Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Adam Łukaszek (Votum)

Dodano: 29.08.2013
Rozmawiamy z Adamem Łukaszkiem, perkusistą Votum. 

To już 10 lat Votum, właśnie ukazała się wasza trzecia płyta. Jak na przestrzeni tych 10 lat i tych trzech płyt zmieniał się zespół?


Votum na pewno zmieniło się pod kątem podejścia do produkowania muzyki. Każdy zespół przechodzi pewien kompleks pierwszej płyty. Słychać na niej mnóstwo błędów, zarówno aranżacyjnych, jak i kompozycyjnych: coś jest za cicho, bębny brzmią źle, gitary się dublują… My z dwóch poprzednich płyt wyciągnęliśmy wnioski, które można usłyszeć na najnowszym albumie Harvest Moon.

Zmienił się także sposób, w jakim komponujemy utwory. Staramy się podchodzić do tego bardziej indywidualnie. Poprzednie albumy komponowaliśmy wspólnie: ktoś wpadał na pomysł, ktoś rzucał kolejny i zaczynaliśmy to grać, na końcu Maciek pisał do tego teksty. W skrócie panowała demokracja. Przy trzeciej płycie szybko się zorientowaliśmy, że w ten sposób nie dożyjemy końca projektowania albumu. Zdecydowaliśmy, że każdy z nas będzie sam tworzył podstawy, szukał pomysłów na kolejne utwory.

Votum zmieniło się też w kwestii obcowania z rynkiem muzycznym. Przez te dziesięć lat nauczyliśmy się po nim poruszać, ale najważniejsze, że po takim czasie wszyscy mamy już twarde dupy. Zrozumieliśmy, że nie zawsze jesteśmy w stanie się ochronić i przewidzieć zagrożenia. Bardzo często trzeba na początku udupić, żeby móc wyciągnąć z tego wnioski. Muzyka to jest poważna sprawa i w pewnym momencie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chce się to robić profesjonalnie, wkładać swój czas i pieniądze, czy się po prostu wycofać.


Każda z waszych płyt to koncept album. To kwestia tego, że w zamyśle macie spójność przekazu, nie licząc się z singlowymi kompozycjami?


Tak, taki właśnie był zamysł. Jeśli płyta ma opowiadać jedną historię, to chcemy, żeby muzyka też ją opowiadała. Nie chcemy tworzyć kilku bajek. Muzyka ma być tłem, które chcemy przekazać naszym słuchaczom. Od początku nam na tym zależało i cieszymy się, że udało nam się to zrobić. Dzięki temu każda płyta stanowi odrębną całość i zachowujemy klimat tej historii na całym albumie.


Otwarcie przyznajesz się, że na początku swojej gry inspirowałeś się Philem Collinsem, szczególnie zachwycił cię jego werbel. Czy teraz jest już inny werbel, który bardziej przypadł ci do gustu lub perkusiści, którzy robią na tobie większe wrażenie?


Wydaje mi się, że tak. Patrząc na przestrzeni tych lat bardziej do gustu przypadł mi werbel Daniela Liljekvista z zespołu Katatonia. Dźwięk jego bębnów jest zajebisty i na najnowszej płycie chciałem osiągnąć coś podobnego. Ciężko jest wycisnąć takie brzmienie, ale w sumie jestem w 90% zadowolony z tego, co zrobiłem.

Jeśli chodzi o pozostałe moje inspiracje to była znacznie dłuższa droga. Zaczęło się faktycznie od Collinsa. On miał świetny pomysł, żeby werbel podgłośnić, świetnie słychać to w kawałku Jesus He Knows Me. Okazuje się, że to daje dobry strzał i flow dla całego kawałka. Zależało mi, żeby na naszych najnowszych nagraniach ten werbel był właśnie mocno wyeksponowany, bo zdałem sobie sprawę, że na tym to właśnie polega.

Generalnie starałem się zawęzić grono tych, którymi się inspirowałem. Wiedziałem, że nie mam czasu oglądać i słuchać wszystkich dobrych bębniarzy. Starałem się wyszukiwać i naśladować najfajniejsze patenty. Z czasem zacząłem trochę lawirować, chyba jak każdy z rozwijających się perkusistów, w taką ciemniejszą stronę bębnienia, czyli bardziej afroamerykańską, jak Tony Royster Junior…


…Dennis Chambers, czy Carter Beauford. A wracając do Tony’ego Royster’a Juniora. Nie masz wrażenia, że jako 8-latek mniej grał, a więcej "szpanował", uderzając dość nietypowo w blachy?


Ale czy można mówić o niespełna 10-latku, że jest szpanerem? Dzieci raczej nie udają. Jeszcze nie widziałem takiej solówki, a przede wszystkim tak zaaranżowanej u dzieciaka. Jest wielu młodych perkusistów, którzy grają fajnie, jak np. Igor Falecki, ale widać, że jeszcze sporo mu brakuje, a jak oglądam Royster’a, kiedy miał 10 lat, to mam wrażenie, że to bębniarz kompletny. Byłem nim zachwycony od pierwszego filmiku. Dzięki temu, przez tę czarną stronę doszedłem do bardziej funkującego brzmienia i tym się zachwyciłem.


Masz na myśli muzykę pokroju RHCP i grę na bębnach w wykonaniu Chada Smitha?


Na przykład. On jest świetnym bębniarzem, ale nigdy nie byłem wielkim fanem RHCP. Słychać, że ten koleś naprawdę ma odpowiedni feeling. Wcale nie chodzi o uderzenie łapą, ale też o czucie muzyki w głowie. Z czasem człowiek zaczyna z dystansem patrzeć na swoją grę. Na początku chce się być najlepszym perkusistą na świecie. W pewnym momencie spotykasz się z rzeczywistością i przestajesz myśleć o tym, żeby być najlepszym na świecie, w Europie czy nawet na osiedlu. Ja wtedy właśnie zacząłem do swojej muzyki podchodzić mniej technicznie, stawiałem na jakość, a nie na ilość, i zrozumiałem, że taka gra sprawia mi przyjemność, gra bez wielkich solówek, wymachiwania i fanaberii.


Kiedyś powiedziałeś a propos formacji Votum, że zespół grał heavy metal, a teraz gracie bardziej progresywne dźwięki. Dodałeś, że w heavy metalu zostało powiedziane już wszystko. Trochę odważna teza. Po co w takim razie np. nowe płyty Helloween i Saxon?


Próbujesz mnie wziąć trochę pod włos, bo przykładów, jakie podałeś jest znacznie więcej, choćby warszawski Night Mistress, który również święci triumfy, więc chyba z tym heavy metalem nie jest tak źle. My faktycznie mieliśmy takie uczucie, że w przypadku heavy metalu ze strony Votum zostało powiedziane już wszystko. Nie było na tyle świeżych pomysłów, żeby się tym jarać i nagrać całą płytę. Stwierdziliśmy, że chcemy iść w inną stronę. W końcu Votum nagrało coś, czego sami nie potrafiliśmy nazwać, a chwilę później mianowano to rockiem progresywnym. W każdym razie heavy metal ma się dobrze, po prostu my nie mieliśmy już nic więcej do powiedzenia w tym temacie. Nasza konwencja się już wyczerpała.


Chciałem cię zapytać o artykuł sprzed kilku lat, w którym stało: "Debiutancka grupa i światowy kontrakt". To brzmiało tak, jakbyście Pana Boga za nogi złapali. Faktycznie współpraca z ProgRock’iem otworzyła magiczną złotą furtkę?


Zależy, jak na to patrzeć. Dla jednych może tak, dla nas raczej nie. Jak zaczynasz grać i powoli wsiąkać w muzyczny rynek to poprzeczka szybko wędruje do góry. Po wydaniu pierwszej płyty zespoły często zmieniają podejście do tego, czym jest produkcja muzyki. Kiedyś myślałem, że wydanie płyty w Polsce pozwoli mi się utrzymać. Chyba za dużo naczytałem się o polskich gwiazdach z lat 80, kiedy to się faktycznie udawało. 30 lat później jest to niemożliwe. Myśleliśmy, że może to wina kiepskiej wytwórni, więc dążyliśmy, żeby to zmienić. Niestety, sytuacja się powtórzyła, wynik był prawie ten sam zarówno w przypadku małej, jak i dużej wytwórni. Pierwszy album wydaliśmy w Stanach Zjednoczonych przez ProgRock Records. Oni współpracowali z naszą ówczesną wytwórnią z Wrocławia. Mówiliśmy na nią Rudy Records, dlatego, że pan, który się nią zajmował był rudy i wredny…

Teraz, jak podpisujemy kontrakt z zagraniczną wytwórnią, to mamy lekko stępione uczucia. Na Metafiction podpisaliśmy umowę z filią amerykańskiego Universala, Eagle Records. W portfolio mają naprawdę znane zespoły, jak ZZ Top, TOTO, no i teraz jest tam też Votum. Odpowiadając na twoje pytanie, niestety, nie złapaliśmy Pana Boga za nogi, choć przez moment nam się tak wydawało. Uciekł nam trochę wyżej, ale ciągle go widzimy. Widzimy, jak te nogi wiszą i powiewają, i jeszcze kiedyś z pewnością je złapiemy.


Twoja przygoda z perkusją zaczęła się od czarnego albumu zespołu Metallica. Także później twój wybór padł na perkusję Tamy. Ten wybór to z miłości do gry Larsa, czy uważasz jak inni, że gra coraz gorzej?


Zasadniczo Tamę sprzedałem. A co do kiepskiej gry Larsa? Pewnie bolą go uszy od tego brzmienia (śmiech). Nie, on akurat gra na porządnym zestawie, ale trzeba mieć faktycznie dobry cios w łapie, żeby coś z tych bębnów wyciągnąć. I tak, jak na jego uderzenia, to nieźle to brzmi. Teraz jest mi totalnie wstyd i patrząc na dzisiejszą grę Larsa, to już totalnie wyparłem z mojej świadomości, że kiedyś się od niego uczyłem. Na początku mojej gry zacząłem machać rękami do Nothing Else Matters razem z moim bratem. Enter Sandman to był pierwszy kawałek, który zagrałem na bębnach.


Słyszałem, że kiedy usiadłeś pierwszy raz za zestawem grając Enter Sandman pytano z niedowierzaniem, ile masz lat?


Wcześniej faktycznie uprawiałem w domu taki air drumming, nie miałem perkusji, więc machałem rękami i nogami, i marzyłem, żeby usiąść przy prawdziwym zestawie. W szkole stała jakaś "Yamaha - Made in Czechoslovakia" i strasznie chciałem na niej zagrać. Wcześniej oglądałem jeszcze jakieś koncerty na VHS i pamiętam, że właśnie tak nauczyłem się grać. Miałem 16 lat, jak w przerwie między lekcjami usiadłem w końcu do tej perkusji i to, że zagrałem wtedy Enter Sandman, faktycznie zawdzięczam Larsowi.


Czy zawdzięczasz mu też to, że w którymś momencie postanowiłeś grać na Tamie?


Do Tamy się jakoś nie przywiązałem. Bardzo o niej marzyłem, ale z bardzo prozaicznego powodu przy niej nie zostałem, przede wszystkim przez kasę. Potrzebowałem lepszego sprzętu do nagrań i chciałem mieć konkretny zestaw 10" 12" 14" 16" z bębnem 22x18, ale fundusze nie pozwalały mi na to, żeby to była Tama. Widziałem, że to musiałby być wysoki model Tamy, a na to zabrakło mi kilku tysięcy. Poza tym chciałem mieć bębny, które nie tylko by dobrze brzmiały, ale i wyróżniały się wyglądem. Znalazłem ciekawy bęben w kolorze fali oceanu z firmy Mapex, model Orion. Jak go kupowałem to była to najwyższa półka Mapexa, teraz jest jeszcze Black Panther.


Sam swego czasu trochę grywałem na werblu Black Panther i byłem pod dużym wrażeniem tego bębna.


Akurat na takim werblu 13x6 nagrywałem i bardziej się tą firmą zainteresowałem. Wiedziałem, że jest do sprzedania nowy model, którego wyszło jedynie 12 sztuk na całym świecie. Te bębny były wykańczane we Włoszech. I przede wszystkim w pięknym, moim ulubionym, błękitnym kolorze. Jak tylko je zobaczyłem, pomyślałem, że będą zajebiście wyglądać na scenie. Ja wcale nie muszę być mroczny, nosić pentagramów, glanów, włosów do pasa i robić złe miny… (śmiech) Wiedziałem, że ten bęben nie tylko będzie super wyglądał na scenie, będzie się wyróżniał spośród innych, ale też będzie dobrze brzmiał w studio. W dodatku udało mi się tak dobrać naciągi, że wyciskają z niego naprawdę dużo rezonansu.


W takim razie zdradź szczegóły, co pozakładałeś na swoje bębny?


Na górze mam Emperory, na dole Ambassadory, czyste niepowlekane. Za to w studiu nagrywałem na białych, powlekanych i one miały zdecydowanie więcej mięcha. Wcześniej próbowałem na różnych i te właśnie najbardziej przypadły mi do gustu. Zobaczyłem wielką różnicę miedzy moją starą Tamą Superstar Custom a Mapex Orion Ocean Wave (to jest ta limitowana edycja). Zdecydowanie bardziej mruczą te bębny. Chociaż tak naprawdę na koncert spokojnie można wziąć Superstara, bo i tak mikrofony, gitary i cała reszta zrobią swoje i nie będzie tego tak bardzo słychać. Z kolei w studiu bardzo istotne jest, żeby mieć profesjonalny sprzęt, który niestety wcale nie jest tani.


Wspomniałeś że sprzedałeś Tamę, ale - jak dobrze pamiętam - pod stopą miałeś Pearla Eliminatora, a nie Iron Cobrę. Dlaczego właśnie tak?


Grałem na Iron Cobrze, ale ona jest dla mnie za ciężka. Do niej trzeba mieć kopyto i wydaje mi się, że bardziej nadaje się do grania metalowego. Ja częściej gram funkowo - rockowo, z feelingiem, więc muszę czuć stopę. Cobra jest toporna i nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Za to Pearla Eliminatora kupiłem w 2006 roku i mam ją do dziś, już ma pewne luzy, coś wypada, ale dalej brzmi świetnie. Ustawiłem ją sobie dokładnie tak, jak ma brzmieć. Wszystko mam w ten sposób ustawione i raczej nie będę nic zmieniał. Mam Pinstripe’a, nakładki Remo, plastikowe bijaki i nie muszę mieć odsłuchu do bębna. Ma taki fajny mlask, taki strzał, że nie tylko czuję to w nodze, ale i słyszę. Czarnoskórzy bębniarze mają takie twarde, bardzo selektywne bębny i właśnie o coś takiego mi chodziło.


Wracając do płyty. Ostatnio sporo koncertujecie promując swój nowy krążek. Ci, którzy widzieli już wasze koncerty mówią o nich, jak o spektaklach pełnych mistycyzmu. Dlaczego dla zespołu Votum sfera wizualna na koncertach jest taka ważna?


Ona jest po to, żeby dokoloryzować to, co znajduje się na płycie. Nie chcieliśmy, żeby nasze koncerty były standardowe w odbiorze, chcieliśmy dorzucić coś niestandardowego. Dla nas grafi ka zawsze była ważna i chcieliśmy mieć ją wszędzie, nie tylko na płycie czy w teledysku, ale właśnie też na koncertach. Niestety, nie zawsze są takie techniczne możliwości. Jednak często powtarzamy, że to integralna część naszych występów. Teraz pracujemy nad nową oprawą wizualną koncertów.


Rozmawiał: Michał Prokopowicz

Galeria

Pozostałe

Paul Mazurkiewicz (Cannibal Corpse)

Dodano: 29.09.2016

Jeden z najsłynniejszych zespołów deathmetalowych na świecie współtworzy perkusista o bardzo swojsko brzmiącym nazwisku.

czytaj dalej

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama