzeba było zmieniać membranę werbla. Musisz pamiętać, że to ośmio-, dziewięcio i dziesięciominutowe kawałki. Tak więc trzy podejścia i trzydziestominutowa przerwa na zmianę membrany. I w trakcie, gdy Flemming (Larsen, długoletni techniczny od bębnów - przyp red.) robił swoje, ja miotałem się jak zwierzę w klatce, starając się podtrzymać w sobie ten stan.


Tym razem postawiłeś na czysty dźwięk werbla?


Mam miedziane werble od Tamy, na których gram jakiś czas. Są bardzo głośne i mają obręcze odporne na uderzenia. Jestem człowiekiem Tamy, od kiedy dostałem od nich zestaw w 1984 roku. Teraz przysyłają mi klika rocznie. Jestem wobec nich lojalny. Nie zmieniłem zestawu od kiedy usiadłem w 1993 roku i stwierdziłem, że nie potrzebuję tych wszystkich tomów. Większy kocioł to 18-stka i nazywamy go "stolik do kawy", ponieważ nie sądzę, żebym kiedykolwiek go użył. Stoi tam, bym miał gdzie postawić herbatę! Tak więc zestaw jest ten sam. Kolor to jakiś rodzaj jasnego pomarańczowego ("Marigold Sparkle"). Zadzwonili i spytali: "Jaki chciałbyś kolor bębnów?" A ja popatrzyłem na jeden z fuzzów Kirka, który był bardzo pomarańczowy i powiedziałem, że chciałbym właśnie taki. "Daj mi coś pomarańczowego i już jestem szczęśliwy".


Wielu bębniarzy zmienia konfiguracje z każdą płytą. Czy naprawdę nie ma żadnego ulepszenia, które mógłbyś wprowadzić w swoim zestawie?


Nic się tu nie zmienia latami. Jestem facetem który łatwo się przyzwyczaja. Lubię wchodzić na scenę i wiedzieć, co gdzie jest w zestawie. Inną rzeczą, która doprowadza do białej gorączki ludzi z Tamy jest to, że nie produkują już większości sprzętu, którego używam. Gram na stopach z 1953 roku czy jakoś tak. Są tak stare, że nie wiem, gdzie znajdziemy części zamienne do nich.


Czy masz dużą kolekcję bębnów?


Nie wiem ilu czytelników chce o tym słuchać! Nie jestem perkusistą-fanatykiem. Nie zbieram bębnów. Nie mam 72 werbli od Singerlanda pod kluczem, nie robię hobbystycznych wycieczek do Nashville po zabytkowe egzemplarze. W perkusji liczy się dla mnie niemalże wyłącznie funkcjonalność. Kiedy James Hetfield gra jakiś gitarowy riff, a mój mały twardnieje, to wtedy bębny się przydają. Jasne, że lubię grać koncerty i nagrywać w studiu, kocham komponowanie, produkowanie i całą resztę, ale nie siedzę za bębnami cały dzień wycinając solówki (słychać - przyp red.).


Powiedziałeś kiedyś, że długość kariery Metallicy będzie uzależniona od wytrzymałości kondycyjnej potrzebnej przy graniu koncertów. Pozostajesz w dobrej formie?


Robię co mogę. Mam niemalże religijny rytuał codziennego biegania. To pomaga nie tylko fizycznie, ale także psychice. Żadnych komórek, managerów dyszących tuż za plecami. Czy biegam bez ochroniarza? Jasne, kurwa! Szczerze mówiąc jeśli nie mogę pobiegać, bo jesteśmy na koncercie, to biegam gdzieś wokół. Mam czapkę, żaden skurwiel mnie nie poznaje, jestem niemal niewidzialny. Stosuję też zbalansowaną dietę. Nie jem żadnych fast-foodów. Jem mnóstwo sushi, chude steki, nabiał, jogurty i owoce. Nie piję piwa, najczęściej czerwone wino. Okazjonalnie wypiję drinka albo dwa, ale nie piję, powiedzmy dziewięciu piw dziennie. Utrzymuję stałą masę ciała od 76 do78 kg. Jeśli robię to wszystko i do tego biegam, to zazwyczaj czuję się dobrze. Jasne, że jestem w formie, kiedy gramy dużo. Najcięższe są okresy, kiedy przez dłuższy czas nic się nie dzieje, bo nie ćwiczę wiele, kiedy nie pracujemy. Chyba, że ktoś jak Jerry Cantrell wpada do mnie i idziemy do studia powiedzmy o drugiej nad ranem.


Przez lata byłeś krytykowany przez ludzi, którzy zarzucali ci, że jesteś kiepskim pałkerem. Czy martwiło cię to?


Kiedyś tak. I spędzałem mnóstwo czasu, żeby ich przekonać, co słychać na pierwszych płytach. Ale przychodzi ten dzień, kiedy mówisz: "Niech myślą, co chcą". Już się tym nie przejmuję. Nie jestem jak Joey Jordison ani Mike Portnoy i czuję miłość, szacunek i podziw w stosunku do tych wszystkich gości. Kiedy słyszę jednego z tych młodych kolesi, to mnie rozwala, ile potrafi ą zrobić za pomocą rąk i nóg. Ale to nie sprawia, że muszę uczyć się tego samego i od tego uzależniać swoje dobre samopoczucie. Nie jestem szczególnie utalentowanym solistą ale jestem bardzo, bardzo dobry w rozumieniu roli perkusisty u boku Jamesa Hetfielda z gitarą rytmiczną. Gwarantuję, że jestem najlepszym gościem na świecie w tej dyscyplinie i to mi wystarcza!


Szczerze mówiąc trudno się nie zgodzić z Larsem. Nikt lepiej tego do tej pory nie ujął. Nieważne czy 'Death Magnetic' to płyta, której oczekiwaliśmy czy też nie. Metallica Ameryki już nie odkryje, ale fajnie żeby trzymała pewien poziom. Tak więc jeżeli ma cokolwiek jeszcze nagrywać to niech robi właśnie coś takiego. Później zapraszamy na koncerty do nas i powtórkę tego co było w 2008 roku w Chorzowie - czyli ich najlepszego koncertu od 1991 roku. Swoją drogą, nie uważacie, że można to wprowadzić w życie także u siebie? Zamiast siedzieć w necie i anonimowo "zza krzaka" (czyt. pod nickiem) krytykować wszystko wkoło, chodźmy poćwiczyć. Niech każdy zostanie najlepszym na świecie bębniarzem dla muzyków, z którymi akurat gra!

Autor: Joel McIver, Maciej Nowak
Opracowanie: Adam Kubacki, Maciej Nowak
Zdjęcia: Dariusz Lachowicz oraz na wyłączność, specjalnie dla "Perkusisty" - Jay Valena.
www.jayvalena.com


Galeria

Pozostałe

Paul Mazurkiewicz (Cannibal Corpse)

Dodano: 29.09.2016

Jeden z najsłynniejszych zespołów deathmetalowych na świecie współtworzy perkusista o bardzo swojsko brzmiącym nazwisku.

czytaj dalej

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama