Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Nick Menza

Dodano: 25.06.2013
Jest jedną z najbardziej tragicznych perkusyjnych postaci heavy metalu - co do tego nie ma chyba wątpliwości. Swoją grą współtworzył cztery fenomenalne i jakże różne od siebie albumy legendy thrashu - Megadeth.

Odkąd skończyła się jego przygoda z zespołem, zniknął gdzieś w cień, zmieniając się niemal w chodzącego truposza. Na szczęście dziś możemy powiedzieć, że niegdyś fantastyczny Nick Menza wreszcie wraca do gry!

Jest to perkusista nieprzeciętny, wyróżniający się z olbrzymiej masy bębniarzy metalowych. Mimo, że ze względu na muzykalną rodzinę już od urodzenia dorastał przy dźwiękach muzyki, okazało się, że mały Nick sam ma także wielki talent muzyczny. W momencie, gdy większość garowych wylewała hektolitry potu, robiąc mozolnie kroki do przodu, Menzie wszystko przychodziło bardzo łatwo, a co najważniejsze miało to swój charakter i wyjątkowy styl. Patrząc na jego dokonania oczywiście powinniśmy robić to przez pryzmat czasu i tego jak wyglądała scena muzyczna w danym okresie i jaki poziom prezentowali ówcześni perkusiści.

W 1990 roku status "boski" w metalu osiągają dwaj perkusiści, byli to Dave Lombardo i - co może niektórych młodszych zaskoczyć - Lars Ulrich… Tak, tak, w tamtym czasie Lars miał jeszcze ikrę i porywał tłumy. Menza wkroczył do zespołu Megadeth i od razu przygrzmocił na albumie, który jest z pewnością jednym z najlepszych krążków w historii tej jakże zasłużonej i lubianej w Polsce stylistyki muzycznej. Płyta Rust In Peace czyli popularna "Rdza" to niesamowita energia, siła i polot. Właśnie - polot. Nick grał niesamowicie zwiewnie i dynamicznie. Jego partie nie były jedynie ciasno wbitymi kołkami tylko szerokimi, soczystymi frazami, oczywiście granymi pewnie i z wyczuciem.

Od tego momentu zaczęła się jego przygoda ze słynną kapelą, która zyskała bardzo wiele dzięki perkusiście. Każdy kolejny album był zupełnie inny, jeżeli chodzi o perkusyjne partie. Thrashowa bezwzględna nawałnica z Rust… szybko przerodziła się na albumie Countdown To Extinction w stanowcze i precyzyjne cięcie brzytwą niczym operowaną ręką Sweeney Todda. I gdy spodziewamy się, że naturalną drogą rozwoju będzie zagłębienie się w tajniki łamanych rytmów Youthanasia zaskakuje prostotą, która jednocześnie powala niesamowitym konkretem, będąc kwintesencją tego, co tak ciężko jest osiągnąć, a mianowicie, żeby zagrać tylko to, co potrzeba i ani nutki więcej! Cryptic Writings to już typowe "doświadczenie boiskowe" i mimo, że kompozycje nie są już tak błyskotliwe, to Nick wykonuje swoją robotę idealnie, dostosowując doskonale się do jakże różnorodnego nastroju płyty. Po tym krążku zespół zawitał do katowickiego Spodka, gdzie zagrał fenomenalny koncert, a sam Menza zrobił rozpierduchę, jak na thrash przystało.

Co wydarzyło się dalej? Ciężko rzec na sto procent do dzisiaj. Obaj panowie Nick i Dave Mustaine trzymają się swoich wersji zdarzeń i prawdopodobnie prawda leży gdzieś pośrodku, zważywszy, że Mustaine ma skomplikowaną osobowość. Nie zmienia to faktu, że Nick nam mocno zmarniał, delikatnie mówiąc. W pewnym momencie wydawało się, że perkusista może skończyć w dziale nekrologów lokalnej gazety i to bynajmniej nie jako redaktor. Wiele osób postawiło krzyżyk na Nicku, tymczasem ostatnimi czasy perkusista stara się powoli, krok po kroku, przypomnieć o sobie i pokazać, że ten szaleniec zza bębnów okresu "Rdzy" ma jeszcze parę słów do powiedzenia. Dzięki firmie Soultone, gdzie Nick się mocno udziela, mieliśmy możliwość osobistego spotkania. Podczas targów NAMM Show umówiliśmy się z nim, by pogadać nieco, ponieważ w naszych rejonach Nick Menza swego czasu był bardzo popularnym perkusistą i zapewne wielu z was zastanawia się, co się do cholery z nim dzieje.

Szybko ustaliliśmy czas i miejsce. O umówionej porze spotkaliśmy się na stoisku Soultone Cymbals, razem z Nickiem i dystrybutorem Soultone w Polsce - Richardem Lenarczykiem z firmy LS Drums udaliśmy się do pokoju prasowego, gdzie w spokoju mogliśmy pogadać.

Nick Menza wraca?


W sumie to nigdzie nie był tak naprawdę(śmiech).


Co robiłeś przez ostatnie lata?


Wychowywałem dzieciaki. Mam dwóch chłopaków 6 i 12 lat, Nicolas i Dante. Ciągle gdzieś grałem tu i tam w studio. Trochę roboty produkcyjnej, ostatnio zrobiłem remix kawałka Your Body Christiny Aguilery na wersję rockową. Wyszło bardzo fajnie, gram tam na wszystkich instrumentach od gitar przez klawisze, bas i bębny po wokal na początku. Robiłem przez ten czas wiele różnych rzeczy. Teraz Soultone chce, żebym zrobił dla nich kliniki. Pewnego razu zacząłem grac solo i Iki (Iki Levy, właściciel Soultone - przyp. red.) mówi: "Hej! Zagrałbyś jakąś piosenkę Megadeth?" Ja mu na to, że pewnie tak, tylko jaką piosenkę by chciał? A on: "Holy Wars". No to ok, zacząłem grać, zrobiłem video do Soultone z tym numerem, jedynie z basem i gitarą, nie wykorzystałem wokali, ale nie dlatego, żeby nie słuchać Dave’a, tylko dlatego, że jest to video dla perkusistów i chcą zobaczyć, jak gram ten utwór. Co ciekawe, nie grałem tego utworu przez ostatnie 15 lat. Usiadłem w domu i zacząłem dżemować do nagrania Megadeth. Na początku nie byłem dobrze w formie utworu, ale później szybko załapałem. Zrobiłem kilka ujęć i wciąż chciałem to poprawiać, ale powiedzieli mi, że to już jest ok, bo inaczej siedziałbym cały dzień i mówił, że zrobiłbym to lepiej. Jestem pewny, że wyszło fajnie mimo, że tego jeszcze nie widziałem. To była prawdziwa zabawa, chociaż też pokazało, że po 15 latach nie pamiętam formy numeru (śmiech). To jest kawałek, który się gra raz dziennie, a nie 3-4 razy pod rząd. To ciężki numer, wymaga dużo siły i energii, jest dość szybki wbrew pozorom. Mówiłem to na stoisku Soultone’a chłopakom, którzy grają jazz, funk i wszystkie te techniczne klimaty, lekko uderzają itd. Tymczasem tutaj musisz mocno wbijać i gnieść. To dwa zupełnie inne światy. Nie jestem też gościem, który gra solówki, jestem raczej kolesiem, który woli grzmocić piosenki i wtedy wgniatać w podłogę. Generalnie każda piosenka z Megadeth na koncercie była niczym solówka.


Pamiętam to fajne video Evolver: The Making of Youthanasia, gdzie leżałeś na podłodze, jęcząc: "Jestem wykończony…"


Partie perkusyjne zrobiłem wtedy dość szybko. Dziesięć dni do dwóch tygodni zajęło mi całość. Jedną z ważniejszych rzeczy w tym zespole wtedy było to, że gdy wchodziliśmy do studia to byliśmy przygotowani. Nie robiliśmy 20 piosenek, tylko 10 konkretnych, już opracowanych, niemal w całości zaaranżowanych. Byliśmy mocni w tej kwestii.


Miałeś zwyczaj grać wspólne próby z Juniorem czyli Davidem Ellefsonem (basista Megadeth).


Wiele razy. Tylko on i ja. Dave jako lider musiał zajmować się wywiadami i wszystkimi sprawami wkoło, tymczasem ja i Junior siadaliśmy razem i byliśmy naprawdę mocno zaangażowani. Nie graliśmy nawet piosenek, ale luźne kompozycje, lecieliśmy z ogniem… digidydigidydigidydigidy… Po prostu budowaliśmy naszą wytrzymałość i zwiększaliśmy moc. Poznawaliśmy się przez to muzycznie lepiej, patrzyliśmy kto, jak gra, prawdziwa sekcja. Znałem się z Davidem jeszcze przed moim przyjściem do zespołu. "Wasz bębniarz jest cienki, weźcie mnie!" (śmiech) Byliśmy kumplami jeszcze przed tym, zanim sobie wymarzyłem, że będę w zespole. Gdy poznałem się z zespołem, byłem technicznym. Stroiłem gitary, rozstawiałem bębny, zarządzałem całą sceną, prowadziłem ciężarówkę ze sprzętem. Zawsze mówiłem, że to robota nie dla jednego gościa, tylko dla dwóch lub trzech. Gdy brali gitary, modliłem się, żeby były nastrojone… Uderzali w struny i uff… Udało się (śmiech). Przez 1,5 roku zarządzałem całą sceną, gitarami i bębnami. W końcu podczas sprawdzania bębnów zacząłem grać i chłopaki: "Kurde, on potrafi grać!" (śmiech). Jak cofnę się pamięcią, grałem wtedy z Kelle Rhoadsem, bratem Randy’ego. Nasz dźwiękowiec miał sztukę z Megadeth, dał mi znać, że będą najprawdopodobniej zmieniać bębniarza i jeżeli jestem zainteresowany to powinienem ich spotkać. Następnego dnia po spotkaniu z nimi w Riverside… prowadziłem już ciężarówkę w drodze do Waszyngtonu i pytałem: "Jak to się, kurde, stało?". Półtora roku mi to zajęło, zanim powiedziałem, że wystarczy i dołączyłem w końcu do zespołu.


Która sesja studyjna najbardziej cię wypompowała?


Tak, jak mówiłem, zawsze byliśmy przygotowani. Pierwszą sesją, jaka miałem z zespołem, był kawałek No More Mr Nice Guy do filmu Shocker. Zespół nie wydał wtedy żadnego komunikatu prasowego, że jestem w kapeli i zapytałem, co mają zamiar z tym zrobić, ponieważ kręciliśmy teledysk. "Nie martw się, nie martw się (Nick powiedział to z manierą, jaką ma "Rudy"), szukamy jeszcze przecież gitarzysty". Na teledysku pod koniec widać, że głową macha Junior, a z tyłu ja i nasz ówczesny manager Ron Laffitte, ponieważ nie mieliśmy drugiego gitarzysty, ale za to mieliśmy długie włosy! Ale wracając do pytania to nigdy nie było czegoś aż tak bardzo ciężkiego, żeby wspominać to jako bardzo ciężką robotę. Przygotowanie do sesji robiło swoje.


Dobra, Nick, tyle rozgrzewki… Pytanie, które większość chce zadać. Co się stało po Cryptic Writings?


Ogólnie podupadło morale w zespole. Nastąpiły zmiany w managemencie. Nie było takich zarobków jak do tej pory, płace poszły mocno w dół. Niemcy w ogóle nas nie chcieli, bilety sprzedawały się tam fatalnie. Promotor chciał już nam zapłacić, żebyśmy nie przyjeżdżali. Europa zawsze była ukierunkowana mocniej w stronę muzyki heavy podczas, gdy u nas kierunek był bardziej w tę stronę komercyjną. Dlatego to nas zabolało. Muzyka była wciąż dobra, ponieważ Cryptic Writings to świetna płyta. Jeżeli porównasz to do Rust In Peace to masz dwa zupełnie inne zespoły. Cryptic było skierowane bardziej w tę komercyjną stronę.

Odszedłem, ponieważ miałem cystę w kolanie, którą musiałem usunąć. Dwa dni po operacji Dave zadzwonił do mnie i powiedział, że puszcza mnie wolno. "Jak to - puszczasz mnie wolno? Co masz na myśli?" - zapytałem. "Zdecydowaliśmy cię zamienić" - odpowiedział, na co ja mu powiedziałem, że to także mój zespół. Wtedy Dave odpowiedział wprost: "Nie, to mój zespół." Tak wyglądała moja rozmowa z nim. Na koniec dodałem, że skontaktuje się z nim mój prawnik i rzuciłem słuchawką. Po płycie System Has Failed Dave się nieco obawiał, ale chciał zrobić trasę, którą miałem zagrać. Stała się rzecz nieco dziwna, ponieważ dwa dni przed koncertem brat gitarzysty, który chyba zresztą bębni do tej pory, znał cały materiał. Po prostu na boku przygotowywał się, a ja ostatecznie pojechałem do domu. Kurde, dałem się wydymać raz, dałem się wydymać drugi raz, już się więcej to nie zdarzy!


Czyli nie ma szans na wielki powrót zjednoczonego "złotego składu" Megadeth?


Oczywiście, jest to możliwe! Tylko, że będzie to dość kosztowne i powinno być zewnętrzne źródło, które sfinansuje każdy koncert (śmiech).


Wielu starych fanów Megadeth chciałoby tego… Dla wielu osób to jest prawdziwy zespół Megadeth.


Zgadza się, to był zespół. Są ludzie, którzy tworzą zespół i są ludzie do roboty. Ciekawe jest to, że mówi się wciąż dużo o mnie. Mimo, że obecny bębniarz gra już tam dużo, udziela się i nagrywa to wciąż tam pełni bardziej rolę osoby wynajętej. To trochę lipa dla niego. Nie znam go osobiście, to pewnie sympatyczny facet, ale nie ma w sobie tego ognia i mocy uderzenia, nie ma młotów w łapach. Podczas klinik staram się mówić o tym, że ten styl muzyczny nie polega tak naprawdę do końca na tym, żeby grać go bardzo technicznie. To zabija cały przekaz. Tutaj powinno się grać z mocą i olbrzymią energią w dość prostych rzeczach. Nie każdy jednak to potrafi, dlatego to wbrew pozorom nie jest łatwe. Liczy się konkretny atak.


Z drugiej strony pamiętam utwór Rio z płyty Marty’ego Friedmana True Obsessions, gdzie grasz sprawną, rasową, jazzową wstawkę.


Ach, tak… To był swego rodzaju żarcik. Potrafi ę też zagrać takie rzeczy. W każdym rodzaju muzyki musisz odpowiednio się odnaleźć. Dlatego w metalu musisz zaaplikować więcej energii, ponieważ inaczej nie będzie to brzmiało autentycznie w kontekście dynamiki. Będzie to musiało być sztucznie podkręcane. Kiedy widzę obecny Megadeth, mam ochotę wejść na scenę, zabrać Droverowi pałeczki i pokazać mu, jak to powinno naprawdę wyglądać. No, ale to jedynie moja własna opinia, ile powinno być i ile było włożonej energii w tego typu show. Wiele osób potwierdza jednak moją opinię i mówi, że to nie ten sam zespół. Nie ma tej aury wokół. Stąd też nazywam to jako Dave Mustaine Band, a nie Megadeth. Mam do niego wielki szacunek jako kompozytora. Napisał wiele wspaniałych piosenek, świetnie gra na gitarze. Jestem dumny z tego, że mogłem grać w tych kompozycjach.


Nie męczy cię to ciągłe wracanie do Megadeth?


Przez wiele lat tak było. Cały czas ten Megadeth krążył i wciąż krąży. Nawet mój syn mówi: "O, mój tata grał w Megadeth!". Kurde, zamknij się wreszcie! (śmiech) Cały czas jestem tym kolesiem z tego zespołu. Czasami to nieco przeszkadza, ponieważ odbierany jestem jako koleś grający tylko w takim stylu i przez taki pryzmat jestem postrzegany, co nie jest do końca prawdą. Z drugiej strony nie będę grał jazzu czy disco, bo lubię rock, lubię mocne granie, lubię metal i "progres", jak to tam zwał… Po Megadeth każde granie jest dla mnie proste, łatwe.


Czego możemy się spodziewać po tobie?


Możecie spodziewać się mnie w Opeth, jeżeli będą zmieniać perkusistę (śmiech). Na klinikach porozmawiam trochę o tym, czego używam i dlaczego używam. Zagram kilka piosenek Megadeth i rozłożę parę kawałków na części pierwsze, pokażę, co i jak jest tam grane. Czekam oczywiście na pytania. Będę starał się przekazać wiele użytecznych informacji, które będzie można później wykorzystać w domu na własnych zestawach. Oglądam wiele klinik i warsztatów, i często po takich zajęciach wracasz do domu i nic nie przynosisz ze sobą wartościowego, dlatego będę chciał zaprezentować rzeczy, które mogą być przydatne. Troszkę zagrywek, sztuczek, jakie wykorzystuję w praktyce. Może nie każdemu to przypasuje, ale u mnie akurat to działało na scenie przez lata. Kwestia rozstawienia zestawu, jaki balans masz za bębnami, jak siedzisz, jak jest najwygodniej, poszukiwanie nowych rozwiązań, uruchomienie myślenia. Podstawowym pytaniem jest jednak to, jaki gatunek muzyki lubisz grać? Nie każdy to wie, co ciekawe. Nie każdy wie, co chce grać. Wiele osób łapie się za różne style muzyczne, ale nie potrafi wykreować własnego stylu. Na szczęście dla mnie, Megadeth był wielkim krokiem milowym, ponieważ grałem to, co chciałem grać. Dave grał świetne riffy, a ja za nimi podążałem…


Pamiętam, jak ktoś kiedyś powiedział, chyba to nawet ty sam, że pewne partie w Megadeth powstały w wyniku pomyłek…


O tak. Wiele rzeczy tak powstało, ponieważ produkujący Max Norman był bardzo zaangażowany w rzeczy, które nie były zwyczajne. Zagrałem coś przez pomyłkę, a on: "Stary, to było dobre!" A ja na to: "Poważnie? To było przecież słabe... Mam się teraz tego nauczyć? No nie… Może zagram to jeszcze raz?" (śmiech). To on wtedy: "Chcesz tutaj na dwie stopy? Olej to, każdy tak potrafi , zagraj właśnie tak, jak przed chwilą!" Zawsze mnie pchał w tym kierunku. Na scenie wolałem zawsze mieć w uchu Dave’a i trochę jego wokalu, nie chciałem gitary Marty’ego czy też Juniora. Dzięki temu byłem liderem na scenie i wszyscy podążali z grą za mną. Teraz, jak grałem pod podkłady do Holy Wars, było to dla mnie nieco dziwne, ponieważ, jak nagrywaliśmy tę płytę, robiłem to jedynie z Davidem Ellefsonem. Tylko bębny i bas, a podczas przerw w utworze, gdzie była sama gitara, uderzałem w pad, żeby trzymać time, ponieważ nie używaliśmy też klika. Znałem układ numerów od początku do końca i nie potrzebowałem za nikim podążać. Tym razem musiałem grać pod coś, co już jest gotowe i nie było to specjalnie wygodne. Tak, jak wspomniałem, na koncertach to ja przewodziłem całemu zespołowi i trzymałem tempo. Ileż to razy padały mi monitory odsłuchowe i nie robiłem paniki, ponieważ znałem kawałek od początku do końca. Tak powinno być. Znasz cały numer idealnie i nie musisz się niczego obawiać. To odróżnia profesjonalistów od amatorów. Tak zawsze mówił Dave, jeżeli nie znasz piosenki bez podkładu od początku do końca, to w ogóle nie znasz piosenki. Teraz, jak grałem Holy Wars pomyślałem, że powstawiam jakieś dziwne elementy, ale Iki powiedział mi, żebym grał tak, jak grałem na płycie, ponieważ ludzie tego właśnie chcą.


To jest klasyka.


Tak, to jest, kurde, klasyka! Wiesz, wracając do tego, o co pytałeś wcześniej, przez pewien czas nie chciałem robić nic, co wykorzystywałoby etykietę Megadeth, ale Iki powiedział mi, że dlaczego miałbym tego nie robić? Dlaczego miałbym nie korzystać z tego, co jest moją częścią, tego, co sam współtworzyłem i napisałem. I tak zaczął mnie przesuwać w tym kierunku i tak doszliśmy do idei klinik.


Zawsze już pozostaniesz tym właśnie bębniarzem Megadeth.


Nie wchodzę na te filmiki na YouTube i nie czytam komentarzy. Ludzie mi mówią, że wciąż jest o mnie mowa, że pytają, że porównują mnie z tym czy innym bębniarzem. Nie wnikam w to. Dla mnie zastanawiające jest tylko to, że w momencie, gdy wypuścili nową płytę, wydają też materiał z Cow Palace z 1992 roku, gdzie gramy przecież ja i Marty, to świadczy też o czymś. Tu wydajesz nowy materiał, a tu mimo wszystko wspomagasz się starym materiałem z tamtego okresu? Ciekawe…


Podobnie było, gdy wydali album koncertowy po World Needs A Hero, już wtedy brakowało chemii na scenie.


Jimmy jest fantastycznym perkusistą, naprawdę bardzo dobrym, ale to także nie jest bębniarz dla Megadeth. To doskonały technicznie muzyk, powiedziałbym, że zbyt fi nezyjny jak na ten zespół, jego gra jest bardziej w stronę fuzji i rocka. Natomiast Drover potrafi zagrać wszystkie partie, ale to nie wszystko. Wiele osób potrafi zagrać te partie, ale trzeba jeszcze uderzyć, wykorzystać siłę i moc. Teraz nie ma w tym energii. Słuchałem ostatnich nagrań Megadeth i Dave nie ma jakiegoś dobrego pomysłu na to wszystko, potrzebuje odświeżyć się. Na koncertach grają klasyki, te są najbardziej pożądane. Podobnie Metallica, nie mogę obecnie słuchać już tego zespołu. Oczywiście są wielcy i muzyka jest nieśmiertelna, ale nie da się tego za bardzo oglądać teraz. Potrzebuję zespołu, którego oglądanie będzie mnie ekscytować. Uwielbiam ostatnio Opeth. Chłopie, ten zespół kopie tyłki! To prawdziwie koncertowy zespół, zero ściemy. Perkusista jest szalony, zabija mnie ten gość, dzięki niemu wracam do domu i siadam, żeby pograć. Ghost Reveries i Watershed to moje dwa ulubione albumy, grają tam różni perkusiści, na jednym gra Lopez, a na drugim gra Axenrot, obaj są nieziemscy! Ćwiczę sobie nieraz pod to i czasami rzucam zły pałeczkami: "Pieprzyć to, gościu!" (śmiech). To wspaniały zespół. Dałbym radę, chętnie bym do nich dołączył. Znam kupę ich utworów i mogę je zagrać w każdej chwili. To jest zespół dla mnie. Podobnie Porcupine Tree i jeden z moich ulubionych perkusistów Gavin Harrison.


No dobrze, o więcej zapytamy, jak uda ci się do nas przyjechać. Mam nadzieję, że firma nie zapomni o Polsce.


Też mam taką nadzieję. Idziemy coś zjeść?


Dobry pomysł…!


Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama