Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Mike Portnoy

Dodano: 22.11.2012
Minęły już dwa lata, odkąd słynny garowy Dream Theater opuścił po 25 latach szeregi zespołu, który sam zakładał. Przyszedł czas, żeby razem z nim na spokojnie podsumować ten okres.

Cały czas na bieżąco dochodziły informacje o tym, co się dzieje z Mike?m Portnoyem. Projekt za projektem, pełno koncertów z różnymi muzykami, kilka wydanych płyt. Wiele osób postawiło krzyżyk na perkusiście mówiąc, że chłop się zagubił lekko w tym, co robi i nie może znaleźć sobie miejsca na ziemi. Czy aby na pewno? Czy muzyk musi mieć swoje miejsce, z którym byłby identyfikowany na stałe? Okazuje się, że przyzwyczajenie do oglądania go na stołku w Dreamach wzięło górę i w mniemaniu wielu komentatorów popularny Portek musi mieć jakiś swój kolosalny band. Okazuje się, że nie. Portnoy biega między Flying Colors, Adrenaline Mob, a teraz również projektem z Richie Kotzenem. Pamiętamy, że wcześniej zastąpił Reva w Avenged Sevenfold i grał z nimi trasę. Trafiło mu się też granie ze Stone Sour, zahaczył o Beatlesowe wspominki, o podkładaniu bębnów dla swojego przyjaciela Neala Morse?a nie wspominając.

Poniższy materiał, był przygotowywany w dwóch częściach. Ostatni nasz kontakt z Mike?m miał miejsce przed koncertem Adrenaline Mob w Krakowie. Wyszliśmy z dusznego klubu, gdzie zamęczany był kolejnymi wywiadami. Oczywiście, my także nie mieliśmy ochoty mu odpuścić, ale ze względu na długoletnią znajomość przyszło nam to nieco łatwiej. Wyszliśmy sobie na zewnątrz (a skoro jesteśmy w Krakowie to wyszliśmy "na pole"), rozstawiliśmy krzesełka i spokojne zaczęliśmy gaworzyć w sumie o wszystkim. Pogoda była dość dżdżysta, jednak udało nam się wstrzelić przez te ponad pół godziny w bezdeszczowy okres. Dużo rozmawialiśmy o festiwalu perkusyjnym w Opolu, o tym, jak to ma wyglądać, gdzie to się znajduje i czego może się spodziewać na miejscu. Rozmawialiśmy też o sprawach mniej lub bardziej związanych z muzyką. Dało się zaobserwować, że Mike nieco się zmienił, nie ma już tak lekko zadartego nosa, co czasami można było zauważyć w przeszłości. Jest za to bardziej obecny, rozpromieniony i wesoły, może to kwestia dnia? Tak czy inaczej Mike Portnoy zdecydowanie wie, czego chce i o jak najszybszym reunion z Dream Theater można zapomnieć. Zważywszy na to, jakie kosmiczne rzeczy wyprawia Mike Mangini z owym zespołem oraz jak szczęśliwy w gęstym wirze pracy jest Portnoy, wydaje się, że obecne rozwiązanie jest jak najbardziej na miejscu. Wszystkim tym, którzy krytykują Mike?a, stawiając zarzut wpychania się, gdzie się tylko da, należałoby zadać pytanie? A czy nie lepiej po prostu posłuchać muzyki, a politykę zostawić innym?

Gdzie jest teraz twój dom?


Mój dom jest tam, gdzie jest moje serce. Obecnie moje serce jest w kilku miejscach. Jestem poligamistą, tak jestem w tej chwili muzycznym poligamistą. Uwielbiam pracę w Adrenaline Mob, Flying Colors, a także z Derekiem, Billym i Tonym, projekt z Richie Kotzenem i Billym Sheehanem, wiesz grałem przez 25 lat w jednym zespole. Nie spieszę się, żeby zostać z kimś na wyłączność.


Mówiliśmy ci w 2011 na NAMM Show, że opuszczenie Dream Theater było dla ciebie dobrym ruchem. Co sądzisz o tym teraz?


Podążanie za głosem serca zawsze jest dobrym ruchem. Gdybym został, zastanawiałbym się do tej pory co mogłoby się stać, gdybym nie opuścił zespołu. Przez ostatnie dwa lata zespół zrobił chyba 9 piosenek? Ja przez ten czas grałem z dziesięcioma różnymi składami, nagrałem sześć płyt i mam demo kolejnych dwóch, które niebawem wyjdą. Przez dwa ostatnie lata byłem bardziej produktywny niż gdybym został w Dream Theater. Jestem bardzo szczęśliwy i zadowolony z tego, co robię, jestem inspirowany, podekscytowany i podążam za głosem swojego serca. Robię wiele różnych rzeczy, a nie jedną, którą muszę robić.


To ciekawe, bo w każdym numerze naszego magazynu pojawiała się informacja, co porabia Mike Portnoy i za każdym razem było to coś innego, przez co fani stali się lekko zakręceni?


To wyobraź sobie, jak ja mam się czuć? (śmiech) Cóż mogę dodać, dziesięć różnych zespołów, robię to, co chcę robić!


O czym myślisz w chwili, gdy widzisz, jak Mike Mangini gra za bębnami w Dream Theater?


To wciąż dla mnie bardzo ciężkie, gdy widzę kogoś innego na stołku bębniarza Dream Theater. To było moje dziecko, zespół, w którym spędziłem ćwierć wieku. Szczerze? Nie chciałem widzieć kogokolwiek na stołku bębniarza w zespole. Wolałbym, żeby to była po prostu przerwa. W związku z tym wszystkim, co zostało powiedziane, jeżeli ktokolwiek miałby siedzieć na tym stołku to wydaje mi się, że Mike jest właściwą osobą. Jest moim starym przyjacielem i wiem, że był bardzo przejęty tym, żeby respektować moją spuściznę. Za każdym razem, gdy słyszałem jego wypowiedzi na mój temat i mojej roli w zespole to słyszałem, że były pełne szacunku i respektu, i za to mu dziękuję. Nie mam nic przeciwko temu, że przejął moje koncerty. To była doskonała okazja, więc dlaczego miałby tego nie zrobić? Znalazłem więcej szczęścia, kiedy w końcu skoncentrowałem się na swojej przyszłości i pozostawiłem za sobą przeszłość z Dream Theater. Jest to coś, z czego jestem dumny i zawsze będzie częścią mnie, ale mamy 2012 rok, więc przyszedł czas, by ruszyć i napisać kolejne rozdziały mojej kariery.


Czułeś, że musisz coś udowodnić z tymi wszystkimi nowymi projektami?


Cóż, wiedziałem, że będzie pełno różnych opcji, na których mógłbym się skupić dalej. Było to dla mnie bardzo ważne - mieć szeroki wachlarz możliwości. Nie wydaje mi się, żebym mógł zostawić 25 lat Dream Theater i pójść dalej, grając jedynie w metalowym czy progresywnym zespole. Wydaje mi się, że istotnym było, bym mógł rozwinąć swoje muzyczne skrzydła, robić różne rzeczy, ponieważ mój gust muzyczny jest bardzo, bardzo szeroki. Jedyną rzeczą, jaką wiedziałem było to, że nie chcę robić czegoś, co by brzmiało jak Dream Theater. Gdybym chciał grać coś w stylu Dream Theater to zostałbym w Dream Theater. Moim zadaniem było odejść i robić inne rzeczy, rozwinąć skrzydła i grać z różnymi ludźmi, grać inny rodzaj muzyki. Wiem, że była duża presja na to, jaki będzie mój następny ruch, natomiast nie chciałem być od razu zaszufladkowany. Dlatego widzisz Adrenaline Mob, Flying Colors, rzeczy, jakie robię z Tonym, Billem i Derekiem oraz parę innych tematów. Rozwijam skrzydła.


Jest w planach więcej nagrań w składzie MacAlpine-Sheehan-Sherinian?


Na chwilę obecną jest to jednorazowy projekt a DVD streści całość i unieśmiertelni dla wszystkich chętnych. Nie ma wątpliwości, że jest między nami chemia, pomiędzy naszą czwórką. Grałem z Derekiem Derek grał z Tonym, Tony grał z Billym i ja grałem z Billym, tak więc jest pełny związek między naszą czwórką. Wcale bym się nie zdziwił, gdybyśmy spotkali się gdzieś na rozstaju dróg i stworzyli album z oryginalną muzyką. Nie jest to coś, co jest teraz moim priorytetem, ale oczywiście uważam to za możliwe w przyszłości. To co graliśmy w styczniu miało być jedynym i ostatecznym naszym spotkaniem ale polski Drumfest zachęcił nas do dalszej gry. Zostaliśmy tym sprowokowani.


Jak spędziłeś rok 2011 poza nagraniami nowej muzyki?


Pełno czasu z rodziną, tego nie miałem od bardzo dawna, zwłaszcza po 2010 roku. To był chyba najbardziej zajęty trasami rok, jaki miałem Byłem aktywny z Dream Theater, później z Avenged Sevenfold i także Transatlantic. Po szalonym roku 2010 spędzonym w trasie miło było mieć czas dla rodziny. Był to chyba dla mnie najbardziej szczęśliwy okres w ostatnim 1,5 roku. Oczywiście, robiłem też milion innych rzeczy. Zrobiłem album Flying Colors, album i trasę z Adrenaline Mob, album i trasę Neala Morse?a, kolejną odsłonę trybutu dla Beatlesów - Yellow Matter Custard i złożyłem w całość DVD. Zagrałem też na Rock in Rio w Brazylii razem ze Stone Sour, zagrałem też z Hail!.


Jak powstało Flying Colors?


Producent wykonawczy płyty, Bill Evans, od lat chciał zebrać Steve?a Morse?a i Neala Morse?a do wspólnej pracy. Skontaktowali się ze mną, żeby mnie do tego zaangażować. Na pokład wszedł Dave LaRue. Więc tak naprawdę było to coś, o czym się mówiło od dawna, nawet gdy byłem jeszcze w Dream Theater. Ostatecznie na początku 2011 nadszedł ten czas, a ja akurat byłem wolny. Rozkłady zajęć wszystkim pasowały, więc zebraliśmy się. Weszliśmy do studia w styczniu 2011. Brakującym elementem był Casey McPherson, wokalista. Bill i chłopaki rozmawiali, żeby Neal Morse nie był wokalistą w tym zespole, ponieważ ja i Neal zrobiliśmy pełno różnych rzeczy, gdzie Neal był zawsze głównym głosem. Plan był taki, by Flying Colors miało innego wokalistę, bardziej zorientowanego w stronę pop. Bardziej wokalista-autor piosenek, ktoś inny. Zasugerowałem Caseya, ponieważ byłem wielkim fanem tego, co robił z Alpha Rev i Endochine. Zaprosiliśmy go na pokład, więc byliśmy już całą piątką i mogliśmy zrobić ten album. To naprawdę magiczna płyta. Jest inna w stosunku do tego, czego ludzie mogli oczekiwać. Ode mnie i Neala ludzie oczekują progresywnego grania, od Neala i Steve?a oczekują bardziej instrumentalnej fuzji, w stylu Dregs. To album mocno zorientowany na piosenki i zaangażowanie Caseya oraz jego wkład tworzą z tego niemal alternatywny modern rock. Podstawowy pomysł był taki, żeby nie robić 10-minutowych progresywnych piosenek. Chodziło o napisanie 4 minutowych popowych piosenek. Mimo, że są to melodie bardziej proste, masz mnie Dave?a i Steve?a. Niechybnie musi być trochę shredderowania, grania i muzykowania. Porównałbym to może do ery Yes, która była bardziej "piosenkowa". To wszystko miesza się z Radiohead, U2 i Muse, tego typu rzeczami.


Otwierający utwór na Flying Colors, Blue Ocean zdaje się być numerem na żywo. Jak wyglądało jego tworzenie?


Cała nasza piątka w pokoju, działająca, współpracująca. Każda piosenka na tym albumie to rezultat współpracy. Miałeś tam nie tylko naszą piątkę, ale także Petera Collinsa (producent Queensryche i Rush) oraz Billa Evansa, którzy także dorzucali swoje trzy grosze. Było wielu kucharzy, co było dla mnie nieco niepokojące, zanim zaczęliśmy. Kwestionowałem nawet potrzebę producenta. Ja, Neal, Steve i Casey produkowaliśmy już własne albumy w przeszłości. Zastanawiałem się, czy potrzebujemy Petera Collinsa, ale wydaje mi się, że ostatecznie była to świetna decyzja, ponieważ potrzebowaliśmy sędziego. Potrzebowaliśmy kogoś, kto ostatecznie ma coś do powiedzenia, ponieważ każdy z nas w zespole miał pełno pomysłów i wizji. Było kilka utworów, które zostały przyniesione. Love Is What I?m Waiting For to utwór, który przyniósł Casey. Infinite Fire to coś, nad czym Steve i Neal pracowali wcześniej. Więc tak to wyglądało. Fool In My Heart miał wcześniej Neal. Kiedy się zebraliśmy, wszystko zostało zmienione i podrasowane do finalnego kształtu i wspólnej formy.


Jak to jest nagrywać wokal do Fool In My Heart?


To była zabawa! Uwierz lub nie, ale to Neal zasugerował, żebym to zaśpiewał. Neal przyniósł ten numer i powiedział: "Wydaje mi się, że mam piosenkę, która mogłaby być twoim With A Little Help From My Friends albo Beth (pierwszy numer to kawałek The Beatles śpiewany przez garowego - Ringo Starra, a drugi to mega hit KISS, śpiewany przez drummera - Petera Crissa - przyp. red.). Wstydziłem się trochę, żeby to tak zaśpiewać, ale fakt, że Neal zachęcał mnie do tego i napisał to tak, by mi było łatwiej, dodał mi odwagi.


Były jakieś magiczne momenty w studio jako wynik jakiegoś jamowania?


Pracowaliśmy razem. Było dużo ciężkiej roboty. To był mój pierwszy projekt w 2011 roku. Mimo, że napisaliśmy i zaaranżowaliśmy wszystko w przeciągu 10 dni lub dwóch tygodni, proces dogrywania rzeczy zajął resztę roku. Pozostali zostali, podrasowali swoje partie i zrobili swoje nagrania. Ja, Casey i Neal zrobiliśmy swoje wokale później. Był to proces, który zajął większość roku, ale wydaje mi się, że jest to magiczny album. Myślę, że jest to rzecz, która usatysfakcjonowała tę moją stronę, która nigdy nie była zrealizowana wcześniej - bardziej popową, alternatywną stronę, która lubi ten rodzaj muzyki, czy to jest Radiohead, The Beatles czy Queen.


Są jakieś specjalne momenty na płycie, które były dla ciebie zawiłe podczas nagrań?


Cóż, Flying Colors jest to coś, co opiera się na groove?ie i przestrzeni aniżeli tym, żeby być zajętym. Lubię Forever In A Daze, który jest bardziej funky, red hot. Miałem możliwość wejść w klimaty Chada Smitha w tym numerze, co było czymś nowym dla mnie.


Udając się do przeciwnego narożnika, opowiedz nam o Adrenaline Mob.


Adrenaline Mob to? groove?iący riff metal. Coś na modłę Black Label Society i Pantery, ale bardziej melodyjne. Wydaje mi się, że Adrenaline Mob ma niesamowitą ilość chwytliwych piosenek. W momencie, gdy Russ i Mike zagrali mi to, nad czym pracowali, wiedziałem, że będzie to idealne ujście moich emocji. W przeciągu 30 sekund Undaunted wiedziałem, że już w tym jestem! Połączyliśmy siły i jesteśmy teraz w tym miejscu, w jakim jesteśmy!


Czy czas spędzony w Avenged Sevenfold ośmielił cię do skierowania się w ostrzejsze rejony z Adrenaline Mob?


Absolutnie tak! Kiedy byłem z Avenged, szczególnie podczas trasy amerykańskiej latem 2010 roku, gdzie byliśmy razem z Disturbed, Stone Sour i Hellyeah, otaczał mnie zdecydowanie bardziej agresywny, groove?iący metal. Zorientowałem się, że nie tylko jest to część mnie, ale też, jak bardzo sprawia mi radochę granie takich rzeczy. Pomimo, że na przestrzeni lat, zespoły w których grałem miały ten element heavy, to nigdy nie byłem w zespole, który byłby stricte heavy bez miliona wrzuconych progresywnych elementów. Mój czas w Avenged obnażył więc kolejny grunt, w który chciałbym się mocniej wkopać.


Jak wyglądał proces twórczy Adrenaliny?


Szczerze mówiąc, piosenki były zrobione, zanim przyłączyłem się do zespołu. Mike miał te utwory w początkowym stadium od lat. To prawdziwy "guitar hero" w uśpieniu, jest wymiataczem. Ma także świetną łapę do riffów. Jest w tej kwestii kompletnym muzykiem. Razem z Russem zaczęli pracować nad materiałem I zrobili go wspólnie. W momencie, gdy większość materiału była już gotowa w końcowych wersjach, dostarczyli mi demo. Nie mogę więc powiedzieć, że byłem zaangażowany w tworzenie. Byłem jedynie zaangażowany w aranż podczas nagrywania ścieżek. Ponadto współprodukowaliśmy cały album, we trzech, więc moje pomysły przybrały kształt na tym etapie...


A podczas sesji, zdarzyły się jakieś ciekawe momenty?


Mogę powiedzieć, że Hit The Wall to moje ulubione wykonanie bębnów na tej płycie. Ma w sobie tę agresję, ale też fajne klimaty Dave?a Grohla czy Soundgarden.


Jak rozdzielasz w tym roku obowiązki w związku z tymi dwoma projektami?


To jest cholernie dobre pytanie (śmiech). Jestem bardzo podjarany i zaangażowany w oba projekty. Wkładam serce we wszystko, co robię. Nie robię niczego na pół gwizdka, a te dwie rzeczy są dla mnie bardzo realne. Adrenalina jest zespołem bardziej grającym na żywo z kilku względów. Po pierwsze, jesteśmy zdecydowanie koncertowym zespołem. Tryskająca energia na scenie, podczas małej trasy w 2011 była bardzo widoczna. Po drugie, jest więcej możliwości grania tras z metalowym zespołem. Chciałbym grać więcej tras z Flying Colors, ale z tym zespołem jest nieco inaczej. Steve Morse jest mocno zajęty z Deep Purple. Neal Morse ma masę zajęć w swoim życiu i w swojej karierze. Mam wrażenie, że Flying Colors zrobi bardziej wyodrębnioną w czasie trasę, Tak czy siak jestem bardzo mocno zainteresowany grą. Jeżeli pojawi się taka możliwość chcę grać jak najwięcej z obiema formacjami.


Czy masz zamiar brzmieć inaczej w obu projektach?


To wciąż jestem ja. Myślę, że najważniejszą rzeczą dla mnie, gdy nagrywam album, nieważne z kim, to brzmieć po prostu jak Mike Portnoy. Wydaje mi się, że bardzo ważnym jest, żeby perkusista miał swoją osobowość, kiedy gra, na pewno dla mnie jest to ważne. Nieistotne jest więc to, czy gram w zespole metalowym, progresywnym czy popowym, zawsze chcę zachować swoją tożsamość. Oczywiście, zawsze gram tak jak utwór tego wymaga. Kiedy gram z Flying Colors, chcę być bardziej subtelny, zorientowany w kierunku piosenek, mniej skomplikowany. W Adrenaline Mob chcę być bardziej agresywny I mieć ten balans z groovem.


Czy było coś w twojej karierze, co się nie udało lub oferta, której nie zaakceptowałeś?


Byłem dużym szczęściarzem. Prawie wszystko, co moja wyobraźnia sobie wymyśliła, byłem w stanie urzeczywistnić. Mam dużo szczęścia, że mogę grać z tyloma wspaniałymi muzykami, że pasowałem do wielu cudownych muzyków, którzy mnie otaczali. Jestem absolutnie zawodnikiem drużynowym. Czy gram z Transatlantic, Flying Colors, Adrenaline Mob nie staram się być liderem, nie chcę być na pierwszym planie w czasie koncertu. Odczuwam radość ze współpracy z innymi muzykami. Posuwając się dalej, zwyczajnie często cieszę się z gry na perkusji. Tak, jak z Avenged Sevenfold, gdzie byłem wynajętym bębniarzem. Dla Neala Morse?a na jego solowej trasie po prostu grałem na bębnach. Gdy grałem na G3 z Johnem Petrucci także jedynie grałem na bębnach. Mam możliwość odnajdywania się w różnych funkcjach w każdej z tych sytuacji i nie mam żadnych problemów z dostosowaniem się w zależności od okoliczności.


Jeżeli mógłbyś wybrać jednego muzyka, żywego lub martwego, z którym mógłbyś zagrać, kto by to był?


Oczywiście, mam swoje fantastyczne scenariusze. Moi trzej najwięksi żyjący bohaterowie to Paul McCartney, Roger Waters i Pete Townsend. Gdybym mógł zagrać koncert z jednym z tych trzech muzyków to byłoby to totalnie coś niesamowitego. Oczywiście, nie wydaje mi się to zbytnio realne. Jest to trójka muzyków, dla której byłbym w stanie zrobić niemal wszystko, żeby móc z nimi zagrać na bębnach. Z tych, co odeszli to lista jest długa. Frank Zappa to od lat mój największy bohater, więc opcja współpracy z nim byłaby całkowitym spełnieniem marzeń, a jednocześnie przerażającym przeżyciem! Mam dobre relacje z jego synem Dweezilem, wziąłem Zappa Plays Zappa razem z Dream Theater parę lat temu i chyba było to najbliższe z możliwych moich spotkań ze światem Zappy.


Jakieś plany na kolejne perkusyjne DVD?


Mam dwa DVD z kamer przy bębnach podczas realizacji obu płyt. Na razie nie mam planów na żadne instruktażowe video. Moje ostatnie nagranie to Constant Motion, które miało 7 godzin i zajmowało trzy płyty. Poświęcałem temu wiele swoje przestrzeni, ale było to 6 lat temu. Musi przyjść czas. Moje zainteresowania idą bardziej w stronę tworzenia muzyki aniżeli nauczania, pokazywania, grania solo czy opisywania technik. To nie moja działka. Podobnie z instruktażowym DVD. Na Constant Motion bardziej skupiłem się na tym, jak moje bębny dopasowane są do muzycznego kontekstu, nie mówi o solówkach i technice. Jeżeli zrobiłbym kolejne DVD, byłby to bardziej kolejny rozdział tego, co robię, pokazujące, jak odnajdywałem się na kolejnych albumach z kolejnymi zespołami.


Co sądzisz o festiwalach perkusyjnych, klinikach, konkursach perkusyjnych?


Lubię oglądać, być inspirowanym i prowadzać się z różnymi perkusistami, tak więc lubię imprezy perkusyjne. Co do konkursów to nie drążę tematu. Bębnienie to nie konkurs, nie ma kogoś "lepszego". Każdy ma inny styl, smak, korzenie i to właśnie wydaje mi się napędzać świat. Zawsze nienawidziłem, jak ktoś pytał: "Kto jest najlepszym perkusistą?" Nie ma najlepszego perkusisty, może być co najwyżej ulubiony perkusista. Niektórzy z moich ulubionych perkusistów, jak Ringo Starr czy Peter Criss nie są nawet brani pod uwagę, żeby być ?najlepszym perkusistą", ale jednak są moimi ulubionymi? Różni perkusiści oznaczają różne rzeczy dla różnych ludzi. To nie jest konkurs. Jest to bardzo subiektywne, to zależy, co cię potrafi urzec. Zdobywanie przeze mnie przez wiele lat tylu nagród perkusyjnych powoduje lekki dyskomfort. Nie lubię iść na te festiwale perkusyjne i łapać się z Dennisem Chambersem lub Terrrym Bozzio, wiedząc, że nie potrafi ę zagrać jednej trzeciej tego, co oni grają mimo, że mam tyle nagród i wyróżnień. Patrzę więc na to w ten sposób - nie ma "najlepszego". Nikt nie może mówić, że jestem lepszy od kogoś innego. Jest to kwestia gustu i fascynacji. Jeżeli udało mi się kogoś poruszyć tym, co lubię robić - pomimo, że wiem, że nie jestem tak dobry jak milion innych perkusistów - jeżeli udało mi się jednak kogoś poruszyć, zainspirować, dodać otuchy, to właśnie to jest to.


Myślałeś o produkcji innych zespołów?


Nie jestem temu przeciwny. Jest to bardzo czasochłonne. Jeżeli zamierzasz mieć robotę dobrze zrobioną musisz kontrolować wszystko, każdy aspekt, od pisania, zgrywania, miksowania, edycji, cały ten bałagan. Dlatego właśnie bardzo to lubiłem z Dream Theater, ponieważ dawało mi pełną kontrolę nad całą płytą. Nie wiem, jak dobry byłbym, gdybym wszedł do studia z innym zespołem jako producent. Tak, jak mówiłem, jest to bardzo czasochłonne i nie wiem, czy tyle wolnego czasu bym znalazł.


Jest coś, co chciałbyś dopracować w swojej grze podczas tegorocznych występów?


Zawsze chciałem mieć więcej czasu, by skupić się na ćwiczeniu i poprawieniu się. Kiedy robię pokazy perkusyjne jest to inspirujące, ale też przerażające. Mam tę reputację odnośnie wszystkiego, za co się wezmę, ale wydaje mi się, że czasami moja reputacja przewyższa moje umiejętności. Jestem jedynie kolesiem grającym rocka. Nigdy nie podawałem się za jazzowego bębniarza albo latino lub też technika w stylu Virgila Donati czy też Thomasa Langa. Nie potrafię robić tych wszystkich rzeczy. Znam swoje ograniczenia. Jestem rockmanem i dorastałem na takich zespołach, jak The Who i Led Zeppelin. To mój świat. Oczywiście, chciałbym się poprawić, ale gdy manewruję pomiędzy pięcioma kolejnymi projektami, a mam żonę i dwójkę dzieciaków czekających w domu? Ech, najważniejszą rzeczą dla mnie, gdy już jestem w domu, jest spędzić z nimi czas, jak tylko najlepiej potrafię.


Mamy w naszym polskim żargonie zwrot "ziemniaki". Wiesz, co to znaczy?


Nie bardzo?


Chodzi o granie np. szybkich podwójnych uderzeń stopami i rękoma na tomach, naprzemiennie. Jest to jedna z twoich charakterystycznych zagrywek. Wielu krytykuje cię, że Mike Portnoy sypie już tylko ziemniakami?


Jestem swoim pierwszym krytykiem, mam swój styl, robię to, co robię. Nie przejmuję się tym, nie mam parcia na bycie najszybszym, nie mam parcia na bycie technicznie perfekcyjnym. Na tym mi nie zależy. Wolę słuchać Keitha Moona i Larsa Ulricha, perkusistów, którzy mają osobowość, aniżeli tych wymiataczy od grania klinik. Robię muzykę, ponieważ lubię robić muzykę. Nie chcę nikomu imponować i zdobywać kolejne nagrody, chcę grać z ludźmi, którzy mnie inspirują i cieszyć się życiem.


Nie wydaje ci się, że nie da się już zbyt wiele nowego wymyślić w muzyce?


Muzyka ciągle się rozwija, ciągle się zmienia. Obecnie chcę rozwinąć nową wersję Mike?a Portnoya, nie chcę odkryć koła na nowo, chcę odkryć miejsca, których nigdy nie było dane mi odkryć. Może ten styl muzyczny nie jest czymś nowym, ponieważ moja ulubiona muzyka wszech czasów już istnieje - rock, heavy metal i progres. Dla mnie właśnie to jest głównym celem, poznawać, odkrywać, bawić się.


Gdybyś chciał zmienić coś w przeszłości?


Chciałbym, żeby moi rodzice żyli? To na pewno, ale nie mogę tego zmienić. Wszystko to, co wydarzyło się kiedyś, uczyniło mnie mocniejszym. Nie możesz zmienić przeszłości i przez to nie możesz wiercić cały czas w przeszłości. Nie możesz kontrolować przyszłości dlatego jest - tu i teraz. Przeszłość jest historią, a przyszłość jest tajemnicą.


Materiał przygotowali: Salemia, Kajko, Chuck Parker
Zdjęcia: Alex Solca


Galeria

Pozostałe

Paul Mazurkiewicz (Cannibal Corpse)

Dodano: 29.09.2016

Jeden z najsłynniejszych zespołów deathmetalowych na świecie współtworzy perkusista o bardzo swojsko brzmiącym nazwisku.

czytaj dalej

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama