Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Paul Cook (Sex Pistols)

Dodano: 02.05.2013
Są zespoły, które istniały tylko przez chwilę, ale zapisały się w historii muzyki po wieki. Taką kapelą było właśnie Sex Pistols, gdzie za bębnami siedział nasz gość Paul Cook.

Sex Pistols to jeden z najdziwniejszych zespołów w dziejach rocka. Kapela, która wydała tak naprawdę jeden jedyny pełnowymiarowy album, namieszała nieziemsko nie tylko na angielskiej scenie. Plugawi i bluźnierczy zostali w krótkim czasie wykluczeni na margines muzyczny, mimo to tysiące młodych fanów identyfi kowało się z nimi i z ich hałaśliwą muzyką. Posądzani o kompletny brak umiejętności muzycznych nie mieli większych szans na udowodnienie, że coś tam jednak potrafi ą zagrać. Koncerty odwoływano jeden za drugim, a ich postawa dawała wiele do życzenia, szczególnie wszystkim tym, którzy lubią mieć kontrolę nad sytuacją. Nie ma chyba fana muzyki rockowej, który nie znałby Anarchy In UK czy God Save The Queen. Wiele kapel przerabiało ich numery, przez co rosła legenda Pistolsów.

Perkusista zespołu nie jest muzykiem, który powala pod kątem techniki czy umiejętności, jednak ponownie, jak to mamy w przypadku Larsa z Metalliki, tak i tu właśnie osoba Paula Cooka słyszana jest w słynnych utworach, które wywarły wpływ na kolejne pokolenia. Miał duży wpływ na kształt zespołu mimo, że nie był pierwszoplanową postacią kapeli. To jednak on starał się trzymać cały band w kupie mimo, że członkowie zespołu często teoretycznie stali na scenie, ale pod wpływem "środków dopingujących" nie bardzo wiedzieli, gdzie są. Dotyczyło to szczególnie Sida Viciousa, który permanentnie narąbany tworzył (sic!) po odejściu Glena Matlocka sekcję rytmiczną z Cookiem. Co działo się po zakończeniu działalności Sex Pistols? Było różnie, ale w końcu zespół reaktywował się w 1996 roku i ruszył w trasę, budząc mieszane uczucia wśród krytyków i fanów.

Jakkolwiek by nie patrzeć, kapela ma status legendarny i nawet tym, którzy kompletnie nie trawią takiego grania, polecamy rozmowę z Paulem. Warto poszerzać swoje horyzonty. Szczególnie, jeżeli to dotyczy prawdziwej legendy rocka, jakim jest, czy to się komuś podoba czy nie - Sex Pistols.

Nie grałeś zbyt długo na bębnach w momencie, gdy Pistolsi zaczęli swoje działania. Uczyłeś się w praktyce?


Nigdy nie mieliśmy czasu na rozwój jako muzycy, co było poniekąd w porządku, ponieważ rozwijało to nasze brzmienie. Trzymaliśmy to prosto i bezpośrednio, co było ważniejszym celem niż poświęcać czas na te wszystkie techniczne rzeczy i naukę naszych instrumentów. To przyszło później. Nie grałem w ogóle zbyt długo, ponieważ Pistolsi rozpadli się momentalnie będąc wielkimi. Wszystko szło na ucho i tak też było grane. Never Mind The Bollocks było całkiem surowe, kiedy to nagrywaliśmy. Musieliśmy wejść i trzasnąć to tak, jak umieliśmy. To jest całe piękno tego materiału, serio. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, by się nad tym zastanawiać. To była ta naturalna surowa agresja w naszym wczesnym graniu.


W jakich bębniarzy byłeś zapatrzony?


Byliśmy dzieciakami lat 70-tych, scena glam rockowa i wokoło. Słuchaliśmy Bowiego, Roxy Music, The Faces i całego tego wspaniałego materiału. Sporo soulu i reggae. Słuchałem wspaniałych bębniarzy w stylu: Paul Thompson, Simon Kirke z Free. Lubiłem też Ala Jacksona, to był moim zdaniem cudowny bębniarz. Także bębniarze z Motown byli całkiem spoko z tymi swoimi małymi rollami. Gdy się uczyłem to katowałem się tego typu materiałem.


Taka forma nauki idealnie wpisała się w źródło punku…


To było na zasadzie mentalnego zrób to sam. Etos punkowy mówił, żeby zerwać się i pójść. To był powrót do podstaw, nie mieliśmy czasu, by myśleć nad jakimiś sztuczkami. Nie było żadnego manifestu czy planu, żeby było wszystko proste. To nie był "rok zerowy", to była zwykła naturalna rzecz.


Zespół nagrał kilka demówek zanim ruszył w trasę. Czy była to bardzo duża pomoc w konsolidacji całości?


Chris Spedding (producent demówek) był wielce pomocny. Pamiętam, że mówił nam, byśmy wręcz to jeszcze bardziej uprościli w stosunku do tego, co graliśmy. Mówił tak odnośnie mojego grania, ponieważ akcentowałem niemal wszystko, co grał Steve (Jones, wioślarz zespołu). Byliśmy we dwóch bardzo zgrani. Chris powiedział jednak, żebym trzymał wszystko w prostym 4/4, ponieważ to była siła zespołu. Miał rację.


Byłeś więc nieco inny, ponieważ koncentrowałeś się bardziej na gitarze niż na basie. Byliście we dwóch w bliskich relacjach?


Dorastaliśmy razem. Gdy wzięliśmy instrumenty, naturalnie się zgraliśmy. Dla mnie mógł on być swobodnie i basistą. Byliśmy blisko siebie w chwili, gdy graliśmy i także w tym wszystkim, co robiliśmy. To było wspaniałe granie z nim. To według mnie najlepszy gitarzysta rytmiczny na świecie. Gdy nagrywaliśmy Never Mind The Bollocks robiliśmy to na bębny i gitarę. Nie było basisty, ponieważ Glen (Matlock) odszedł a Sid (Vicious) był w szpitalu połowę czasu. Musieliśmy to nagrać więc na gitarę i bębny jako bazę. Rytmicznie jest świetna.


Czy twój bliski kontakt ze Stevem trzymał zespół muzycznie?


Z pewnością. Nie wydaje mi się, że mógłbym to zrobić teraz bez basisty, ale w tamtym czasie nie znaliśmy zupełnie różnicy. Byliśmy dwuosobowym zespołem. Była kiedyś recenzja jednego z naszych ostatnich koncertów: "To najlepszy dwuosobowy zespół na świecie". Sid był poza nami robiąc cokolwiek, a ja i Steve tłukliśmy razem. Zawsze tak było.


Jakie było podejście przy nagrywaniu Never Mind?


Siedzieliśmy wszyscy razem na Denmark Street i ludzie rzucali pomysłami. Glen zwykł przychodzić z jakimś riffem. John (Lydon, wokalista) siedział w rogu i skrobał te swoje teksty, po czym waliliśmy nasze aranże. Wiem, że brzmi to nieco żałośnie, ale wszystko funkcjonowało razem. To było tak łatwe, aż nierealne. Nie spędziliśmy nad tym dużo czasu. To było naprawdę bardzo dziwne, jak wszystko razem wyszło.


Jak uzyskałeś swoje brzmienie bębnów?


Chris (Thomas, producent) był bardzo pomocny. Weszliśmy do studia i Chris ponownie powiedział nam, byśmy trzymali się prostych rzeczy podczas, gdy Glen chciał robić nieco bardziej skomplikowane partie basu na wcześniejszych demo. To było świetne, ponieważ był wspaniałym muzykiem, ale moim zdaniem Chris miał rację, że moc tego zespołu była wtedy, kiedy Steve zagrał na basie. To był pełny atak bez żadnych zbędnych… falbanek. W pełni się to trzymało. Byliśmy punkowym zespołem, ale chcieliśmy brzmieć wyśmienicie. Dążyliśmy do tego, kiedy nagrywaliśmy płytę. Uderzałem w bębny naprawdę mocno. Nie powstrzymywaliśmy się i to chyba właśnie jest przyczyną takiego potężnego brzmienia. Nie głaskaliśmy się po tyłkach.


Zdawaliście sobie sprawę z siły tych utworów w tamtym czasie?


Wiedziałem, że są to niezłe piosenki, ale nie sądzę, byśmy sobie zdawali wtedy sprawę z tego, jak dobre. Ze względu na dość nieprzychylne publikacje na temat zespołu, muzyka czasami była lekko na drugim planie. Wszyscy myśleli, że właśnie z tego względu staramy się wejść na nagłówki gazet. Ludzie czytaliby nagłówki i ignorowali muzykę, ponieważ po tym, jak się ukazała na rynku to się okazało, że jest szmirą. Myśleli, że to jest pusty, hałaśliwy, paskudny punk. Nie był, póki ludzie w to wierzyli. Nie był to zły kawałek muzykowania.


Później pojawiło się mnóstwo problemów…


W momencie, gdy Anarchy In The UK pokazało się w Bill Grundy Show puściły wszystkie hamulce. Po tym wydarzeniu nagłówki były w stylu: "Brud i furia", a muzyka zeszła na drugi plan (program zawieszono na 2 tygodnie - przyp. red.). Anarchia wspięła się do top 30, ale większość płyty była usunięta w cień. Nie miała szans, by się pokazać, ale na szczęście była ta podziemna grupa dzieciaków, która była w temacie.


To musiało być frustrujące…


To było dziwne, serio. Byliśmy wrogiem publicznym numer jeden. Ludzie zaczynali odwoływać nasze koncerty, przestawali puszczać nasze nagrania. Byliśmy celem, musieliśmy patrzeć, gdzie to nas zaniesie. Pobito Johna, mnie zaatakowano na ulicy. Byliśmy zespołem i chcieliśmy grać, ale koncerty były odwoływane w każdym miejscu.


To wszystko przyczyniło się do szybszego upadku zespołu?


Byliśmy pod wielka presją. Mieliśmy 20 lub 21 lat wtedy, byliśmy młodymi dzieciakami. Jak trzymaliśmy się razem tak długo to cud. Musieliśmy wyjechać do Berlina, do Jersey, musieliśmy uciekać z kraju. Mieliśmy zaplanowaną trasę Anarchy Tour na 20-30 grań, ostatecznie zagraliśmy z tego trzy koncerty. To była głupota…


Miało to wpływ na powstanie mitu Pistols, że ludzie nie mogli zobaczyć was na żywo?


Lepiej tego nie można ująć. Wszyscy myśleli, że robimy tak ze względu na to, że nie gramy koncertów, ponieważ nie potrafi my grać. John został zatrzymany w jednym hotelu w Chelsea, nie mogliśmy wyjść. To była paranoja i dość mroczny czas. Nie było nam wtedy do śmiechu.


Czy poczuliście się bardziej usatysfakcjonowani słysząc Pretty Vacant, grane przed królową podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich?


Cieszmy się, że zostawiliśmy tę spuściznę. Istniało niebezpieczeństwo, że zostanie to wszystko zamiecione pod dywan. Zapomniano o tym przez następne 10-15 lat, gdy weszły na dobre lata osiemdziesiąte. Wydaje mi się, że ludzi byli szczęśliwi, widząc powrót punku. Dopiero w dziesiątą czy też piętnastą rocznicę ludzie uświadomili sobie, jak ważny był ruch punkowy.


Ta wrzawa i zamieszanie, o których mówisz… Wydaje się nie do pomyślenia obecnie…


Nie wiem, czy ktoś mógłby znowu coś takiego zrobić. Nie wiem, jak to wytłumaczyć ludziom, którzy nie byli w tamtych czasach. To były gorące miejsca, z tą całą wrzawą, strajkami, otoczeniem, w którym dorastaliśmy. Kiedy spojrzysz na teledyski z lat siedemdziesiątych to wygląda to jak jakiś obcy kraj. Wyszliśmy z tego całego zamieszania.


The Great Rock’n’Roll Swindle było dziwną kontynuacją…


To nie był dla nas najlepszy okres. Zespół się zaraz rozpadł, co jest w całości dobrze udokumentowane. Film, nad którym pracował Malcolm (McLaren), zgodnie z umową musiał być ukończony i potrzebował piosenek. Zrobiliśmy nalot na nasze archiwa i znaleźliśmy ten stary materiał. To był misz masz. To niesamowite, że zostało w ogóle ukończone ze względu na ten bałagan wkoło. Wiadomym było, że wszystko zbliża się ku końcowi. Sid był już kompletnie poza kontrolą, mimo to zrobił świetną wersję Something Else. Jest kilka dobrych rzeczy na tym albumie, ale to nieco surrealistyczne, gdy słyszymy śpiewającego Malcolma, czy też Tenpole Tudora w Who Killed Bambi? Zaczęliśmy myśleć: "O co tu chodzi?". To musi iść swoim naturalnym kursem, a było już na równi pochyłej… Kiedy wyszedł film, John nienawidził tego całego materiału, za co go nie winię. To nie było prawdziwe Sex Pistols. To była wizja Malcolma, jaką drogą może podążać Sex Pistols, z kimkolwiek, drogą pełną śmieci. Malcolm nie rozumiał, że byliśmy świetnym zespołem, a nie pomysłem. To był nędzny koniec, bardzo smutny koniec. Było tyle presji, nie było możliwości, by utrzymać to w całości.


Po rozpadzie Pistols razem ze Stevem założyliście The Professionals.


Ciężko było zdecydować, co robić po rozpadzie Pistols. Z jednej strony to była ulga, że wszystko się skończyło, ale później pomyśleliśmy: "Co teraz?" Virgin ciągle chciało mnie i Steve’a. Było bezcelowym szukać nowego wokalisty po tym, jak się miało Johna, więc Steve dźwignął na siebie wokale i doszli Paula Myersa i Raya McVeigha. To był dobry zespół. Ciężka robota i znowu rzeczy nie potoczyły się pomyślnie dla nas. Po nagraniu albumu pojechaliśmy na trasę do Stanów, gdzie mieliśmy wielki wypadek samochodowy, który wyłączył zespół na cały rok. W tym czasie Steve tracił kontrolę nad sobą ze względu na narkotyki, więc był to koniec tego zespołu. Wydaje mi się, że zrobiliśmy dobry album i ludzie wciąż go lubią. Szkoda, że nie mogliśmy zrobić więcej.


Zacząłeś wtedy więcej eksperymentować ze swoją grą.


Ciężko było zrobić coś innego z Pistols, ponieważ wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jest tyle, ile mogłem zrobić. Ciężko było zrobić nawet rollsy, nie lubię robić szybkich rolli, więc ograniczałem to do minimum. Z The Professionals był inny styl. Zacząłem grać dookoła i robić progress w swojej grze.


Koniec The Professionals to początek trudnego okresu dla ciebie…


To było w 1982 lub 83, po tym rozpoczął się lekko pustynny okres w moim życiu. Siedziałem i drapałem się w dupę zastanawiając się, co robić w życiu. Poddałem się, naprawdę. Myślę, że ludzie ciągle bali się Pistols i bali się zaprosić mnie gdziekolwiek. To był kilkuletni okres bez grania. Ostatecznie wkręciłem się razem z Matthew Ashmanem i kolesiami z Bow Wow Wow. Rozpadli się i razem założyliśmy Chiefs Of Relief, co było zupełnie innym rodzajem muzyki. To był rock, pop z dance i rapem jednocześnie. Niezłe wyzwanie. Zastanawiałem się: "Dam radę?", ale spokojnie dałem. Lubiłem muzykę spod tego szyldu. To było jak pierwszy album Beastie Boys, ten rodzaj grania. Było sporo rzeczy programowanych. Musiałem się tego nauczyć, ale lubiłem to robić. Tak było w całych latach osiemdziesiątych, więc nie mogłeś się od tego odciąć, dlatego trzeba było to łyknąć. Zaprogramowaliśmy wiele rzeczy na albumie, ale było też wiele żywej perkusji. Zwykłem zawsze używać żywych talerzy, przejść i wypełnień. Nie mogłem stać za drum maszyną, zwłaszcza w latach 80-tych.


To także miało krótki żywot?


Chiefs Of Relief zakończyło się po tym, jak kontrolę nad sobą stracił Matthew. Biedny sku*wiel w końcu zmarł. To były narkotyki, odwieczny problem, który stawał naprzeciw.


Jak skumałeś się z Edwynem Collinsem?


Robiłem album z Vic Godard, czym było ostatecznie End Of The Surrey People, producentem był właśnie Edwyn Collins. Ed miał trasę po Japonii i zapytał, czy nie zechciałbym pojechać razem z nim. To było dziwne, ponieważ szczerze mówiąc nigdy nie słyszałem jego materiału. Tak więc było to dla mnie kolejne wyzwanie, ponieważ miałem do czynienia z czymś, czego nigdy nie robiłem. Trochę to szarpało nerwy. Wszyscy myślą, że jako perkusista potrafi sz wślizgnąć się, ale to było nieco inne w stosunku do rocka.


Później, w 1996 roku Pistols wrócili…


Zawsze się o tym gadało. Czas był odpowiedni. Nie spodziewałem się, że to się stanie. John był przeciwny, Steve był w LA. W końcu jakoś to każdemu przypasowało. Stało się. To także zszargało nieco nerwów. Graliśmy próby jak poje*ani. Chcieliśmy brzmieć doskonale, to była wielka rzecz. Nasz pierwszy koncert odbył się w Finsbury Park naprzeciw londyńskiej publiczności. Próbowaliśmy się w LA bardzo długo. Każdy z nas ma lekkie zaburzenia obsesyjno - kompulsywne i chcieliśmy brzmieć wspaniale. Wydaje mi się, że docisnęliśmy temat. Finsbury Park to jedno z moich najlepszych wspomnień w ogóle.


To była dobra okazja, by udowodnić, że zespół jest w stanie grać…


Było cudownie grać przed tak wielką publiką i brzmieć tak, jak chcieliśmy z wielkich wzmacniaczy. W klubach nie mieliśmy na to szans. Nagłośnienie wtedy było beznadziejne i byliśmy chyba na nie za głośni, dlatego czasami był zwyczajnie tylko hałas.


Były rozmowy na temat nagrania albumu?


Zawsze się o tym mówi, ale ostatecznie ta trasa była strasznie wyczerpująca i wiele z dawnego bagażu doświadczeń pojawiło się znowu. Wszyscy byliśmy zadowoleni, że dograliśmy to do końca i mogliśmy sobie zrobić przerwę. Myśleliśmy, że może nagramy później nowy materiał, ale czas mijał i zagraliśmy jakieś dziwne trasy tu i tam. Ostatnio graliśmy razem 4 lata temu. Była to świetna wielka europejska trasa. Moglibyśmy zrobić album, ale mógłby nie być tak dobry i z pewnością by to nas obciążyło w jakiś sposób. Póki co zrobiliśmy jeden gówniany album! Możliwe, że moglibyśmy zrobić kolejny dobry album, gdybyśmy nad nim mocno przysiedli.


Pracowałeś także z Philem Collenem z Def Leppard w Man Raze.


Phil chciał zrobić swoje własne rzeczy, które były bardziej w tempo punkowe, powiedział więc Simonowi (Laffy, basiście), że fajnie by było wziąć mnie na bębny. Spotkaliśmy się kilka razy na przestrzeni lat. Ostatecznie wysłał mi swój materiał. Wydawało mi się, że to interesujący, kolejny muzyczny przystanek. To był rock, ale wychodzący poza.


Pojawi się coś więcej od Pistols?


Dla mnie jest to cięższe za każdym razem, kiedy coś robimy, fi zycznie jest to strasznie wyczerpujące. Nie wiem, czy byłbym w stanie zrobić to sprawnie, nie jestem już młodzieniaszkiem. Wiesz, kiedy przeczucie się nie myli. Nie ma możliwości, by to się stało teraz, ponieważ John wydał niedawno nowy album, dobry album z PiL, Steve ma się dobrze w LA, ja robię swoje rzeczy u siebie. Czy kiedykolwiek to się stanie - nie wiem. Dla mnie jest to bardzo obciążające. Mam 56 lat, punk rock to zabawa dla młodych! Lubię dawać z siebie wszystko. Nie możesz robić fuszerki z tymi piosenkami, musisz wejść w nie i się zatrzasnąć.


Przygotowali: Kajko oraz Rich Chamberlain
Foty: Kevin Nixon


Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama