Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Chad Smith

Dodano: 27.07.2012
Chad wraz z kapelą wrócili na dobre. Po długim milczeniu spowodowanym przemęczeniem odświeżyli się, wydali nową płytę, jadą w trasę i mają zawitać także do Polski.

Perkusista opowiada o tym, jak wyglądała praca w studio, co nowego w jego arsenale perkusyjnym, jak pogodzić trasę szalonego Chickenfoot z obowiązkami w Papryczkach i jak zapatruje się na nieparzyste rytmy, które pokochał ich basista "profesor" Flea.

"To od czego chcesz zacząć" - zapytał Chad i pytanie wydało się skądinąd bardzo słuszne, ponieważ zespół miał przerwę aż od 2007 roku po festiwalu w Reading/Leeds. Od tego czasu w życiu Chada wydarzyło się bardzo dużo. Mimo, że Red Hoci byli w zawieszeniu stała się rzecz, która wstrząsnęła liczną grupą fanów. John Frusciante ponownie opuścił zespół, tym razem wydaje się, że na dobre. Odkąd wrócił w 1998 roku po pierwszej przerwie we wspólnym muzykowaniu zespół wydawał się niezniszczalny. Niestety, tym razem John powiedział "dość" i w przyjacielskiej atmosferze opuścił band. Czuć to było w powietrzu już w 2007 roku, gdy na scenie pojawił się Josh Klinghoffer na finał trasy "Stadium Arcadium".

Multiinstrumentalista, współpracujący zresztą z wcześniej z Johnem Frusciante dołączył do zespołu niemal z marszu, chociaż nie rzucił się na zespół jak poszukiwacz na złoty samorodek podczas "wielkiej gorączki złota" i musiał pewne sprawy przemyśleć. Zaimponowało to Chadowi, który poniżej wspomina o tym fakcie. Z drugiej strony zespół mógł przecież zrobić szumne przesłuchanie, nagrać film i trzymać w tajemnicy, kto został nowym wioślarzem (przypomina to Wam jakąś kapelę?). Status Papryczek widać jest na tyle mocny, że takie chwyty nie są potrzebne. Chad jest także maniakiem sprzętu i wyraźnie widać, że lubi bawić się najlepszymi zabawkami, bawić, bo ten facet mimo, że traktuje grę na bębnach bardzo poważnie, przede wszystkim ma z tego kupę radochy!

Ostatni raz Red Hotów w takim zestawieniu fani mogli zobaczyć na słynnym Reading/Leeds Festival w 2007 roku. Koncerty okazały się ostatnimi, jakie przyszło wam zagrać z Johnem jako oficjalnym członkiem zespołu. Wiedziałeś wtedy o tym?


Nie, ale wiedziałem na pewno, że potrzebujemy przerwy, ponieważ wszyscy byli strasznie zmęczeni. Początek tamtej trasy był fantastyczny. Wszyscy byli mocno podekscytowani faktem, że będziemy grać, panowała świetna atmosfera i było w nas pełno dobrej energii. Uważam, że tamte koncerty były jednymi z najlepszych, jakie kiedykolwiek zagraliśmy. Ale natura trasy koncertowej - nie chcę zabrzmieć, jakbym strasznie narzekał, ponieważ jestem absolutnie szczęśliwy, że ludzie chcieli przyjść i nas słuchać - jest taka, że z biegiem czasu staje się to rutynową pracą. To wspaniała praca, ale musisz za nią też zapłacić i w momencie, gdy jechaliśmy do Reading byliśmy już 16 miesięcy w trasie? Wzięliśmy ze sobą Josha - co okazało się ironicznie przepowiednią tego, co ma się stać - przez co mogliśmy troszeczkę poluzować Johna. W momencie, gdy zeszliśmy ze sceny w Reading powiedzieliśmy sobie, że bierzemy rok przerwy. Flea mówił nawet, żeby wziąć dwa lata przerwy. Przez ostatnie dziesięć lat nie robiliśmy nic, tylko pisaliśmy muzykę, nagrywaliśmy płyty i jeździliśmy w trasy. To naprawdę był odpowiedni moment, by zrobić przerwę i zrobić inne rzeczy niezwiązane z Red Hotami.


Jak John oświadczył wam, że nie ma zamiaru wracać do zespołu?


Trasa koncertowa może zamienić się w regularną pracę, ale tworzenie muzyki nigdy się takim nie stanie. Musisz więc mieć wszystko odpowiednio poukładane w głowie i wiedzieć, czego chcesz. Zajęło nam trochę czasu, by z powrotem wrócić do działania, ale nie John. On po prostu nie chciał tego więcej robić. To jest niesamowita indywidualność i fenomenalny muzyk - prawdopodobnie najlepszy z jakim kiedykolwiek grałem - prawdziwy artysta. Bycie kreatywną osobą w zgodzie ze swoimi artystycznymi potrzebami jest dla niego motorem napędowym. Zdecydował, że chce robić swoją własną muzykę, a my to w pełni rozumiemy. Jestem strasznie wdzięczny za wszystko, co wniósł do naszego zespołu. Od czasu, gdy wrócił do naszego zespołu, spędziliśmy wiele wspaniałych chwil i napisaliśmy kilka z naszych najlepszych piosenek. Nie ma żadnych animozji między nami, ponieważ on po prostu odszedł, jest ciągle naszym przyjacielem, kochamy go i chcemy, by był szczęśliwy.


John oczywiście miał dużo do powiedzenia w zespole w kontekście kreowania muzyki. Czy był więc moment, gdzie pomyślałeś, że to już po Red Hotach?


Przez minutkę, może? Flea był tym, który neutralnie do tego podchodził, ale w końcu zdaliśmy sobie sprawę, że trójka z nas chce dalej działać i jest jeszcze wiele muzyki, którą chcemy razem zrobić. Wiedzieliśmy, że nie chcemy robić znowu tego całego zamieszania, związanego z przesłuchaniami nowych muzyków tak, jak to robiliśmy ostatnim razem, gdy John odszedł z zespołu. Okazało się, że przecież Josh jest obok i nie będzie potrzeby starać się szukać kogoś innego. Tak więc Flea zadzwonił do niego, a Josh jak to Josh powiedział, że musi się zastanowić. Najciekawsze było w tym wszystkim to, że nie oddzwaniał do Flea przez jakieś dwa tygodnie, co moim zdaniem było zawodowe! Trochę nas to zestresowało, ale on dobrze wiedział, co oznacza powiedzieć "tak". Chciał mieć pewność, że będzie to dla niego dobra decyzja. Na szczęście zdecydował się, więc jest z nami.


Dżemowanie i improwizacja miała zawsze bardzo duże znaczenie w procesie tworzenia nowych utworów Red Hotów. Jak więc Josh wpasował się i proces tworzenia, kiedy zaczęliście pracować nad I?m With You?


Mimo, że Josh pracował bardzo dużo z Johnem na jego solowych albumach (współpracowali ze sobą od lat), Josh nie jest Johnem, to zupełnie inni muzycy. Siedzi bardzo w swojej muzyce i odciska duże piętno swoją osobowością na instrument, co jest bardzo ważne w momencie, gdy przychodzisz do zespołu takiego, jak Red Hot Chili Peppers. Wiedzieliśmy, że potrafi dobrze grać i jest bardzo kreatywnym, spoko, gościem, ale pytanie pozostawało, czy będzie w stanie pisać z nami piosenki w sposób, jaki robiliśmy to do tej pory? John miał w zwyczaju wejść i walnąć nas prosto po łbach tymi swoimi wielkimi riffami, po czym ja razem z Flea łapaliśmy za instrumenty i wchodziliśmy w jego grę. Josh jest bardziej jak jakieś pnącze, jego brzmienie i sposób jego gry oplata cię. Tak więc było to dla nas coś innego, ponieważ byliśmy przyzwyczajeni do stylu pracy z Johnem i tej chemii, jaka była między nami. Wszystkie rzeczy zajęły trochę czasu, by działały jak trzeba, ale pozostawiliśmy sprawy naturalnemu biegowi, żeby wyszło wszystko naturalnie, nie chcieliśmy zmuszać się do rzeczy, które wydawały się nam, jak powinny wyglądać. Wszystko było w porządku. Rzeczy potoczyły się naturalnie i bardzo żywo tak, byśmy poczuli się komfortowo. Josh złapał szybko wspólny język z nami i bodajże dwie kompozycje na najnowszej płycie to kawałki, które powstały już pierwszego dnia naszego wspólnego dżezowania.


Gdzie pracowaliście?


Nasza standardowa salka "Alley in the Valley". Pracujemy tam od ponad 20 lat, od czasów Blood Sugar? Jest to bardzo wygodne i kameralne miejsce dla nas, idealne do robienia naszych rzeczy. Pisaliśmy piosenki przez 12 miesięcy i skończyliśmy chyba z siedemdziesięcioma. Wybraliśmy 14 naszym zdaniem najlepszych i tak powstało I?m With You.


Podczas okresu zawieszenia Flea poszedł na uniwersytet (USC) studiować teorię muzyki. Czy miało to jakiś wpływ na proces tworzenia tym razem?


Tak, miało. Flea potrafił nieco grać na pianinie, ale teraz studiował Bacha, więc nagle przyniósł te wszystkie pomysły fortepianowe. Do tego Josh także gra na pianinie, oprócz gitary, basu i bębnów. Oczywiście, to nie jest tak, że nasza płyta miała brzmieć jak Elton John czy coś w tym stylu. Po prostu wstępne szkice piosenek w tym okresie przedstawiane były na nieco innych instrumentach niż zazwyczaj. To uczyniło rzeczy świeżymi i bardziej ekscytującymi, co zresztą możesz usłyszeć na naszej płycie, ponieważ zmuszało nas to do nieco innego myślenia w momencie, gdy trzeba było przerzucić te piosenki na modłę rockową. Kolejną przeprawą był fakt, że Flea i Josh dołączyli do Damona Albarna (Blur/Gorillaz) na jego Africa Express. Bierze każdego roku cały zestaw swoich muzycznych przyjaciół do Lagos, gdzie umawiają się z lokalnymi muzykami, grają razem, słuchają i czerpią z ich kultury i muzyki. To było niesamowite doświadczenie dla Flea i Josha, i mocno tym przesiąkli. Wrócili z nowymi pomysłami, a my daliśmy im wolną rękę.


W momencie, gdy ta potężna kolekcja piosenek zaczynała nabierać kształtu i zaczynałeś myśleć o nagraniach, rozważałeś kogoś innego jako producenta niż Ricka Rubina?


Pracowaliśmy z Rickiem przez ostatnie 20 lat i w przeszłości były momenty, że tak, rozważaliśmy możliwość współpracy z innymi ludźmi. Ale zawsze w momencie, gdy piosenki nabierają kształtu, zawsze wracamy do Ricka, ponieważ wiemy, że on te piosenki zrobi lepszymi. Ufamy mu, jesteśmy kumplami, uwielbia nasz zespół i za każdym razem jego robota wychodzi lepiej i lepiej. W momencie, gdy mieliśmy Josha na pokładzie jako nowego członka zespołu, stwierdziliśmy, że nic innego nie chcemy już zmieniać. Uderzyliśmy więc do Big Sur z Rickiem, gdzie wynajęliśmy tę wielką stodołę od Ala Jardine z Beach Boys i spędziliśmy tam bite dwa tygodnie pracując bardzo ciężko, ostrząc nasze piosenki. To był wspaniały okres dla nas i czuliśmy się tam naprawdę wspaniale, w pewnym momencie podjęliśmy decyzję, że jesteśmy gotowi iść nagrywać.


Ostatecznie wybraliście East West Studio, gdzie nagrywaliście już pełno rzeczy w przeszłości, ale tylko dlatego, że zrobiłeś swój własny eksperyment "Pepsi challenge" (czyli "ślepy test")?


Cóż... Rick zasugerował, żebym pojechał do ich ulubionych studio nagrań w Los Angeles razem z naszym realizatorem Gregiem Fidelmanem. Wzięliśmy ten sam kocioł, werble i hi-hat, ustawiliśmy w studio i nagraliśmy. Użyliśmy tej samej specyfikacji w każdym studio, zarówno zestaw bębnów, jak i mikrofonów. Nagrałem bardzo powolny rytm, po czym zagrałem coś szybszego. Zebraliśmy się później w domu Ricka i zrobiliśmy naszą własną wersję testu Pepsi, by zobaczyć, w którym pomieszczeniu nagraniowym bębny zabrzmiały najlepiej. Robiliśmy to oczywiście "na ślepo", nie wiedząc, w którym pomieszczeniu było dane nagranie, przez co mogliśmy skoncentrować się przede wszystkim na brzmieniu. Bardzo dobrze mieć taki komfort i przeobrazić to w eksperyment. Co mnie zaskoczyło to bliskie mikrofony. Nie spodziewałbyś się dużo w kontekście wpływu pomieszczenia na bliskie mikrofony, ale jednak wpływ był i to w przypadku, gdy mikrofony masz półtorej cala od bębna. Możesz usłyszeć konkretną różnicę pomiędzy pomieszczeniami, nawet w przypadku centralki. Świetną rzeczą w studio 2 w East West, gdzie skończyliśmy, było to, że pomieszczenie nie wpływało swoją charakterystyką na bębny, kolorując je swoją specyfiką. To się nam spodobało.


Kiedy przychodzi do sesji nagraniowej Red Hoci stają się jednym z niewielu zespołów, które nagrywają wszystkie tracki razem?


Taaa? To chyba już ginący gatunek sztuki. Ale dla nas jest to bardzo ważne, to kwestia groove?u, czucia i wibracji dla każdego, kto gra razem, ale przecież osobno. To jest także przyczyna, dlaczego przykładamy wagę do bardzo dokładnego przygotowania się, zanim wejdziemy do studia. Drobne rzeczy mogą się zmienić tu czy tam, ale chcemy być zdolni skoncentrować się na grze - nagrać piosenki najlepiej, jak możemy, korzystając z danej chwili. Rick jest w tym bardzo dobry, przez co nie jesteśmy zespołem, który musi nagrywać jeden numer po osiem razy. Jeżeli nie wychodzi coś nam w drugim czy trzecim podejściu to przechodzimy do następnej piosenki. Nie tłuczemy głową w ścianę i myślimy nadto nad tym - kiedy to zaczynamy to znaczy, że dajemy ciała!


Zawsze lubiłeś majsterkować z perkusjonaliami. Miałeś zazwyczaj w przeszłości sesyjnych gości, którzy uderzyli w coś tu czy tam. Tym razem miałeś perkusjonistę, który dołączył do was do studia?


Flea był w trasie z Thomem Yorke jako Atoms For Peace podczas, gdy pisaliśmy materiał. Wtedy to poznaliśmy wspaniałego brazylijskiego muzyka Mauro Refosco. Mauro zagrał kilka naprawdę fajnych rzeczy na nowej płycie, używając szalonych instrumentów, zrobionych przez samego siebie. Mamy zamiar wziąć go także ze sobą w trasę. Zazwyczaj jest to trasa nasza, czyli tych, którzy razem nagrywali, ale mając Mauro, który dołączył do siedmiu czy ośmiu kawałków było niezłą zabawą, szczególnie dla mnie, ponieważ jego partie wpływały na groove.


Jak poszło miksowanie?


W związku z tym, że Josh jest także perkusistą, to był jego pierwszy instrument, to wszystko poszło w porządku. Rick lubi konkretne, ciasne partie bębnów. Takie prosto w twarz, więc ok, u nas to działa, ale w kilku piosenkach Josh był w moim narożniku tzn. chciał, żeby bębny były większe. Kiedy słucham Blood Sugar? bębny są wielkie i głośne. Oczywiście, było to 20 lat temu i graliśmy inną muzykę, ale coś jest w tym brzmieniu, że mnie kręci. Kiedy miksowaliśmy materiał, Josh mówił kilkukrotnie: "Zróbmy większe bębny", co było świetne, ponieważ gdy bębniarz w kapeli sam o tym mówi to reszta zazwyczaj przewraca oczami. Oczywiście, najważniejszą rzeczą dla mnie jest to, żeby bębny służyły piosenkom, jak tylko jest to możliwe i by były odpowiednie do numeru, ale na kilku kawałkach płyty bębny mają więcej "buch", a to mi bardzo pasuje.


Po tych wszystkich przygotowaniach, tworzeniu, próbach, eksperymentach ze studiem, musisz być bardzo zadowolony z finalnej wersji?


Jestem bardzo zadowolony z brzmienia, groove?y są dobre i wiecie co? Ta płyta jest inna i jestem bardzo zadowolony, że jest inna, ale ciągle brzmi jak my. Uwielbiam grać z Johnem i tęsknię za nim, mam nadzieję, że pewnego dnia zagramy razem, ale póki co jest czas na robienie tego, co robimy i Josh jest w tym wspaniały. Jest w porządku, spoko gość, walnięty w tym samym kierunku, co my. Będzie nowością dla wszystkich, ale jest z nami od prawie dwóch lat, więc nie mogliśmy trafi ć na lepszego muzyka niż on. Graliśmy już na scenie razem i wyszło wspaniale. Mieliśmy wiele prób razem, ale nie ma niczego lepszego, jak być na scenie naprzeciw publiczności. Jestem strasznie podjarany wszystkim, co się może stać w przyszłości.


Miałeś chyba niezły ubaw, przygotowując swój nowy zestaw na trasę?


No cóż, mieliśmy wtedy dość fantazyjne światła na scenie, więc wpadłem na pomysł, dlaczego by nie mieć przezroczystych korpusów. Nigdy wcześniej nie grałem na akrylowych bębnach, ale stary? one są strasznie głośne! Było to oczywiście niestandardowe życzenie dla Pearla, ale Mike Farris (szef ds. Kontaktów z Artystami) oraz Tony LeCroix (specjalista Custom Shop) odrzucili wszelkie hamulce i stanęli na wysokości zadania i efekt jest fenomenalny. Żeby dodać nieco więcej dołu i środka ścięliśmy w akrylu krawędzie pod kątem 45 stopni w oba kierunki, podobnie, jak jest to w Mastersach. Bębny mają nawet wygrawerowane logo Red Hotów. Całe bębny wyglądają zajebiście, kiedy są podświetlone i reszta chłopaków też je lubi. I zamiast torby na pałeczki mam taką wyczesaną rurę i w związku z tym, że chcę grać razem z Mauro dodałem cztery akrylowe octobany. To mój totalny debiut z octobanami i zanim mnie zapytacie od razu mówię, nie, nie chcę być jak Stewart Copeland! (śmiech)


Rozwinąłeś też nieco kwestię talerzy. Co się stało z twoimi Vaultami Sabiana?


Czułem, że potrzebuję czegoś naprawdę ekstra. China, która głośnością i brzmieniem pasowałaby do reszty moich dużych blach. Zbyt wiele chinek brzmi za łagodnie dla mnie. Chciałem coś, co brzmiałoby wręcz odpychająco. Sabian przygotował dla mnie Holy Chinę. Nareszcie poczułem, że mam coś, co będzie trzymać fason razem z resztą moich talerzy. Muszę podziękować Chrisowi Stankee (menadżer ds. Kontaktów z Artystami) za pomoc w tym dziele. Ciekawe, bo widziałem Ray?a Luzier z Korna następnego dnia i obecnie używa on aż trzech Holy China w swoim zestawie. Ciągle mu ich mało!


Grafik Red Hotów jest pewnie tak wypełniony, że ciężko patrzeć w przyszłość, ale zawsze, kiedy czas ci na to pozwala starasz się realizować w innych projektach muzycznych. Poza sesjami u Ricka Rubina chodzi tutaj oczywiście o Chickenfoot i Bombastic Meatbats oraz płytę Rhythm Train z Dickiem Van Dykem i kilka innych projektów?


Tak, wiem, że powinienem się nauczyć mówić "nie"! Serio, chociaż granie muzyki jest tym, co lubię najbardziej i kto nie chciałby mieć okazji grać z czołowymi muzykami i być częścią tego całego procesu twórczego? Jestem strasznie wdzięczny Rickowi Rubinowi, ponieważ przez te lata dał mi tyle wspaniałych okazji nagraniowych, jednych z najlepszych w moim życiu i mieć możliwość bycia w tylu wspaniałych muzycznych światach. Oczywiście, wszystkie te sesje były zupełnie inne od tego, co robię w Red Hotach i zaufanie, jakim obdarzył mnie Rick naprawdę rozgrzewa moje serce, tym bardziej, że sesje były zupełnie różne, od Wu-Tang Clan przez Brandi Carlile po Dixie Chicks, Kid Rocka, Avett Brothers i późnego Johnny Casha. Zaufał mi i chciał użyć mojego muzycznego zmysłu i doświadczenia, by służyć piosenkom. Myślę też, że liczył na mnie, bym przedstawiał mu swoje zdanie i mówił, co myślę, a to jest bardzo fajne, gdy ktoś na serio liczy się z twoją opinią. Może nie zawsze mam rację, ale zawsze jestem szczęśliwy, gdy mogę dorzucić od siebie dwa grosze. Nie robię zapisu nutowego, więc wszystkie te nagrania poszły z ucha. To duże wyzwanie, ale przynosi dużo satysfakcji. Jestem bardzo szczęśliwy, że Rick ciągle dzwoni do mnie w kwestii sesji, a ja ciągle na te telefony czekam. Facet obdarzony jest bardzo dużą dawką pozytywnej energii, dlatego właśnie tyle ludzi chce z nim współpracować.


Chickenfoot i drugi album Chickenfoot III był także produktem z 2011 roku. Informowaliśmy już, że ze względu na zobowiązania koncertowe Red Hotów i priorytet zespołu twoje miejsce za bębnami zajął Kenny Aronoff, kiedy zespół uderza w trasę.


Szczerze mówiąc, kiedy zaczynaliśmy z Chickenfoot nie spodziewałem się, że z tego naszego wspólnego dżezowania we czterech wyjdzie to, co się teraz dzieje. Myślałem, że jedynie podżemujemy trochę i będziemy mieć z tego radochę. W pewnym momencie zaczęło to żyć swoim życiem i nagle znaleźliśmy się w studio, a za chwilę jechaliśmy już w trasę? Uwielbiam grać z tymi facetami (Sammy Hagar na wokalu, Michael Anthony na basie, Joe Satriani na wiośle), bo to jest uczczenie naszych korzeni, muzyki, jaką kochamy. Nie mieliśmy żadnego problemu z cofnięciem się do 1972 roku z wielkimi uśmiechami na twarzach. Te wszystkie riffy i te blues- rockowe rzeczy, jakie przywiało do nas z Wielkiej Brytanii w postaci Deep Purple czy Led Zeppelin to jest to, na czym się wychowałem. Chickenfoot jest właśnie takim zespołem i uwielbiamy to robić. Szkoda, że nie mogę pojechać z chłopakami, ale Kenny jest niesamowity, więc na pewno daje radę.


Kenny także usiadł za bębnami drugiej kapeli - Bombastic Meatbats?


Tak, jak Chickenfoot, podobnie Bombastic Meatbats powstało przez przypadek. Jeff (Kollman, gitarzysta), Ed (Roth, klawisze) i ja graliśmy razem w zespole Glena Hughesa i po którymś wspólnym dżemie doszliśmy do wniosku, że fajnie by było napisać kilka piosenek. Kevin Chown dołączył do nas i byliśmy gotowi grać w Baked Potato, jednym z najstarszych klubów jazzowych Los Angeles. Jest to instrumentalna muzyka, bardzo niszowa i oczywiście inna w stosunku do tego, co robię normalnie na co dzień. Jedyne, co mogę uznać za podobne to mój "feel". Sami weźcie i stwierdźcie, że nie bierzemy siebie tam zbyt poważnie, natomiast ja cieszę się, że mam kolejne artystyczne ujście. Jest tyle ciekawych muzycznych relacji między nami, tylu ludzi grających razem. Życie jest tam, gdzie my jesteśmy i błyszczymy, i wydaje mi się, że staram się tak robić. Myślicie, że mi się to udaje?


Patrząc na twoją karierę osiągnąłeś już bardzo dużo, ale czy jest jeszcze coś, czym chciałbyś się zająć?


Byłem wystarczającym farciarzem, że mogłem grac z tyloma muzycznymi idolami, ale chciałbym koniecznie zagrać z Jimmym Page pewnego dnia. Jest to moje marzenie z dzieciństwa, więc Jimmy jeżeli to czytasz? (śmiech). Szczerze mówiąc, uważam się za szczęśliwego człowieka, ponieważ już w średniej szkole miałem marzenie zostać profesjonalnym muzykiem. Nigdy, przenigdy, nawet w swoich najskrytszych marzeniach nie mogłem przewidzieć, jak to wszystko się ułoży. Uwielbiam grać w Red Hot Chili Peppers i jestem dumny ze wszystkiego, co udało nam się osiągnąć... Mamy swoje brzmienie, mamy coś do powiedzenia i mamy wciąż możliwość zmieniania się i rozwijania. To nie jest przecież rzecz oczywista i jesteśmy niezwykle wdzięczni za wsparcie fanów. Robienie tego, co się kocha jest naprawdę bardzo dużym darem i mam nadzieję, że ludzie to widzą, że nawet po tylu latach jestem wciąż wielkim zapaleńcem bębnów i tworzenia muzyki. Jeżeli więc swoją osobą zainspiruję kogoś, żeby wziął pałeczki do ręki i grał to jestem bardzo szczęśliwy i jest to dla mnie niesamowite.


Wywiad: Louise King i Maciej Nowak
Zdjęcia: Neil Zlozower i Tony Woolliscroft



Galeria

Pozostałe

Paul Mazurkiewicz (Cannibal Corpse)

Dodano: 29.09.2016

Jeden z najsłynniejszych zespołów deathmetalowych na świecie współtworzy perkusista o bardzo swojsko brzmiącym nazwisku.

czytaj dalej

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama