Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Joey Jordison

Dodano: 19.12.2013
W każdym pokoleniu pojawia się postać, która pozostawia po sobie trwały ślad i zapisuje się wielkimi literami w historii. Joey Jordison jest chyba takim bębniarzem. Pojawia się teraz w nowej odsłonie.

Są perkusiści, którzy budzą wielkie kontrowersje, a opinie na ich temat są tak skrajne jak poglądy Ruchu Narodowego i Ruchu Palikota. Inspirują jednych i doprowadzają do wrzenia drugich, ciągle jest o nich głośno, gdziekolwiek się pokażą.

Wszystkich oczywiście oceni historia i wydaje się, że w przypadku Joeya Jordisona historia będzie łaskawa. Eksplodował ze Slipknot, po czym rozpoczęła się jego przygoda z Ministry, Robem Zombie, Satyricon czy też nawet skromny epizod z Metallicą, gdzie ratował razem z Davem Lombardo koncert zespołu, co już stało się legendą. Nie można mu odmówić faktu, że jest współczesną ikoną nowoczesnego metalowego grania, gdzie skutecznie wykorzystuje cały dorobek tego, co już zostało w metalu zagrane. Zanim pojawi się nowy album Slipknot, do którego zespół powoli zaczyna się przygotowywać, Joey wyskoczył z nowym projektem - Scar The Martyr. Dołączyli do niego były gitarzysta zespołu Strapping Young Lad - Jed Simon oraz Kris Norris z Darkest Hour. Na klawiszach zagra… perkusista Chris Vrenna z Nine Inch Nails.

Joey stworzył całą ideę zespołu, także całą muzykę, nagrał partie gitar, basu i bębnów. Wokalistą został nieznany nikomu Henry Derek, co przypadło do gustu Joeyowi, który ma mieszane uczucia w nazywaniu zespołu supergrupą: "Nie jestem w stanie powstrzymać ludzi od mówienia w ten sposób, ponieważ jest jak jest. Jest to zespół z utalentowanymi ludźmi, więc można to nazwać supergrupą, ale nie taki był zamiar. Chciałem po prostu zagrać z kimś, kto ma podobne podejście. Jeżeli ludzie chcą to tak nazywać, to mi to jest obojętne." Debiutancki album Scar The Martyr będzie miał miejsce 30 września. Joey to przeżywa: "Lubię ten okres, nie wiadomo, co się stanie. To podniecenie, którego nigdy więcej nie poczujesz, ponieważ jest to coś nowego. To mnie teraz właśnie strasznie kręci."

W jaki sposób trafiłeś na Henry’ego Dereka, wokalistę w Scar The Martyr?


Jego nazwisko padło od wielu znajomych. Zapodał trochę wokali w piosenkach, jakie nagrywałem dla swojego projektu, który chciałem złożyć w całość - nie miałem wtedy jeszcze zespołu. Nagrał cztery piosenki i mi je wysłał. W tym okresie przeszedłem przez czterech lub pięciu wokalistów i zaczynałem się powoli denerwować. Ciężko znaleźć wokalistów, po prostu. Dostałem nagrania od niego, były to Dark Ages oraz Blood Host i - gdy to usłyszałem - powiedziałem: "To jest to! To jest to brzmienie!" Ma bardzo mocny heavy głos, a jego melodyjne wokale są unikalne. Jeżeli chodzi o śpiewanie, szczególnie w metalowej muzyce, bardzo łatwo wpaść w: "Cóż, on brzmi jak ten albo tamten", ponieważ jest wiele ograniczeń w metalu dla wokalistów. Henry nie brzmi jak nikt inny. Ma swoje własne brzmienie, a to było tym, czego poszukiwałem. Wykonał wspaniałą robotę na płycie i wydaje mi się, że ludzie będą zaskoczeni, słysząc go.


Kiedy zacząłeś pracować nad Scar The Martyr?


Jakieś półtora roku temu po raz pierwszy wszedłem do studia. Robiłem piosenki zwyczajnie dla siebie. Eksperymentowałem z kupą różnych brzmień, idąc w strony, w których nigdy wcześniej nie eksperymentowałem. To był mój główny cel, później posłuchałem podkładów: "Ok, naprawdę ma to sens." Wróciłem i nagrałem na poważnie gitary i bas. Od tego momentu zacząłem poszukiwać muzyków. Wiedziałem, że jest to niezłe, ale nie pasowało do tego, co mógłbym zrobić ze Slipknot, ponieważ ze Slipknot na następnej płycie wszyscy będą zaangażowani w tworzenie, a ja tu pisałem piosenki dla siebie.

Niektóre osoby, które się pojawiają są znajomymi, którzy grają w znanych zespołach, ale z Henrym sprawa jest świetna, bo jest nieznany. Nie chciałem znanego wokalisty. Kompletnie tego nie chciałem. Z wokalistami bardzo łatwo zaszufladkować zespół, dlatego chciałem kogoś nieznanego. I to jest w tym dobre, mieć świeżą krew. To bardzo ekscytujące dla mnie, kiedy przypominam sobie, jak to było, gdy robiliśmy pierwszy album Slipknot. Teraz z powrotem przeżywam to z nim. Świetnie się to obserwuje.


Jak wpadłeś na pomysł z nazwą zespołu?


Szczerze mówiąc, zajmuje to sporo, sporo czasu w tych czasach. W Internecie są zespoły, które robią jakieś straszne badziewie, ale mogą mieć fajną nazwę. Wszystko już było. Naszą oryginalną nazwą było Scar The Sky, ale później mieliśmy z tym problem. Mówiłem: "Jak możemy zrobić coś, co ma w sobie mroczne brzmienie, albo ma dziwne lub dychotomiczne znaczenie?" Tak więc wyszedłem ze Scar The Martyr, coś, co brzmi fajnie, by reprezentowało naszą muzykę, coś, co kiedy usłyszysz, będziesz myślał tylko o nas, ponieważ nigdy nie słyszałeś zespołu z taką nazwą. Wydawało mi się, że wybrzmiewa to całkiem przyjemnie.


Kiedy pierwszy raz ogłosiłeś swój projekt, mówiłeś o ponownym odkryciu samego siebie. Czy nadal istnieje ta intencja?


To jest właśnie to. To jest to, za czym podążam. Ten materiał jest ciężki i chwytliwy, ale ciągle nie widzę, jak mógłby być to materiał Slipknot, ponieważ ma dużo industrialnych elementów. Wiele tu też gotyckich elementów - nie mamy tych elementów w naszej muzyce, ale ma ten ciemny warkot, przechodzący przez kilka piosenek i ma też bardzo black metalowy element, mimo, że nie mamy black metalowych wokali. Ma te hardcore’owe ministry’owe groove’y, ale nie brzmi, jak żadna z tych kapel. Nie mogę być więc szczęśliwszy, ponieważ szczerze to niczego innego nie przypomina. Kiedy robię te odniesienia, mówię o tym, czego szukałem, co miało na mnie wpływ w danej chwili. Mieszałem wiele różnych brzmień, jakie mi przychodziły, by uzyskać taki właśnie smak.


Będziemy więc słyszeć inną stronę twojej gry?


Ma w sobie to, z czego ludzie mnie znają, szybkie podwójne stopy, szybkie przejścia, zawiłości, ale wiele piosenek ma wielkie rockowe elementy, bardzo mocno uderzające wprost, bardzo Deep Purple’owe w kontekście podkładów Iana Paice’a i Johna Bonhama w wielu ich piosenkach. Bardzo zorientowane rock and rollowo. W wielu piosenkach jest to zorientowane bardziej rock and rollowo niż metalowo. To jest coś, co zrobiłem na tej płycie, a nie zrobiłem na żadnym albumie Slipknot, nie zrobiłem też czegoś takiego podczas jakiejkolwiek sesji bębnów. Nie chciałem robić czegoś zupełnie nowego, to było to, czego potrzebowały piosenki. Zawsze staram się tworzyć nowe piosenki i chcę robić rzeczy, których nie robiłem wcześniej, niezależnie od tego, z kim gram. Tak więc musiałem wykorzystywać różne techniki na tym albumie, techniki, których nigdy nie wykorzystywałem na żadnym albumie Slipknot. To czyni album wyjątkowym. Lubię piosenki, które mają swój charakter. Lubię piosenki, które się wyróżniają, które są swoim własnym światem, ale kiedy słuchasz je na przestrzeni całego albumu to mają sens i są tak jakby z jednej beczki. Ciągle porządkuję płytę, ale sposób, w jaki muszę to robić teraz, jest dla mnie jak wielka uczta. W momencie, gdy przyzwyczajasz się do listy, wtedy piosenki idą w złej kolejności. Dochodzisz do ostatniego refrenu, dochodzisz do ostatnich 30 sekund i możesz usłyszeć, jaka będzie następna piosenka.


Kierując się w tę stronę wielkiego rocka, musiałeś zmienić swoje nastawienie do brzmienia i gry?


To zależy. Ogólnie tam są bardzo metalowo zorientowane bębny. Szalone podwójne stopy, super szybkie przejścia i w wielu piosenkach ma to związek ze strojeniem. Gdy potrzebuję cięższy podkład, jak w Soul Disintegration albo Never Forgive Never Forget to stroję bębny inaczej, ponieważ kiedy będą bardziej strojone pod metal nie otrzymam ciężkiego brzmienia. Gdy stroisz je pod metal są nieco wyższe, dlatego każda piosenka strojona jest inaczej, co jest czymś, czego wcześniej nie robiłem. Ze Slipknot mam swoje brzmienie, które utrzymuję przez cały album. Na tym albumie zmieniałem brzmienie bębnów z utworu na utwór. Oprócz tego są piosenki, jak Dark Ages czy Blood Host, które ludzie będą postrzegać jako to, co mogli usłyszeć w Slipknot z bardzo pokręconymi przejściami. Lubię te piosenki, ponieważ bębny i gitary są zwarte, są totalnie sklejone, więc brzmią totalnie masywnie. Polirytmie na centralkach i tam, gdzie ląduje werbel, razem z tym, jak idzie gitara, brzmi to tak, jakby gitara naśladowała dokładnie uderzenia perkusji. Dlatego brzmi to tak potężnie. Naprawdę pomaga to trzymać rytm na gitarach. Jeżeli stopa zaznacza patent kostkowany na gitarze to brzmi to masywnie. Cruel Ocean oraz White Nights są bardzo rockowe, ale nie brzmią tak na bębnach, ponieważ jest tam dużo polirytmii, bardziej zorientowane w stronę stopki. Patent na stopach w obu piosenkach jest unikatowy, gdyż podąża za wokalem zamiast za gitarami. Wokal i bębny są zamknięte razem, by tworzyć puls piosenki. Gdy bębny są cofnięte to wokal nie naciska. W Slipknot, Corey i ja jesteśmy połączeni w tym, co on śpiewa. Akcentuję wiele jego partii wokalnych.


Soul Disintegration ma w sobie bardzo duży rockowy klimat. Jak powstała ta kompozycja?


Zawsze zaczynam od gitary, gdy piszę piosenki. Wiem wtedy, gdzie pójdzie perkusja. W tym przypadku piosenka ma w pełni rockowy groove, tak jak stare Aerosmith, ale zmodernizowane w metalową nutę. To prosty podkład 4/4. Mimo, że ma w sobie żywe tempo, trik, by piosenka miała pchnięcie, jest taki, żeby siedzieć tuż za tempem tak, że klik odrobinę mnie wyprzedza.

Gram z klikiem, gdy zgrywam niektóre piosenki, nie wszystkie, ale w tym przypadku tak było. Nie gram z klikiem, jeżeli ma to sens. Wiem, gdzie jest, ale nie gram precyzyjnie w niego, przez co piosenka ma naturalny ludzki klimat. Lubię grać z tyłu tempa i dodać nieco surowej energii. W przypadku tej piosenki lubię otwartość i możliwość przejścia na tomy w wersach, daje to większą lotność. To naprawdę bardzo pompująca kompozycja, nie mogę się doczekać, by zagrać ją na żywo.


Mind’s Eye ma klasyczny metalowy groove i kilka szalonych podwójnych stopek…


Wiele osób powiedziałoby: "Nie potrzebujemy podwójnej stopy w tej piosence." Ja jestem z kategorii: "Dzieciaki będą chciały podwójnej stopy!" Myślę o fanach, człowieku, muszę więc mieć pewność, że to tam jest. Dzieciaki chcą podwójnej stopy, tak, chcą, wrzucam więc ją tam tak czy inaczej.


Cruel Ocean pokazuje relację pomiędzy gitarą rytmiczną a perkusją…


Gitary grają razem z beatem. Interakcja między gitarą i perkusją w tym utworze jest niesamowita. Wiem, jak zsynchronizować się z tymi riffami. Nie musiałem długo się adaptować. Mam szczęście, ponieważ gram na gitarze i najpierw komponuję na gitarze, wiem wtedy, co chcę na bębnach. Dobrą rzeczą w grze w studio jest to, że mam piosenkę i znajdę cztery różne sposoby, by ją zagrać, i będę ją grał, aż znajdę ten właściwy - ten, który najbardziej pomoże wokalowi, ten, który nie jest zbyt przesadny, żeby dobrze rockowało.

Niezła zabawa jest z grą takich utworów. Nie mówię: "Ok, to powinno być tak." Jestem za próbowaniem różnych rzeczy. Powinien być half-time? Powinienem rozwinąć patent na werblu? Powinienem zagrać na cztery na floorze razem ze stopą? Będę próbował różnych patentów, aż uzyskam ten jeden konkretny. Lubię metodę prób i błędów.


Gdzie nagrywałeś?


Sound Farm, to samo miejsce, gdzie nagraliśmy All Hope Is Gone. Jest to bardzo wygodne, nie tylko dlatego, że jest u nas, ale dlatego, że to studio jest niesamowite. Ma w sobie dobrą energię. Nie ma nic dookoła, więc nikt ci nie zawraca głowy. Ma w sobie ten element Iowa, ma w sobie ten wyalienowany klimat. Kiedy tam jesteś to jesteś jedynie ze swoimi instrumentami i realizatorem siedzącym za stołem. Możesz dostać fioła, więc musisz totalnie wgryźć się w atmosferę nagrywania i tworzenia, ponieważ nie ma tam nic, co by odwracało twoją uwagę.


Byłeś producentem?


Nie, Rhys Fulber produkował album, ja byłem współproducentem. Wybrałem go, ponieważ wiedziałem, jakich szukam brzmień, a on był kimś, kto miał w sobie ten element. Nie lubię zbyt perfekcyjnych rzeczy. Nawet, jeżeli piosenki mają wielką rockową produkcję, pozwólmy, by w muzykach był ten pierwiastek na wpadki. Mamy w sobie wciąż ten luz, więc nie jesteśmy przeprodukowani. Nie znoszę tego. Lubię ludzkie brzmienie. Nie lubię, jak wszystko jest siekane i obrabiane w Pro-Toolsie, by było idealnie. Nasz album tak nie brzmi. Jest wyprodukowany tak, jak chciałem, a Rhys jest bardzo dobry w tym, by uzyskać takie brzmienie, jakie chcę. Rzadko się zdarza, bym był totalnie usatysfakcjonowany z płyty. Mam na myśli, że mam satysfakcję z tego, co zrobiłem, ale jestem z kategorii: "Och, może mogłem to jednak trochę zmienić." Nie mam w sobie żalu, ale wiesz, tym razem wszystko brzmi świetnie. Jestem z tym totalnie szczęśliwy.


Jak bardzo zmienia się muzyka w momencie, gdy wciągasz w nią innych ludzi?


Rzeczy, które zostały dla innych muzyków, zostawiłem im otwarte, więc nie nagrywałem tych partii. Wszystko to, co zrobiłem, to gitary rytmiczne razem z basem oraz bębny. Nie grałem głównych gitar, więc szukałem dwóch naprawdę dobrych gitarzystów prowadzących na te płytę i tak znalazłem Krisa i Jeda. Ich style są kompletnie różne i to jest to, co chciałem. Nie chciałem dwóch gitarzystów prowadzących w tym samy stylu. Pełno gitarzystów w metalu robi te same ćwiczenia i jest naprawdę łatwo dla jednego brzmieć jak ktoś inny. Jed jest ze starej szkoły KISS, Kris wywodzi się z death metalu, więc ich style są zupełnie inne i uzupełniają się wzajemnie. Możesz spokojnie odróżnić ich od siebie.


Jest coś już tworzone na potrzeby Slipknot?


Zawsze jest. Jest kupa piosenek, które zrobiłem dla Slipknot, ale obecnie czekają. Zawsze mam piosenki, nad którymi pracuję. Wszedłem do studia i zrobiłem zestaw piosenek na potrzeby Slipknot, nad którymi będziemy pracować, gdy przyjdzie na to czas. Kiedy piszę, to po prostu piszę. Nie piszę specjalnie dla zespołu, ale wiem, kiedy mam skończony utwór, czy pasuje on do Slipknot czy powinien być gdzie indziej.


Co ci towarzyszy podczas nagrań?


Nagrywam sam. Nie mam nikogo, kto by grał ze mną. Mam klika, liczę sobie sam i zwyczajnie nagrywam. Żadnych pilotów, żadnych gitar, żadnych wokali. Po prostu nagrywam to od początku do końca. Jeżeli muszę już coś naprawić, zazwyczaj wchodzę w to na zasadzie: "Wrzuć mnie w to miejsce", gram, by zrobić tę część i później składam ją razem do siebie. Nagrywam zazwyczaj trzy wersje piosenek i później je edytuję. Zgrałem tak właśnie All Hope Is Gone, nikt mi nie podgrywał.


Musisz być bardzo dobrze ograny!


Nagrywam demo tych piosenek u siebie w domu. Siedziałem nad nimi przez jakieś sześć miesięcy, zanim wszedłem do studia i chłonąłem je cały czas. Zmieniałem je w stylu: "Nie lubię tego riffu, mam lepszy fragment." To było fajne, ponieważ ćwiczyłem je i słuchałem jednocześnie, zanim wszedłem do studia, tak więc byłem bardzo przygotowany. Chciałem mieć pewność, że mam strukturę w głowie i wiedziałem, co robić na bębnach. Nie chciałem przelatywać przez nagrywanie bębnów, zajęło mi to około półtora tygodnia. Później mieliśmy pełno czasu na znalezienie brzmienia gitar, ponieważ jestem w tej kwestii pedantem. Nagrywałem bębny na tyle długo i wiedziałem, co mam, każdy mikrofon, każda pozycja, jakiej "głowy" użyć. Kiedy więc przyszło do gitar to zajęło mi to nieco dłużej.


Jak na przestrzeni lat zmieniła się twoja gra na perkusji?


Poza koncentrowaniem się za każdym razem na prędkości, teraz koncentruję się, by utrzymać tempo przed wahaniem się. Lubię mieć pewność, że jest linearne. Kiedy wyszedł nasz pierwszy album, możesz na nim usłyszeć, brzmi to całkiem dobrze, są miejsca, gdzie rośnie tempo.

Ciągle na scenie gram te piosenki w ten sposób, ponieważ to jest ten klimat. Jedną z rzeczy, nad którą pracowałem ostatnio to odpalenie metronomu na cztery uderzenia, po czym wyłączam metronom, gram, później go z powrotem włączam i patrzę, jak blisko jestem w stanie zagrać. Dochodzę do punktu, gdzie praktycznie wcale się nie waham. Próbowałem tak w studio. Musiałem tak zagrać przy paru poprawkach. To zawsze dobre ćwiczenie, by sprawdzić, jak solidnie potrafisz grać z klikiem, wyłączyć go i zobaczyć, jak blisko będziesz, gdy go włączysz z powrotem. Ćwiczysz swój wewnętrzny metronom.


Neil Peart robi sobie to samo ćwiczenie…


Naprawdę? Spoko, chłopie, to fenomenalnie. Oto, co myślę o takiej nauce. Kiedy grałem z Ministry, tam są klawisze i ta cała reszta. Musisz być w metronom, ale czasami metronom się wywalał, a to zdarzało się cały czas na trasie Ministry. Klik się wywalał, więc musiałem mieć pewność, że nie bujam się w tempie. Ewentualnie klawiszowiec John znajdował go i przywracał, a ja musiałem być w punkt. Ta trasa pomogła mi w tego typu ćwiczeniach.


Sposób, w jaki grasz, jest pełen energii i bardzo fizyczny, nie wtrąca się taki styl w utrzymanie tempa?


Nie, wcześniej tak było, ale ze względu na stałe gry w trasie i obecne bardzo częste nagrywanie stało się to znacznie łatwiejsze. Ciągle rozwijam swój warsztat, zawsze się uczę, ciągle ćwiczę. Przez lata gry staję się coraz lepszy i wciąż się uczę. Nigdy nie nauczysz się wszystkiego, ale ja dążę do tego. Strasznie się podkręcam, gdy nauczę się nowych rzeczy. Ciągle bardzo kocham muzykę i słucham tak bardzo różnych stylów muzycznych, lubię wiedzieć wszystko na ich temat. Lubię rozwijać swoją sztukę, ponieważ nigdy nie czuję się z nią w pełni komfortowo. Nie jestem z kategorii: "Ok, ma to już." Ciągle myślę, że jest tyle do nauki i to jest to, co mnie trzyma przy muzyce i tworzeniu. Wciąż chcę szukać te nowe rzeczy, które spowodują, że włosy mi staną dęba na ręku, rzeczy, które powodują u ludzi: "Łał, co to jest? To świetne!". To piękno muzyki będzie tak zawsze działać. To właśnie powinna czynić muzyka, powinna cię zachęcać do tworzenia, powinna zmuszać do myślenia. Nie ma ograniczeń. Możliwości są nieskończone i na tym polega cała zabawa.


Materiał przygotowali: Kajko, Maciej Nowak, David West oraz Jesse Wild

Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama