Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Sławomir Ciesielski (Republika)

Dodano: 07.02.2014
W marcu 2013 po raz pierwszy w wersji kompaktowej ukazała się jedyna płyta zespołu Opera (pierwotnie wydana tylko na kasecie w 1993 r.). W kwietniu w wersji analogowej wydano trzy albumy Republiki: "82-85", "Bez prądu" i "Siódma Pieczęć".

W obu tych zespołach na perkusji grał Sławomir Ciesielski. Kolejne formacje, w których ostatnio się udziela, rozpadają się. Perkusista z nadzieją jednak szuka swojej następnej grupy idealnej. Co najważniejsze: nie zamierza rezygnować z grania.

Zaskoczyło mnie, że tak łatwo zgodziłeś się na wywiad. Myślałem, że niechętnie wracasz pamięcią do wydarzeń sprzed wielu lat?


To są miłe wspomnienia na zawsze. Zgodziłem się na rozmowę, bo może uda mi się sklecić chociaż jedno mądre zdanie. (śmiech)


W tym roku w lipcu mija 30 lat od ukazania się debiutu Republiki "Nowe sytuacje". Jak dzisiaj patrzysz na ten album?


Wspominam go w szczególny sposób, bo otworzył zupełnie nowy rozdział naszego życia. Po jego wydaniu zmieniło się wszystko. Wcześniej były tylko niewielkie lokalne sukcesy, a nagle po ukazaniu się tej płyty wybuchł potworny szum, a Republika stała się mega kapelą.


Jak wykrystalizował się ten wasz początkowy mocno zrytmizowany sposób gry? To była wyłącznie koncepcja Grzegorza Ciechowskiego?


Sporo czasu na próbach spędzaliśmy na eksperymentowaniu, na szukaniu innego sposobu grania. Jeśli chodzi o mój sposób bębnienia w Republice, to jest to wypadkowa moich doświadczeń nie tylko rockowych. Zawsze słuchałem z chęcią jazzu, muzyki poważnej, niemal każdej. Te nasze zespołowe poszukiwania zderzyły się z bardzo modnym w tym czasie graniem nowofalowym i punkowym. No i tak wykrystalizowała się nasza rytmika z Pawłem Kuczyńskim na basie.


Miałeś szczególnie ważne zadanie. Musiałeś się sporo napracować nad gęstą, różnorodną grą. Uczyłeś się innego myślenia o perkusji?


Nigdy nie starałem się naśladować swoich idoli, choć mam ich wielu. Zawsze szukałem własnego sposobu grania, własnych struktur. Powstało trochę gęstych fakturek, przy których się trochę namęczyłem.


Weźmy taki "System nerwowy". Wydaje się, że masz więcej niż dwie ręce.


Bez przesady. Każdy w miarę dobry perkusista spokojnie sobie z tym poradzi.


Leszek Biolik, basista Republiki od 1991 r., powiedział mi kilka miesięcy temu: "Myślę, że dzisiejsze granie w starym składzie Republiki byłoby skazaniem się na wykonywanie tych samych numerów do końca życia. Z punktu widzenia finansowego, byłoby to korzystne, ale w sensie muzycznym fascynuje mnie mnóstwo innych rzeczy. Mam nowe pomysły, projekty. Podążam za swoją intuicją." A ty chciałbyś wrócić do grania ‘republikowych’ piosenek?


Bez Grzegorza nie ma Republiki. Granie z Leszkiem i Zbyszkiem Krzywańskim na pewno byłoby fajnym przeżyciem. Jednak nie chciałbym, tak jak i Leszek, skazywać się na odgrywanie tego repertuaru z innym wokalistą. Nie sądzę, żeby ktoś potrafił godnie zastąpić Grzegorza, nie tylko wokalnie, ale też jako człowieka. Poza tym po Republice mocno odszedłem brzmieniowo i w strukturach rytmicznych od tego, co robiliśmy z Grzegorzem.


W 2001 r. stworzyłeś perkusyjny band Kije. To był bez wątpienia twój najważniejszy porepublikowy zespół.


Pomysł na takie granie zaczął się rodzić bardzo dawno, kiedy chodziłem jeszcze do podstawowej szkoły muzycznej. Wtedy zatopiłem się w świecie instrumentów perkusyjnych. Ksylofon, wibrafon, kotły i różne inne brzękadła, pukadła zafascynowały mnie. Powoli zacząłem je gromadzić. W zamyśle miałem marzenie, żeby te wszystkie instrumenty perkusyjne zaczęły współgrać ze sobą, żeby różne struktury rytmiczne mieszały się ze sobą, ale żeby to wszystko było też opatrzone melodią, harmonią tak, by było przyswajalne nie tylko dla wielbicieli perkusji. Konkretniej zacząłem nad tym pracować pod koniec lat 90-tych. To było o tyle trudne zadanie, że nie było właściwie przykładów na tego typu muzykę w takim składzie instrumentów. Musiałem szukać, próbować, co do czego pasuje. Tworzyłem ten dźwiękowy świat we własnej głowie. Przez kilka ładnych lat dojrzewało to we mnie.


Po Kijach pozostała jedna płyta i kilka koncertów w pamięci.


Nie liczyłem na sukces komercyjny. Chciałem, żeby ukazała się płyta. Jestem szczęśliwy, że do tego doszło i pozostał konkretny ślad po Kijach. To trudne prowadzić zespół, kiedy nie ogranicza się tylko do muzyków ze swojego miasta. Nasz perkusista był z Wałbrzycha, dwóch muzyków z Bydgoszczy, ja z Torunia. Trudno było to ogarnąć organizacyjnie. Nie miałem żadnego wsparcia ze strony menadżera, sponsora czy wytwórni płytowej. Zdawałem sobie sprawę, że to długo nie przetrwa.


Od 2007 roku grasz w punk-rockowej formacji Harmidersi...


Grałem, bo zespół przestał istnieć. Gitarzysta-wokalista wyprowadził się z Torunia i zarzucił granie. Udało nam się zrobić program koncertowy i trochę pograć.


Od 2010 bębnisz w pop-rockowym Porananas.


Też już nie. Obecnie grupa funkcjonuje pod inną nazwą. Z tamtego składu został tylko założyciel. Niestety, wiele kapel, które coś próbują zdziałać, nie potrafią przez lata wytrwać w ciągłej pracy, regularności prób. Jeśli ktoś nie jest zawodowym muzykiem, to mniej serca w to wkłada. W Porananas udało mi się znaleźć wspólny język z założycielem kapeli, z którym bardzo się uzupełnialiśmy. On przynosił zarysy kompozycji, a ja od dawna lubię dłubać w nutach, aranżować, komponować. Mimo, że zespół robił postępy i był pełen zapału do grania, nie przetrwał próby czasu.


Znów łoisz w sali prób, wyciszonej kartonami po jajkach. Czujesz się, jakbyś zaczynał wszystko od nowa?


Jestem skazany na granie i na muzykę, czuję się z tym bardzo dobrze. Cały czas szukam ludzi, z którymi mógłbym współpracować i identyfikować się z tym, co tworzymy. Nie jest łatwo znaleźć ekipę do grania długofalowego. Jestem bardzo przywiązany do Torunia, a tu rynek muzyczny nie jest zbyt obszerny. Mimo to jednak znajduję partnerów do grania i to jest ważne. Obecnie bębnię w punk-rockowej kapeli Baader Meinhof, współpracuję luźno z bydgoskim Teatrem Tworzenia i z chórem Viribus Unitis.


Tak sobie myślę, że jak się nie ma stałego zespołu, nie ma powodu, żeby codziennie zasiadać do perkusji.


Może nie codziennie, ale często schodzę do pracowni i gram albo ćwiczę rzeczy, których nie gram jeszcze perfekcyjnie. Regularnie co jakiś czas przypominam sobie niektóre podstawowe wprawki dla perkusistów, które są niezmiernie ważne i zawsze aktualne. Zaniedbanie ich przez dłuższy czas powoduje po prostu spadek techniki, a ja chcę cały czas utrzymywać formę i poziom, rozwijać swe horyzonty.


Jaki miałeś w Republice zestaw perkusyjny?


"Nowe sytuacje" nagrałem na wynajętych bębnach, taki zawodowy model, bodajże Sonora. Następna była Amati, co w tamtych czasach było spełnieniem marzeń. Potem zmieniłem zestaw na Tamę Rockstar, ale nie podobała mi się, gwinty zaczęły kruszeć. Postanowiłem ją zmienić na prawdziwy zawodowy instrument. Zamówiłem w firmie Premier zestaw Genista (brzozowy). To znakomite bębny. Nie można im absolutnie nic zarzucić. Pięknie brzmiące, trzymające strój, wykończone z angielską klasą. Od dwóch lat mam japoński instrument, bodajże z 1964 roku firmy Star, która niedługo potem zmieniła nazwę na Tama. Te bębny rozebrałem na części pierwsze, dokonałem całkowitej renowacji i złożyłem, dostosowując do dzisiejszych standardów. Doskonały instrument, mający głębokie pełne brzmienie i niesamowity design.


Po ćwierćwieczu od nagrania po raz pierwszy na CD wyszedł debiut Opery. Jakie to uczucie dla muzyka?


Cieszę się z reedycji. To utrwalenie naszych pomysłów i pokazanie ich dzisiejszej publiczności. Z pewnością najbardziej zainteresowani będą fani Republiki i Roberta Gawlińskiego. Decyzja o tym, żeby dalej wspólnie grać po odejściu Grzegorza w 1986 r. zapadła wspólnie. Początkowo zostałem nawet wokalistą Opery. Chodząc do szkół muzycznych musiałem również uczęszczać na chór. Nie miałem problemu ze śpiewaniem. Inni się do tego nie palili i padło na mnie. No, ale ostatecznie zaprosiliśmy do współpracy Roberta Gawlińskiego. Bardzo dobrze nam się współpracowało. Robert nawet mieszkał u mnie. Dogadywaliśmy się towarzysko i artystycznie. Myśmy mieli pomysły muzyczne, a Robert melodyczne oraz tekstowe. Uzupełnialiśmy się.


Warto wspomnieć o jeszcze jednym twoim muzycznym epizodzie. W 1987 r. nagrałeś z Kobranocką debiut "Sztuka jest skarpetką kulawego".


Tak, ich perkusista Piotr Wysocki miał problem z kręgosłupem. Zaproponowano mi granie w Kobranocce, ale umowa z "Kobrą" (Andrzejem Kraińskim - gitarzystą i wokalistą - przyp. kk) była taka, że gram z nimi do czasu, kiedy skończę 30 lat (śmiech). Po moich 30 urodzinach Piotrek doszedł do zdrowia i formy. Wrócił do zespołu, czemu się nie dziwię, bo chłopaki byli kumplami od podstawówki i zostali nimi do dzisiaj.


Dziś nie myślisz, żeby rzucić muzykę?


Lata temu już raz to zrobiłem i bardzo cierpiałem z tego powodu. To było w czasie separacji Republiki. Kolega zajmujący się malowaniem namówił mnie do malowania obrazków. Po dziesiątkach, albo raczej setkach prób, udało mi się wypracować swój styl. Moje obrazy były inspirowane naskalnymi malowidłami z około 5 wieku p.n.e. z terenów Afryki, i przedstawiały głównie sceny związane z polowaniami. Jakiś czas żyłem z tego. Do dzisiaj w domu zostało mi jeszcze kilka obrazów, ale już nie sięgam po farby.


Rozmawiał: Krzysztof Kowalewicz

Galeria

Pozostałe

Tommy Clufetos (Black Sabbath)

Dodano: 08.12.2016

Ostatni marsz Black Sabbath przez światowe stadiony i hale koncertowe. Najważniejszy zespół w historii muzyki metalowej przechodzi do historii i żegna się z fanami.

czytaj dalej

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama