Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Chad Smith

Dodano: 13.03.2014
Posiada status i środki do tego, żeby między kolejnymi płytami i trasami Red Hot Chili Peppers byczyć się u siebie w Montauk i robić to, na co ma ochotę.

Sęk w tym, że Chad Smith praktycznie ma zawsze ochotę na bębnienie. Czasami wzywa go Rick Rubin, by zagrał u kogoś na płycie. Nam akurat opowiedział między innymi o swoich jazzowych inspiracjach…

Od jakichś dziesięciu lat mieszka razem z żoną Nancy w swojej idyllicznej siedzibie. Chad zdecydowanie może pochwalić się licznym potomstwem. Tu na miejscu ma trzech synów: Cole’a, Becketta i Dashiella. Ma także córkę z wcześniejszego małżeństwa - Manon oraz dwoje kolejnych dzieci z wcześniejszych związków: Justina i Avę. Mieszka w typowym dla tego miejsca domu w nowo-angielskim stylu, usytuowanym na ponad hektarowym terenie. Dom zaprojektowała żona i budynek jest teraz w okresie remontu:

"Tak to jest, jak poślubisz architekta" - mówi Chad. Podczas szkoły rodzina Smithów przenosi się do domu na Manhattanie, a gdy pojawia się czas tworzenia z zespołem, Chad przenosi się do Malibu, gdzie mieszka niedaleko od producenta Ricka Rubina. Ze względu na status niektórych jego sąsiadów rodzina woli jednak trzymać się w cichym Montauk, gdzie nie ma klimatu show biznesu i stylu życia celebrytów. "Tu nie ma McDonalda, nie ma wyszukanych hoteli, jest stare miasto, jest bezpretensjonalnie" - opisuje. Mimo takiej sielankowości ten rok był bardzo pracowity dla muzyka z wielu względów. Pojawiał się w kilku niespodziewanych sytuacjach np. przed Kongresem, żeby lobbować więcej funduszy na edukację muzyczną w szkole. Ponadto grywał klimaty blues-jazzowe z nowym znajomym, klawiszowcem Jonathanem Batiste. Panowie zrobili nawet kilka nagrań dla awangardowego producenta i kompozytora Billa Laswella. Zagrał także na kilku płytach, produkowanych przez jego dobrego przyjaciela Ricka Rubina. To jednak nie wszystko, ponieważ Chad ruszył też w inną ciekawą stronę i tak powstała aplikacja Chad Smith Drum App. Do tego wcielił się w dziennikarza i opracował serię wywiadów dla strony Music Radar o nazwie Conversation With Chad Smith. "Jako artysta musisz dorastać i się rozwijać" - tłumaczy Chad - "Jestem podekscytowany robieniem różnych innych rzeczy i uwielbiam grać. Ciągle chcę grać, jak tylko się da. Cieszę się też z tego, że te inne rzeczy się rozwijają. Kiedy przyjdzie czas, by robić nową płytę z Chili Peppers poczuję się mocno spełniony, przez co będę mógł dać zespołowi wszystko, co potrzebne."

Czy jest szansa, że muzyk pojawi się w Polsce? Kto wie. Żadne terminy i daty nie są pewne i potwierdzone, więc trzeba mieć nadzieję, że jego miłość do bębnów będziemy mogli odczuć także na naszym terenie. Tymczasem zapytajmy o kilka rzeczy, które są związane z tym, co Chad robi obecnie, a także o kwestie jazzu, co w przypadku tego mocno grającego perkusisty rock-funk może być bardzo ciekawe.

Red Hoci grywają to tu, to tam, ale w sumie od końca trasy wszyscy jesteście zaangażowani w różne projekty. Czy usiedliście i powiedzieliście sobie: "Bierzemy X miesięcy i zrobimy rzeczy spoza zespołu, zanim znowu się zbierzemy?". Czy może było to bardziej otwarte?


Skończyliśmy trasę I’m with You w Coachella jakiś czas temu. Chcieliśmy grać jeszcze przez jakiś miesiąc, ale postanowiliśmy przestać w kwietniu. Flea pracował i wciąż pracuje z Thomem Yorke w Atoms For Peace i chciał trochę z nimi pokoncertować. Pomyśleliśmy: "Ok, w porządku. Jeśli tak chcesz to świetnie." Zawsze się wspieraliśmy odnośnie bocznych projektów. Josh (Klinghoffer, obecny gitarzysta Red Hotów) ma swój zespół o nazwie Dot Hacker. Tak więc od tego czasu zagraliśmy trochę festiwali. Chcieliśmy jeszcze trochę pograć, czego nie robiliśmy wcześniej. Zazwyczaj kończyliśmy trasę, robiliśmy przerwę parę miesięcy i później zaczynaliśmy pisać piosenki.


Gdy wracacie z zespołem do studia, by pisać piosenki, zauważacie, że te boczne projekty was doładowują energią? Utrzymuje to zespół w świeżości?


Myślę, że to ważne. Każdy jest inny. Zawsze grywaliśmy z innymi ludźmi i myślę, że to ważne, by doświadczać gry w odmiennych sytuacjach muzycznych. To inspirujące grać z innymi ludźmi, szczególnie, kiedy jesteś w zespole od 30 lat. Wydaje mi się to naturalne - chęć grania z innymi ludźmi. Wszystko, co robisz, tak naprawdę jest częścią tego, kim jesteś - twoje życiowe doświadczenia, twoje doświadczenie gry, jak odnosisz się w innych sytuacjach muzycznych. Oczywiście, to wszystko masz zamiar dać z siebie. Chemia, jaka jest między nami, jest bardzo silna i mamy określone brzmienie, gdy cała nasza czwórka się zbiera. Gdy grasz z kimś innym, wnosisz kawałek tego w zespół i trzyma to wszystko w świeżości. Coś na zasadzie: "Łał, dlaczego grasz afrykańskie rytmy?", "Cóż, ponieważ robiłem to z Billem Laswellem, a on tego ode mnie wymagał." "Och, to fajnie." Jesteśmy otwarci, ponieważ chcemy się rozwijać, zmieniać i myślę, że takie coś nam w tym pomaga.


Porozmawiajmy o twoim zainteresowaniu jazzem. Kiedy to się zaczęło, jak to się zaczęło? Dorastając byłeś raczej rockmanem. Interesowałeś się jazzem? Czy raczej jazz był "dla tych starych gości"?


Dla starych gości. Przede wszystkim masz rację, zaczynałem grać na bębnach w bardzo młodym wieku siedmiu lat, więc słuchałem wszystkiego, co leciało w radio. Lubiłem te popularne piosenki z tamtego czasu, ale zacząłem się przechylać w tę stronę rockową, bardziej heavy rockową w wieku 10 czy 11 lat. Mój brat Brad, który jest o 2 lata starszy ode mnie, grał na gitarze i siedział mocno w angielskich zespołach końca lat 60-tych i 70-tych, hard blues’owe kapele, jak Led Zeppelin i Deep Purple czy Humble Pie i Jimi Hendrix Experience. Oczywiście The Who, Stonesi, Beatlesi i cała reszta, ale mocniejsze zespoły były tymi, które do mnie trafi ały. Chciałem grać tego typu muzykę. Jako nastolatek byłem mocno skierowany w tę stronę i to chciałem grać. To było to, chciałem mielić, gdy wracałem ze szkoły, żeby wkurzyć rodziców (śmiech). Nie ma to, jak odpalić Sabbathów Vol.4 bardzo głośno! Z czasem stałem się bardziej otwarty na inne gatunki muzyki. Chodzi mi o średnią szkołę, czyli 14-15 rok życia. Trzymałem się z kolegami, którzy byli bardzo "progowi", przez co wszedłem w Rush, Yes, King Crimson, ELP, Mahavishnu - tego typu rzeczy. Bębnienie było tam wyzywające, bardzo spoko i do tego szalone. Później miałem innych kumpli, którzy siedzieli w jazzie, więc grałem w jazzowym zespole szkolnym. To nie był prawdziwy jazz. Nie słuchaliśmy Milesa czy Coltrane’a. To był jazz z ogólniaka. Robiliśmy In The Mood czy Take Five, ale ja nie do końca w tym byłem z tym mocnym klimatem. Na to przyszedł czas później.


Kiedy naprawdę pojawił się jazz? Kto był twoją przepustką?


Powiedziałbym, że był to Elvin Jones. Odkryłem, że jego gra jest bardzo emocjonująca. Poza tym Mitch Mitchell o nim mówił i o Tonym Williamsie. Opowiadał: "To zawsze chciałem zrobić z Jimim Hendrixem." Ja na to: "Co? Muszę zobaczyć, co to jest." Wszedłem w to. Gdy byłem młody, chodziło bardziej o uczenie się różnych stylów muzycznych, ponieważ pasjonowała mnie perkusja. Nie byłem na zasadzie: "Och, wrócę do domu i odpalę Kind Of Blue albo Love Supreme", czy tam cokolwiek. To są wspaniałe płyty i uwielbiam je teraz, ale w tamtym czasie było to bardziej ze względu na naukę bębnienia. Takie było moje pierwsze spotkanie z jazzem.

Elvin Jones był potężny ze swoją polirytmią i sposobem frazowania. Odpadłem. To rozwaliło mi czachę! Wyzwaniem było słuchanie tego. Nigdy nie grałem w żadnym zespole jazzowym, gdzie by tak było… Jestem w stanie zrobić coś w tym stylu, ale to nie jest autentyczne, ponieważ nie jest z mojego serca, jak rock czy funk. Sly Stone, James Brown i P-Funk - łapię to. Tak na zasadzie "Ok". Tower Of Power, taaa, to bardziej w stronę moich klimatów. Innych tematów nie potrafię.


Pomimo tego, że mógłbyś lubić jazz i doceniasz ten styl, nie czujesz się nieco jak turysta w tym świecie?


No, no, ponieważ jest tak wielu gości, którzy potrafią robić to tak dobrze i jest to ich całe życie. Mógłbym to studiować mocniej i technicznie w sumie mógłbym to ogarnąć, ale to nie jest z głębi mojego serca. Nie jest to dla mnie tak autentyczne jak granie rocka.


Czy twoim zdaniem istnieje perkusista rockowy, który potrafi zagrać przekonująco i autentycznie jazz?


Myślę, że Steve Smith robi to całkiem dobrze. Jest lekko zaje*iście wspaniały. Wydaje mi się, że Vinnie (Colaiuta) robi to dobrze. Vinnie wszystko gra dobrze. Pieprzony Vinnie, jest zbyt zaje*isty. Zamierzam połamać mu te jego pieprzone ramiona. Drań (śmiech). Jest jednym z moich ulubionych. Abe Laboriel Jr to kolejny niesamowity muzyk. Jego to nawet nie wstawiam do żadnej kategorii. To są niesamowici muzycy - bardzo wszechstronni, inteligentni, ale grają z czuciem i kochają to, co robią. Inspiruje mnie to. Grać zwykłe dwa i cztery, ale z zabójczym wyczuciem. Jim Keltner był jazzowym perkusistą, Hal Blaine był jazzowym perkusistą. Oczywiście Ian Paice i Ginger (Baker) - Ginger widzi siebie jako jazzowego perkusistę i tylko przez przypadek wszedł w rock.


Jak myślisz, dlaczego oni to potrafią? Dlaczego ciężko jest rockowemu perkusiście pójść w tę stronę?


To dobre pytanie. Wyczuwasz to - grasz to. Muzyka rockowa musi swingować. Jeżeli jesteś swingującym perkusistą, ale nie jest to swing w stylu "spang dang-a-lang" (Chad naśladował kwadratowe granie - przyp. red.), to wtedy jest to wyczucie, to taki podszyty od dołu swing - swing Iana Paice. Nie wiem, stary. Bill Ward jest bardzo swingującym jazzo-podobno perkusistą w heavy metalowym zespole wszystkich heavy metalowych zespołów.


Powiedz nam o graniu z Jonathanem Batiste. Razem pograliście troszkę…


Jonathan jest jednym z moich kontaktów z nowojorskimi musicalami. To podczas ostatnich świąt Jay Bulger, który zrobił dokument o Ginger Bakerze - każdy powinien go zobaczyć, miał złamany nos przez Gingera, powiedział mi o Batiste. "Chad, musisz zobaczyć tego chłopaka. Jest niesamowity." Pojechałem. Moja żona Nancy i ja pojechaliśmy do Harlemu do kościoła przy 126 ulicy. Było fantastycznie. On jest z Nowego Orleanu, jego rodzina stamtąd jest. Wydaje mi się, że jego tata grał w The Meters. Bardzo muzykalna rodzina. Ta jego energia - gra na keyboardzie, gra na pianinie, ma swój własny zespół. Poszedłem tam zobaczyć go, chłopie, to niesamowite. Wychodzi tam prawdziwa pozytywna energia, ten klimat, sposób, w jaki gra. Wszystko wokół niego było bardzo zaraźliwe i powiedziałem: "Muszę zagrać z tym gościem." Usiadłem z jego zespołem, zagraliśmy piosenkę i spędziliśmy świetnie czas. Jest to coś w stylu nowoorleańskiego jazzu, ale w nowszym wydaniu. To młody gość i kolesie od niego też są młodzi. Wydaje mi się, że niektórzy są z Berklee. Bębniarz jest świetny - każdy jest świetny. To zespół pięciu gości.

Tak więc co do płyty. Siedziałem sobie spokojnie, nic nie robiąc po tym, jak zawiozłem dzieci do szkoły i pomyślałem: "Chcę zagrać z Jonem". Napisałem e-maila do Jaya: "Chcę Jona i dobrego basistę, pójdziemy do Electric Lady i zrobimy płytę." Dlatego, że nigdy nie nagrywałem w Electric Lady. Wszystko oczywiście w Nowym Jorku, tam jest pełno historii. On na to: "Świetnie, super. Mam film, nad którym pracuję, potrzebuję muzykę do niego." Ja na to, że po prostu poimprowizujemy, podżemujemy. Przyjdź z jakąś muzyką, jakimiś podstawami, pomysłami, strukturami czy czymkolwiek, ale nic gotowego. Przyjdź i zobaczymy, co się stanie, ponieważ, kiedy gramy razem to jest ta prawdziwa chemia. Spotkaliśmy się i on do mnie: "Co ty na to, żeby na basie był Bill Laswell?". Ja na to: "W mordę, jasne, Laswell!". Pyta: "Znasz Billa?". "O tak, pracowałem z nim." Spotkałem Billa i ten się zgodził. Ma studio w New Jersey, zbudowane u niego w domu. To czyniło sprawę łatwiejszą. Pewnego dnia pójdę do Electric Ladyland… Pierwszego dnia byliśmy tylko ja i Bill. Zrobiliśmy kilka rzeczy. Później już wszyscy razem zrobiliśmy 3-4 kawałki i przenieśliśmy się do innego studia, tylko Jon i ja. Zrobiliśmy wtedy znowu kilka improwizacji. Trzeciego dnia wróciliśmy i graliśmy we trzech. Jonathan nie grał na pianinie, grał już samą elektronikę. Gram te wszystkie Ginger-Baker-podobne rytmy w kilku piosenkach, co nie jest dla mnie normalne. Graliśmy i później zrobiliśmy sztukę w Jazz Foundation w Apollo Theater, co było wspaniałe.


To jest American Jazz Foundation, tak?


Zrobiłem to w Apollo i teraz dzwonią do mnie. Mają kolejną rzecz w planie. Imprezę charytatywną, by pomóc starszym muzykom, którzy nie mają ubezpieczenia zdrowotnego itp. Jestem szczęśliwy, że mogę coś takiego zrobić. Ci goście zasługują na to i więcej.


Porozmawiajmy o sesjach. Wygląda na to, że kiedykolwiek Rick Rubin robi sesję i nie jest to sesja Red Hotów, to zazwyczaj dzwoni do ciebie.


Jest mi winien kupę kasy.


Jake Bugg, Jennifer Nettles, the Avett Brothers - co ci mówi, żebyś grał i dlaczego chce akurat ciebie?


Znam Ricka od 22 lat i oczywiście zrobił wszystkie płyty Chili od czasów Blood Sugar… Lubi sposób, w jaki gram. Tak myślę (śmiech). Dzwoni do mnie ze wszystkim od Johnny’ego Casha przez Wu-Tang Clan, Dixie Chicks po ZZ Top. Nie wiem… Lubi po prostu ze mną pracować. Jestem chyba wystarczająco łatwy we współpracy. Przychodzę (śmiech)! Znam go od wielu lat, mamy podobne zamiłowanie do muzyki i chyba lubi entuzjazm, jaki mam do muzyki. Nie czytam dobrze. Nie ma rozpisanych nut w muzyce, którą robimy - słucham demo, ale materiał jest całkiem łatwy. Wiem, że jest druga strona medalu, bycia zdolnym do współpracy z innymi muzykami, bycia dobrym słuchaczem, powodować, by ludzie czuli się komfortowo.

Rick często korzysta z tych samych osób. To takie jego mini Wrecking Crew (grupa muzyków z m.in. Halem Blaine z lat 60-tych, która anonimowo pojawiała się na sesjach nagraniowych - przyp. red.). Korzysta z innych muzyków, ale głównie ze mnie i kilku innych z Nowego Jorku, dwóch - trzech basistów i Benmonta Tench, który obsługuje dużo klawiszy. Artyści nie są w stylu "Graj dokładnie tak." To nie jest komercyjne spotkanie. Rick bierze nas, byśmy wykorzystali swoją kreatywność, praktycznie jak współautorzy.


Czy te sesje nagraniowe trzymają cię w innej formie koncentracji niż jak to jest z Red Hotami? Gdy włącza się czerwona lampka…


Taaa. Nie chcę tu użyć słowa mentalność. Z naszym zespołem piosenki są naszymi dziećmi i każdy ma na nie duży wpływ. Pracujemy nad nimi od długiego czasu, od samego początku. Całe to dżemowanie, wszystkie pomysły, miesiące wspólnej pracy. Jesteśmy przywiązani do tego kawałka muzyki. Odnośnie czujności powiedziałbym, że nagrywając z Red Hotami, zazwyczaj jesteśmy bardzo przygotowani. Mamy własne piosenki. Sytuacja nieco się zmienia w studio, ale zasadniczo mamy własny materiał. Oczywiście nie piszemy w studio. Mamy własne piosenki i chcemy je dobrze wykonać. Pracując z artystą, który przynosi utwory do studia i słyszysz je po raz pierwszy, musisz być naprawdę bardzo czujny, chłopie! Uczę się tego i próbuję wyjść z tym, co wydaje mi się najlepsze, czyli złapać te same wibracje. Bierzemy materiał i słuchamy - to działa, a to nie działa. "Hej, co robisz tutaj na basie?", "O, to ja zaakcentuję z tobą." Te wszystkie rzeczy dzieją się na miejscu i jest to ekscytujące, ale jest to też wielka presja.


W swoim zespole, jeżeli chcesz zrobić 20 ujęć, to je robisz, bo to twój zespół. W przypadku innych artystów jest to bardziej, jak właśnie z Wrecking Crew, trzygodzinne sesje…


Rick chce dwie piosenki na dzień. Jeżeli wystartujemy o szóstej to chce mieć dwa utwory zgrane. Tak to mniej więcej wygląda. Jeżeli mamy szczęście i zrobimy trzy, to świetnie. Trzy godziny na jedną od samych podstaw. Praca nad nią, szukanie swojego miejsca, swoich partii, szukanie właściwego groove’u, właściwego aranżu i tej całej reszty. Szukanie właściwego klucza dla wokalisty… To bardzo ekscytujące, ale też bardzo wyczerpujące. Powiem ci tak, stary, mogę grać przez dwie godziny - nie wiem, o czym myślę. Grałem te piosenki milion razy. Jestem świeżutki. Gdy jestem w studio i gram przez pięć minut, cztery minuty - stop. Na koniec dnia jestem padnięty. To myślenie, koncentracja i próbowanie - mój mały mózgowy orzeszek jest przeładowany (śmiech).


Tak więc nie mógłbyś być, jak Hal Blaine w latach 60-tych?


Nie wydaje mi się, że mógłbym tak działać. On był nadczłowiekiem. Jest tylko jeden Hal Blaine, był jedyny w swoim rodzaju. Gdybym miał robić coś takiego regularnie to bym się wypalił. Myślę, że on się też trochę spalał - różnica, gdy grasz cztery lub pięć sesji, a 25 sesji w tygodniu. Jeżeli jest coś fajne, a Rick robi fajne rzeczy, to jest zabawa. Nie robię reklam Snickersa, rozumiesz? Gram z naprawdę utalentowanymi ludźmi. To jest wspaniałe.


Zmieniasz swój zestaw na sesje?


Jest to zazwyczaj ta konfiguracja. Zmieniam dużo talerzy, w zależności, czego potrzebuje muzyka. No i werbel - to wielka część brzmienia piosenki.


Jak dostosowujesz swój styl, kiedy grasz z… np. Jake’em Bugg albo Jennifer Nettles? Przyłapujesz się na tym, że zmieniasz to, co robisz, w porównaniu z grą w Red Hotach?


Tak, zdecydowanie, ponieważ muzyka jest tak różna. Jake Bugg jest jak Bob Dylan, Johnny Cash… taki angielski. Ma w sobie coś z Oasis. Myślę, że jest zorientowany bardzo akustycznie. Nie gram funkowo-rockowych rzeczy w tej muzyce. Tu trzeba być dobrym słuchaczem. Rick powie: "Może zagraj "pociąg" w tym miejscu." Podaje sugestie. Jake podsuwa sugestie: "Słyszę to tak, a co z tym?". Jennifer podobnie, ona jest ze świata pop-country - Sugarland. Nie jestem zbytnio z tym zaznajomiony, ale jej rzeczy są bardziej uduchowione i jest świetną wokalistką. Robię te same rzeczy - staram się być dobrym słuchaczem. Muzyka dyktuje, jak zastosuję bębny i czasami wystarczy wejść z dobrym wyczuciem, by uczynić wokalistę szczęśliwym.


Żartowałeś na ten temat, ale naprawdę byłeś zawiedziony, że nie dostałeś telefonu z Black Sabbath?


Myślę, że każdy bębniarz był zawiedziony, że nie dostał możliwości gry z Black Sabbath. Wstyd, że Bill Ward tam nie gra. To niefortunne, gdy zespół taki, jak ten, zbiera się razem i z jakichkolwiek przyczyn nie mogą się dogadać. Myślę, że Brad Wilk zrobił świetną robotę. Bardzo się cieszę. Uwielbiam go - świetny perkusista.


Jedną ze zmian w twoim życiu jest to, że stałeś się bardziej multimedialny. Masz swoją własną aplikację…


Zgadza się. Chad App. Zostało mi to zaproponowane. Ekipa od Sabiana chciała się w to wciągnąć, coś w stylu sponsora wspierającego. Laura Glass, z którą współpracuję, była bardzo pomocna w uruchomieniu. To po prostu miejsce dla perkusistów, by pójść i pogadać na temat bębnów i wszystkiego tego, co jest związane ze mną, co lubię lub co robię. Instrukcja, miejsce rozrywki, zdjęcia, blog, video - po prostu wszystko, co się dzieje, co lubię i robię. Jest też sekcja, którą nazywam GPS. To moja ulubiona, ponieważ to jest tak, jakby wszyscy perkusiści, w większości ci, którzy teraz coś robią, pokazują, gdzie są. Jeżeli jadą na trasę lub nagrywają płytę, cokolwiek robią to aktualizują to cały czas. Jest tam ponad 115 perkusistów.


Masz też serię o nazwie Conversation With Chad Smith. Jesteś w tym niezły. Udzielasz wywiadów od dwudziestu lat, ale teraz jesteś po drugiej stronie barykady…


To nie jest proste, stary. Często, gdy spotykasz inne zespoły i ludzi z zespołów, nie jesteś zbytnio w jakiejś konkretnej sytuacji... Jesteś na graniu. Znajdujesz się w jakimś tam hotelu i po prostu sobie gadasz. Czasami gadasz bardziej jak perkusista, takie klimaty dla wtajemniczonych, ale ogólnie nie masz możliwości, by pogadać godzinę lub półtorej. W Conversation w większości przypadków jest to podczas obiadu. Możesz się zrelaksować i nie musisz się spieszyć. Nie musisz pędzić na próbę dźwięku i masz czas, by dowiedzieć się, co ich wkurza. Jestem po ich stronie. Jestem wygodny, nie zadaję im trudnych pytań.


Czasami jednak powodujesz, że artyści się otwierają w sposób, w jaki nie otworzyliby się przed dziennikarzem.


Tak. Myślę, że miałeś takie trudności. Myślą: "Nie powiem zbyt dużo, ponieważ będą tylko o tym gadać." Przeszedłem przez to i możesz być bardziej ostrożny. Możliwe, że myślą, że będzie ok, ponieważ jestem jednym z nich.


Jest to relacja artysty z artystą. I jest to komplement, ale jesteś trochę jak Larry King.


Muszę zdobyć więc jakieś szelki (śmiech).


O tak! Ale Larry King może rozmawiać z każdym. To talent.


Tak. Jestem w swojej bezpiecznej strefie muzyki. Póki co to była zabawa. Zawsze jestem zaskoczony, gdy dostaję telefon od Laury Glass, która mówi mi: "Dostałam telefon od tej i od tej osoby, chcą zrobić materiał." Ja na to: "Świetnie." Nie ma żadnego ostatecznego terminu i czegoś w stylu: "Potrzebujemy sześciu rozmów.". Kiedy grafiki się zgadzają i możemy to zrobić, robimy to.


Wracając do muzyki… Sammy Hagar wydaje płytę. Na ilu piosenkach tam jesteś?


Na dwóch. Zrobiliśmy cover Personal Jesus Depeche Mode z Nealem Schonem na gitarze. Zrobiłem też Going Down, które graliśmy z milion razy. Neal też na tym jest, razem ze mną, Samem i Mike’m Anthony. To są jego przyjaciele. To jest po prostu - Sammy i przyjaciele.


Jakieś plany co do Chickenfoot?


Zabawne, że pytasz. Dziś dostałem e-maila od Sama, którego on dostał od Joe (Satriani) na temat rozmowy podczas obiadu, jaki mieliśmy dwa tygodnie temu w San Francisco, gdy grałem. Poszliśmy razem na obiad - ja, Joe i Sam. "Co chcecie robić odnośnie Chickenfoot?". Joe ma swoją solową płytę z zespołem, jeździ w trasę i robi swoje G3 i różne inne rzeczy. Sammy ma milion rzeczy, restauracje, alkohol oraz jego rzeczy, no i nową płytę.


Ten projekt jest już nieco kultowy, a to boczny projekt.


Tak, mam swoje boczne projekty. Joe napisał do mnie kilka miesięcy temu: "Staram się ogarnąć mój grafik na przyszły rok, czy naprawdę widzimy tam miejsce na Chickenfoot? Chcesz to robić?". Odpisałem mu. Problem ostatnim razem był taki, że nie mogłem pojechać w trasę. Byli nieco rozczarowani tym faktem. Mieliśmy chemię miedzy sobą, po czym przyszedł Kenny Aronoff i zrobił świetną robotę, ale to nie było to samo, co my razem. Powiedziałem: "Wiesz co? Nie mogę zaangażować się w długą trasę." Sammy zresztą też nie chce długich tras. Ma swoje lata. Dodałem: "Naprawdę uwielbiam to, co robimy. Uwielbiam robić z wami piosenki." Lubię ten kreatywny proces. Jestem dumny z tych płyt. Kiedy to zaczynaliśmy to było bardziej jak głupiutka zabawa w dżemowanie u niego w klubie. Bardzo lubimy wzajemne towarzystwo. Powiedziałem: "Chciałbym zrobić płytę i jeżeli będziemy mogli jechać w trasę to pojedziemy, jeżeli nie będziemy mogli to nie pojedziemy, ale chciałbym się zebrać razem, zrobić parę piosenek i nagrać je." Joe napisał do mnie i powiedział: "Co więc na to, żebym wpadł z kilkoma riffami? Wyślę wam, chłopaki, kilka demówek, zobaczcie, co się wam spodoba. Zobaczymy, nad czym będziemy mogli pracować i spotkamy się." Zrobimy więc coś w przyszłym roku, może w styczniu się spotkamy i zobaczymy, z czym możemy wyjść do ludzi.


Nie czułeś się dziwnie, widząc Kenny’ego na stołku w Chickenfoot? Jakby ktoś umówił się z twoją żoną. Nie miałeś czegoś w stylu: "On jest świetny, ale to mój zespół!"?


Taaa, jakby całował mi żonę! Nie, widziałem go w Bostonie. Kenny jest świetny. Zasugerowałem go. Grał z innym moim zespołem - Meatbats.


Śledzi cię…


O tak, zbiera zaniedbane przeze mnie rzeczy. Jesteśmy podobni…. Obaj mocno bijemy. To profesjonalista i łatwy do współpracy gość, dodatkowo zabawny. Wiedziałem, że będzie pasował do nich i dadzą razem radę. Tak, to nieco dziwne… Albo nie, nie dałbym tego w kategorii "dziwne". Po prostu to świetny bębniarz.


Jest coś, co chciałbyś zrobić na bębnach, ale nie jesteś w stanie? Coś w twojej technice, co chciałbyś dodać?


Och, milion rzeczy. Moja niezależność jest beznadziejna. Gdy mówię "niezależność" chcę, by ta ręka robiła to, a prawa noga robiła to, podczas, gdy lewa noga robi to, a ta ręka to. Potrafi ę zrobić rzeczy, które mnie satysfakcjonują w kontekście kreatywności. Nie gram na dwie stopy, ale nie widzę się w wielu sytuacjach, gdzie by to było potrzebne. Jest kilka rzeczy, które fajnie by było zrobić, ale jestem za leniwy do tego. Być w stanie wyrażać siebie bez obaw o technikę byłoby całkiem przyjemną rzeczą.


Materiał przygotowali: Maciej Nowak, Kajko,
Joe Bosso, Iwona Oleksiuk
Zdjęcia: Joby Sessions


Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama