Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Piotr Szkudelski (Perfect)

Dodano: 17.10.2013
W Perfekcie gra od początku. Schowany za przebogatym zestawem bębnów i talerzy jest najmniej widocznym instrumentalistą grupy, ale za to bardzo dobrze słyszalnym.

Piotr Szkudelski przetrwał w zespole wszystkie zmiany składów i zawirowania formacji. Niedawno po raz pierwszy w wydaniu kompaktowym ukazał się legendarny debiutancki "Biały album" Perfectu. spotkaliśmy się, by powspominać, ale i porozmawiać o innych pasjach tego interesującego, acz skromnego muzyka.

Ile w tym roku zagraliście koncertów?


Bardzo mało. Może pięć.


No właśnie. Ostry sezon koncertowy dopiero przed wami, a ty ledwo znalazłeś czas na rozmowę. To co robisz?


Zima nie chce się skończyć, a auto zaczęło mi odmawiać posłuszeństwa. Musiałem się zająć jego naprawą. Poza tym, jak pochłonie mnie moja modelarska pasja, to jestem wyłączony ze świata zewnętrznego. To składanie modeli trwa znacznie dłużej niż granie w Perfekcie. Zaczęło się od "Małego Modelarza" - klejenia pojazdów z papieru. Z czasem zaczęły się modele plastikowe i metalowe. Zrobiłem kilka modeli z silnikami, ale najbardziej podobają mi się redukcyjne. Składam, maluję w piwnicy i wstawiam do szklanej gabloty, by się nie kurzyły. Mam w domu setki modeli. Mieszkanie zaczęło przypominać muzeum. To zakręcone hobby. Przechodziłem przez fascynacje różnymi pojazdami. Było lotnictwo, pancerka, okręty, a teraz składam samochody i motocykle. Obecnie ślęczę w piwnicy nad modelem Ferrari 250 GTO - prawdziwa bryka pochodzi z lat 60-tych i jest najdroższa ze stajni Ferrari. Jednoślady to moja kolejna ogromna pasja. Mam ich kilka i uwielbiam nimi jeździć. Do samochodu wsiadam tylko wtedy, gdy z powodu pogody nie da się jeździć motocyklem.


Żyjesz tylko z grania w Perfekcie?


Tak.


Zdarza się, że całymi tygodniami nie grasz na perkusji?


Niestety tak, chociaż brak ćwiczenia później bardzo boli. Lepiej tego nie robić. Nigdy nie należałem do gości grzeszących regularnością. Albo siedziałem godzinami za instrumentem albo zarzucałem granie na dłużej, co ma jedną ważną zaletę - odświeża spojrzenie na dźwięk.


Jesteś samoukiem. Jak to jest zasiąść za zestawem i samemu uczyć się techniki?


Dla mnie najlepszym nauczycielem było słuchanie muzyki. Zaczynałem mając 10, 11 lat. Chłonąłem muzykę, skąd się tylko dało. Słuchając, wyławiałem patenty i uczyłem się grania zagrywek na pamięć. Z czasem zaczynało się to wszystko zazębiać i pomiędzy tymi wysłuchanymi zaczęły pojawiać się własne zagrania. A dlaczego perkusja? Po prostu jest we mnie taki naturalny, pierwotny zew bębnienia. Podobno od tego zaczęło się muzykowanie człowieka.


Pasję do motocykli połączyłeś z pasją muzyczną, bo w okresie letnim z koncertu na koncert podróżujesz motorem. Polskie drogi się zmieniają, ale czy są coraz bezpieczniejsze dla motocyklistów?


Z pewnością jest lepszy komfort jazdy, szersze pobocza, mniej dziur. W trosce o bezpieczeństwo na drogach pojawiły się fotoradary. Robiąc tysiące kilometrów rocznie, nie zawsze da się jeździć przepisowo 50, czy 70 km na godzinę. Głupio się przyznać, ale za punkty "zarobione" na skutek szybkiej jazdy motocyklem, zabrano mi prawo jazdy i musiałem na nowo zdawać egzamin.


Bierzesz udział w zlotach harleyowców?


Ja nie jeżdżę na żadne zloty. Te imprezy odbywają się w weekendy, a wtedy z reguły gram. Poza tym preferuję samotną jazdę. Wsiadam na motocykl i w długą…


Nie boisz się, że te motocyklowe podróże w końcu mogą przerwać twoją perkusyjną karierę?


Różnie może być. Do tej pory miałem kilka wywrotek, ślizgów i "paciaków". Na szczęście wychodziłem z nich bez szwanku. Moja perkusyjna kariera stanęła pod znakiem zapytania, kiedy złamałem prawą rękę - spadłem z drabiny, a nie z motocykla. Jazda motocyklem jest ryzykowna, ale rajcuje mnie tak, jak gra na bębnach. Dopóki mam dryg do jednego i drugiego nie boję się tego robić.


Właśnie ukazało się kompaktowe wznowienie waszego debiutu. Czy to ma jakieś znaczenie dla muzyka z tak długim stażem?


Dla mnie ogromne. Odkąd pojawiła się technologia cd, czyniliśmy starania, żeby to wydać na srebrnym krążku, ale się nie dało. Polskie Radio trzymało nagrania w garści. Upłynęły 32 lata, no i w końcu sami doszli do wniosku, że warto byłoby ten materiał wytłoczyć na kompakcie. Winyl też będzie. Chwała im za to. Chylę czoła. Ta płyta powstała w bardzo specyficzny sposób. My nie wchodziliśmy do studia, żeby nagrać album. To były dwie sesje radiowe. Teraz to jest wydanie z dodatkami z trzeciej sesji radiowej.


Podobno przed wejściem do studia do bólu ogrywaliście materiał.


Nie było innej możliwości, żeby móc szybko i sprawnie pracować w studiu. Próby zaczęliśmy we wrześniu 1980 r. w sali 06 Klubu Stodoła. Na początku śpiewał Zbyszek Hołdys. Później dołączył Grzesiek Markowski. To był morderczy okres przygotowań. Chodziłem na próby, jakbym pracował w jakimś zakładzie na etacie. Zaczynaliśmy o godz. 10, a kończyliśmy o 15 lub 16. I tak dzień w dzień z wyjątkiem niedziel. "Naćwiczeni" byliśmy na maksa, a ja dodatkowo mocno zestresowany, bo czekało mnie pierwsze w życiu wejście do studia nagrań.


Poszło gładko?


Te nagrania z pierwszej płyty to w zasadzie "setki". Poza wokalem nagrywanym osobno, wszyscy stali w jednym pomieszczeniu. Był tylko boks na bębny, żeby mnie akustycznie odseparować, przynajmniej trochę. Nagrywanie wyglądało tak, że wykonywaliśmy cały numer i wersja albo zostawała przyjęta albo nie. Realizatorzy (Wojciech Przybylski i Jarosław Regulski - przyp. kk) dokonywali cudów, żeby na starym wyposażeniu osiągnąć satysfakcjonujące wszystkich brzmienie. Praca nad debiutem była też dla nas uciążliwa organizacyjnie. Czasem sesja zaczynała się o godz. 22. No, ale żeby wydać dźwięk, trzeba było najpierw wnieść sprzęt, a ja wtedy nie miałem jeszcze żadnych technicznych do pomocy. Sami musieliśmy się rozstawić, nastroić, potem cała "gałkologia" za stołem i w końcu właściwe nagrywanie. Było ciężko, ale dzisiaj mamy z tych nagrań radość i satysfakcję.


Wciąż kompaktowego wznowienia nie doczekała się wasza trzecia płyta "Live". Dlaczego?


Album wydała polonijna firma Savitor. Prowadził ją sympatyczny pan, który zmarł na zawał. Firma przestała istnieć. Warto byłoby to wznowić, bo jak na tamte czasy i warunki, jakimi dysponowaliśmy, brzmiało to ciekawie.


Wziąłeś udział w legendarnej sesji "I Ching", ale zagrałeś tylko w dwóch utworach. Nie zazdrościłeś Wojtkowi Morawskiemu, który się tam bardzo udzielał?


Nie ma o czym gadać. Tylko liznąłem tam grania. W tamtym czasie nie byłem w najlepszych relacjach z Hołdysem i to wpłynęło na mój niewielki udział w nagraniach.


Niedługo potem znalazłeś się w zespole Martyny Jakubowicz. Zbliżyliście się do siebie przy okazji sesji "I Ching"?


Martynę poznałem na balandze po nagraniu "I Ching". Wiedziałem już wtedy, że Perfect zawiesza działalność, więc z przyjemnością przyjąłem od niej propozycję współpracy. To był najbardziej hippisowski okres w moim życiu. Bez pośpiechu. Grania nie było za wiele, za to do obłędu spotykaliśmy się na próbach. Organy Hammonda, piano Fendera, ciekawe gitary - brzmieliśmy trochę dylanowsko. Z Martyną spędziłem sporo czasu. Nagraliśmy razem dwie płyty: "Bardzo groźna księżniczka i ja" (1986 r.) i "Wschodnia wioska" (1988 r.).


Grałeś w projekcie Jajco i Giganci? Bębniłeś tam na trzech płytach: "Wasz ambasador" (1990 r.), "Kwakwarakwa" (1992 r.) i "TIP-TOP" (1999 r.).


To były pomysły Wojtka Bruślika, który siedział w mieszkaniu i wymyślał jajeczne piosenki. Potem je śpiewał tym swoim obłędnym głosem Janka Himilsbacha. Wojtek wymyślał bardzo fajne rytmy perkusyjne, a ja je realizowałem. Zrobiłem to po koleżeńsku.


Były jeszcze jakieś projekty?


W 1988 r. załapałem się na półtoramiesięczną trasę z Voxem po Związku Radzieckim. Przed wyjazdem było się czego uczyć. Mieli w programie sporo jazzowych rzeczy. Później zadzwoniła Zdzisława Sośnicka i wraz ze Zbigniewem Wodeckim i Danutą Błażejczyk wyruszyłem na swoją pierwszą trasę po Stanach Zjednoczonych. Przejechaliśmy pół Stanów i kawałek Kanady. Ze Zbyszkiem Hołdysem pod szyldem Plugawy Anonim nagrałem parę numerów. To był świetny materiał i do dziś brzmi powalająco. Powiem jeszcze o Emigrantach - projekcie Mundka Stasiaka (ex-Lady Pank) z Pawłem Kukizem na wokalu. Nagrałem z nimi płytę "Rosja i Ameryka" z hitem "Na falochronie". No, a w 1989 roku Hołdys zaproponował, że trzeba jechać do USA, robić amerykańską karierę. Na gitarze zabrał się z nami Jacek Krzaklewski, a na basie Mietek Jurecki. Bez Grześka. Śpiewał i grał Zbyszek. Szalony skład, ale fajnie się grało. Chłopcy wrócili do Polski, a ja zostałem w Stanach na półtora roku, robiąc różne niecne rzeczy. Imałem się rozmaitych fuch, łącznie ze zrywaniem azbestu. Nie wstydzę się tego, bo to było dobrze płatne zajęcie. Wróciłem do Polski w 1991 roku, a tu zero propozycji grania. Wtedy trójka moich dzieci była w wieku szkolnym, żona nie pracowała. Jakoś trzeba było zarobić na dom. Mam szwagra, który jest organistą kościelnym, a ponadto prowadził zespół weselny. No to graliśmy takie chałtury. Część nagrań leciała z playbacku. Zakładałem słuchawki i grałem tak, żeby się ludziom zgadzało. Ponadto szwagier nauczył mnie kładzenia glazury, czym też się zajmowałem.


Od kiedy masz centralę z napisem Perfect?


Tak sobie wymyśliłem przy okazji powrotu zespołu na scenę w 1993 r. To efekt mojej modelarskiej pasji. Edward Lutczyn wymyślił nam genialne logo. Niektórzy mówią, że tak samo poznawalne jak Coca-Cola. Postanowiłem je wyraźnie unaocznić ludziom na koncertach. Od tamtego czasu zmieniałem kilka razy bębny, no i na każdą nową centralę naklejam wycięte z folii logo "Perfect".


Na czym grasz?


Od jakichś sześciu lat gram na Tamie Starclassic. Wcześniej używałem Premiera Resonatora. Mam go do dzisiaj. O zmianie zdecydowało drzewo. Brzozowy Premier ma ciepłą, ciemną barwę, a ja sobie wymarzyłem jaśniejszy klon. No i znalazłem taki w dobrej cenie w zaprzyjaźnionym sklepie. Wszystko zostało zrobione na zamówienie i to w Japonii, a nie jakimś Tajwanie. Faktycznie mam duży zestaw, jest się na czym rozpędzić. Mam pięć tomów: 10, 12, 14, 16, i 18, taktowiec: 22, werbel 14 - Simon Phillips z brązu, pokryty czarnym chromem, drugi werbel: 14 wyżej strojony, maszynki Iron Cobra, no i sporo blach (wcześniej Paiste, teraz Zildjian). Sztuka w tym, żeby z tego umiejętnie korzystać. Może gdybym nie miał technicznych, to bym się zastanawiał, czy rozbudowywać zestaw. Kiedyś wszystko na scenie stawiałem sam. Teraz nie muszę o tym myśleć.


Jako jedyny, obok Grzegorza Markowskiego, muzyk pierwszego rockowego składu Perfectu grasz do dzisiaj w zespole. Mam rozumieć, że jesteś bezkonfliktowy?


Takich ludzi nie ma. Staram się zachować kompromis pomiędzy swoim zdaniem, a zdaniem kolegów z zespołu, ale czasem krew się poleje.


Nie żyją już twoi basowi partnerzy Zdzisław Zawadzki (zmarł w 1998 r.) i Andrzej Nowicki (zmarł w 2000 r.). Myśląc o nich, myślisz o przemijaniu?


Każdy myśli. W końcu mam już 58 lat. Człowiek nie zawsze dobrze się czuje. Nie ma się już fizyczności dwudziestoparolatka. Granie na bębnach to czynność fizyczna, a ja dość mocno uderzam w bębny. Potrzebuję na to sporo siły. Muszę ćwiczyć, choć nie zawsze się chce. Zdzisiek był genialnym muzykiem. Miał wiele interesujących pomysłów, które bardzo dobrze słychać na tej wznowionej płycie. Nagrał na niej kilka wyrąbistych partii basówek. Z nastaniem stanu wojennego z zespołu odeszli: Zawadzki i Ryszard Sygitowicz. Pamiętam, siedzieliśmy z Hołdysem w sali 06, przesłuchując kandydatów na ich miejsce. Pojawił się Andrzej Nowicki i został. Andrzej nie miał lotności Zdziśka, ale znakomicie brzmiał. Szkoda, że nie ma ich między nami.


Rozmawiał Krzysztof Kowalewicz



Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama