Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Krzysztof Zawadzki

Dodano: 05.12.2013
Zanim założył legendarny zespół jazzowy Walk Away przeszedł drogę przez prawdziwą mękę... - akordeon. Później już było z górki.

Pierwsze bębny zrobił sobie z sit do przesiewania mąki i kartonów. Zanim został endorserem Sonora, grał na "zrewitalizowanych" bębnach Polmuza. Na uczelni był karany za granie w klubach jazzowych. I chwała mu za to... dziś gra z gigantami światowego jazzu. O swojej karierze za bębnami, ćwiczeniach, uczniach i ich najczęstszych błędach opowiada Krzysiek Zawadzki.

Podobno niewiele brakowało, a nie grałbyś dziś na bębnach...


Ta cała moja przygoda z bębnami to szalenie skomplikowane story. Zanim na poważnie chwyciłem za pałki, jako dzieciak uczyłem się gry na znienawidzonym akordeonie. Zmuszano mnie do tego w domu i w szkole muzycznej... A ja pragnąłem grać na bębnach! Dlatego wieczorami robiłem swoje. Tłukłem wieszakami na ubrania o poduszki, które rewelacyjnie imitowały wówczas bębny. Miałem wtedy jakieś 12 lat. Nie chciałem grać na akordeonie, a musiałem. Matka chciała zrobić ze mnie akordeonistę. Ciekawostką jest, że w szkole tej działał big band akordeonowy, który miał perkusistę. Kiedy nie grali, zakradałem się za bębny i grałem. Usłyszał mnie kiedyś jeden z profesorów i powiedział mi, żebym zostawił w cholerę akordeon i przyłożył się do bębnów. Wziąłem to sobie mocno do serca i grywałem z tym zespołem (śmiech). Bez wiedzy rodziców zapisałem się do średniej szkoły muzycznej w Warszawie, do klasy perkusji. Pozytywnie zdałem egzaminy i wreszcie zacząłem oddychać... (śmiech)


Staruszkowie pewnie byli zachwyceni?


Jak by to powiedzieć... Z czasem uszanowali moją decyzję (śmiech). Była to pierwsza ważna i szalenie poważna decyzja w moim życiu. Kiedy zdałem egzaminy i wiedziałem, że się dostałem i że będę uczyć się tego, co chcę, a nie co muszę, poczułem, że rozpoczyna się mój czas. Wiesz, ster życia w dłoniach. Teraz, kurde, ja! I bębny! Równolegle kończyłem w Warszawie technikum elektroniczne.


Twój starszy brat grywał w tym technikum w zespole...


To była bardzo fajna szkoła. Po zajęciach młodzież mogła rozwijać tam swoje pasje muzyczne czy plastyczne. Były tam instrumenty - rzecz jasna - także bębny! Zajęcia pozalekcyjne kształciły zespoły, w których pogrywałem. Starszy brat grał na klarnecie i fortepianie. Pamiętam, że wybierając technikum elektroniczne kierowałem się głównie tym, że były tam bębny!!! (śmiech). To były świetne czasy! W szkole byłem jedynym perkusistą. Grałem w trzech czy czterech zespołach i ciągle zwalniano mnie z lekcji, by przygotowywać się do różnych akademii. Bajka!


Wieszakami pomykałeś po poduchach w dzieciństwie. Jak zdobywałeś pierwsze instrumenty?


Kiedy miałem 15-16 lat, zagrałem pierwsze wesele. Za zarobioną kasę, kupiłem sobie pierwszą centralkę. Oczywiście, był to bęben Polmuza. Następne bębny - każdy w innym kolorze i z innej "parafii", kompletowałem na zasadzie kupna-okazji. Nie było wtedy Allegro. Wyrwać nadający się do czegokolwiek instrument to był wyczyn. W końcu skompletowałem secik, tyle tylko, że aby jakoś brzmiał i wyglądał, trzeba było te bębny w zasadzie zrobić od nowa... (śmiech). Wzmocniłem je, żeby się nie rozleciały. Uszlachetniłem lakierami utwardzalnymi. Obklejałem je jednolitą okleiną - by jakoś wyglądały. Był też problem z holderami, bo zwyczajnie ich nie było. Ojciec na tokarce utoczył mi holdery do tomów a’la Sonor. Jedyne, na czym bazował, to zdjęcie bębnów, jakie mu przekazałem. Później, gdy ten set był już zawodowo zrobiony z naciągami Remo, sprzedałem go Adamowi Lewandowskiemu, który grał na nim jeszcze chyba z osiem lat...


I przesiadłeś się na pierwszego Sonora.


Mój idol - Jack DeJohnette grał na tych bębnach. Ponieważ uważnie studiowałem to, co robi w analogowych wówczas mediach, oczywistym było to, że muszę mieć bębny Sonora. Zamówiłem go przez ojca Ewy Bem, który wyemigrował do Niemiec. Krzysztof pomagał polskim muzykom ściągać instrumenty. W czasach komuny był to jedyny sposób na to, by pozyskać porządny, profesjonalny instrument. Czekałem na niego kilka miesięcy... Zarobiłem na niego grając w wakacje taneczne nocki w Hotelu Victoria. Miałem wtedy 17 lat. Mogłem kupić sobie albo dwudziestoletniego Volkswagena albo bębny. Wybór był oczywisty...


Zastanawiam się, jak w głębokiej komunie - bez internetu, szkół na DVD i czasopism dla drummerów - "studiowałeś" technikę i styl Jacka DeJohnette?


Jedynym dostępem do materiałów była giełda płytowa na Mariensztacie. Ludzie wymieniali się płytami. Słuchałem ich na okrągło. Nie było nut - niczego. Polegaliśmy na tym, co usłyszeliśmy i następnie logicznie układaliśmy do tego ręce. Nagrywałem na magnetofon szpulowy jego kawałki, które czasami nadawało radio, a następnie na zwolnionych obrotach analizowałem, jak DeJohnette grał różne patenty. Brak nowych mediów bardzo wyostrzał wyobraźnię. Czasami coś pokazała jedyna słuszna telewizja. Były to trudne czasy dla pasjonatów...


W szkole nie zanudzili cię belfrowie?


Przeciwnie! Miałem świetnych profesorów! Jerzy Woźniak, starszy gość, jazzujący siedemdziesięciolatek. Bardzo kumał czaczę, jeśli chodzi o bębny, groove, technikę werblową. Podrzucał fajne nuty do grania. Jego przeciwieństwem był prof. Skoczyński. Nie pozwalał mi grać jazzu, pastwił się nade mną strasznie, robił awantury za granie w klubach jazzowych. Ale coś się w tym też dobrego działo, bo to on de facto ustawił mi ręce i pokazał, jak nadawać nimi sound. Była w tym energia (śmiech). Bardzo lubimy się do dziś ze Stasiem. Wspaniały chłop.


Co to znaczy "ustawił mi ręce"?


Każdy człowiek ma inaczej rozwinięty aparat ruchu, co w relacji z bębnami może różnie przekładać się na wydobywanie soundu z instrumentów. Zawiera się w tym technika Mollera i charakterystyczne dla niej "łabądki", dzięki którym bębny brzmią właściwie. To trzeba umieć nauczyć, przekazać. Nie każdy potrafi ...


Byłeś jednym z pierwszych polskich bębniarzy, którzy grali w nurcie fusion.


Tak mówią. Czy to prawda? Nie wiem... (śmiech). Wzięło się to z muzyki, której wtedy słuchałem. Moimi idolami byli DeJohnette, Steve Gadd, Tony Williams. Nazwiska z kompletnie innych światów, ale mają wspólny mianownik - feeling. Kochałem jazz, ale słuchałem również Led Zeppelin i Deep Purple. Grając straight ahead interesowałem się coraz bardziej nurtem fusion. Miałem wtedy 20 lat i wspólną kanciapę w Remoncie z Tomkiem Stańko. Graliśmy na kilku próbach i bardzo zażarło. Mieliśmy razem robić kapelę, ale nie doszło do tego ze względów różnorakich. Klimat był fussion i jazz. Choć granie straight ahead z Januszem Muniakiem było mi bliskie, odpłynąłem z bębnami w nurt fusion. W tle tlił się skład Walk Away, który stworzyłem. Nie żałuję...


Wraca moda na fusion. Furorę robi gospel chops. Próbowałeś grać chopsy?


Jasne! Świetne klimaty! Obłęd. To jest funk połączony z soulem. Wbrew pozorom nie jest to nowa ścieżka. Te wszystkie patenty w bębnach już były, tylko znaleźli się na świecie ludzie, którzy potrafią grać je tak cholernie precyzyjnie i energetycznie, że wszystkim kopara opada.


Jak w tej chwili rozwijasz się za bębnami?


Mam takie fazy, że lubię usiąść na stołku i przez cały dzień grać tylko straight ahead. Odpalam sobie w odsłuch jakąś jazzową płytę np. Coltrane’a i jadę tylko i wyłącznie straight ahead. Nie skaczę po stylach, nurtach. Obieram jeden kierunek i koncentruję się na nim. Następnego dnia gram tylko fusion... I tak cały czas... (śmiech). Oczywiście, co jakiś czas wracam do podstaw. Do z pozoru łatwych ćwiczeń werblowych, które należy powtarzać...


Jak "amen" w pacierzu...


Jak pacierz! (śmiech) Najważniejszą rzeczą dla wszystkich bębniarzy, nie tylko tych, którzy są na początku, czy też tych, którzy już wymiatają nieziemsko, jest codzienny paciorek z werblem. Szuflady time’owe, jedyneczki, dwójeczki. Codziennie... Tylko ignorant może powiedzieć: "Gram już dobrze, to dwójki i jedynki dziś mogę sobie odpuścić". Nie ma większego błędu, który w tym przypadku z czasem potrafi się zemścić. Nad naszym aparatem ruchu musimy pracować każdego dnia. Nie za długo, ale uczciwie. Wolne tempo, kontrola soundu - pacierz. Bardzo pomocne jest obserwowanie swojego grania na werblu w lustrze. Ten zabieg pomaga nam kontrolować pracę rąk.


To był werbel. A na zestawie?


No, wiadomo! Zestaw korci najbardziej! (śmiech) Jeśli masz czas ćwiczyć trzy godziny dziennie, poświęć jedną na werbel, a resztę na zestaw.


Ile czasu ćwiczyć dziennie?


Z tym jest bardzo różnie. W tej chwili przygotowuję się do koncertu ze Scottem Hendersonem, ogrywam bardzo trudny materiał i gram z nim 7-8 godzin dziennie. Gdy nie ma ciśnień, myślę, że dwie, trzy godziny dziennie w zupełności wystarczą. Owszem, można i więcej, gdy tylko ktoś ma czas i siłę. Ja w swojej młodości siedziałem za bębnami po dwanaście godzin i więcej. Strasznie dużo pracowałem. Bardzo kochałem ten proces swojego rozwoju. Granie na bębnach polega na walczeniu z przeciwnościami swojej natury, fizyczności człowieka.


Oprócz Walk Away, współpracujesz z wieloma światowymi artystami.


Pat Metheny, Barry Finnerty, Eric Marienthal, Dean Brown, Hiram Bullock, Bill Evans, Bob Berg, Randy Brecker, Bob Mintzer, Frank Gambale, David Gilmore, Victor Bailey, Matthew Garrison, Bob Malach, Jim Beard, David Kikoski, Scott Henderson, Felton Crews, Jon Herington, Mitch Forman, Chuck Loeb, Melvin Lee Davis, Henry McCullough, David Fuze Fiuczynski, Mark Whitfi eld, Steve Logan, Vasti Jackson, Melvin Taylor, Jean Gatter, Adam Holzman, Mitch Stein, Jeff Andrews, Mike Mainieri, Nippy Noya, Mark Egan, Chris Howes, Mike Stern, Mino Cinelu, Lurrie Bell, Sugar Blue.


Jakie najczęstsze błędy robią twoi uczniowie?


90 procent moich uczniów ma problem zagrać razem werbel ze stopą w wolnym tempie. Grać na raz bez przednutek. To jest największy mankament młodych perkusistów, którzy przychodzą do mnie przeświadczeni o swojej doskonałości, a okazuje się, że w prostym ćwiczeniu, przez zaniedbanie, są poważne braki i problemy... Zauważam brak świadomości ćwiczenia. Grają za szybko, a bardzo nie lubią grać tego samego patentu wolno, bo grając wolno okazuje się, że nie potrafi ą go zagrać, czyli kontrolować tempa i nut. Warto ćwiczyć granie wolno. Nagrywać to, co się gra i analizować. Tego nie robią...


Od lat grasz na bębnach Sonor...


Mam kilka zestawów tej firmy m.in. starego Hi-Lite’a Exclusive z lat 70. Tam jest fajna konfiguracja - 22x17. Wtedy taka centrala była totalną innowacją. Bardzo fajnie brzmi. Dalej jest w tym secie 10, 12, 13, 15, 16. 7-calowy werbel Hi-Lite. Mam także najnowszy, wypasiony zestawik Sonora z najwyższej formuły SQ2. Cienkie, piękne drzewo. Piękne brzmienie. Obleciałem w życiu przeróżne marki i zestawy. Sonor jest mało popularny w Polsce, ale bębny ma wypasione. Od lat jestem wierny tej firmie i jej nie zmienię.


Jakie masz doświadczenia z artystami amerykańskimi?


Muzycy amerykańscy mają ciekawe podejście do muzyki. Ujmuje mnie w nich to, że każdy koncert, do którego się przygotowują, grają tak, jakby był to koncert ich życia. Żadnej lipy. Nieważne, czy grają w Carnegie Hall czy w Pciumiu Dolnym, zawsze jest największa z ich strony moc. Mają kompletnie ukształtowaną wizję tego, co chcą zagrać, a jeśli ktoś się pomyli - nie robią z tego afery, tylko potrafi ą przekuć to w dobre emocje i fajne nuty.


Tekst i foto: Wojtek Andrzejewski

Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama