Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Abe Cunningham (Deftones)

Dodano: 03.10.2013
Abe jest z pewnością bardzo charakterystycznym perkusistą bardzo charakterystycznej kapeli, cieszącej się w Polsce dużą popularnością. Perkusista opowiada nam wiele interesujących rzeczy, w tym o swoim słynnym patencie "bum pap".

Upłynęło już sporo uderzeń w werbel od czasu wydania ostatniej płyty Deftones, ale o zespole wciąż jest głośno. Niestety, jest to spowodowane także kwestiami poza muzyką, a konkretnie stanem zdrowia basisty Chi, który uległ wypadkowi kilka lat temu. Muzyk ostatecznie zmarł 13 kwietnia tego roku. Deftones idzie jednak do przodu, gra i tworzy. Abe jest motorem napędowym kapeli, która ostatecznie patrzy z wielkimi nadziejami w przyszłość. Wiele osób zastanawiało się, dlaczego Abe nie ma jeszcze swojego sygnowanego werbla od Tamy. Poniekąd w niniejszym wywiadzie sprawa się wyjaśnia, a przyczyna jest dość prozaiczna. Zapraszamy więc do rozmowy z sympatycznym Kalifornijczykiem.

Kai No Yokan to schludny, skoncentrowany album. Jaka atmosfera panowała w  studio?


Było świetnie. Przeżyliśmy przebudzenie po wypadku Chi (oryginalny basista Deftones - Chi Cheng w momencie robienia tego wywiadu jeszcze żył - przyp. red.). Tworzenie płyt przez lata stało się dla nas poważnym zadaniem. Robiliśmy rock’n’rollowe rzeczy, robiliśmy rzeczy, które to utrudniały, nie sprawialiśmy, że to będzie prostsze. To powinno być fajne, prawda? Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, jesteśmy braćmi, ale nie było fajnie. Chi miał wypadek a my mamy teraz inny sposób patrzenia na świat, widzimy wszystko z szerszej perspektywy.


Czym objawia się ta zmiana?


Po prostu szacunkiem. Jak już mówiłem, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i braćmi. To jak brudny talerz, trzeba go trochę wypucować, żeby znowu zajaśniał. Od Diamond Eyes zmieniliśmy na wielu płaszczyznach to, jak się zachowujemy. Główną rzeczą było po prostu odnoszenie się do siebie z szacunkiem, do tego, co stworzyliśmy, zespołu i - niestety - także do biznesu. Po prostu zaczęło nas to na nowo bawić. Mamy jako kapela poczucie, że możemy to zrobić, zrobić to efektywnie i świetnie się przy tym bawić, że możemy grać nasze numery, że piszemy je szybko, że znowu jesteśmy zespołem. Gramy, robimy próby, aż nie wyjdzie nam bokiem, idziemy do studnia i niszczymy. To naprawdę wspaniałe uczucie. Tą samą filozofią kierowaliśmy się tym razem. I świetnie się bawiliśmy. Było lekko - lekko i przyjemnie.


Po nagraniu dwóch albumów w ciągu dwóch lat można stwierdzić, że idziecie za ciosem.


To dobre uczucie, szczególnie że nie jesteśmy pierwszej młodości.


Wróciliście też do pracy z producentem Nickiem Raskulineczem. Czy dzięki temu było wam łatwiej w studio?


Nazywamy go "człowiekiem, który chodzi z laską". Zawsze ma w ręce pałeczkę perkusyjną. To po prostu normalny gość. Chce się z nim przebywać, ale dawniej doprowadzał mnie do szału. Podchodził do mnie z pałeczką a ja myślałem, że spoko, że on się po prostu wczuwa. A potem doprowadzał mnie do cholernego szału. Zrozumiałem w końcu, że to taki jego bzik. Jest kochany, bardzo pomocny. Niektórych interesuje tekst albo wokal, ale on wszystkich łączy i każdemu pomaga. To świetny człowiek. Po Diamond Eyes, kiedy pracowaliśmy z nim drugi raz, było jeszcze lepiej. O wiele wygodniej.


Na basie ponownie grał Sergio Vega. Czy jego gra zmieniła się od czasów Koi No Yokan?


To przyjaciel ze starych czasów i został przyjęty z otwartymi ramionami. Oczywiście daliśmy mu wolną rękę, napisał wszystkie swoje partie na Diamond Eyes, był ciągle z nami, a nie na zasadzie‚ zagraj to i siedź cicho.’ Za drugim razem było mu wygodniej, co na pewno zaowocowało.


Jak to wyglądało od strony perkusisty? Jest tu kilka charakterystycznych dla ciebie zagrywek.


Byłem bardzo podekscytowany nagrywaniem nowej płyty. Ciągle robimy albumy, kompletne nagrania, pochodzimy z czasów, kiedy taśmę albo płytę przewracało się na drugą stronę. Jesteśmy dumni z tego, że nagrywamy. Kocham historię, szczególnie będąc w Los Angeles. Kocham historię słynnych pomieszczeń, w których nagrywano bębny. Fascynują mnie różne anegdoty, szczegóły, dowiadywanie się kto, co zrobił i gdzie. Często można znaleźć przykłady asystenta, który potem stawał się jednym z najlepszych producentów. To wspaniałe uczucie przebywać w tych pomieszczeniach. Mieliśmy niesamowitą salkę do perkusji ze świetnym sprzętem i od razu wzięliśmy się do roboty. Tym razem pomagał nam Matt Hyde, który grał w Porno For Pyros i kiedy Nick zaczynał, Matt był jednym z pierwszych ludzi na liście. Z czasem zaczął pracować przy metalu i Nick, który był najpierw gońcem u Matta, stał się znanym producentem. Matt był naszym inżynierem dźwięku, była to przysługa. Mieliśmy dwóch ludzi, zarówno inżynierów i producentów, dwa bardzo otwarte, dobre umysły.


Czy są na tej płycie jakieś rytmy, z których jesteś najbardziej dumny?


Bardzo lubię Romantic Dreams. Jeśli chodzi o pisanie numerów to często dużo zmieniamy. Niektóre zespoły mówią czasem o napisaniu 398 piosenek i zredukowaniu ich do 12. Jeśli komuś z naszej piątki coś się nie podoba, to dosyć szybko się tego pozbywamy. Staramy się wszystko robić przejrzyście.


A co ze sprzętem? Bardzo go pozmieniałeś od czasów Diamond Eyes?


Tym razem grałem na swoich bębnach! Ostatnim razem Nick miał zestaw, z którego chciał korzystać, ale teraz powiedziałem mu: "Stary, tym razem gram na swoich gratach." Mieliśmy na miejscu technicznego, który wymienił naciągi. Użyliśmy moich zestawów Tama, ale zmienialiśmy dwa tomy - raz na jego DW, a raz na moją Tamę. Mieliśmy dużo werbli, ale w końcu znaleźliśmy coś, co zabrzmiało. Jeśli chodzi o blachy to użyłem tego, co na koncertach, teraz o wiele więcej Zildjianów serii K. Pięknie się nagrywają. Zacząłem też używać ich na żywo. Teraz praktycznie wszystko, co było w studio, jest też na koncertach.


Wspomniałem, że na albumie są charakterystyczne dla ciebie momenty. Jak oceniasz swój styl gry?


Mamy pewnie z tysiąc ulubionych bębniarzy, ale chyba jestem w jednej trzeciej Stewartem Copelandem, w jednej trzeciej Levon Helmem i w jednej trzeciej Bernardem Purdie. Rytm musi dobrze siedzieć. Bez ustanku zżynam od Stewarta Copelanda. Nie sądzę, żeby to, co gram, było bardzo udziwnione. Staramy się pisać piosenki, które ludzie mogą czuć i jest tylko kilka różnych metrów, ale nic kosmicznego. Wszystko musi dobrze żreć.


Czyli skupiasz się głównie na feelingu?


Jeśli muzyka żre, to tyłeczki się ruszają. Może nawet dzieci się rodzą, nie wiem.


Jesteś bardzo kreatywny, rzadko kiedy grasz prosty rytm w  4/4. Czy dostajesz czasem blokady pomysłów?


Pewnie! To jak ze wszystkim, kiedy piszemy jako zespół. Zbieramy się w piątkę w małym pomieszczeniu i łoimy. Nasz gitarzysta Steph razem ze mną układał wszystkie riffy na pierwszych albumach, a jako zespół każdy przynosi swoje partie. Bardzo się to zmieniło przez lata. Na tych ostatnich dwóch płytach jest powrót do pięciu kolesi, którzy wspólnie grają.


Jak radzisz sobie z taką blokadą? Czy próbujesz ciągle różnych rzeczy?


Mogę spróbować kieliszka tequili. Żartuję. Może czasami zmienię jakąś małą rzecz. Może inny werbel wykręcony na maksa do góry, może jakiś brzydki i skręcony bardzo nisko. Teraz staramy się, żeby to było lekkie, przyjemne i z polotem.


Czy łatwo jest radzić sobie z frustracją, kiedy w  studio coś idzie nie po twojej myśli?


Można wiele wysiłku włożyć w martwienie się o różne sprawy czy jakąś kłótnię z gitarzystą. Ja z góry wiem, że takie sytuacje się zdarzą, więc się nie przejmuję. My działamy w bardzo specyficzny sposób, a czy to nam wychodzi na dobre czy złe, to wszystko jedno. Tak po prostu robimy. Wspólnie nauczyliśmy się wielu rzeczy.


Wspominasz o znanych wszystkim napięciach w  zespole w  przeszłości. Czy to się teraz zmieniło?


Steph i ja zawsze tak samo robimy, kiedy się bardzo kłócimy. To głównie on wkurza się na mnie, ja siedzę i pozwalam mu mówić, bo uwielbia wypełniać powietrze słowami. Prawie rozwiązujemy kapelę, a potem wracamy i gramy dalej. Powiem to jeszcze raz - to zawsze on! Zabawne, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, ale każdy musi wykonać swoją robotę. Wszyscy kiedyś popełniliśmy grzeszki i robiliśmy więcej lub mniej złego. W tym momencie wiemy, że życie jest za krótkie, więc cieszymy się z tego, że gramy.


Myślisz, że te tarcia są potrzebne, żeby zapalić płomień Deftones?


Pewnie. Muszę być szczery i lubię, jak wszystko się układa, ale trochę napięć jest dobre. To braterska miłość. Mogę komuś wybić oko pałką rzuconą z odległości 100 metrów i chłopaki o tym wiedzą. Ja po prostu cieszę się, że dobrze spędzamy ten czas.


Czy lata takich kłótni sprawiły w końcu, że jesteś dziś lepszym bębniarzem?


Bardzo lubię grać na bębnach. Jednocześnie bębny wprawiają mnie w złość. Perkusiści są dziwni. Może ci coś nie wyjść i się wkurzasz. Ja mogę łoić na swoim instrumencie, to świetny sposób, żeby się wyżyć.


Czy znalazłeś ten balans między napięciem i jak to określiłeś wcześniej - lekkim, przyjemnym uczuciem?


O tak. Możesz też wyobrazić sobie, że werbel jest Stephenem i to jest świetne. Ale mimo wszystko uwielbiam tego gościa!


Ale teraz w  obozie Deftones są tylko pozytywne wibracje, tak?


Tak, wszystko jest super. Świadomość naszych możliwości daje nam pewność siebie, chęć do bycia zespołem. Napisaliśmy i znamy materiał, dobrze się z nim czujemy i sprawnie działamy w studio. Nigdy się nie spieszymy, ale to dobre uczucie być sprawnym i robić wszystko z wyczuciem. Teraz wyjeżdżamy na trasę na półtora roku. Chodzi o równowagę. Znowu wspomnę o naszym wieku, z tego się utrzymujemy. Dawniej mogliśmy być wszędzie, w każdym kraju na świecie. Teraz wszyscy są w rozjazdach. U2 i Metallica latają odrzutowcami, my także jesteśmy w trasie. Każdy jest w innym miejscu co noc. Trzeba mądrze do tego podejść, świat kurczy się z każdym dniem.


A co z brzmieniem twojego zestawu. Czy masz w  głowie jakieś konkretne brzmienie?


Byliśmy przygotowani. Nie w sensie brzmienia, ale materiał był dobrze ograny. Napisaliśmy płytę i w kółko jammowaliśmy na tych numerach. Byliśmy pewni. To oczywiście pozwala na swobodę i eksperymentowanie w studio. Nie mieliśmy nic bardzo udziwnionego. Po prostu pewność siebie i brak zmartwień o czerwone światełko i niepewność. Zawsze jednak zostawiamy miejsce na pomyłki, ale ja nie gram nic trudnego, skomplikowanego, byle by żarło. Wszystkie piosenki są opracowane, ale zawsze jest miejsce na frywolny błąd. Nigdy nie ustalam niczego na sztywno, zawsze jestem otwarty na sugestie od innych. Wszystko jest możliwe, chodzi o to, żeby zrobić dobrą piosenkę i spójny album.


Zestaw brzmi potężnie.


Byłem bardzo podekscytowany rezultatem. Bębny brzmią o wiele bardziej naturalnie, brzmią z większą mocą. W studio mówiłem chłopakom, że chcę, żeby moje graty brzmiały jak Bonham. Cóż, Jimmy Page nie miał czystego brzmienia, więc spektrum brzmieniowe jest otwarte, żeby można było brzmieć jak Bohnam. Gitara Stepha ma mocne brzmienie i zajmuje dużo miejsca, więc żeby wcisnąć bębny w tak mało miejsca trzeba wszystko porządnie ustawić. Myślę, że tym razem słychać swobodę, ale też trochę pikanterii.


Czy uważasz, że twój styl zmienił się przez lata?


Nie martwię się tym za bardzo. Zbyt dużo czasu spędziłem na martwieniu się. Teraz jestem troskliwy, ale staram się nie zamartwiać. Myślę, że jak ze wszystkim, jeśli spędzisz trochę więcej czasu, zaczynasz robić coś z większą łatwością, ale nigdy z za dużą łatwością. Jest nam trochę łatwiej. Miłość do instrumentu odbija się z powrotem, to słychać.


A co z twoim brzmieniem?


Jest ciągle podobne. Głównym elementem jest werbel, kocham wysoko strojony werbel. Dużo naszych starych piosenek ma ten wysoko strojony werbel w stylu Johna Staniera, podobnie Stewart Copeland wysoko go stroił. Ale było w tym też coś więcej. To podróż przez całe życie. Używaliśmy bardzo wrednego naciągu od Remo, chyba Black Max. To naciąg do werbli marszowych, wymyślony, żeby go skręcić wysoko. Używaliśmy ich przez kilka ostatnich lat i brzmi obrzydliwie. Na próbach dźwięku, tylko akustycznie brzmi okropnie, ale pod mikrofonem na żywo brzmi świetnie. To pozwoliło nam wrócić też do brzmienia werbla z My Own Summer. Jeśli nastroisz go nisko to też jest bardzo wszechstronny. Używałem takiego przez ostatnie sześć miesięcy, więc świetnie sprawuje się w trasie. Łoję ciągle ten sam naciąg. Jest bardzo wytrzymały, kuloodporny.


Jak wygląda przyszłość Deftones?


Chcielibyśmy nagrać kolejny album. Ten właśnie wyszedł i jesteśmy bardzo podekscytowani. Właśnie skończyliśmy miesiąc próbnych koncertów i przygotowujemy się na półtora roku pracy. Chodzi o równowagę, granie jak najwięcej i ciągle bycie sobą. Lubię tłuc po garach. Jestem też ojcem i lubię być w domu z dziećmi. Jadę w trasę, oczywiście, że jadę, ale jednocześnie jesteśmy pięcioma ludźmi i nigdy nie wiadomo, co każdemu się zdarzy konkretnego dnia. Ale teraz jest lekko i przyjemnie, jest dobrze. Jest na pewno lepiej niż było od długiego czasu. To świetna rzecz. Znowu jesteśmy tu dla siebie nawzajem.


Materiał przygotowali: Rich Chamberlain, Szymon Ciszek oraz Kajko
Zdjęcia: Kevin Nixon


Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama