Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Dennis Chambers

Dodano: 23.07.2012
Z Dennisem Chambersem rozmawiamy o muzycznej dojrzałości, o młodych perkusistach oraz o ikonach perkusyjnego świata. Zapraszamy!

Wielu pewnie chciałoby wiedzieć, czy po tylu latach gry z najlepszymi muzykami na świecie, Dennis Chambers nadal odczuwa radość z grania na perkusji? Co się zmieniło w Pana stosunku do gry - gdyby porównał Pan siebie teraz do 20-letniego Dennisa?


Na pewno gram teraz dojrzalej niż wtedy, gdy byłem młody. Zdecydowanie dojrzalej. Ale mam z grania tyle samo radości, co za młodu. Jedynie podróże mnie teraz trochę bardziej męczą, to w sumie jest jedyna niedogodność. Samo granie nadal jest dla mnie wielką radością.


Jakie były Pana pierwsze doświadczenia związane z sesją nagraniową perkusji?


Pamiętam, że miałem 9, może 10 lat. Nagrywałem perkusję dla chóru gospel. To było ciekawe przeżycie.


Czy wraca Pan czasem do swoich wczesnych nagrań?


Nie, nie robię tego. Nawet ich nie mam. Ale wiem, że te nagrania cały czas są gdzieś na YouTube dostępne.


W którym momencie poczuł Pan, że gra na poziomie profesjonalisty?


Bardzo wcześnie. Pamiętaj, że byłem bardzo młody, gdy zaczęto mnie zapraszać do grania w najlepszych klubach jazzowych. A gdy miałem 13 lat to sam James Brown zaprosił mnie do swojego zespołu. Rozumiesz, James Brown chciał ze mną grać, gdy miałem 13 lat!


Tyle lat grania mogło sprawić, że jest Pan czasem zmęczony lub znudzony. Czy robi Pan coś, żeby odświeżyć swój umysł w takich momentach? Czy zmienia Pan na przykład coś w ustawieniach swojego zestawu?


Nie, nie zmieniam nic w swoim zestawie. Nigdy nie nudziło mnie granie i mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni. Czasem zdarza się jednak, że nudzi mnie muzyka, którą gram. W takich przypadkach jedynym rozwiązaniem jest zakończyć jakiś projekt, odejść od niego. Ale nigdy nie nudziło mnie samo granie na perkusji!


A jaki rodzaj muzyki pomaga panu się zrelaksować? Jakiej muzyki najczęściej Pan słucha?


Zdecydowanie jazz. Coltrane, Miles Davis?


Czy jest jakiś konkretny utwór, który Pan bardzo lubi i który chciałby Pan zagrać?


Nie, nie przychodzi mi żaden do głowy.


A muzyk, z którym chciałby Pan współpracować?


O tak, wielu. Ale najbardziej chyba z Herbiem Hancockiem. Grałem już z Herbiem, ale za krótko. Bardzo chętnie pograłbym z nim więcej.


Co Pan sądzi o perkusistach takich, jak Mike Mangini, Thomas Lang czy Virgil Donati? W kontekście muzycznym.


Znam Mike?a osobiście - to bardzo miły, otwarty człowiek, świetny perkusista. Słyszałem o jego castingu do roli perkusisty Dream Theater. Uważam, że muzycy DT dokonali dobrego wyboru. Mike Portnoy swą grą pozwolił osiągnąć im bardzo wysoki poziom gry, ale Mike Mangini pozwoli im podnieść ten poziom jeszcze wyżej! Mike ma całą masę świetnych "zagrywek" i "patentów", które świetnie wykorzystuje i chyba najwięcej techniki niż ktokolwiek kogo znam. Te palce! Ta szybkość! Wiem, że ustanowił nawet rekordy w tej dziedzinie. Oczywiście, w muzyce nie chodzi o rekordy, ale on przy swoich zagrywkach jest również bardzo muzykalny. I ma do tego bardzo luźne podejście, nie traktuje siebie zbyt poważnie. To znaczy, jest poważny, jeśli chodzi o ćwiczenia. On ćwiczy cały czas! No i muzycy DT przesłuchali wszystkich i dokonali wyboru. I to bynajmniej nie ujmuje nic jego konkurentowi - Virgilowi. Virgil jest również świetnym perkusistą. Ale uważam, że Virgil Donati jest dużo lepszym perkusistą, lepiej się sprawdza, gdy gra we własnym zespole. Słychać wtedy pełną harmonię, osadzenie, "punkt". Gdy gra z innymi muzykami, nie brzmi to, niestety, już tak dobrze (to moja prywatna opinia). Nie czuję tego. I jeszcze jest...


Thomas Lang.


Thomas Lang. Nie znam, niestety, zbyt wielu jego nagrań, by dać jakiś komentarz. Wiem, że jest świetnym perkusistą, prowadziłem razem z nim warsztaty. Widziałem, jak gra, ale nie słyszałem go nigdy z zespołem.


Czy mógłby Pan opowiedzieć, jak Pan to robi, że czasami gra w prosty i zwykły sposób, a czasem niczym trąba powietrzna?


Sposób w jaki gram, zależy często od tego, czego chce ode mnie artysta, a niekoniecznie od tego, co ja sam chcę zrobić. Wszystko zależy, czego chce artysta i czego oczekuje ode mnie. Gdy zacząłem grać w Niacin to miałem przypisaną rolę, którą musiałem wykonać w tym zespole. Gdy gram z Santaną, też mam jasno opisaną rolę, którą muszę odegrać. Ale gdy gram z Johnem Scofieldem, to nie mam żadnej roli, jest totalna swoboda. Jest po prostu powiedziane: "Daj mi to, co chcesz". Gdy gram z Johnem McLaughlinem, też nie mam żadnej roli, żadnych ograniczeń, po prostu robię, gram to, co chcę. Wiesz, muzyka jest jak? Czy oglądałeś kiedyś "Mission Impossible"?


Tak, oczywiście.


Widzisz, z muzyką jest tak samo. Gdy dostajesz misję, dzwonią do Ciebie z dowództwa i mówią: "To jest Twoja misja, jeśli zdecydujesz się ją przyjąć to bla bla bla... Tu są instrukcje". Znasz cel i odpowiadasz: "Tak" lub "Nie". Więc jeśli chodzi o mnie, to zawsze mam wybór, czy chcę to zrobić czy nie.


A jak wiele zależy od Pana?


Ode mnie zależy to, czy mam ochotę podjąć się wyzwania zrozumienia, co ta muzyka znaczy, co chcę przekazać.


A czy przygotowuje się Pan w jakiś specjalny sposób do kooperacji z poszczególnymi artystami?


Nie.


.. jak np. Steely Dan, Tony McAlpine.


Nie.


Jeśli mógłby Pan porównać uczucia towarzyszące wielkim koncertom, gdy gra Pan przed pełnymi stadionami np. z Carlosem Santaną, oraz w przypadku takich intymnych występów jak dziś? Czy te emocje są podobne czy bardzo różne?


Bardzo różne. Bo - po pierwsze - mówimy o ogromnej różnicy w przestrzeni. Mówimy o różnicy między 60-50 tysiącami ludzi na stadionie a 200 osobami w lokalu, gdzie jest znacznie bardziej intymne, osobiste doświadczenie. Gdy gram z Santaną i rozglądam się po ludziach przed sceną, wiem o tym, że jest ich tam tak wielu, ale widać jedynie cztery pierwsze rzędy. Dalej już niczego nie widzisz, aż do momentu, w którym włączą światła na publiczność. Gdy to zrobią, dopiero masz szansę zobaczyć, ilu ich jest i mówisz "woow!". Raz grałem z Lennym Kravitzem i na koncercie było 120 tysięcy osób. Gdy zaczęli się ruszać, to wyglądało jak ocean. Bo oni wszyscy nie poruszają się w jednym kierunku - jedna grupa ludzi porusza się w jedną stronę, inna w drugą. To naprawdę wygląda jak ocean. Aż można się nabawić choroby morskiej! Ale tak to jest - 120 tysięcy ludzi versus 200 osób. Ja wolę 200 osób. Jak możesz poczuć 120 tysięcy osób? Nie poczujesz za wiele. Ja mogę poczuć 200 osób. Mogę poczuć salę.

Duże trasy koncertowe też mają swoje zalety, ale zupełnie innej materii. W kalendarzu na przyszły rok mam już rozpiskę koncertów z Carlosem Santaną. Gdy wyjeżdżam w trasę z Carlosem to jest to, jak trasa wakacyjna. Maksymalnie gramy trzy dni pod rząd. I zdarza się to bardzo rzadko. Więc gramy np. trzy dni, potem dwa dni wolnego, gramy dzień, dwa dni wolnego, dwa dni gramy, dzień wolnego, trzy dni i trzy wolnego. To mi się podoba. A inna sprawa jest taka, że gdy jedziemy w trasę, to Carlos ma własny samolot, więc nie musimy przechodzić odprawy paszportowej, SUV-y zawożą nas do samolotu, wysiadamy, wsiadamy do samolotu, przy siedzeniach mamy plazmowe telewizory, komputery, z tyłu szykują nam śniadanie, w czasie lotu łazimy sobie, pijemy... wiesz... wodę... ;) Jeśli jest popołudnie, to może strzelę sobie Jacka Danielsa z colą albo Bacardi z colą. Samolot ląduje, wsiadamy do limuzyn i jedziemy prosto do hotelu. Zabierają Twój bagaż - nawet nie dotykasz swoich walizek! Jedynym momentem, gdy dotykam swojego bagażu, to gdy go otwieram w pokoju. To jest trasa w pierwszej klasie. Ja nie narzekam. Kto by narzekał?


I rozumiem, że wszystko jest już gotowe, gdy Pan wchodzi na scenę?


Tak, tak. Nawet nie wiem, po co robimy próby dźwięku. Nie potrzebujemy. Bo jedziemy z własną sceną, z własnymi instrumentami, z własnymi odsłuchami, z własnymi głośnikami. Jedziemy nawet z tym wielkim, ogromnym ekranem, który stoi na scenie za mną. Jest gigantyczny! Więc nawet nie wiem, po co robimy próby dźwięku, bo i tak wszystko jest już ustawione z poprzedniego wieczoru. Wszystko jest zaznaczone, cały system nagłośnienia i odsłuchów jest skomputeryzowany, nuda. Jedyną różnicą jest przestrzeń. Czy przechodzimy z dużej sali do mniejszej, czy z małej do dużej. Ale to jest kwestia jedynie wciśnięcia guzika. Podkręcenia do góry, przekręcenia trochę w dół. I ustawione.


A gdy gra Pan w klubie, czuje publiczność, to czy zmienia Pan coś w sposobie grania?


Nie, nigdy. Jedyną rzeczą, jaką zmieniam, jest głośność. W klubie nie mogę grać tak mocno. Bo gdy grasz z Santaną, to po pierwsze scena jest o wiele większa, masz możliwość naprawdę mocno przywalić w bębny, naprawdę się w nie zagłębić. Musisz przywalić! Ha ha! (w tym momencie Dennis pokazuje zamaszyste ruchy ręką "zza głowy"). A tu w klubie jest bardziej intymnie, nie musisz, nie możesz nawet, grać tak głośno.


Dużo Pan podróżuje po świecie ze swoimi projektami. Czy czuje Pan różnicę w odbiorze Pana muzyki w różnych miejscach świata?


W niektórych miejscach tak. Z takiego powodu, że niekiedy publiczność "siedzi bardziej" w Twojej muzyce. Wie o Tobie więcej niż inni, w innych miejscach. Wiesz, wchodzisz do sali i tam 70-80 osób to Twoi fani, którzy naprawdę wiedzą, co robisz, w opozycji do 60-70 osób, które widzą Cię po raz pierwszy i nie znają Twoich dokonań.

Opowiem Ci coś. Wiesz, gdy uczę kogoś, spotykam ludzi i oni pytają mnie, co myślę o takich osobach, jak Steve Gadd, Dave Weckl i Vinnie Colaiuta. Pierwsza moja odpowiedź, jaka zawsze pada. brzmi: "Po pierwsze, ja nie myślę o nich". Nie mam czasu, aby o nich myśleć. A oni zapewne uważają tak samo. Tak, znam ich, są wspaniałymi ludźmi, wspaniałymi istotami, ale ja po prostu nie siedzę i nie spędzam całego dnia nad zastanawianiem się: "Hmm, ciekawe, co tam robi Steve Gadd, a co Dave Weckl?". Nie myślę o nich. I wtedy mówię do tych młodych ludzi: "Nie jest ważne, co ja o nich myślę, lecz co wy o nich myślicie!". Dokładnie tak samo, jak to, co myślicie o mnie! To jest ważne dla Ciebie, nie dla mnie. Trzeba to zrozumieć. Jeśli natomiast chcesz teraz mojej szczerej opinii o tym, jak oni grają? więc?

Steve Gadd jest fenomenem! Steve Gadd jest jednym z kilku osób, który jest kameleonem za perkusją. Możesz wziąć Steve?a Gadda i "zrzucić go" gdziekolwiek i on będzie brzmiał, jakby napisał ten utwór, albo napisał partię bębnów. Dajesz go do Chicka Corea, gdy Chick Corea gra fusion albo jazz, dajesz go do zespołu Paula Simona, wrzucasz go do nowojorskich muzyków sesyjnych, gdzie gra disco, jak Gloria Gaynor "I will survive" - to był Steve Gadd. Nikt by nie pomyślał, że to on, ale to był on! Więc wrzucasz go gdziekolwiek a on brzmi w tym świetnie. Fenomen! I do tego Steve to nadzwyczaj ciepła, piękna ludzka istota. Może z początku wydawać się trochę nietowarzyski, skryty, sztywny - bo on nie należy do takich ludzi, którzy zawsze mówią prosto w twarz. Ale gdy już go poznasz, to jest to jedna z najzabawniejszych osób, jakie chcesz spotykać. Powinien zostać kabareciarzem!

Dave Weckl - to kolejny fenomen. Ale gdy Dave Weckl po raz pierwszy wszedł na scenę, wszyscy uznali go za boga perkusji. Ale bogowie perkusji znani są z tego, że biorą udział w ogromnej ilości nagrań. W tamtych czasach, gdy Dave Weckl pojawił się na scenie, wcale nie brał udziału w tak wielu nagraniach? Łatwo zadać pytanie: "Dlaczego tak było?". Wiele razy zadawano mi to pytanie na warsztatach lub na lekcjach i rozpoczyna się dyskusja między mną a studentem.

Po pierwsze, i chcę to podkreślić bardzo jasno, bo wiem o czym mówię, jedyną różnicą między ludźmi takimi, jak Steve Gadd i Dave Weckl było "czucie muzyki". Dave Weckl jest klonem Steve?a Gadda, ale jest klonem od strony technicznej, tego co robił Gadd. Różnicą było (podkreślam - było! nie teraz, nie obecnie) to, że gdy Gadd zagrał jeden takt czegokolwiek, to czułeś to. Czułeś! Weckl grał na całej połowie nagrania i nie czułeś nic. Nic. Technicznie było to poprawne, ale to nie trafiało do Twojego ciała, nie czułeś tego. Choć technicznie było to poprawne. Gdy Gadd grał, technicznie wszystko, co zagrał było poprawne, ale chodzi o to, że bardziej to odczuwałeś, czułeś to, było w tym uczucie. I Weckl musiał się cofnąć i pobrać nauki gry raz jeszcze. I po tym, jak wziął te nauki, wtedy to załapał.

I teraz dyskusja się zaczyna, ponieważ student, który zadał mi to pytanie i słyszy moją odpowiedź, zadaje kolejne pytanie: "Naprawdę Pan myśli, że Dave Weckl brzmi jak Steve Gadd?". Odpowiadam "Tak!", a on na to "Jak to?", więc pytam: "Jakie masz nagrania Steve?a Gadd?a?" i on odpowiada: "Paul Simon 50 Ways to Leave Your Lover". I to wszystko?! To wszystko, co słyszałeś?! Gadd zagrał na tysiąc dwustu nagraniach, a to jest wszystko, co słyszałeś? I będziesz mi tu opowiadał? Więc zazwyczaj w takich momentach muszę podejść do swojej kolekcji nagrań, włączyć stare nagrania i studenci później odpowiadają, że są oszołomieni. Są oszołomieni, bo nigdy nie słyszeli tych nagrań Gadda.

Opowiadam Ci to po to, żebyś zrozumiał, że czasem wydaje nam się, że znamy kogoś, znamy jego dokonania, a tak naprawdę znamy go bardzo pobieżnie, powierzchownie. Zupełnie nie zagłębiamy się w jego dokonania, a trzeba to zrobić, żeby naprawdę go poznać, poznać jego styl.  Więc widzisz, gdy wchodzę do sali, to jest wśród publiczności część osób, które znają mnie bardzo dobrze, druga część zna mnie słabo. Znają mnie może z jednego nagrania P-Funk, Cab albo Steely Dan. A zatem, nie mogę odpowiadać za nich. Ważne jest to, co oni myślą o mnie, a nie to, co myślę o nich. Ja jedynie mam nadzieję, że spodoba im się to, co usłyszą, to wszystko.


Co jest Pana zdaniem najgorszą rzeczą w byciu perkusistą?


Zawodowym?


Zawodowym lub nie.


Pytam nie bez przyczyny, bo myślę, że jest różnica między profesjonalnym graniem a byciem perkusistą lokalnym, amatorskim. Zdaje mi się, że najgorszą rzeczą w byciu perkusistą, jest to, że gdy grasz amatorsko, to musisz nosić cały ten sprzęt. Musisz to wszystko wnieść, musisz wszystko rozstawić, potem złożyć, zanieść. Ale jak jesteś profesjonalistą, to nie musisz już tego wszystkiego nosić. Choć czasem nadal trzeba ją ustawić. Ale na dużych trasach (jak z Carlosem) zazwyczaj przychodzę już na "gotowe" - siadam i gram. Kiedyś po takiej długiej trasie, zdarzyło mi się, że jadę na inne granie, perkusja już na mnie niby czeka, ale na miejscu okazuje się, że jest tylko wstępnie rozstawiona i muszę ją ustawić pod siebie, a nie robiłem tego od bardzo dawna!


Czy nie uważa Pan, że perkusiści są nadal niedoceniani?


Nie, nie uważam, że perkusiści są niedoceniani. Nie w Ameryce. Nie wiem, jak się sprawy mają tutaj. Uważam jednak, że perkusiści w Ameryce, zwłaszcza nowi, rozwojowi i młodzi, grają za mało muzyki. Bo gdy słuchasz, jak grają młodzi perkusiści, oni oczywiście uczą się od Billy?ego Cobhama, Tony?ego Williamsa, Dave?a Weckl?a, uczą się od Vinniego Colaiuta. I ode mnie. Ale uczą się tylko tych szalonych rzeczy, wiesz, tych wszystkich szybkich zagrywek! Ale gdyby ktoś podszedł i zapłacił im, żeby weszli do studia i zagrali ścieżkę, sam groove - to zazwyczaj nie potrafią tego zrobić! Bo po pierwsze, oni uczą się szybko biegać zanim jeszcze nauczyli się dobrze chodzić. W muzyce musisz nauczyć się na początku dobrze i pewnie chodzić - nauczyć się wszystkiego o muzyce, o podstawach o tym "o co naprawdę chodzi w muzyce" - a dopiero potem całego technicznego wydziwiania, zagrywek, szybkich "patentów" itd. To jest dopiero wisienka na torcie. Oni uczą się, jak robić polewę do ciasta, zanim jeszcze nauczą się piec ciasto!


Co pana inspiruje?


Niektórzy młodzi perkusiści inspirują mnie do zrobienia pewnych rzeczy. Jest np. Chris "Daddy" Dave. Chris to fenomen w muzyce. Mistrz groove?u, a jednocześnie mistrz tych wszystkich zagrywek. Naprawdę go lubię.

Thomas Pridgen, który grał w Mars Volta, on jest kolejnym świetnym, młodym bębniarzem. Ale widzisz, on jest jednym z tych ludzi, których w pewnych "warunkach" muzycznych brzmią dobrze. I to nie jest tylko kwestia muzyki. On brzmi wspaniale, podobnie jak Virgil Donati brzmi fenomenalnie, gdy gra to, co gra ze swoim zespołem. Mars Volta z Thomasem Pridgenem byli perfekcyjnie dobrani, jak ręka do rękawiczki. Więc to działało. Ale słyszałem go w innym składzie i mówię: "Woow? to zupełnie nie to!".

I wiesz, to jest zabawne, gdy spotykasz perkusistów, którzy stają się zarozumiali i traktują samych siebie trochę zbyt poważnie. Gdy wchodzą na salę i myślą, że tu chodzi tylko o nich, oni są najważniejsi. Gdy jesteś perkusistą, to wiedz o tym, że tu wcale nie chodzi o ciebie. Tu chodzi o ciebie i tych, z którymi grasz. O cały zespół! Tak, jak tutaj, na dzisiejszym koncercie, jest nas trzech na scenie. I tu nie chodzi o mnie - tu chodzi o ich dwóch. Dlatego nie wejdę zaraz na scenę i nie będę grzmocił do czegokolwiek, co tu się wydarzy. Nie jestem tego rodzaju muzykiem. Gdy grałem z Johnem McLaughlinem, było nas trzech, nie łomotałem, by dominować, ale grałem wystarczająco tak, żeby to działało. Ze Scofieldem - tam było nas czterech, więc grałem tak, żeby to działało. W Steely Dan - było nas z ośmiu. I też grałem tak, aby było wystarczająco, żeby to działało. A z Santaną? Na scenie jest nas 11 osób i też gram tak, żeby to działało! Gram tyle, aby to działało!


Co Pan sądzi o nowej generacji perkusistów - dzieciach Internetu, którzy zamieszczają swoje wyczyny na YouTube?


Nie mam zdania, bo tego nie oglądam. A z takiego powodu, powiedziałem już wcześniej, bo wielu z nich mnie odrzuca. Grają te swoje zagrywki "brrrrrrrrr"(Denis pokazuje powietrzu szybkie przejście po tomach), popisują się. Taka gra nie robi na mnie wrażenia. Rzeczą, którą chcę usłyszeć, jest muzyka, czy jest jakiś muzyczny sens w graniu w taki sposób. Wtedy mi zaimponujesz. Do tej pory nie spotkałem się z tym. Jak mówiłem, Thomas Pridgen jest jedynym gościem, przy którym mogę usiąść i oglądać, gdy gra z Mars Volta... To wariactwo, co on tam robi. Gra naprawdę mocno, naprawdę uderza w bębny, swoją grą "opowiada o czymś" - o to mi chodzi, to mi się podoba. A gdy opowiadasz o czymś, to przemawiasz do kogoś, mówisz do niego. Opowiadasz jakąś historię. I gdy on gra z Mars Volta, to właśnie w nim uderza.

Chcę opowiedzieć jeszcze o dwóch postaciach. Jednym z nich jest Tony Royster Jr. On jest świetny, jest muzykalny, ma coś do powiedzenia. Ale ja znam go od dawna. Znam go, odkąd miał sześć lat, nie jest dla mnie "nowy".

Kolejnym jest Ronald Bruner Jr. Jest fenomenalny. Ale niestety, on jest też jednym z takich ludzi, którzy, jak gra koncert, gra trasę koncertową to czasami jest z nich zwalniany, bo staje się trochę niegrzeczny, nieznośny. Nie bardzo wiem, w czym dokładnie tkwi jego problem. Dla mnie to jest tak, że jeśli nie potrafisz dokończyć trasy, bo masz problem, to powinno się tobie coś powiedzieć, porozmawiać z tobą. Ale też musisz tego chcieć. Ja nigdy nie zostałem wylany z żadnego koncertu. W całej historii swojego grania. Nigdy. A on został wyrzucony z większej ilości koncertów, niż ja w ogóle widziałem w życiu! Ale lubię tą wielką energię w jego grze.


Podobnie, jak energia u Chrisa Colemana


O tak! Chris Coleman - kolejny świetny perkusista. On też posiada ogromny zbiór wspaniałych, szybkich zagrywek, ale do tego jest bardzo muzykalny. Cieszę się, że o nim przypomniałeś. On jest naprawdę "srogim koleżką"! Jest jednym z tych ludzi, przed którymi zdejmuję kapelusz. Lubię, jak gra. I jest naprawdę miłym kolegą. Jest bardzo skromny. Jest jednym z najskromniejszych ludzi, jakich znam!

Acha! I teraz mi się przypomniało! Jest jeszcze jeden niesamowity gość, który mieszka w Kanadzie, ma na imię Flo Mounier. I Flo gra z Cryptopsy. To jest zespół metalowy. I ten koleś jest... zdecydowanie zmiata wszystkich! Po prostu wymiata na maksa! Byłem na warsztatach z nim i był jeszcze Mike Mangini. I Flo, jego nogi chodzą szybciej niż ręce u większości z ludzi. Gra tak (Chambers wydaje dźwięk: trrrrrr, trrrrrrrrrr, trrrrrrrrr). I jak on to gra, to wygląda tak. (Chambers siedzi spokojnie bez wyrazu, jakby patrzył na piękny widok za oknem). Więc my z Mike?m tam siedzimy, patrzymy i mówimy: "What the fuck?!", co jest z tym kolesiem?! I po koncercie Flo schodzi ze sceny, taki skromny i mówi: "No sorry, sorry, chłopaki, słabo było?" A ja w tym momencie chcę go uderzyć! Ha ha! Uwielbiam go. I przede wszystkim, on jest bardzo skromny. Jestem naprawdę zainspirowany i poruszony ludźmi, którzy są skromni i grają to, co grają. Bo ja naprawdę spotkałem masę dupków  swoim życiu. Ludzi, którzy nawet potrafią grać. Większość z nich potrafi grać, ale traktują siebie zbyt poważnie. I traktują ludzi, których spotykają, jak gówno. Ja się nie zadaję z takim ludźmi. W ogóle!


Super Trio, z którym Pan dzisiaj zagra - czy macie jakiś plan coś wspólnie nagrać?


Bardzo w to wierzę. Ale nie mogę odpowiedzieć za pozostałych dwóch. Wiem, że chcieliby nagrywać. Ale to jest po prostu kwestia czasu, naszej dyspozycyjności. Scott dopiero co zakończył nagrywanie płyty Tribal Tech. Był bardzo skupiony na jej dokończeniu. A teraz może się skoncentruje na tym naszym projekcie i dojdzie nagrania. Jeśli chodzi o mnie, to jest to tylko kwestia znalezienia czasu, by to zrobić. Bo wiesz, skończy się ta trasa, wracam do domu 6-go, jadę do Vegas na cztery dni koncertowania. Bogu, to tylko cztery dni. A potem biorę trochę wolnego. Wiem już, że są inne projekty, którymi mam się zająć po urlopie, ale teraz staram się o tym nie myśleć. Nawet nie chcę o tym myśleć! (na twarzy Dennisa pojawia się dziwna mina uśmiechu w połączeniu z przerażeniem w oczach!)


Gdyby mógł Pan zmienić coś w swoim życiu, co by to było?


Grałbym na klawiszach zamiast na perkusji! Potrafię grać na klawiszach trochę, zagram jakieś akordy, ale to wszystko. Do profesjonalnego grania brakuje mi wiele! Potrafię zagrać solo jakąś jedną rzecz na raz, jakieś "tiru riru riru", a potem tylko sekwencje. (śmiech)


Czy jest jakieś pytanie, które tutaj nie padło, a chciałby Pan na nie odpowiedzieć?


Wręcz przeciwnie! Cieszę się, że nie padło tutaj wiele pytań, które podczas wywiadów ze mną padają bardzo często. Za często!


Dziękuję za rozmowę i życzę udanego koncertu.


Mam nadzieję, że widzimy się za kilka godzin w klubie!


Rozmawiali i opracowali wywiad:
Daniel "Wianek" Łubiński
Damian "Francuz" Krawczyk

Serdecznie dziękujemy właścicielowi klubu Free Blues Club w Szczecinie za okazaną pomoc.


Zdjęcia Ryszard Pakieser i Adrian Malcherek



Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama