Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Matt Cameron

Dodano: 07.03.2013
Kiedy Matt Cameron dołączył do Pearl Jam wiele osób stwierdziło, że zespół ma bębniarza, o jakim tylko można sobie pomarzyć. Mało kto przewidywał, że nagle na światowej scenie staną obok siebie Pearl Jam i? Soundgarden.

Oba zespoły są największymi "żyjącymi" przedstawicielami sceny grunge, która wyparła wymiatających pod koniec lat 80-tych wirtuozów gitar z tapirowanymi włosami. W pewnym momencie wydawało się, że na posterunku zostało jedynie Pearl Jam. Jednak niektóre osoby potrzebują czasu, by dojrzeć do pewnych wniosków, dlatego też kilkanaście lat zajęło Soundgarden, by znowu zebrać się razem i bez maczet, katan tudzież innych mieczy, w przyjacielskiej atmosferze pograć stare i skomponować nowe rzeczy. Nie tylko scena grunge oraz kilka wspólnych przygód są elementem łączącym oba zespoły. Obie kapele napędza rytmicznie ten sam facet - Matt Cameron.

Po wspaniałej, pełnej sukcesów, niezależnej od siebie karierze w dwóch różnych zespołach nagle okazało się, że drogi tych dwóch kapel zaczęły się przecinać. Zaczęły przecinać się wielkie trasy koncertowe i sesje nagraniowe. Patrząc na Matta podczas takiego Download można się zastanowić, jak jeden człowiek jest w stanie przeskakiwać pomiędzy dużymi arenami, studiami nagrań i różnymi stylami z taką łatwością. Także i u nas w kraju zespoły mają olbrzymią grupę fanów. Póki co musimy jeszcze zaczekać, zanim Soundgarden i Pearl Jam zawitają do Polski (a zawitają na pewno) mimo, że ten pierwszy zespół krąży mocno po Europie. Jest to jedno z podstawowych pytań, jakie nasuwa się przy rozmowie z bębniarzem, wybijającym rytm dwóm największym zespołom grunge?owym, którym udało się przetrwać.

Gdzieś w połowie lat 80-tych Soudgarden rozjaśniło szarzyznę Seattle i jego deszczowy krajobraz. Przyszli kumple perkusisty z Pearl Jam - Stone Gossard i Jeff Ament osiągnęli pierwsze sukcesy jako Green River i później Mother Love Bone. Ta druga grupa miała swój tragiczny koniec w 1990 roku, kiedy to frontman Andy Wood zmarł w wyniku przedawkowania heroiny... Ta śmierć połączyła Soundgarden i późniejsze Pearl Jam.

"Wszyscy trzymamy materiały Mother Love Bone i to wszystko, co stało się po tym, jak Andy odszedł" - mówi Cameron przyciszonym, refleksyjnym tonem. "Wszyscy byliśmy bardzo temu oddani. To była ściśle powiązana ze sobą scena lokalna. To uzasadniało, dlaczego mieliśmy tak bliskie relacje między sobą". Matt opowiada dalej. "Po tym, jak Mother Love Bone przestało działać, Chris miał zamiar zrobić singiel w Sub Pop w hołdzie dla Andy?ego Wooda i pewnego razu powiedział o tym Stone?owi i Jeffowi. Zdecydowali się więc wziąć mnie na pokład razem z nowym wokalistą, który z nimi pracował."

Pearl Dżemowanie


Tym nieznanym wokalistą, z którym współpracowało trio Pearl Jam - Mike McCready, Gossard i Ament był oczywiście Eddie Vedder - świeżo upieczony frontman. Do ekipy dołączyli Cameron i Cornell, a powstały projekt znany i pamiętany jest do dzisiaj jako Temple Of The Dog.

"To był pierwszy raz, kiedy współpracowałem razem z Eddie?m w studio" - mówi Cameron. "Rozwaliło nas to, jak dobrze dopasował się do naszej sceny". Z Vedderem jako wokalistą Pearl Jam oba zespoły rozpoczęły marsz ze sceny Seattle ku szczytowi, tworząc mainstream takimi albumami jak Badmotorfinger Camerona i spółki oraz pearljamowym debiutem Ten. Osiągnęli szczyty list przebojów, co w przypadku Soundgarden miało swój wyraz w Superunknown. Z Cameronem na pokładzie, który podkręcał podziały do takich wartości, jak 7/4 w Spoonman, 5/4 w My Wave i 15/8 w Limo Wreck. Nawet wielki hicior, który wciąż broni się po latach (doskonały wyznacznik siły utworu), jakim jest Black Hole Sun pulsuje w 9/8. Kawałek ten uczynił nie tylko Cornellowy zespół jednym z najpopularniejszych z wylewającej się fali grunge?owych kapel Ameryki, ale także przyczepił etykietę bardzo różnorodnego i kompletnego.

"Słuchałem bardzo dużo jazzu, kiedy byłem dzieciakiem" - odpowiada pytany o styl gry w początkach Soundgarden. "Bardzo dużo Tony?ego Williamsa, później odkryłem Billa Bruforda, Terry?ego Bozzio, Billy?ego Cobhama i kilku gości grających fusion. Wydaje mi się, że byłem bardziej pod wpływem jazzu i fusion niż punku albo rocka, ale też bardzo lubię te zespoły: Deep Purple, Cheap Trick, MC5, Stooges, cały ten materiał. Czułem jednak, że więcej nauczę się słuchając jazzowych bębniarzy lub bębniarzy, którzy grają bardziej skomplikowane rzeczy. Byłem maniakiem takiej nuty."

Bycie maniakiem tego typu muzyki przynosi określone efekty. Tylko? jak to się miało do Soundgarden i ich surowego brzmienia w momencie, gdy Matt lawirował wśród lekkich i zacienionych brzmień? "Myślę, że to, co wniosłem do Soundgarden w momencie, gdy się przyłączyłem to fakt, że możemy wyjść poza punk rock i tego typu styl, jaki wtedy dominował. Kim Thayil pisał i wciąż pisze riffy, które często nie są na 4/4. To jego naturalny styl pisania. Chris jest utalentowanym bębniarzem i wiele jego piosenek zostało kompletnie przez niego zrobionych razem z basem, gitarami, perkusją i wokalem. Wiele razy zwykł mówić: "Hej, mam taki bit, możemy coś z tym zrobić?" Zawsze zachęcałem go do tworzenia perkusyjnych patentów. Wszystko było tak super naturalne. Pasowałem idealnie w Soundgarden. Myślę, że pod wieloma względami pozwolili mi liderować w wielu piosenkach. Partia bębnów czasami wydaje się, że jest jako główna partia utworu. Pod tym względem ten zespół jest chyba wyjątkowy. Sądzę, że Chris jako perkusista lubi mieć mnie w zespole, ponieważ czuje, że może robić wszystko w tej kwestii."

Rozpad Soundgarden


Pomimo tego, że zespół wszedł totalnie na szczyt dzięki wspaniałej muzycznej chemii między członkami zespołu, pomimo tego, że płyty sprzedawały się na pęczki, panowie w 1997 roku zaczęli powoli mieć dość patrzenia na siebie. Po występie na festiwalu Lollapalooza zespół pojechał w trasę, która upłynęła pod znakiem ciągłych napięć i konfliktów. Zaraz po zakończeniu trasy kapela dała sobie spokój. Soundgarden będąc u szczytu rozpadło się w wyniku ciągłego stresu, wywołanego właśnie tymże byciem u szczytu. Matt nie był jednak długo bezrobotny. Po pracy w studio ze Smashing Pumpkins i z wczesnym wcieleniem Queens Of The Stone Age wrócił do Seattle i odpowiedział na sygnał SOS od chłopaków z Pearl Jam.

"Dostałem telefon od Pearl Jam, którzy szukali kogoś za Jacka Ironsa, który nie był w stanie dograć dalej trasy z zaklepanymi koncertami. Na szczęście byłem zaznajomiony z muzyką i zaznajomiony z chłopakami." Skok, jaki wykonał Matt pomiędzy jednym a drugim tytanem sceny grunge w Seattle był zaskakująco bardzo łatwy. Niczym bębniarz z sąsiedztwa wskoczył na stołek garowego zespołu.

"Nie było to jakoś specjalnie szalone, ponieważ dobrze wiedziałem, kim są jako zespół. Znałem dobrze ich brzmienie i rodzaj piosenek, jakie tworzyli. Oprócz tego cała sława, otoczka, jaka była wokół nich, mogłem spokojnie to sobie poukładać." Cameron wspomina cały proces wyciągając logiczne wnioski: "Było sporo wspólnych płaszczyzn. Jeżeli bierzesz kogoś spoza swoich rodzinnych stron, czasami tego typu transfer może okazać się procesem długotrwałym, ponieważ w chwili, gdy zespół staje się wielki i gra dużo tras staje się prawdziwą rodziną, gdzie musicie wzajemnie na sobie polegać i ufać. Czasami ciężko jest kogoś wprowadzić z zewnątrz, kto by pasował. To znacznie więcej niż granie piosenek."

Adaptacja


W chwili, gdy personalnie wszystko zaskoczyło jak należy, kwestia komfortu muzycznego zajęła nieco więcej czasu. Przede wszystkim zamienił zamaszysty i barwny styl Soundgarden na znaczne prostszy sznyt Pearl Jam. Był to lekki szok.

"Myślę, że pierwszy rok był dla mnie ciut podstępny, ponieważ nie grałem z dynamiką, jaka była potrzebna w tej muzyce" - zaznacza. "Tłukłem, jak się dało. Musiałem przegrupować się po pierwszej trasie i starać się lepiej dopasować dynamicznie do zespołu. Wydaje mi się, że była to jedyna rzecz, nad którą musiałem się skoncentrować. To oraz granie muzyki w stylu, w jakim chłopaki nagrali poszczególne piosenki. Nie chcesz ich czuć zupełnie inaczej. Czasami nowi bębniarze zmieniają w pełni czucie piosenek. Każdy w zespole jednak wydawał się być zadowolony z tego, co wniosłem do zespołu. To było i wciąż jest wspaniałe."

Pomimo tego procesu adaptacji Cameron mówi nam ze szczerym uśmiechem, że był w stanie szybko dostosować swój styl do pearl-jamowych klasycznych kawałków, zostawiając swój znak rozpoznawczy w postaci dynamiki i niemal niewyczuwalnych ghostów na kawałkach będącymi już ikonami rocka. Równocześnie był zadowolony, że przez jego grę filtrowana jest gra pozostałych muzyków. "Myślę, że mój styl pasował do Pearl Jam. Ta muzyka jest osadzona na wokalu. To bardzo dobre dla muzyka, by starać się dopasować do tego, czym akurat się zajmuje i starać się uczynić najlepszym, jak to tylko jest możliwe. Dla mnie było to prawdziwe wyzwanie, by wesprzeć zespół i wokal zamiast wyskakiwać przed, jak to było w Soundgarden. To zupełnie co innego, ale wciąż jest to wyzwanie i jest to wspaniałe wyzwanie."

Minęło 14 lat, odkąd Cameron przyjął zaproszenie, ratując zespół w trasie i stając się najdłużej grającym bębniarzem w Pearl Jam. Występuje na albumach od Binaural z 2000 roku po Backspacer z 2009, o albumach koncertowych już nie wspominając. Matt zaznacza, że wyczyn w postaci gry w dwóch takich zespołach, które liczą się z jego grą sprawia mu dużo satysfakcji. Mówi z entuzjazmem: "To wspaniale być świadomym tego, jaki rodzaj piosenek pasuje do danego zespołu. Zajęło mi parę lat, by zrozumieć, jaki rodzaj muzyki będzie współgrał z Pearl Jam. Oni są zawsze bardzo otwarci na temat utworów bębniarza, co w wielu zespołach jest ostatnią rzeczą, jaką by się chciało słyszeć. Byłem bardzo zadowolony, kiedy zobaczyłem, jak traktują moje piosenki. Nie są zawsze wykorzystywane, ale jest to zupełnie inna perspektywa w stosunku do tego, jak oni tworzą. Oczywiście też współtworzymy razem. To wspaniałe mieć więcej kompanów do pisania muzyki. Daje to większą szansę, by twoja muzyka trafiła do określonej grupy. W Soundgarden mogę przynieść gitarowy riff i całą piosenkę będą mieć napisaną w dwa dni."

Powrót do ogrodu


Obecnie w pełni zintegrowany, zaufany wielce respektowany członek Pearl Jam jest na swoim. Jego pragnienie wyzwań rosło w głowie aż do momentu, gdy na początku 2010 roku Soundgarden postanowiło wrócić z nową trasą i pracą nad nowym materiałem.

"Nie, to nie był szybki proces" - powiedział z półuśmieszkiem - półgrymasem, gdy zapytaliśmy, czy łatwo poszło składanie z powrotem zespołu. "Rozpoczęliśmy rozmowy gdzieś ok. 2008/2009. Mieliśmy taką ?stronę B? płyty, którą chcieliśmy wydać. To była płyta jeszcze z czasów Sub Pop, która nigdy nie została zrealizowana, więc postaraliśmy się to zrobić i załatwić trochę spraw biznesowych. Wtedy też postanowiliśmy zebrać się i zagrać. Kurde, jesteśmy zespołem, wejdźmy do sali i zagrajmy razem, zobaczymy, co się stanie. Później mieliśmy występ w Showbox w kwietniu 2010 i było fantastycznie. Spędziliśmy razem świetnie czas, więc zdecydowaliśmy się dodać kilka koncertów i ruszyć powoli dalej. Zagraliśmy na Lollapaloozie i wtedy wpadłem na pomysł, by nagrać płytę. To była jedyna przyczyna, dla której chciałem to zrobić, nagrać płytę. Nie chciałem grać więcej koncertów, ale jestem zadowolony, jesteśmy w stanie je grać i wszystkie punkty programu działają."

Czyli wszystkie napięcia po przeszło dekadzie rozmyły się? "Jasne, to jak upływająca woda, my nigdy nie byliśmy tak naprawdę źli na siebie. To wszystko wzięło się stąd, że doszliśmy do punktu, gdzie byliśmy totalnie chorzy, jak się widzieliśmy." Cameron ujawnia z naciskiem na słowo "totalnie". "Potrzebowaliśmy przerwy, ponieważ zaczynaliśmy od niczego a doszliśmy do wielkiego sukcesu. Myślę, że ten cały proces nas wypalił. To dobrze, że zrobiliśmy sobie takie coś, co nazywam urlopem naukowym. Kiedy zeszliśmy się razem była tona dobrych pomysłów, a ta potrzebna iskra jeszcze się wcale nie wypaliła. Nie wiem, jak długo to potrwa, ale jestem bardzo szczęśliwy, że znaleźliśmy się w tym punkcie."

Grać "dziwnie"


Punkt, jaki osiągnęło Soundgarden po 13 latach, jak to nazwał Matt, urlopu naukowego, to światowa trasa pod własnym szyldem oraz płyta King Animal, która cofa Camerona w znajome mu w Soundgarden rejony, pozbawione limitów działanie w studio z Cornellem, Thayilem i Shepherdem.

"Starałem się grać bardziej perkusyjnie i chciałem dodać nieco inne elementy perkusyjne" - mówi oceniając swoją grę na albumie. "Chyba starałem się być bardziej afrykański w paru miejscach i wnieść afrykańskie inspiracje w hard rockowy zespół, co jest nieco trudne. Stało się to naturalnie. Nie było tak w każdej piosence, ale w kilku z nich chcieliśmy zrobić groove, niepodobny do groove?ów heavy rockowego zespołu. Tego typu groove?y są jednak oparte na świetnych heavy riffach gitarowych. Nie usiedliśmy i powiedzieliśmy: ?- Musimy zrobić to i to na tę płytę.? To, co jest wspaniałe w tym zespole to, że w pełni w to wchodzimy i wzajemnie sobie ufamy. Jeżeli coś nie idzie, jak należy, to wiem o tym od razu. Dają mi moc sprzeciwu w momencie, gdy coś nie ma odpowiedniego czucia lub nie mogę tego złapać. Muzyka informuje, jaki rodzaj bębnienia podkładam i w większości muzyka w Soundgarden jest nieco dziwna, dlatego bębnienie jest troszeczkę dziwne."

Zamiast mówić o tym wszystkim, Cameron szybko porusza temat starych fanów, których pociesza, że nie mają do czynienia z jakąś drastyczną rewolucją. "Nie zmierza to w kierunku drastycznych zmian. Jest to z pewnością to, czego ludzie oczekują usłyszeć od zespołu. Nie będziemy elektroniczni, nie ma loopów, nie ma komputerów, nic z tych rzeczy. To wciąż żywe granie - tak to nazwijmy." Panowie są nie tylko starsi, ale każdy z nich ma napięty grafik - może nie tak, jak Cameron - co oznaczało szaleńcze tempo w studio. "Jamowaliśmy przez jakieś dwa miesiące pisząc i ogrywając muzykę, zanim wejdziemy do studia. Zaczęliśmy na początku 2011. Moje partie poszły dość szybko, ponieważ miałem pełno koncertowania podobnie, jak Chris."

W momencie, gdy dla wielu bębniarzy reaktywacja Soundgarden oznaczałaby przerwę dla Pearl Jam, Cameron wesoło żongluje sobie oboma zespołami. Powiedział nam, że siedział w tym roku w studio z Soundgarden, ruszył w trasę z dwoma kapelami i liczy na pracę nad nowym materiałem do Pearl Jam pomiędzy kolejnymi trasami Soundgarden. Sytuacja wydaje się więc nieco szalona i ciekawe, skąd Cameron bierze na to tyle energii. Matt tylko się uśmiecha. "To szalone, co robię? Na tym etapie gry jest to kwestia odpowiedniego poszeregowania spraw. Muszę mieć pewność, że mam kilka tygodni lub miesiąc wolnego między trasami. Nie trafiło się to teraz z Soundgarden i Pearl Jam, ale nie narzekam. Jako muzyk ostateczną rzeczą, jaką musisz mieć to zdobyć granie, chcesz być w stanie móc grać i mieć publikę, by grać dla niej. Czuję się wielkim szczęściarzem, że mam taką możliwość znowu z Soundgarden."

Oczywiście Cameron ma świadomość, że jego wczesny styl gry z Soundgarden został zarażony nieco pracą w Pearl Jam. Zastanawia się głośno, czy jego doświadczenie z Pearl Jam przesiąka do Soundgarden, dając jeszcze bardziej zagmatwany efekt. "Prawdopodobnie! Myślę, że jedną z rzeczy po naszym powrocie, którą chciałem zrobić było słuchanie lepiej. Byliśmy zespołem, który po prostu wskakiwał na scenę i tłukł. Nie było w tym zbyt wiele słuchania, szczególnie na samym końcu istnienia zespołu. Jedna rzecz, która mnie naprawdę zestresowała to, gdy weszliśmy do sali prób, to musieliśmy nieco się ściszyć, musieliśmy mieć pewność, że bębny nie będą niczego burzyć. To był mój cel. Chciałem Soundgarden nie tak głośnego, by słyszeć się razem bez straty mocy."

Muzyczny gobelin, który uplótł Cameron na przestrzeni lat z Soundgarden i Pearl Jam zawdzięcza temu, że znalazł zespoły, które chciały korzystać z każdego aspektu jego gry, brzmienia i komponowania. Trzy aspekty, które rozwijały się na przestrzeni niemal 30 lat kariery. W związku z tym Cameron nie tylko rozkwitał w dwóch zespołach, ale także pozostawił swój charakterystyczny ślad. Nieważne, czy grał ciężkie i okrągłe tomy na 7/4 w Soundgarden, czy też stabilne rockowe 4/4 z Pearl Jam. "Kiedy byłem młodszy, zwykłem pracować z chórem i piosenkarzami-kompozytorami, zawsze powtarzali mi, że gram za głośno, nad wokalami. Pewnego razu wszedłem do zespołu, w którym był Chris. Zachęcał mnie, bym akcentował jego wokal, Eddie robi tak samo. Lubi, kiedy jestem w stanie podnosić piosenkę, a on jest w stanie podnosić swój wokal, crescendo, w tym samym czasie. Oba zespoły muszą mieć konkretną energię w partiach perkusyjnych i ogólnie w grze. Muszę to wyłożyć na stół w obu kapelach. Pearl Jam nie jest oczywiście kapelą polegającą na nieparzystych podziałach, ale musi mieć w sobie pewną intensywność, którą musi mieć też Soundgarden. W momencie, gdy trwa proces twórczy jest to prawdziwa zabawa, ponieważ staram się dopasować do zespołów konkretnymi piosenkami. Chłopaki są bardzo specyficzni, jeżeli chodzi o to, co chcą, by dany instrument robił w momencie, gdy nagrywamy demo lub wchodzimy do studia nagrywać. Chodzi o to, żeby wszystko pasowało. Czasami bywa tak, że wychodzi w Pearl Jam prawdziwa zawiłość, ponieważ razem z zespołem musimy wspierać wokal i upewnić się, że nie będziemy grać ponad nim."

Jego umiejętność trzymania gry pod wokalem jest wspomagana przez świeże podejście w porównaniu z ognistą grą wczesnych lat. Doświadczenie nieco uspokoiło perkusistę. "Gram bardziej zrelaksowany, ale z tą samą energią. Staram się osiągnąć ten efekt Zen, nie walczyć ze sobą, ale grać ze 100-procentową mocą. Zajmuje to wiele tras, sesji nagraniowych, pisania muzyki. To życiowy proces. Uczę się znacznie więcej, gdy jestem starszy. Mam 50 lat, więc muszę się odpowiednio nastawić. Nie niszczyć swojego ciała w chwili, gdy jesteś takim starym typem, jak ja."

Zmiana brzmienia


Po zmianie swojego nastawienia do gry, Cameron wziął też pod lupę brzmienie swojego zestawu. Patrząc znowu z perspektywy lat mówi: "Wydaje mi się, że nie jest tak jasne, jak zwykłem mieć, staram się mieć ostre brzmienie. Zawsze chciałem być słyszalny w Soundgarden, więc czasami stroiłem werbel wyżej, by się przebijać. Czasami doprowadzało to do tego, że moja lewa ręka była nieco obolała. Spróbowałem więc poluzować nieco naciąg werble, odrobinkę, głównie ze względu na moją rękę."

Analizując to wszystko Cameron zaznacza, że jest pełno czynników, które mają wpływ na każdy element, który przekłada się na to, jak później gra, a my go słyszymy na nagraniach. "Sama gra, komponowanie, nagrywanie, bycie zamkniętym w pokoju razem i wspólna praca, to wszystko wpływa na ogólny obraz. Każdy z tych elementów ma znaczenie. Jest bardzo ważne, by przejść przez te wszystkie punkty i zdobywać doświadczenie, czasami dobre, czasami złe, ponieważ nie zawsze wszystko się udaje. Często najlepsza nauka jest na własnych błędach, a tych zrobiłem bardzo wiele w swojej karierze. Myślę, że umiejętność gry na gitarze i komponowania naprawdę pomaga mi w grze na bębnach, które wspomagają muzykę w sposób bardziej intuicyjny i szczęśliwie brzmi bardziej zintegrowanie z zespołem. To jest to, co zawsze chciałem osiągnąć, zintegrować bębnienie z muzyką. Do momentu, gdzie nie zauważasz wręcz bębnienia, ciągle chcę do tego dojść."

Pomimo tych wszystkich mądrości i doświadczeń, muzyk musi odpowiednio się wyregulować pomiędzy obiema kapelami. "Jedyna rzecz, jaka wymaga regulacji to głośność. Soundgarden jest znacznie głośniejsze" - kontynuuje. "To całe sedno! Koncertujesz bardziej jako muzyk, spodziewane jest od ciebie, że się szybko przestawisz, a ty musisz to zrobić. Nie jest to dla mnie bardzo trudne. Muszę mieć pewność, że moja dynamika jest prawidłowa dla Pearl Jam, nie mogę tak po prostu wejść i zacząć tłuc." W tym momencie kończy się nasz czas z Cameronem. W perspektywie pojawiają się nowe płyty i trasy koncertowe, które muszą (czy organizatorzy mnie słyszą?!), muszą zawsze zahaczyć o najdziwniejszy kraj na ziemi (czyt. Polskę). Pozostało tylko jedno pytanie. Czy jest coś, co mu siedzi w głowie w związku ze zbliżającymi się wydarzeniami.

"Jest to jedyna rzecz, której chcę uniknąć - kolizja. Każdy jest u mnie na tej samej stronie ważności. Management Pearl Jam i management Soundgarden jest zawsze w kontakcie, więc nie powinno być żadnych kolizji terminów. Będę musiał sobie odpuścić pewne opcje tras, ponieważ muszę mieć czas na przegrupowanie. Mam rodzinę i nie chcę być w trasie cały czas. Chcemy ustalić wszystko na 8 miesięcy do roku naprzód, by mieć pewność, że nic się nie nałoży i nie będzie konfliktu interesów. Końcówka tego roku będzie bardzo ciasna. Skończyć nową płytę Pearl Jam i wziąć się od listopada za promocję nowej płyty Soundgarden. Czuję się bardzo dobrze w obu materiałach, chcę więc je wspomagać i ruszyć z nimi w trasę."

Przygotowali: Rich Chamberlain i Maciej Nowak
Foty: Joby Sessions


Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama