Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Łukasz Klaus

Dodano: 19.12.2011
Można grać muzykę alternatywną i podchodzić do niej w sposób alternatywny. Dobrym tego przykładem jest Łukasz Klaus z Cool Kids of Death.

Z komercyjnego projektu Ich Troje wdrapał się na wyżyny polskiej alternatywy. Jest jednym z najmocniej grających bębniarzy w Polsce. Rebeliant w szkołach muzycznych, demon na scenie, uśmiercający blachy. Na koncertach gra z metronomem, choć w bębnach preferuje pewną dzikość w swobodzie wypowiedzi. Wiecznie przestawia swoje bębny w poszukiwaniu nowych wrażeń w projektach CKOD, N.O.T i CLICKS.

Słyszałem, że dałeś nieźle popalić nauczycielom ze szkół muzycznych?


Można powiedzieć, że zawsze byłem w pewnym sensie rebeliantem... Grą na bębnach zainteresowałem się jako dzieciak. Grałem wtedy na kontrabasie w szkole muzycznej. Jednak chyba większy dryg miałem do bębnów niż do kontrabasu. Poznawałem bębny i uczyłem się grać sam. Bardziej skomplikowane układy na perkusję pokazywał mi kumpel, który pożyczył mi starego Polmuza. W efekcie porzuciłem kontrabas dla bębnów. Trochę tego żałuję, bo to piękny instrument, ale nie starczało mi na wszystko czasu. Po szkole muzycznej poszedłem do technikum i kolejnej szkoły muzycznej. Zaczęło mi brakować czasu na kontrabas i ogólnie - życie. Bywało, że zajęcia kończyłem o godzinie 22. Musiałem podjąć decyzję i wybrałem bębny...


I pojawił się problem...


Kończyłem pierwszą klasę średniej szkoły muzycznej na kontrabasie i nie mogłem wybrać bębnów w drugiej klasie, bo choć radziłem sobie nieźle, oficjalnie na bębnach nie grałem. Wściekli się na mnie moi nauczyciele, ale byłem uparty. Chciałem robić to, co czułem. Wysłali mnie na egzaminy i trafiłem do Sławka Romanowskiego z Varius Manx, który - oprócz gry wtedy w nieznanym jeszcze szerzej zespole - był wykładowcą w szkole muzycznej. Szybko złapaliśmy wspólny język. Zagrałem mu przesłuchanie i Sławek się podpalił, bo grałem lepiej niż jego uczniowie z drugiej klasy. Przegrałem niestety z biurokracją. Straciłem rok, a w następnym miałem solidne kłopoty z paniami od teorii muzyki...


Którym zburzyłeś system...


Dokładnie! Ja myślę, że w szkołach nie lubi się ludzi, którzy burzą pewien schemat działania. A ja po prostu szukałem siebie i instytucja ta zamiast mnie karcić, powinna mi pomóc iść do przodu (wtedy wydawało mi się, że tak się dzieje w szkołach), niestety, tak nie było. Dostałem etykietę u kadry profesorskiej i uczniów, że jestem wywrotowcem. Trzeba było być konsekwentnym... (śmiech). Z czasem też coraz mniej chętnie grałem na klasycznych instrumentach. Lubiłem werbel, bo dawał mi technikę gry na zestawie. Coraz więcej grałem na perkusji...


W kamienicy na Rudzie Pabianickiej. Podobno z sąsiadami miałeś na pieńku...


Było ostro! (śmiech) W czasie, kiedy miałem totalną korbę na granie, potrafiłem spędzać wiele godzin przy instrumencie. Jakoś tych sąsiadów w końcu udało mi się przyzwyczaić do siebie, ale co pewien czas ktoś przychodził z awanturą. Mimo tego, że tłumiłem gary jak mogłem i czym mogłem, to był jeden problem - ja lubiłem grać mocno, więc to całe tłumienie brało i tak w łeb. Nie rozumiem, jak można nie lubić dźwięku bębnów... (śmiech).


Skończyłeś wydział jazzowy w szkole muzycznej na Bednarskiej w Warszawie, gdzie też zadarłeś z kadrą profesorską...


Widać alternatywa była mi pisana od początku. Nie zmieniałem tam instrumentu, ale odwidziało mi się to, co chcę grać... Zdając do szkoły próbowałem grać jazz i bardzo się tym interesowałem, ale potem wraz z rozwojem wewnętrznym najzwyczajniej w świecie zmieniłem zdanie. Po prostu przestało mnie to kręcić. To był okres poszukiwania "samego siebie". Pojawił się konflikt z wykładowcą. Najpierw byłem pupilem profesora, a po jakimś czasie z trudem na siebie patrzyliśmy. Zaczęły mnie fascynować inne klimaty w jazzie i nie tylko sam jazz, a uczyłem się raczej u ortodoksa jazzowego, który swoją drogą jest świetnym bębniarzem jazzowym. Przez spięcia z nim olałem dyplom. Zdałem go w wielkich bólach jesienią.

Bycie nauczycielem muzyki to strasznie trudna rola i nie każdy się do niej nadaje. Można nie być artystą, ale za to być świetnym nauczycielem, który zaszczepia lub wznieca pasję, ale czasami też bywa odwrotnie i wtedy nie jest dobrze dla młodego gościa, który się dopiero kształtuje muzycznie. W polskich szkołach muzycznych jest trochę za sztywno... Ciągnęło mnie do nowych prądów muzycznych, które czułem. Zresztą żyjąc wtedy w takim mieście jak Łódź, gdzie na co dzień otacza cię postindustrialna, wielokulturowa rzeczywistość i w dodatku często chujowa, to działa na ciebie tak, że młody gość może kupić sobie dres i stanąć w bramie kamienicy albo coś ze sobą zrobić (śmiech). I ja zacząłem robić muzykę, zbytnio nie analizując, co to ma być. Okazało się z czasem, że pewne nurty muzyczne lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych odcisnęły się na tyle mocno w mojej świadomości plus duch mojego miasta w połączeniu z nabytą już wiedzą muzyczną i nie tylko zaczęły dawać ciekawe efekty.


Uczyłeś kiedyś grać?


Kiedyś mi się zdarzyło, ale nie wiem, czy się do tego nadaję. To jest wielkie wyzwanie. Trzeba mieć powołanie i predyspozycje. Ja takich u siebie nie znalazłem. Chyba nie potrafi ę się tak komunikować "po szkolnemu" z jakąś taką aptekarską precyzją wykładać techniki czy podstawy gry na bębnach. Może dlatego, że gdzieś we mnie zgasła ta przesadna u wielu muzyków higiena gry. Ja jestem z tego stanu zadowolony, bo preferuję w bębnach pewną dzikość w swobodzie wypowiedzi. Stawiam na emocje, uczucia, pewną niekonwencjonalność w grze i w brzmieniu, po prostu eksperyment, a tego trudno uczyć...


Czy szkoła muzyczna, gdzie gra się na klasycznych instrumentach perkusyjnych, jest potrzebna tym, którzy chcą grać na zestawie?


I tak, i nie. To zależy. Bez wątpienia edukacja w szkole muzycznej otwiera muzykującemu człowiekowi świadomość. Na pewno rozwija muzycznie. Ludzie, którzy jako dzieci kształcili się np. na instrumentach smyczkowych, zwykle dobrze słyszą muzycznie. Taka edukacja uwrażliwia człowieka na dźwięki. Uczy harmonii, melodii, historii powstawania i rozwoju muzyki. To jest potrzebne i często się przydaje. Czy jest konieczne? Chyba nie. Są ludzie, którzy tego nie potrzebują. Znam wielu genialnych muzyków, którzy nie mają wykształcenia muzycznego. Szkoła może w tym pomóc, ale nie musi, a klimaty klasyczne wcale nie muszą oznaczać nudy.


Twój styl gry jest dosyć mocny. Bębny nie mają z tobą lekkiego życia. Ale widzę, że i ty masz pooklejane plastrami palce. To coś poważnego?


Gram dużo, robią mi się odciski na rękach. Zmęczenie materiału zwanego ludzką skórą sprawia, że dosyć parszywie mi ona pęka. Nie leci krew, ale szczypie. Zwłaszcza, gdy jest spocona. Nie znoszę grać w rękawiczkach, więc - alternatywnie - wybieram plastry... (śmiech).


Byłeś perkusistą Ich Troje...


Wszedłem w ten projekt dosłownie z marszu. Potrzebowałem kasy. Byłem świeżo upieczonym absolwentem szkoły jazzowej. Miałem projekt alternatywny - Substantia, ale nie bardzo dawało się z tego żyć, choć robiliśmy naprawdę fajną muzę. Współpracowałem przez dłuższy czas z Werkiem (Hedone), który zadzwonił do mnie, że jest band w Niemczech, który ma grać trasę objazdową po Niemczech z Matthiasem Reimem (to taka niemiecka gwiazda) i nie idzie mu, bo perkusistka nawala. Imprezą organizacyjnie od strony Matthiasa zawiadował Michał Wiśniewski, którego poznałem podczas rozmowy telefonicznej z Werkiem. Zaproponował mi granie w tym projekcie, tyle, że... z dnia na dzień. Nie znałem żadnego kawałka, ale trochę ryzykancko zgodziłem się, bo wiązało się to z fajną kasą. Wiśniewski kazał mi wziąć taksówkę i przyjechać do siebie. Miałem posłuchać kawałków i mieliśmy pogadać, a rano już jechaliśmy do Niemiec. W trasie osłuchiwałem się z numerami. Jak się okazało - skutecznie. Próby wyszły fajnie. Projekt też. Kilka dni po powrocie do Polski po trasie, zadzwonił do mnie Michał i zaproponował granie. Mieli koncert gdzieś w Polsce. Zapytałem od kiedy. Odpowiedź była do przewidzenia: - Jutro! (śmiech). Machina ruszyła...


Setki koncertów. Popularność. Jej spadek. Udział w projekcie tak komercyjnym nie kłócił się z twoim alternatywnym powołaniem?


Oczywiście, że się kłócił. Nie ukrywam, że traktowałem ten projekt jako pracę. Fajnie jest zarabiać robiąc to, co lubisz, ale nie zawsze można. Jeśli coś, na czym zarabiasz, kłóci się z tobą, trzeba się nauczyć wyłączać głowę. Była tam fajna ekipa muzyków. Kobojek, Błaszczyk, Król, Tyszkiewicz. Zawodowcy. Traktowaliśmy ten projekt stricte zawodowo. Nauczyliśmy się wyłączać i zarabialiśmy kasę. Pracowałem na to, co mam dziś. Mogę rozwijać muzykę, która jest mi bliska i którą czuję. Ich Troje starałem się robić profesjonalnie, ale nie było w tym serca. Nie chcę też przesadnie krytykować tego zespołu. Była to jakaś forma zawodowej przygody i spore doświadczenie w moim życiu. Zobaczyłem kawałek świata, zarobiłem pieniądze, ale nie była to moja bajka, tylko praca. Dziś bardzo wyraźnie czuję tę różnicę grając z CKOD i innymi swoimi projektami, a także nagrywając dla innych. Ostatnio, z czego jestem bardzo zadowolony, nagrałem bębny na nową płytę Sztywny Pal Azji i Oszibarak, które ukażą się w 2011 roku.


Cofnijmy się do twojej burzliwej edukacji. Jakie błędy popełniałeś za zestawem i przed czym przestrzegłbyś młodszych kolegów po pałce?


By zachowali dystans w ćwiczeniu rzemiosła i nie zapominali, że poza techniką jest sztuka, by nie bali się kombinować za zestawem wsłuchując się w siebie. To luźna refleksja, związana z moimi doświadczeniami. Pogłębiając naukę gry motałem się z wieloma problemami np. inne trzymanie pałki w lewej ręce tzw. jazzowe. Dwóch profesorów miało kompletnie inne podejście do tego problemu. Nie słuchałem wtedy siebie, czego żałuję, bo później, przez nawyki nabyte w szkole, miałem problemy z mocniejszym graniem. Musiałem poprawiać chwyt i dłużej pracować. Młodym perkusistom polecam odrzucenie trendów czy to ustawień bębnów, sposobu gry itd. Wyłączcie to i szukajcie siebie za zestawem. Ustawcie bębny i blachy tak, by było wam wygodnie za nimi. To jest bardzo ważne. To dziwne, ale ja cały czas szukam swojego ustawienia. Łapię się na tym, że gdy kombinuję z blachami, tomami itd., udaje mi się pewne rzeczy zagrać lepiej albo inaczej i potem na jakiś czas zostawiam to ustawienie, dopóki nie wpadnę na coś bardziej inspirującego (śmiech). Co jakiś czas robię "przemeblowanie" bębnów i fajnie mi z tym. Odkrywam nowe możliwości i nie zamykam się przed nimi... Wiesz, to jest tak: robisz coś w określony sposób przez jakiś czas a potem nagle coś w swoim secie przestawisz i okazuje się to genialnym pomysłem, który daje ci mnóstwo nowych możliwości.


W CKOD grasz na gigantycznym secie Gretscha...


Mniejszy niż mój nie dawał rady w uprawianiu radosnej rzeźni, gdzie musi być solidne brzmienie... (śmiech). Moja centrala ma 24 cale, reszta kotłów - 13, 16, 18. Mam też werbel 14/8. Używam solidnych blach Zildjiana, które wytrzymują tłuczenie solidnymi kijami Vic Firth 2B... Nie kryję, że pomaga mi endorsement wspomnianych firm, bo dziś nie boli mnie tak bardzo, gdy pęka blacha czy w drzazgi lecą pałki. A trochę ich zabijam... (śmiech).


Blaszki też masz gigantyczne. Twój najmniejszy crash mierzy 18 cali...


Przy mocnym graniu, mniejsze rozmiary przedwcześnie umierają na statywie... (śmiech). Mam pomieszane serie Zildjianów. Nie jestem wierny jednej rodzinie, bo dobieram je uchem do swoich potrzeb. Hi-hat 15 cali też daje radę... (śmiech)


Podobno twój pierwszy profesjonalny set był mocną egzotyką dla polskich bębniarzy?


To był totalny exclusive! Niepopularna marka "Gabriel", której nie dostanie się w sklepach. Kupiłem je od Greka, z którym mieszkałem, ucząc się na Bednarskiej. Te bębny robi człowiek z Aten. Są naprawdę świetne i - niestety - bardzo drogie. Te bębny były klonowe, a hardware był dobierany z markowych firm, koleś robił tylko korpusy. Wieść gminna niesie, że był to set dla Omara Hakima, ale nie wiem, ile w tym prawdy... Grecy... Był to set: 20/10/12/13/14 i s.d.14/4 i do tej pory nie widziałem korpusów wykonanych z taką dokładnością. A do tego świetnie brzmiący instrument. Niestety, wymieniłem go potem na DW.


Z koncertów CKOD pamiętam, że przerabiałeś też Tamę Starclassic Maple. Co cię ujęło w bębnach Gretscha, że tak radykalnie się przesiadłeś?


Zaintrygował mnie perkusista Pilichowskiego - Radek Owczarz. Miał prosty set Gretscha - Catalina Maple. Nie jest to zestaw z górnej półki. Byłem totalnie zaskoczony brzmieniem tych bębnów. Myślałem, że ma jakieś kosmiczne naciągi, a tam - Pinstripe. Wydawało mi się, że jak Gretsch, to tylko stary. Zacząłem się interesować tą marką i okazało się, że nowe serie też są świetne i się zakochałem! (śmiech) Z bębnami jest trochę jak z dziewczynami... (śmiech).


Z Kidsami grasz koncerty z metronomem...


I nie wyobrażam sobie inaczej! W muzyce CKOD jest spory noise, zdelayowane gitary, więc metronom to wszystko po prostu porządkuje. Źle używany metronom może dawać bezduszność w muzyce. Jego właściwa obecność w świadomości muzyków - daje naprawdę duże możliwości. Jeśli coś jest za równo, to na koncercie - zwłaszcza u młodych muzyków, może wychodzić to nienaturalnie. Koncert rządzi się swoimi prawami. Mylą się wszyscy. To ludzkie. Jednak z metronomem można się fajnie bawić i kontrolować drive zespołu. Nie muszę się skupiać, by za nim podążać. Metronom jest gdzieś w tle. Czarek Konrad powiedział kiedyś, żeby z metronomem postępować tak, by on grał do ciebie, nie odwrotnie. Wiele lat temu nie rozumiałem tego. Musiałem dorosnąć. Umiejętność takiego grania koncertów, kiedy bębniarz ma w uchu klika, sprawdza się w wielu sytuacjach np. kiedy nie ma twojego akustyka a jest jakiś miejscowy gość z łapanki, który spieprzył nagłośnienie i nikt się na scenie nie słyszy. Mieliśmy z Kidsami kiedyś taką historię. Gdyby nie klik przy fatalnym nagłośnieniu na scenie, wszystko by nam się rozjechało, a tak wyszliśmy z opresji.


Czy pierwszy koncert, który graliście z klikiem nie wypadł sztucznie? Klik w ostrym, czasem punkowym pompowaniu, gdzie trzeba dokładać więcej emocji a nie matematyki, może być sztuczny...


Masz rację. Mieliśmy takie obiekcje. Dużo wcześniej próbowaliśmy i w końcu udało nam się na tyle wyluzować od klika, ale nie odejść od time?u. Jest gonitwa w bębnach i gitarach, jest pompowanie i są emocje, i jest równo, a nie ma matematyki. To nam się udało...


Dlaczego się na to zdecydowaliście? Niejeden by nazwał was masochistami...


Po odejściu z CKOD mojego poprzednika, chłopaki chcieli uporządkować sekcję, która się rozłaziła. Spróbowaliśmy gry z klikiem i gdzieś w niej zasmakowaliśmy. Nawet bezboleśnie ta rewolucja nam wyszła...


Jak wspominasz swoją pierwszą sesję w studiu?


Nie pamiętam z kim i nie pamiętam co. Pamiętam, że męczyłem się strasznie... (Śmiech). Nie zapomnę tego... (śmiech). Radio Łódź... Walka z klikiem. Istny kosmos! Rzeczy, które wiesz, że grasz i masz je niby w małym palcu nagle cię przerastają, bo pan zza szyby twierdzi, że grasz nierówno, koślawo i masz rozstrojony set... I trochę tak było (śmiech) Ale spokojnie! Trening, otwarta głowa i kumaci panowie zza szyb w studiach nagrań czynią mistrzów.


Wojtek Andrzejewski
Zdjęcia: Olga Szymkowiak



Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama