Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Jason Sutter

Dodano: 21.01.2013
Rozmawiamy z Jasonem Sutterem, aktualnym bębniarzem zespołu Marilyn Mansona.

Po raz pierwszy spotkałem go podczas swojej kilkudniowej wizyty w fabryce Paiste. Gdy jechałem do hotelu, Kelly Paiste powiedziała, że na dzisiejszej kolacji będzie bębniarz zespołu Foreigner. Nieco mnie to zaskoczyło, ponieważ przekonany byłem, że w słynnym zespole gra Jason Bonham, a ten, jak wiadomo, jest oddanym "Zildjianowcem". Dobrze, że nie chlapnąłem swoich wątpliwości głośno, ponieważ wtedy w kapeli grał właśnie Jason. Sympatyczny facet, od którego z daleka bije amerykańskością, na szczęście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, bardzo otwarty i ciekawy świata. Gdy dowiedział się, skąd przybywam, od razu opowiedział mi o swojej wizycie w naszym kraju podczas trasy z wokalistą Soundgarden - Chrisem Cornellem. Na drugi dzień pojechaliśmy wesołą ekipą Paiste do Zurychu na koncert Foreigner. Jako gość z Polski nie byłem zbytnio zachwycony dość ospałą reakcją Szwajcarów na występ rockowy, ale później dowiedziałem się, że publika zachowywała się, jak na ich standardy, bardzo żywiołowo? No cóż? Widać nikt od nich nie był w 1996 roku na koncercie Sepultury w Spodku. Jason Sutter zagrał, oczywiście, wszystko jak należy i przekonanie co do jego umiejętności i profesjonalizmu rosło u mnie z dnia na dzień. Perkusista reprezentuje typowo rockowe bębnienie oparte w dużej mierze na spuściźnie Johna Bonhama. Jest to tego samego rodzaju bębniarz, co zwariowany Brian Tichy, z którym zresztą dobrze się kumpluje i pogrywa czasami na koncertach ku pamięci nieśmiertelnego Angola.

Stała się jednak rzecz dość zaskakująca, ponieważ perkusista zespołów Chrisa Cornella, Foreigner czy też legendarnego New York Dolls dostał posadę w zakręconym cyrku Marilyn Mansona. Zastanawiające i intrygujące jednocześnie. Zespół ten kojarzony jest niczym KISS, czyli więcej cyrku niż wyrafinowanej muzyki. Jak tam zaczepił się tak dobry perkusista jak Sutter? Spotkaliśmy się w warszawskiej Stodole przed koncertem Mansona. Jason szybko zgarnął nas do swojego autobusu (no, kochani, wypas, tak można podróżować!), co wyglądało dość komicznie, ponieważ wymagało uprzednio delikatnego staranowania ogrodzenia. Zasiedliśmy sobie spokojnie w autobusowym pokoju - nazwijmy to - dziennym, gdzie z browarem w ręku rozpoczęliśmy długą - kosztem lekkiej obsuwy występu - rozmowę. Poniżej prezentujemy obszerny fragment naszej dyskusji.

Fakt przystąpienia Jasona do Mansona jest rzeczą bardzo interesującą, z której można wyciągnąć sporo nauki. Cały proces rekrutacji oraz sposób przyjęcia do zespołu jest bardzo inspirującą historią, która daje wiele do myślenia nie tylko bębniarzom, ale i samym zespołom. Na naukę profesjonalizmu nigdy nie jest za późno, a jak wiadomo, w Polsce z profesjonalizmem bywa różnie? Zazwyczaj górę biorą emocje i dziwne ambicje z tendencją do wysterowania się wzajemnie we wszystkich kierunkach.

Mimo, że nie jestem fanem (delikatnie mówiąc) twórczości zespołu pana Briana Warnera sam koncert był rewelacyjny ze świetną interakcją pomiędzy zespołem, a wypełnioną maksymalnie po brzegi, niemal fanatyczną, publicznością Stodoły. Coraz ciężej spotkać u nas tak oddanych fanów na innych dużych koncertach metalowych. Nad wszystkim górował zestaw bębnów Ludwiga, gdzie szaleńczo i miarowo przebierał łapami Jason. Pierwszoplanową postacią zespołu jest oczywiście Manson, dlatego też Jason grał tak, jakby go nie było, ale wszystko zgadzało się co do joty. Nie próbował usilnie wyjść przed lidera ani też bezbarwnie przepykać całe show. Wysmarowany czarno-białą farbą chłostał bębny niemiłosiernie, wypełniając swą rolę tak, jak należy, tak, jak wymaga od niego szefostwo kapeli.

Wspominając wcześniej w pozytywnym kontekście o amerykańskości Jasona miałem na myśli także jego osobę perkusisty. Jak wiadomo między Polską a USA jest dobrych parę tysięcy kilometrów odległości. W kwestii edukacji perkusyjnej te tysiące kilometrów należy zamienić na tysiące świetlne kilometrów. Sutter jest typowym przykładem perfekcyjnego szkolnego wyszkolenia technicznego z olbrzymią dawką indywidualności i autentyczności. Jak się okazało, te cechy miały kolosalne znaczenie podczas przesłuchań do niewymagającego - tak się generalnie wydaje - zespołu rodem z Florydy.

Jak to się stało, że zacząłeś grać z Marilyn Mansonem?


Zasadniczo dostałem telefon od basisty Andy?ego, z którym grałem razem u Chrisa Cornella. On był przez pewien czas u Mansona, powiedziałem mu, że jakby coś się tam działo to niech da mi znać. Zadzwoniłem też do swojej dawnej tour manager z Foreigner, która zajmowała się wcześniej produkcją u Mansona. Powiedziałem, że nie jestem już w Foreigner i powtórzyłem to, co Andy?emu. Odpowiedziała, że Manson ma perkusistę i producenta jednocześnie. Jest to Chris Vrenna, który grał z Nine Inch Nails, bo Ginger grał razem z Robem Zombie. Jest nowa płyta, wszystko jest więc dopięte i temat zamknięty. Po świętach Andy daje mi info: "Hey, Manson szuka perkusisty". Ciekawą sprawą w Los Angeles jest to, że każdy ci mówi: "Kurcze, stary, trafiłeś świetną robotę, będziesz miał super koncerty, a samo granie jest tam takie proste". No, nie jest proste? Ciekawe jest to, że najcięższą rzeczą nie jest samo dostanie się do zespołu tylko dostanie się na przesłuchanie!


To ciekawe. Dostać się na przesłuchanie jest tak trudno?


Strasznie, ludzie sobie z tego sprawy nie zdają, ile się trzeba napracować. Zostałem rekomendowany przez dwie bliskie osoby, zostałem wpisany na listę managera i nie oznaczało to, że zostanę przyjęty na próbę! Znajoma producent powiedziała mi, że wcześniej był przesłuchiwany jeden bębniarz i czeka na telefon od Mansona. Znam go i stwierdziłem, że muszę dostać się na próbę, zanim on dostanie telefon od Mansona. Dlaczego więc nie wysłać e-maila do menagera? W tym okresie miałem dziewczynę, która była przyjaciółką dziewczyny tego managera. Poznaliśmy się na imprezie i mówię do niej, by szepnęła słowo na mój temat. Zna mnie nie tyle jako bębniarza, ale jako człowieka, do tego wyglądam odpowiednio dla Mansona (śmiech), mam czarne włosy itd.


Właśnie tak sobie myślałem o tym, jak dostałem info, że jesteś u Mansona. Sutter? Typowy rock and rollowy gość, z wielkimi bębnami w stylu Bonhama... I on ma być u Mansona?


Taaak, racja, trochę musiałem zmienić image, ale niezbyt dużo (śmiech), grałem wtedy też w New York Dolls. Ale wracając do tematu - musiałem przez to wszystko przejść, by w końcu pogadać z managerem. Powiedział mi, że jest już jedna osoba, ale zadzwoni do mnie, jeżeli Manson będzie chciał mnie usłyszeć i pogadać.


Kurczę, stary?


No mówię ci, to olbrzymi kłopot, by się dostać w takie miejsce. Tak czy inaczej, spokojnie czekałem na informację, czy będę mógł przyjść i pokazać się na próbie. Niedługo potem siedziałem sobie i malowałem, wiesz, farby, te sprawy, takie klimaty Warhola. Dostaję telefon ok. godz. 16, że mam być gotowy na dziś wieczór z pięcioma utworami. Miałem przygotowane niepełne dwa: The Beautiful People, trochę The Dope Show? Wiadomo? Wsiadłem w samochód z łapami całymi w farbie, znalazłem jakiegoś iPada, żeby z nim pograć, chociaż nie zwykłem tego robić. Wpadłem do domu, zassałem resztę kawałków, bo ich nie miałem (śmiech). Przyjechałem do swojej sali i zabrałem ze sobą bębny, ponieważ nie mieli po ostatniej próbie bębnów, a przesłuchanie miało być na pełnej produkcji. To było szaleństwo! W przeciągu dwóch godzin musiałem nauczyć się praktycznie 4 nowych piosenek. Zabrałem bębny bez żadnych case?ów, wrzuciłem do samochodu hardware i talerze? Zapytali mnie, jak mam wyglądać. Jak mam wyglądać?! W co mam zamiar się ubrać? Walczę z czasem, a oni zastanawiają się, jak mam zamiar się ubrać.


Nerwy dały o sobie znać?


Nie miałem nawet na to czasu! Działo się wszystko tak szybko, że nie miałem czasu nawet myśleć o tym i się denerwować. Wpadłem z bębnami do studia, po chwili przyszedł Twiggy (Ramirez - długoletni muzyk Mansona, obecnie gitarzysta - przyp. red.) i pogadaliśmy trochę, zapytał o materiał, jaki przygotowałem itd. Przyszedł Manson i Fred - basista, który mnie znał - powiedział mu, żeby zobaczył mnie koniecznie na YouTube w dwóch klipach - Led Zeppelin z koncertu trybutu i solo z rudymentami. Zobaczył mnie w tym materiale i był mocno zaskoczony.


To solo z rudymentami jest zabójcze, byłem pod wrażeniem?


Wrzuciłem je zupełnie przez przypadek. Robiłem kilka klinik i pomyślałem, że może to być zabawne. W każdym razie było to wideo, które przełamało lody, bo Manson był pod wielkim wrażeniem.


Niesamowite, paradoksalnie do zespołu Marilyn Mansona duże znaczenie miało wideo, na którym nadludzko wymiatałeś rudymenty. W większości ludzie mają inne wyobrażenie o kwalifikacjach bębniarzy w MM.


No właśnie. Tymczasem ja zawsze byłem dobry w rudymentach. Chodziłem na University Of North Texas, która słynie ze swojego zespołu perkusyjnego. Jest to jedna z lepszych perkusyjnych szkół na świecie. Z pewnością ma najlepszą grupę perkusistów w orkiestrze, więc żeby dostać się do pierwszej linii orkiestry trzeba być naprawdę dobrym. Nie miałem rudymentów w ogólniaku, więc zostawiłem zestaw na rok i ćwiczyłem rudymenty jak szalony. Postawiłem sobie za punkt honoru, żeby nauczyć się tego gówna i być w linii orkiestry. Cały rok tylko rudymenty i marszowe instrumenty perkusyjne. Zaciąłem się mocno i się udało. To zabawne, jak wiele lat później zaprocentowało to w tym, by przełamać lody na przesłuchaniu do kogoś takiego, jak Marilyn Manson.


To rzeczywiście niesamowite. Jak wyglądało przesłuchanie?


Wszedłem za bębny, które były oświetlone, czerwony reflektor świecił na mnie, reszta siedziała sobie na kanapie i patrzyła. Usiadłem za bębnami, zagrałem pierwszy utwór, od razu poszedłem mocno rockowo. W drugim utworze Manson stanął na scenie, przy mikrofonie, mimo, że grałem wciąż do podkładu. Przy trzecim numerze stanął nade mną i obserwował, jak gram. Zagrałem w sumie tych pięć utworów, po czym cały zespół wziął instrumenty i zagraliśmy razem to samo, ale już jako zespół.


Kto decydował o tym że zostaniesz przyjęty?


Zdecydowanie osobą, która w pełni o tym decydowała był Manson. Dzięki reszcie miałem okazję mieć przesłuchanie, wypowiadali swoje opinie, ale to Manson decyduje, kto ma grać. Po próbie posiedzieliśmy trochę, napiliśmy się odrobinę i rozjechaliśmy do domów. Następnego dnia byłem u Mansona w domu i graliśmy materiał z nowej płyty?


To rock and rollowy gość, prawda?


Tak, w stu procentach. Później po graniu poszliśmy na jakieś burgery i tak do 3 w nocy. Było to bardziej jako spotkanie.


Próba poznania cię jako osoby. Mike Mangini pasuje do Dream Theater nie tylko ze względu na umiejętności, ale też ze względu na osobowość.


Tak, zgadza się. To jest jak rodzaj gangu, musisz zostać dopuszczony do kręgu wtajemniczonych, być jego częścią. Zobacz, Ginger (Fish - przyp. red.) był tam przez 17 lat, to bardzo długo. Muszę więc też pasować jak osoba. Działo się to w piątek, dwa dni później zadzwonił do mnie manager i powiedział, że mam tę robotę.


Jaka była twoja reakcja?


Było późno i byłem bardzo zmęczony, szykowałem się spać. Chwilę potem zadzwonił do mnie Manson i zapytał, jak to jest być w najlepszym zespole rock and rollowym na świecie (śmiech). Następnego dnia zaczęliśmy próby.


Na YouTube jest kilka filmów, gdzie Mansonowi odbija lekko palma i wściekły świruje na scenie.


Ooo, w większości przypadków jest to nic innego jak część show. Gra na bębnach w tym zespole nie jest jedynie grą na bębnach. To zwariowane miejsce i cieszę się, że jestem tego częścią.


Masz w sobie dużo z dzieciaka?


Oczywiście, jestem wciąż jak dzieciak, w końcu żyję z gry na perkusji (śmiech).


Gra z Mansonem to z pewnością wielkie przeżycie?


Zgadza się.


Powiedz nam więc o swoich przełomowych momentach w życiu.


Z pewnością była to przeprowadzka do Los Angeles. Mieszkałem w Bostonie i zdecydowałem się na konkretny krok, by ruszyć na wschodnie wybrzeże. Na początku roku 2000 przeprowadziłem się do L.A. To był ten moment, ten początek, gdzie w końcu złapałem ten amerykański rytm. Rozpoczęły się pierwsze nagrania, trasy z zespołami, które może nie są w tej części świata zbyt dobrze znane, ale u nas zapełniały sale i grały z powodzeniem spore trasy. Przykładowo American Hi-Fi, zespół, z którym ruszyłem w trasy po Anglii i Japonii. W okresie współpracy z The Rembrandts miałem możliwość wystąpić w  musicalu Rock Of Ages, bardzo dużej produkcji, z której później zrobiono film. Miałem nawet możliwość wziąć udział w przesłuchaniu do filmu, ale w tym okresie dostałem propozycję z New York Dolls. W takim zestawieniu - wystąpić w jakimś filmie jako bębniarz, a zagrać w jednej z moich ulubionych kapel - nie było trudno o podjęcie decyzji. W sumie film jest straszny (śmiech). Po Rembrandtach trafiłem na przesłuchanie do Smash Mouth, tam grałem na jednej płycie. Wtedy też pojawił się właśnie ten moment, że - tak, nareszcie, jakoś mi idzie, potrafię. Pojawiły się telefony z magazynów muzycznych ruszyło wszystko na dobre. Zrozumiałem, że mogę to robić, mogę być sesyjnym perkusistą. Kolejny duży krok to zespół Chrisa Cornella. Jeden z agentów powiedział mi, że widział mnie na scenie kilka razy i mimo, że jest około dwudziestu bębniarzy na przesłuchanie do Cornella, to właśnie ja jestem tym właściwym gościem.


Miło chyba być tym jednym na dwudziestu bębniarzy.


Oczywiście, że tak, ale na to składa się też wiele innych czynników. Wszystko zależy od tego, kogo muzyk poszukuje. Chris szukał bębniarza o konkretnym charakterze, a ja mu pasowałem idealnie. Spójrz na zespoły w  których grał i bębniarzy, jacy tam byli. W solowym projekcie masz doskonałego Josha Freese, w Audioslave masz luźnego i agresywnego Brada Wilka, za to w Soundgarden jest Matt Cameron, który znów jest nie do opisania! On jest nie do podrobienia. Gdy przygotowywałem materiał na koncerty nie chciałem zupełnie naśladować Matta, ponieważ strzeliłbym sobie tym w stopę. Nie można go naśladować, musiałem to zrobić wszystko po swojemu.


Jak wyglądało przesłuchanie do Cornella?


To było podobnie, jak teraz z Mansonem, równie szybkie przesłuchanie. Dostałem telefon, że mam się stawić na jutro na godzinę 11 z pięcioma piosenkami, z czego jedna z nich to Spoonman. Kurczę, ten numer jest niesamowity, szczególnie ta partia przy zwrotce. Zależało mi, by zagrać ją płynnie, a nie kwadratowo. Dzwonię do znajomych bębniarzy i pytam, jak najlepiej to ugryźć. Doszliśmy, żebym to potraktował jako bardzo wolne "pięć". Podjąłem ryzyko i udało się. Grałem na przesłuchaniu ze świetnymi gitarzystami, była bardzo fajna atmosfera. Po próbie gitarzysta powiedział, że raczej na pewno mam te koncerty. Rzeczywiście, nie zdążyłem włożyć kluczy do zamka w drzwiach i dostałem info, że gramy. W tym okresie byłem jeszcze w Smash Mouth i myślę sobie, kurde, przecież nie mogę wziąć grania u Cornella, bo mam zobowiązania ze Smash Mouth! To było w poniedziałek, a ze Smash Mouth miałem grać w sobotę. Codziennie uczyłem się kolejnych piosenek po próbach ze Smash Mouth, a Cornell powiedział do managera: "Powiedz mu, że jeżeli pojedzie ze mną to cały świat dowie się, kim jest?"


To prawda?


Tak. Wtedy też byłem pierwszy raz w Polsce. Zjeździliśmy cały świat przez te trzy lata.


Masz żonę, dzieci?


Nie, nie mam, moje bębny to moja żona, talerze to dzieci (śmiech). Miałem dziewczynę przez parę lat, o czym wspomniałem wcześniej, ale jest to trudne. Nie jest to niemożliwe, ale na pewno trudne, gdy jesteś cały czas w trasie.


Potem zacząłeś przygodę z Foreigner?


Zanim zacząłem grać z Foreigner, miałem niesamowitą przygodę z zespołem Vertical Horizon. Zaraz po zakończeniu pracy z Cornellem od razu zabrałem się za Vertical Horizon. Kilka lat wcześniej odrzuciłem grę w tym zespole i rekomendowałem im bębniarza, po czym? sprzedali miliony płyt! Matt Scannell (szef Vertical - przyp. red.) zobaczył mnie podczas Rock of Ages: "Kurczę, to ten koleś, co nam odmówił parę lat temu!" (śmiech). Znalazł mnie i powiedział, że następną płytę robimy razem! Czemu nie?! Weszliśmy do studia i Matt mówi do mnie: "Muszę ci się do czegoś przyznać, dwa kawałki na tej płycie nagrywa Neil Peart?" O w mordę, chyba jedyna płyta poza Rush, gdzie się pojawił! Tak to właśnie wylądowałem z Neilem na jednej płycie. Nagrałem album i pojechałem w dwumiesięczną trasę. W końcu trafiło się Foreigner? To też przykład przypadku i szczęścia. Po trasie z Vertical wróciłem do domu i grałem sobie w tenisa z klawiszowcem z Foreigner, powiedziałem mu, że jeżeli kiedykolwiek dowie się, że potrzebny jest bębniarz do zespołu to niech da mi znać, ponieważ uwielbiam ten zespół. Wiedziałem, że w kapeli gra Brian Tichy, ale jeżeli odejdzie to żebym wskoczył za niego. Po jakimś czasie dostaję telefon od tego klawiszowca. Myślę sobie, że to nareszcie "ten" telefon, odbieram, a on do mnie: "Gramy w tenisa?". Ku*wa! (śmiech) Tichy odszedł do Whitesnake i obaj mnie rekomendowali na miejsce garowego, tak trafiłem do Foreigner. Nauczyłem się 12 piosenek, ale nie mogło się obejść bez przeszkód, ponieważ podczas gry w tenisa kontuzjowałem sobie ramię? To był świetny rok w zespole, wiele wspaniałych koncertów. Zaraz po Foreigner dostałem propozycję grania w New York Dolls, co było dla mnie niesamowite, ponieważ uwielbiam ten zespół. Powiedziałem, że wszystko jestem w stanie opłacić sobie sam, żeby tylko znaleźć się w tym zespole. Udało się i zagraliśmy trasę z Poison i Motley Crue, później trasę z Alice Cooperem. Wszystko skończyło się w listopadzie 2011 roku i teraz znajduję się w tym miejscu.


Z moich obliczeń wychodzi na to, że w widełkach jednego roku grałeś w Foreigner, New York Dolls i Marilyn Manson?


Tak, rzeczywiście. Kończyłem trasę z Foreigner, później grałem z Dollsami i dostałem angaż do Mansona. Dokładnie!


Co jest teraz najgorsze na koncertach?


Nie nudzę się. Gram razem z elektroniką, co miało miejsce już wcześniej z Cornellem. Niektóre numery muszą mieć specyficzny groove? Ciężko to opisać? Tak, jak na przykład Beautiful People, gdzie musisz grać mocno osadzony groove, ale bardzo mechanicznie.


Masz specjalny zestaw na te koncerty?


Tak, Paiste przygotowało mi specjalny zestaw czarnych talerzy, głównie 2002, ale na wielką trasę z Robem Zombie będą to Alpha, bardzo niedoceniane talerze, które są fenomenalne. Kolejna sprawa to podwójna stopa. Nie zwykłem jej używać i do tej trasy musiałem poćwiczyć na dwie stopy, każdego dnia. Mój Ludwig też jest oczywiście cały czarny z czarnymi naciągami i czarnym hardware. Jeżeli chodzi o pałki to przeskoczyłem ze swojego modelu Vic Firth i mam customowe pałki Regal Tip, mają najlepsze miotełki na świecie. Przeszliśmy razem do Regal Tip z Tichym. To zabawne, poleciłem i w sumie zamówiłem mu Paiste, graliśmy na zmianę z Foreigner, to świetny gość, bardzo niedoceniany i nasze ścieżki się przeplatają.


Z tego, co opowiadasz, można wysnuć prosty wniosek - trzeba wierzyć w to, co się robi?


Jak najbardziej. Przede wszystkim jednak każdy perkusista musi wiedzieć czego chce, zanim się za to weźmie. Czy chcesz być w trasie czy w studio? Jeżeli nie jesteś w stanie sam się określić to nigdy tego nie dostaniesz. Musisz też budować relacje i kontakty, uczestniczyć w życiu. Każdy dzień pracuje na kolejny. Nie wiesz, co może ci się przydać w jakieś sytuacji. Tak, jak to było ze mną i Mansonem, gdzie wyszkolenie techniczne okazało się kluczowe w rozmowach. Każdy ze znanych perkusistów pracuje sumiennie na uznanie. Nie siedzą w piwnicy i nie czekają na zbawienie. Musisz mieć też odpowiedni charakter, ponieważ nie każdy się nadaje do takiej pracy, by być ciągle w trasie z różnymi bardzo zespołami.


Mówiłeś mi wcześniej o współpracy z Johnnym Deppem?


A tak, są plany na zrobienie wspólnej płyty. Johnny jest dobrym muzykiem, pokazywał mi swój zestaw Ludwiga. To ponoć całkiem dobry bębniarz, chociaż nie słyszałem go w akcji. Za to słyszałem, jak gra na gitarze i szło mu całkiem fajnie. Nagrywał jedną piosenkę na ostatniej płycie Mansona. Siedzieliśmy sobie w studio, popijaliśmy co nieco, bawiliśmy się nieźle - grając.


Jesteś szczęśliwym gościem?


Jestem absolutnie szczęśliwy, siedzę sobie teraz w Warszawie, jutro będę gdzieś indziej. Uwielbiam podróżować, uwielbiam trasy. Nigdy nie brałem niczego za coś, co powinno mi się należeć, ciężko pracowałem na to. Już teraz patrzę, co będzie się działo w przyszłym roku. Tak czy inaczej musisz być dobry i chcieć działać. Jest wielu świetnych bębniarzy, którzy siedzą i czekają, i nie działają. Ja pracuję i działam.


Zdjęcia: Neil Zlozower
Serdeczne podziękowania dla Kelly Paiste


Galeria

Pozostałe

Paul Mazurkiewicz (Cannibal Corpse)

Dodano: 29.09.2016

Jeden z najsłynniejszych zespołów deathmetalowych na świecie współtworzy perkusista o bardzo swojsko brzmiącym nazwisku.

czytaj dalej

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama