Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Billy Cobham

Dodano: 30.01.2014
Jest prawdziwą legendą bębnów. Zainspirował całe pokolenia perkusistów, którzy teraz są inspiracją dla kolejnych pokoleń.

Jest też jednym z tych niewielu pozostałych wielkich muzyków, z którymi rozmawia się nie w kontekście show-biznesu, ale przez pryzmat sztuki tworzenia i przekazu muzyki. Tym bardziej przyjemnie było go gościć u nas w kraju.

Sylwetki słynnego perkusisty nie trzeba chyba nikomu bliżej przedstawiać. Współpracował z olbrzymią ilością gigantów szeroko pojętego jazzu. Zasłynął głównie z gry w legendarnym Mahavishnu Orchestra, które tworzył w oryginalnym składzie w 1970 roku oraz w projektach wielkiego Milesa Davisa, również w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Są to więc daty dla wielu bardzo zamierzchłe, mimo to Billy nie wybiera się na emeryturę. W naszej rozmowie poniżej zauważycie sami, że perkusista zmierza zupełnie w odwrotnym kierunku. Grający techniką open-handed, obecnie na wielkim zestawem Yamaha w towarzystwie talerzy Sabian, nieustannie tworzy i nie ma zamiaru uczestniczyć w "wyścigu zbrojeń" współczesnego świata bębnów. Nie tylko dlatego, że w 69-letnim ciele nie ma już tyle witalności, ale raczej z tego powodu, że muzyk jest mentalnie w muzycznym świecie o kilka poziomów wyżej i ma zupełnie inne priorytety, jeżeli chodzi o wyrażanie samego siebie przy pomocy bębnów.

Billy Cobham obecnie mieszka w Szwajcarii, czyli nie ma zbyt daleko do Polski. Przyjechał, by zagrać podczas krakowskiej Nocy Jazzu. Wcześniej w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego mogliśmy uczestniczyć w warsztacie mistrza. Wielka scena, na niej rozstawiona Yamaha, a za nią Billy, koncentrujący się mocno na tym, by przekazać jak najwięcej w kontekście podejścia do instrumentu i odnalezienia samego siebie w muzyce.

Następnego dnia mieliśmy wspólnie z przedstawicielem talerzy Sabian na Polsce, firmą Music Info, możliwość spotkania w hotelu i ucięcia bardzo długiej konwersacji. Stali czytelnicy pamiętają pewnie, że prawie rok temu przedstawialiśmy relację wizyty Billy’ego Cobhama w Polsce. Perkusista nie należał wtedy do najmilszych osób na scenie i mimo, że nasza relacja opierała się jedynie na opisie występu, mieliśmy w pamięci zachowanie muzyka. Jakże miłe było nasze zaskoczenie w Krakowie, gdzie Billy z wielkim zaangażowaniem dał się wciągnąć w dyskusję. Jak to bywa w przypadku tego typu osobowości, rozmowa na zasadzie pytanie - odpowiedź wydaje się wręcz konwencją nietaktowną, w związku z tym wywiad natychmiast przerodził się w swobodną konwersację. Nasz gość jest wielkim gadułą i częste dygresje były na porządku dziennym. Częste wycieczki poza tematy perkusyjne powodowały, że skład niniejszego wywiadu był wielce utrudniony. Sporo mieliśmy także pokazów manualnych. Billy przedstawił nam kilka niesamowitych ćwiczeń, których potęga tkwiła w wielkiej prostocie. Niestety, jak to bywa w takich chwilach, nie było jak tego zarejestrować mimo, że kamera była pod ręką. Wszystko odbywało się po prostu bardzo spontanicznie. Złożyliśmy zamówienie w hotelowym barze i zasiedliśmy w wygodnych fotelach. Dzień wcześniej Billy wspomniał o swoim podniszczonym słuchu, stąd też włączając dyktafon rozpoczęliśmy rozmowę od tego wątku…

Obiecuję, że będę mówił głośno…


Czekaj, przysunę się… Z tej odległości powinienem cię słyszeć dobrze. Mam trochę problemów ze słuchem, ale wczorajsze pomieszczenie nie było zbyt dobre, było w nim za mało "ciała" i nie było zbytniej klarowności. Dodatkowo dzielił nas dystans.


Workshop był bardzo ciekawy i podobał się ludziom…


Czy ludzie rozumieli, co do nich mówiłem?


Tak, oczywiście, tylko u nas wciąż jest problem taki, że ludzie są dość nieśmiali, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest tłumaczenie pytań z polskiego na angielski, ponieważ odpowiedź ludzie rozumieją…


Dokładnie, szczególnie, jeżeli chodzi o terminologię specjalistyczną. Najlepiej, żeby ludzie mówili prosto z serca, wtedy zawsze znajdą jakiś sposób, by przekazać to, co chcą, masz do tego jeszcze język ciała. Bywa też, że osoba tłumacząca mylnie zinterpretuje czyjeś pytanie, dlatego też idealnym rozwiązaniem jest to, by dana osoba usiadła za zestaw i pokazała, o co jej chodzi. Mamy dwa zestawy, ktoś siada i mówi: "Pokaż mi." Tak działa ten język, język perkusyjny.


Ale ludzie tym bardziej się wtedy wstydzą przy innych…


Stary, wskakuj na głęboką wodę! Jeżeli jesteś w tym na serio to pokażesz mi, co chcesz, jeżeli nie i jest to tylko zabawa, to właśnie kończy się w tym momencie. Albo jesteś w tym, albo nie. Tyle w temacie… (w tej chwili nastała dość długa cisza) Jeżeli ci zależy będziesz się starał to zagrać lub zaprezentować to, na co chcesz uzyskać odpowiedź. To bardzo proste.


Czyli uważasz, że powinniśmy poświęcić swoje życie perkusji, jeżeli poważnie o tym myślimy?


"Poświęcić" nie jest może najlepszym słowem, bardziej pasuje tu słowo "powierzyć" swoje życie bębnom. Ok, mogę popełniać błędy, potykam się, ale wstanę i zobaczę, co zrobiłem źle. Jeżeli znowu się potknę, pomyślę, dlaczego robię znowu ten sam błąd? Cały czas jesteś w trwającym procesie, by dowiedzieć się, dlaczego nie możesz ruszyć do przodu. Odpowiedzi pojawiają się na różne sposoby. Zdarza się, że nie idziesz do przodu, bo po prostu nie możesz ruszyć do przodu i musisz zająć się czymś innym - to ekstremalna sytuacja. Innym razem nie możesz ruszyć do przodu, bo brakuje pewnego fragmentu układanki, który akurat w danym momencie nie jest potrzebny, a z czasem przyjdzie. Zostaw to i rusz do przodu w innym aspekcie swojej kariery, a do tego momentu wróć, gdy będziesz gotowy.


Nie masz czasem ochoty na odpoczynek od bębnów? Bodaj w 2000 roku wspominałeś, że chciałbyś odstawić występy na żywo…


Tak powiedziałem? Hmm… Zawsze musiałem grać i nie była to kwestia walki o przeżycie, nie była to kwestia ekonomiczna, była to bardziej kwestia przeżycia w muzyce. Zauważyłem, że ważnym jest, by grać. Teraz z biegiem lat mogę powiedzieć, że pracuję, ale jakościowo jest ona lepsza. Dokonuję lepszej selekcji pod kątem jakościowym i ekonomicznym, by utrzymać swoją rodzinę. Podejrzewam, że gdy to mówiłem, to chciałem tworzyć, pisać. Obecnie znajduję się w bardzo skomplikowanym momencie swojego muzycznego życia. Po śmierci moich rodziców w 2006 i 2007 roku zdecydowałem się im poświęcić cztery płyty. Jest to kompletny zbiór tego, co mnie dotyka w muzyce. Obecnie pracuję nad płytą numer 3. Pierwsza płyta to Fruit From The Loom, druga płyta to Palindrome, teraz pracuję nad trzecią częścią, która dalej dotyczy mojej rodziny i pracuję z grupą o nazwie Tales From The Skeleton Coast. Wybrzeże Szkieletowe (Skeleton Coast) znajduje się w Namibii, nad Atlantykiem. Przykuło po raz pierwszy moją uwagę, gdy oglądałem film Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia. Jest tam scena, gdzie na środku pustyni leży wielki statek. Tak naprawdę jest to nagrywane właśnie na tym wybrzeżu. Leżą tam statki, które wpłynęły za głęboko i ze względu na ruch wybrzeża i zmianę wysokości zostawały już tam na zawsze. To był świetny obiekt do filmu o UFO. Byłem tam, to nieziemskie miejsce. Byłem oczarowany. Rozmawiałem o tym z moją mamą i to miejsce zainspirowało mnie do stworzenia płyty. Ukaże się ona prawdopodobnie na początku 2014 roku. Czwarta część będzie dotyczyć tematów z okolic Ameryki Południowej.


Jak wyglądała twoja współpraca z big bandem?


Właśnie podczas tych wszystkich prac nad moim materiałem pojawiła się ta propozycja. Szef frankfurckiej orkiestry bigbandowej zapytał, czy rozważyłbym grę z nimi materiału Mahavishnu Orchestra, w którego nagraniu brałem udział. Na początku powiedziałem "nie". Orchestra obchodziła wtedy chyba nawet trzydziestopięciolecie powstania… Coś koło tego… W każdym razie, nie bardzo chciałem to robić. Minęło tyle czasu, nic już nie pamiętam. Pierwotnie miał to zagrać Gary Husband, ale Gary powiedział, że powinienem to zrobić ja, ponieważ jestem oryginalnym perkusistą zespołu: "Porozmawiam z nim." Gary zadzwonił i zapytał mnie, co o tym sądzę i dodał: "Co bym zrobił z tą muzyką teraz?". Pierwsze, co mi przyszło do głowy to: "Wyrzucić do śmieci". (śmiech) Oczywiście, żartuję. Tak naprawdę to nie wiem, co bym zrobił teraz. Z pewnością nie zagrałbym tego tak, jak grałem to 40 lat temu, ponieważ fizycznie nie byłbym w stanie. Nie gram już tak, jak kiedyś. Pomyślałem jednak później, że jak stajesz się starszy to robisz tak, że widz ogląda przedstawienie, a nie widzi rzeczy, czyli po prostu udawanie i markowanie uderzeń i zagrywek. Wygląda to tak, jakbym grał, aaaaale… (śmiech). Dlatego też doszedłem do wniosku, że mógłbym to ostatecznie zrobić, jeżeli znajdę sposób, by trochę poczarować. W efekcie powstał materiał Meeting Of The Spirits. To natomiast było lontem zapalnym do powstania projektu Extended Works. Ostatecznie te projekty doprowadziły mnie do stworzenia materiału DVD Sonic Mirror, który dotyczy mojej interpretacji muzyki i jej relacji z życiem. Sięgnąłem mocno do swojej przeszłości i film nie jest instruktażem, ale próbą pokazania muzyki jako środka komunikacji. Tymi właśnie rzeczami zajmowałem się przez ostatnie lata.


Wczoraj zastanawiałem się nad pytaniami, a raczej zagadnieniami do dzisiejszej rozmowy i przeglądałem twój życiorys. Jest strasznie bogaty… Co cię pcha, by tworzyć?


Ciekawość.


Po tym, co mi powiedziałeś odnośnie swoich projektów, nie mam już wątpliwości…


Mówisz tu o czasie życia. Tu nie chodzi o uderzanie w jakąś tam powierzchnię bębna. To bardzo ważne. Gdy zaczynałem w to wszystko wchodzić, zastanawiałem się, jak to się dzieje, dlaczego to działa tak, a nie inaczej, dlaczego jest taka, a nie inna mechanika gry, dlaczego uderzamy w bębny w ten, a nie inny sposób. Teraz jestem w tym zagadnieniu znacznie dalej. To tak, jak z książką, masz okładkę, a później strony, strony, strony… analizujące wszystko, co nie jest jakimś wzorem czy liczbami. Jest to relacja tego, co słyszymy, zmieszana z tym, co już było kiedyś w historii, dlaczego to jest tak, a nie inaczej. Jedną z rzeczy, jakiej się nauczyłem 30 lat temu było to, że im więcej wiesz o tym, dlaczego robisz to, co robisz, tym bardziej będzie prawdziwa twoja prezentacja.


Miles Davis i sesja Bitches Brew. Opowiedz o niej trochę…


Wiadomo, że Miles był świetnym muzykiem, ale miał też głowę na karku i wiedział, jak ważni są ludzie wokół niego. Potrafi ł zabrać do studia jednego dnia takie osoby, jak: Chick Corea, Joe Zawinul, Keith Jarrett, Larry Young i Herbie Hancock tylko dla potrzeby gry na klawiszach. Do tego wzywano mnie, Jacka DeJohnette do bębnów. Ponadto byli Ron Carter i Harvey Brooks na bass, Badal Roy i Airto Moreira - perkusjoniści, kto jeszcze… Bennie Maupin, John McLaughlin, Steve Grossman. Wszyscy ci ludzie w jednym pomieszczeniu, by nagrywać od 9 wieczorem do południa. On tylko wskazywał, kto ma zacząć i kto ma skończyć. Robił to tak, jakby kontrolował marionetki. Uruchamiał je tym swoim głosem: "Graaaj" (Billy powiedział to głosem konającego palacza). Automatycznie niektóre osoby zaczynały grać, a niektóre nie, ponieważ nie było sensu cokolwiek grać w danej chwili, ponieważ wtedy cisza była momentami ważniejsza niż gra. To, co robili inni muzycy, było wystarczające. Coś jak szósty zmysł, teraz nie grać! Keith szalał, grał na elektronicznym pianinie, którego nie znosił, grał w ten sposób, że tłukł w niego butem. Naprzeciw niego siedział Chick w swoich okrągłych okularkach i kręcił obłąkańczo swoje klawisze. Joe patrzył na nich i mówił: "Oj, chyba oni dziś nie dadzą rady". Larry był ubrany w jakieś pstrokate kolory, fioletową pelerynkę, wielki panamski kapelusz… Olbrzymi facet, ponad 2 metry. A pośród tego Miles w swoich ciemnych okularach i jego "Graaaj". Obserwowałem to i nie mogłem uwierzyć, że jestem tego częścią, że uczestniczę w czymś takim. Tak wyglądała sesja Bitches Brew. To była niesamowita rzecz, niewiele osób jest w stanie zrobić coś takiego. Jest to doświadczenie, które ciężko opisać. I wracając do tego, o czym wcześniej rozmawialiśmy, jeżeli mówimy akurat o bębnach, to bazują one na swojej własnej historii. Myśleć w swojej wizji w trakcie gry… Tego nie da się przełożyć na słowa. Ktoś zapytał mnie, o czym myślę podczas gry…


Tak, padło wczoraj takie pytanie…


Nie ma możliwości, bym na nie odpowiedział. Może później mogę usiąść i zastanowić się, co jest podstawą pewnych rzeczy, dlaczego wyrażam się akurat w ten sposób. Właśnie takie doświadczenia sesji nagraniowej, jak powyżej wspomniałem, mają tu znaczenie i są to rzeczy bezcenne, poza jakąkolwiek opcją wyceny.


Prowadzisz też zajęcia na ArtistWorks, masz do czynienia z wieloma młodymi perkusistami, co jest ich największym problemem?


Nie mają czasami zielonego pojęcia o podstawach. Nie mają podstawowych wartości. Zrobiłem 130-150 pięciominutowych lekcji. Przed lekcjami mówiłem: "Znajdź swój poziom", gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek! Jak znajdziesz swój poziom, wtedy przyjdź do mnie, byśmy mogli przejść na kolejny. Nieważne, czy to jest z początkującego na zaawansowany. Nie miałem nigdy prawdziwie zaawansowanego perkusisty. Nie miałem takiego nawet półprofesjonalnego. Miałem w większości weekendowych perkusistów, grających od czasu do czasu. Owszem, pojawiały się czasami jakieś pomysły. Jeden perkusista z Brazylii miał niezły groove… Nie pamiętam, jak on się nazywał… Chłopak mógł gdzieś z takimi podstawami zajść. Grał całkiem nieźle, ale to, co mi grał, grał sam, bez zespołu. Zapytał mnie o komentarz do swojej gry, ale nie zapytał nigdy, co mógłby z taką grą zrobić, w jakim kierunku iść. Nieźli perkusiści chcieli bardziej pokazać coś, czego być może ja nie znam, chcieli mi zaimponować czymś, czego ja nie potrafię zagrać. Ok, jestem tylko człowiekiem, wszystkiego na świecie nie znam i nie widziałem. Jedno z częstszych pytań zadawanych mi na początku - który z obecnych perkusistów zapowiada się na czołowego perkusistę. Ja tego nie wiem, po prostu nie wiem. Nie interesuje mnie to, ponieważ w tym momencie staram się z danym perkusistą pracować. Nie oglądam się na innych. Gdy gram koncert to jest to mój show. W momencie, gdy jest to mój show, to nie ma nikogo innego wokół mnie. Nawet, jak mam kogoś, kto otwiera mój koncert to go nie oglądam, jestem wtedy zazwyczaj w pokoju hotelowym albo garderobie i śpię na kanapie. (śmiech) Nie widzę nikogo, to moja wina i mogę za ten stan rzeczy winić tylko siebie. Skoncentrowany jestem na tym, co ja robię, a nie, co kto inny robi. Ludzie myślą, że chodzę na koncerty patrzeć kto, co robi. No, raczej tak nie jest, pochłania to zbyt dużo energii. Czasami zdarza się, że ktoś przykuje moja uwagę i jest to np. Roy Haynes, ale chłopie, on ma prawie 90 lat! Gra z chłopakami mającymi po 22 lata. Muzycy w jego zespole są młodsi o ponad 60 lat! Mimo to on wie, jak ich trzymać, ponieważ zna te sztuczki i triki, jak udawać, że się gra nie wiadomo co i świetnie to się trzyma brzmienia całego zespołu. (w tym momencie Billy zaprezentował na swoim brzuchu i fotelu, jak to mniej więcej wygląda w kontekście całego zespołu i gry pana Roya) Uwielbiam to… To właśnie lubię oglądać! Gdy widzę więc młodego perkusistę tłuczącego głową o ścianę… Po co to?!


Powiedziałeś wczoraj wspaniałe słowa w odpowiedzi na pytanie, jakiej muzyki nie lubisz. Powiedziałeś, że nie jest to kwestia nielubienia, ale bardziej kwestia niezrozumienia…


Z takiego założenia wychodzę. Jeżeli coś mnie nie trafiło porządnie w muzyce to jest to może kwestia, że tego nie rozumiem. Dlaczego więc mam tracić czas na coś, czego nie rozumiem? Muszę poznać ten nieznany mi element, który połączy mnie z muzyką, wtedy mogę wrócić i powiedzieć: "Ok, teraz to rozumiem." Kilka rzeczy jednak mi wchodzi bez tego. Dobrym przykładem jest free jazz. Za bardzo szanuję muzykę, by powiedzieć, że czegoś nie lubię. Jest tyle rzeczy, których nie rozumiem, ktoś coś tworzy i ma publikę. Kiedyś w połowie lat 90-tych współpracowałem z Peterem Gabrielem. Podczas koncertu dla stu tysięcy ludzi nie do końca czułem, że w tym jestem. Pierwsze pięć tysięcy ludzi podskakiwało i obijało się o siebie. Nie rozumiałem tego za bardzo. Dalszych rzędów nie widziałem, bo scena ogólnie była bardzo daleko od publiczności. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Zrozumiałem w pewnej chwili, dlaczego Manu (Manu Katche - etatowy garowy Gabriela) robił coś takiego (w tej chwili Billy zaczął wykonywać szerokie ruchy typowego rockowego showmana). Robił to ze względu na rozmiar koncertu, ogrom imprezy. Zrozumiałem, dlaczego rockowi perkusiści grają takimi długimi pałkami. To nieeeesamooowite! Teraz to rozumiem! Nie chcę tego robić, ale wiem, dlaczego tak jest. Dzięki temu doświadczeniu wiem, dlaczego grają w taki sposób i wyglądają jak wyglądają…


Masz jeszcze czas na swoją drugą wielką pasję?


Fotografię?


Tak.


Zawsze. Chociaż mam tylko dwie ręce i dwie nogi i jestem strasznie zajęty. Możesz znaleźć wiele moich rzeczy na profilu Facebook.


Kraków jest niezłym miejscem na robienie fotografii.


To jest właśnie mój kolejny krok dziś. (śmiech)


Kiedy przeglądałem historię twojej współpracy z różnymi firmami produkującymi sprzęt, zauważyłem twoją wypowiedź na temat tego, jak nie doceniałeś faktu współpracy z Tamą i możliwości, by stworzyć z nimi wtedy coś oryginalnego… Jak ważny jest sprzęt dla ciebie teraz? Zwracasz mocno na to uwagę?


Tak. Ważność instrumentu jest odzwierciedlona w scenicznym wykonaniu muzyka. Bębny Tama, Mapex, Yamaha są na tym samym poziomie, ale one same nie grają. Ważne też, by wiedzieć, dlaczego je produkują, jak je produkują. Co ci dają w ostatecznym produkcie, gdy złożysz wszystkie komponenty razem.


To samo tyczy się blach?


Jak najbardziej. Mam 24-calowy ride Vault. Zapytałem teraz ludzi z Sabiana, czy zrobią mi 26", ponieważ potrzebuję go do gry z orkiestrą. Powiem ci taką historię. Jedną z przyczyn, dzięki której mamy wciąż w Zildjianie i w sumie w Sabianie też, china’y "knocker" (kołaczące, czyli z nitami lub podkładkami) było to, że Billy Cobham w 1968 roku wywalczył, by zostały, ponieważ nikt z nich nie korzystał. Grano na nich jedynie dixieland (rodzaj jazzu rozwinięty w Nowym Orleanie), które akurat mocno się kończyło. Ja jednak te blachy odgrzebałem, bo nikt ich nie kupował. Pojechałem kiedyś na festiwal do Europy na festiwal jazzowy. Był tam zespół i to był polski zespół, prowadzony przez saksofonistę i skrzypka, nazywał się… Urbaniak. To był 1968 rok i ktoś grał na odwróconym Swish Knocker. Tak się zaczęła moja przygoda w Mahavishnu z tym talerzem. Zacząłem na nim grać i Armand powiedział, żeby zatrzymać jednak ten talerz w katalogu, by zobaczyć przez parę miesięcy, czy coś się z nim ruszy. Ten talerz sprawdził się idealnie, nieważne, jak głośno graliśmy, ten talerz wszystkich zagłuszał, dlatego słabo słyszę. (śmiech) Z czasem nauczyłem się go kontrolować. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Chcę przywrócić właśnie tak brzmiący talerz, chciałbym, by Sabian zrobił mi talerz właśnie taki, jak stary Swish Knocker.


Są na to perspektywy?


Zobaczymy, czy uda się to zrobić. Osobiście uważam, że uda mi się znaleźć to, czego potrzebuję. Nie chcę jednak mieć swojego nazwiska wypisanego na talerzu. Takie ruchy to tylko czysty biznes, więc jestem poza tym. Mnie interesuje tylko muzyka. Ten instrument pasuje do określonych sytuacji, dlatego go chcę. Peter Erskine nakręcił mnie na to. Grał wtedy prawie że symfoniczną muzykę. Miał ride wielkości 26 cali, crash 22 cali. I to miało sens, stary, to miało sens! Wszystko ma więc swoje miejsce w zestawie. Talerze, bębny, nawet nie same korpusy, ale to, co masz na górze i na dole bębna. Ludzie wreszcie rozumieją, że to, co jest na dole, nie powinno być na górze, ponieważ musi rezonować. Są oczywiście też tacy ludzie, którzy nie chcą, by im bębny rezonowały. Nie wiem, co tam teraz się dzieje u Gadda, ale jego bębny nigdy nie rezonowały. Phil Collins nie korzysta z dolnego naciągu. No cóż, to ich sprawa. Ja akurat chcę bębny, które by mi dźwięcznie brzmiały. Nie chcę tłuc w bębny, chcę w nie stukać. Chcę śpiewające bębny.


To brzmienie jest bliskie brzmieniu Simona Phillipsa, który także zawsze ma dźwięczne bębny…


Ciekawe, że o tym wspomniałeś, bo przypomniała mi się jedna historia. Miałem dawno temu klinikę w Columbus w stanie Ohio. Był tam Jim Chapin, Vinnie Colaiuta gdzieś tam z tyłu. Zagrałem solo, skończyłem i pytam ludzi, co sądzą. Jedna ręka w górze się pojawiła, chłopak 15-16 lat mówi, że ma pytanie. "Ok., wal" - mówię do niego. On mnie pyta, czy studiowałem z Simonem Phillipsem? Rozumiesz? Zastanawiam się, więc kto był pierwszy. (śmiech)


Oj, chyba nie ma znaczenia, kto był pierwszy…


Uwierz mi, że ma! (śmiech)


Byłeś w wojsku w 1965 roku, poszedłeś z własnego wyboru, to był przecież środek wojny w Wietnamie…


Tak, ale miałem bardzo dobry powód. Jeżeli pójdę do wojskowej orkiestry to nie będę musiał iść i strzelać. To była ta przyczyna. Graliśmy dla statków, które wypływały właśnie do Wietnamu i wielu ludzi już stamtąd nie wracało.


Chciałbym cię zapytać o pracę z metronomem. W czasach, gdy zaczynałeś, nie były one na porządku dziennym, delikatnie mówiąc…


Gram z metronomem cały czas.


Cały czas?


Cały czas, stary.


To dość zaskakujące. Większość największych płyt w historii nagrywana była bez metronomów…


Bo tak nagrywali. Nagrywali bez metronomu, nie wiedząc nawet, że go mają. Metronom wychodzi z ciebie, z głowy. Jeżeli robisz tak (Billy rusza równo nogą) to masz punkt odniesienia, musisz to poczuć. Nie słyszysz tego, tylko czujesz. Możesz sobie ustawić tempo, jakie tylko chcesz. Dla mnie to tempo jest akurat najwygodniejsze i póki jestem z nim zsynchronizowany to wiem, gdzie jestem. To się po prostu dzieje. 24 godziny na dobę. Odkąd się urodziłem, mam metronom w sobie.


A mechaniczne urządzenia?


Nie. Skoro mam to, co mam, to na cholerę mi potrzebne jakieś urządzenie. No po co? Wszystko, co zagramy, najpierw gramy w naszej głowie.


Na zakończenie mam takie pytanie dość specyficzne. Co chciałbyś mieć wypisane na swoim nagrobku?


Nie ma odpowiedzi na to pytanie… Ojej, nie wiem. Na pewno zostanę skremowany. Podejrzewam, że imię i nazwisko. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie mam pomysłu… Muszę pomyśleć o tym. Może "Bawcie się dobrze!" (śmiech)


Zdjęcia: Michał Cygan
Serdecznie podziękowania dla firmy Sabian i dystrybutora sprzętu w Polsce - firmy Music Info oraz dla sklepu OmniMuz (www.emuzyczny.com.pl)

Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama