Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Michał Dimon Jastrzębski (Lao Che)

Dodano: 27.03.2014
Jest to jeden z tych zarażonych… chorych, obłąkanych na punkcie bębnienia.

Dzięki takim perkusistom, jak on, nasz muzyczny świat nabiera wielkiego kolorytu i wszelkie wysiłki, by było nam lepiej w kontekście dostępności sprzętu nabierają sensu. Znamy go głównie z występów w Lao Che, gdzie wypełnia pełne emocji kompozycje równie emocjonalną dawką bębnienia.

Dimon to niezwykle barwna postać. Jego zamiłowanie do perkusji doskonale przekłada się na sposób i styl jego gry. Ciągle szuka i nie poprzestaje w rozwoju. Bębny w jego wydaniu to wielka dawka emocji i ekspresja, co doskonale widać na koncertach Lao Che. Jako człowiek Dimon to skromny facet, ale też wielce otwarty na innych muzyków, pełen szacunku i pokory, znający przy tym stanowczo swoją wartość. Obserwując tego perkusistę rysuje się nam obraz muzyka, który jest totalnym zaprzeczeniem tego, do czego przyzwyczajają nas głodne skandali media. Wielka pasja bębnienia i chęć pracy nad samym sobą idą w parze z osiągniętym sukcesem. I od tego właśnie wątku zaczniemy naszą rozmowę…

Trudno nie zadać kilku pytań perkusiście o zespół, w którym gra on nieprzerwanie od 15 lat, a na dodatek na fali ostatnich sukcesów trudno nie zapytać o miarę sukcesu. Jak to jest z pozycji stołka perkusyjnego, stojącego w tle sceny


Granie w zespole daje ogromną satysfakcję, rodzaj spełnienia, ale jest też ciężką praca "na wciąż". W naszym kraju nie wolno pozwolić, aby o tobie zapomniano, cały czas trzeba pracować, na okrągło, zwłaszcza na tzw. gruncie niezależnym, gdzie to, co przyniosą kolejne tygodnie, miesiące, lata zależy głównie od nas samych. Z drugiej strony nie wolno przesadzić, aby nie przesycić rynku. Wszystko, co robimy, staramy się skrupulatnie planować z pewnym wyprzedzeniem. Przez lata udało się nam wypracować - nazwijmy to - "schemat", który się sprawdza. Łączy zarówno sprawy zawodowe, jak i prywatne, bo przecież każdy z nas ma rodziny, dzieci, obowiązki, to wszystko trzeba pogodzić. Nie jest to łatwe, ale udaje się. Poza tym, jako perkusista, w tych wolnych chwilach staram się ćwiczyć werbel, zestaw, spotykam się z kolegami perkusistami, żeby rozmawiać o bębnach, o graniu, wymieniać się doświadczeniami, grać wspólnie, uczyć się od innych, szukać inspiracji. W sumie moje życie kręci się wokół muzyki. Nawet, kiedy nie gram, czy nie słucham muzyki, często łapię się na tym, że myślę o jakichś piosenkach albo o bębnach… Oooo, o bębnach i blachach to myślę niemal non stop, coś sobie nucę, stukam w kolano… To chyba rodzaj choroby… (śmiech)


A masz świadomość, że ciężko pracowaliście jako Lao Che na to, co teraz nazywamy sukcesem?


Sukcesem jest to, że cały czas gramy, że żyjemy z tego - to jest sukces, że kapela funkcjonuje, że nam dobrze ze sobą, że ciągle chcemy nagrywać kolejne płyty. Ale tak - w pewnym sensie to była ciężka praca, konsekwencja i koncentracja tylko i wyłącznie na muzyce, nie na aspektach, że tak to nazwę - marketingowych, nie. To wszystko przyszło później i właściwie samo. Zespół był skoncentrowany przede wszystkim na tym, aby grać po swojemu i tym sposobem udało nam się wypracować własną publiczność. Cały ten marketing i pozbieranie tego do kupy w sensie formalnym i zawodowym, to wszystko przyszło dużo później. Wiesz… Do 2008 roku większość z nas normalnie pracowała, łącząc codzienną pracę z życiem rodzinnym i graniem. Bywało tak, że wracaliśmy w niedzielę nocą z koncertu i kiedy dojeżdżaliśmy do Płocka około 7 rano, odwoziliśmy naszego basistę, Ryśka, prosto do roboty… Albo nagrania wokali do płyty Gospel… Codzienne wyjazdy z Płocka do Warszawy do studia i powroty nocą lub nad ranem, codziennie, bo Spięty musiał gnać do roboty. Nie było lekko…


Przeżywasz jeszcze jakieś emocje na scenie? Tyle lat grania, te same nieomal kawałki, ten sam skład...


Pewnie, że przeżywam! Każdy koncert jest przeżyciem, adrenalina się udziela przed każdym występem. Praktycznie za każdym razem mam tremę, z którą nie potrafię sobie poradzić, z reguły to uczucie tremy mija po 2-3 piosenkach. Najgorsze są nagrania na żywo, w radio albo TV, gdzie możesz zagrać tylko raz, masz tylko jedną szansę, ojej… Bywam wtedy kompletnie rozmontowany, jak Miauczyński, i mało pamiętam z takich występów. Wiadomo, bywają też momenty kiedy odczuwam zmęczenie, brak snu czy ból w krzyżu albo spinkę mięśni i takie stany sprawiają, że staję się bardziej jałowy i obojętny na otoczenie. Grając, odczuwam dyskomfort, a to sprawia, że patrzę wtedy na set listę i marzę, aby się już skończyła, głowa nie pracuje, ciało odmawia posłuszeństwa… Bywa i tak… Co do repertuaru to dużo numerów ewoluowało, dosyć mocno się zmieniły na przestrzeni kilku lat. Regularnie pracujemy i wydajemy płyty, więc nowych piosenek też przybywa, nie mogę powiedzieć, że jestem zmęczony albo wypalony - nie, natomiast granie w jednym składzie, z którego możesz się utrzymać, z tymi samymi ludźmi to w sumie bardzo duży komfort.


Na ile ty, jako perkusista, identyfikujesz się z emocjonalną warstwą utworu, płyty?


Na pewno identyfikuję się z tym, co pisze Spięty. W naszym repertuarze są piosenki, które dotykają bardzo uniwersalnych treści, jak poszukiwanie Boga, czy też zagubienie w kościele. Spięty stawia wiele pytań w swoich tekstach. To są tematy, które i mnie są bliskie. Zdecydowanie identyfi kuję się z tymi treściami. Ale są też takie utwory, które po prostu mi się podobają, są też takie, które darzę mniejszą atencją.


Możemy wrócić do początków twojego grania? Możesz sobie przypomnieć, jak to się u ciebie zaczęło?


Urodziłem się na początku lat osiemdziesiątych. Czasy były, jakie były, nie było zbyt wielu bodźców dookoła, dwa kanały w telewizji, muzycznie niewiele docierało, ale docierał np. Europe "The Final Countdown". Ojej, ta biała Tama, wybuchy na scenie, he he, straszny kicz, wyglądali niczym Spinal Tap. Kiedy to zobaczyłem to oszalałem, nie wiem, może miałem ADHD, zacząłem wtedy udawać tego perkusistę, stukać po wszystkim. I to była taka pierwsza oznaka. Potem dostałem moje pierwsze pałki perkusyjne, chwilę później ojciec zmontował mi jakiś pierwszy zestaw. Stopę zrobił z drewna! Miała drewnianą bazę, drewnianą platformę, była tam sprężynka, kupiliśmy w sklepie muzycznym bębenek z taką ręczną pałką filcową, którą wykorzystał do tego mechanizmu, była bijakiem. Centralkę zrobił z kartonowego pudła. W szkole podstawowej, gdzie uczyli moi rodzice, był zestaw "mały muzyk" i w tym zestawie były jakieś kastaniety, marakasy i były też dwa ręczne czynele. Powyjmowaliśmy z nich rączki i ojciec zrobił jakiś prowizoryczny statyw do hi-hatu. Nie pamiętam dokładnie, jak to było zrobione - miałem wtedy 7-8 lat, ale to chyba działało, nawalałem w te kartony.


A później zespoły...?


Też, ale najpierw była szkoła muzyczna. Zdawałem do klasy fortepianu, gdyż rodzice naciskali na ten instrument. W ich przekonaniu na fortepianie można było coś zagrać, a na perkusji raczej nie… Ale ku mojej uciesze nie dostałem się na fortepian, miałem za krótkie palce czy coś… Przyjęto mnie do klasy perkusji. Jakoś tam przebrnąłem tę szkołę mimo, iż klasyczny kierunek kształcenia nie do końca mi odpowiadał. W klasie stały pomarańczowe bębny Amati i to one najbardziej przykuwały moją uwagę. Robiłem też ksylofon, wibrafon, pianino, chór, taki standard, ale jednak te bębny… To było to! W pierwszych kapelach zacząłem grać, mając 12-13 lat, takie wiesz, szczeniackie granie, jakieś punkowe składy, potem metalowe i tak wsiąkłem w płockie środowisko, które coś tam muzykowało. W 96 roku grałem już w kapeli Stonehenge, która funkcjonowała, nazwijmy to, profesjonalnie. Poznałem też wtedy Denata, z którym gramy do dziś. Denat był wtedy perkusistą Hazaela. Kupiłem od niego swoje pierwsze bębny Amati. Dwa lata później w 98 roku powstało trio Koli, które tworzyliśmy już we trójkę: Denat, Spięty i ja. I to był właściwie początek Lao Che.


Cały czas uczyłeś się wtedy grać, ćwiczyłeś?


Raczej po prostu grałem - byłem buńczuczny i chyba trochę pogubiony jako nastolatek. Znaczy coś tam ćwiczyłem, ale raczej nieświadomie. Nie było to ćwiczenie techniki, jakie praktykuję dziś - byłem oddanym fanem Primusa, słuchałem go na okrągło, wszystkich płyt i grałem dużo z Primusem. Ale był to też czas, kiedy przewijałem się po różnych salach prób w Płocku, grałem okazjonalnie w różnych składach, z różnymi ludźmi, to też była forma ćwiczenia.


To dobrze czy źle, że nie ćwiczyłeś?


To źle - z perspektywy czasu to strasznie źle. Żałuję, jak cholera, że to był taki "przebimbany" okres pod kątem świadomego ćwiczenia i rozwijania gry na bębnach. Żałuję, że nie skończyłem 2 stopnia, na który nalegał mój profesor. Ale z drugiej strony nie mogę też powiedzieć, że zupełnie zmarnowałem ten czas, nie. Grałem w zespołach, zaczęliśmy coś robić na poważnie, były już jakieś zalążki… Po prostu są rzeczy, które mogłem zrobić inaczej, ale widocznie nie było mi to pisane i musiało być tak, jak było. Każdy ma własną kartę…


A można to nadrobić pracą?


Na pewno jest sens, aby nie odpuszczać. Pewnych rzeczy już nigdy nie dogonię, ale zresztą nie o to chodzi. Ja nigdy nie miałem pomysłu, żeby biegle grać różne style i pracować sesyjnie, czy być jakimś mega technikiem… Nie. To nie moja bajka. Za młodu wsiąkłem w zespół i to jest droga, w której widzę sens. Co do samego grania to zawsze warto coś robić, starać się grać lepiej, ćwiczyć, korygować złe nawyki czy przyzwyczajenia. Kiedy mam wolne dni, chodzę do salki i pracuję nad werblem ze Stick Controll, ćwiczę coś na koordynację, to bardzo pomaga, ułatwia i inspiruje. Spotykam się także z kolegami po fachu, żeby pogadać o doświadczeniach, nauczyć się czegoś od bardziej doświadczonych. Właściwie to ciągle szukam nauczyciela, kogoś w rodzaju mentora.


A z tych płyt, które nagraliście, którą najbardziej emocjonalnie przeżywasz?


Pewnie chciałbyś usłyszeć, że "Powstanie..."?


No właśnie nie.


"Powstanie Warszawskie" na pewno było przełomem w naszej, nazwijmy to, "karierze". Nagle mały, nikomu szerzej nieznany zespół, wyłonił się niemal znikąd i od razu takie bum. Wywiady, koncerty, Woodstock, koncert dla Muzeum Powstania nagrany i emitowany przez TVP, tak, to był zwrot. Ale myśmy się tego nie spodziewali, nagrywając tę płytę byliśmy przekonani, że robimy rzecz kompletnie undergroundową, niszową, nie zastanawialiśmy się, że za chwilę trzeba będzie wyjść na scenę i obronić ten materiał na żywo w całkiem poważnych warunkach. Przyszedł też strach, że jak to? Wyjść na scenę i drzeć się "Niech żyje Polska"? A tu taki odzew… To był cios, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. A poza "Powstaniem…" to chyba "Gospel" bardzo lubię i ostatnie wydawnictwo "Soundtrack".


Dlaczego?


"Gospel" powstał bardzo spontanicznie, bez jakiegokolwiek ciśnienia, że musimy się teraz zmierzyć z "Powstaniem Warszawskim". Po prostu, spotkaliśmy się w salce i chwyciliśmy za instrumenty, zaczęliśmy grać pierwsze takty. Podświadomie zapewne każdy chciał trochę odsapnąć od wymagającego materiału, jakim jest "Powstanie.." i stąd wzięły się te weselsze dźwięki. Nie roztrząsaliśmy tego, co przyniesie ten album. Wierz mi lub nie, cieszyliśmy się samym graniem, bez układania dźwięków i formy pod konkretny koncept i nie mieliśmy żadnych oczekiwań. Natomiast nasze dwa ostatnie wydawnictwa to płyty, które powstały we współpracy z producentami. Zwłaszcza ostatni album "Soundtrack" finalnie wyprodukowany przez Eddiego Stevensa z Moloko. Na poziomie materiału demo w niczym nie przypominał efektu końcowego. Eddie bardzo mocno wpłynął na ostateczny kształt tej płyty. Praca z Edkiem była bardzo cennym doświadczeniem, gdyż przed nagrywaniem niektórych piosenek okazywało się, że mam zagrać kompletnie coś innego niż było na demo. Wyobraź sobie, pada hasło, że nagrywamy piosenkę "Już jutro". Na próbach przed sesją przygotowałem sobie aranż, bit, miałem pomysł, na jakim zestawie to zagrać a tu nagle przychodzi Eddie i mówi, że mam zagrać na takim i takim secie, z crashem i splashem, a bit to on ma zapisany na komputerze i mam przyjść posłuchać. Biorę więc słuchawki, idę do reżyserki, słucham, i jest kompletna wywrotka, zupełnie inaczej niż sobie zaplanowałem, obmyśliłem, aranż też inny, potem zestaw i ustawienie, to samo, wywrotka… Nic po mojemu. Następnie po ustawieniu "soundu" był czas na chwilę poćwiczenia i po przerwie obiadowej powrót i nagrania, oczywiście wszystko na "setkę". Z reguły perkusiści lub zespoły mają takie wyobrażenie o nagraniach, że przed studiem trzeba się przygotować, poćwiczyć formę, pamiętać aranż lub go rozpisać, dobrać instrumenty, nastroić. Ja miałem podobnie przed tą sesją… a tu nagle przyjeżdża koleś i wywala wszystko do góry nogami i musisz spiąć poślady i temu sprostać. To była zajebista sesja.


A w takim demokratycznym zespole, jak Lao Che - masz coś do powiedzenia, czy ktoś cię kieruje...?


U nas każdy ma coś do powiedzenia, nie ma osoby, która miałaby ostateczne słowo na jakiś temat. Wszystkie decyzje, począwszy od koncertowej set listy na sprawach organizacyjnych kończąc podejmujemy wspólnie. Podobnie jest z tworzeniem, nasza muzyka jest wypadkową sześciu osób.


Czy myślisz, że oczekiwania publiczności rosną wobec was?


Na pewno tak jest, to naturalny proces. My sami sobie staramy się z płyty na płytę podnosić poprzeczkę. Działamy już prawie 15 lat i mamy własną publiczność, na którą ciężko pracowaliśmy. Są ludzie, którzy słuchają nas od początku i podejrzewam, że to właśnie oni są tymi najbardziej wymagającymi odbiorcami. Są też tacy, którzy pokochali tylko "Powstanie Warszawskie", inni tylko "Gospel" i na tym ich przygoda z zespołem się zakończyła. To się cały czas zmienia, jedni odpuszczają, ale w ich miejsce pojawiają się nowi fani, jeszcze inni trwają od początku. Podobnie jest z koncertami, jest wiele osób, które przychodzą na nasze koncerty od lat, ale z każdą kolejną płytą pojawiają się też nowi. Koncerty to nasza mocna strona, cały czas się rozwijamy w tej dziedzinie. Ostatnio zainwestowaliśmy we własny system dźwiękowy, konsoletę X32, systemy odsłuchowe, mikrofony, wizualizacje, światła. To wszystko po to, żeby nasze koncerty były jak najlepiej przygotowane, zarówno pod kątem dźwiękowym, jak i wizualnym. Nasza ekipa w trasie to w sumie 12 osób.


Stan idealny to taki, w którym muzyk mówi: robię to, na co mam ochotę, a ludzie to lubią i szanują.


Dokładnie tak, nagrywamy płyty po swojemu i nie ulegamy presji, że trzeba coś zrobić w ten czy inny sposób, aby ludziom się to spodobało. Może to trochę egoistyczne, ale to przede wszystkim my mamy być zadowoleni. Ale na tym chyba generalnie polega tworzenie. Muzyk, czy artysta z innej dziedziny nie tworzy po to, żeby się komuś przypodobać, tylko tworzy po to, żeby coś przez swoją sztukę wyrazić, powiedzieć, skomunikować się z ludźmi. A to, czy ludzie ten komunikat odbiorą, czy nie, to już nie jest problemem twórcy. Jeśli odbiorą, to jest to dodatkowy bonus. Grunt to nie oczekiwać zbyt wiele i nie spoczywać na laurach. Trzeba ciągle poszukiwać…


Lao Che szuka dalej?


Myślę, że tak, na tym polega nasz zespół, chcemy na każdej kolejnej płycie odbijać się od tego, co zrobiliśmy poprzednio. Właśnie rozpoczęliśmy przygotowania tworzenia do kolejnej płyty. Tym razem postanowiliśmy oderwać się od naszego studia prób w Płocku i wyjechać na obóz kompozycyjny w Bieszczady. Pomału pojawia się "ferment" czegoś nowego. Postanowiliśmy nie rozmawiać za dużo o tym, co będzie grane, bo zawsze przed próbami do nowego materiału poświęcaliśmy takim rozmowom całe godziny. Tym razem chcemy więcej grać niż gadać. Są oczywiście wstępne założenia co do instrumentarium, czy też charakteru płyty, ale to wszystko zostanie zweryfi kowane, kiedy usiądziemy do tworzenia.


Ty, rozumiem, dalej bębny, ale może byś chciał coś zmienić, może coś ci chodzi po głowie?


Po ostatniej płycie chciałem śpiewać na żywo, bo coś bym pewnie wyćwiczył z gardła i jako chórek bym się nadał, jednak to bardzo trudne jednocześnie grać na bębnach i śpiewać, i odpadłem w przedbiegach. Nie podjąłem walki. Na płytach udzielam głosu i lubię to. Staram się na każdej płycie inaczej podejść do instrumentu, właściwie, to do każdej piosenki podchodzę inaczej. Już podczas pracy nad demami do każdego numeru inaczej przygotowuję instrumentarium, odpowiednio stroję, dobieram werble, centralki, naciągi, zamiast dziesięciu czasem stawiam jeden mikrofon, eksperymentuję z blachami, zerkam też na pobliski warsztat, czy nie leży jakaś rura, która może się przydać do zagrania jakiegoś bitu, raczej w tę stronę coś kombinuję. Posiadam całkiem sporo różnych instrumentów i pod kątem nagrań przede wszystkim je gromadzę, to daje mi różnorodny wachlarz brzmień. Co do zupełnie innych instrumentów, raczej nie mam zapędów, żeby złapać za coś innego niż bębny. Każdy ma swoją rolę w zespole, moją jest perkusja, ale kto wie…


Ile masz zestawów?


Sześć... Ale znam kolegów, którzy mają dużo więcej niż ja. Zasadniczo używam Gretschy. Uwielbiam te bębny! Są wspaniałe, od wielu lat trzymają poziom i mają w sobie to coś, co sprawia, że dla mnie są wyjątkowe. W lipcu tego roku udało mi się nawiązać współpracę z Gretschem i to jest jak spełnienie marzeń. Posiadam trzy zestawy Gretscha, dwa nowe oraz starego Round Badge z 64 r. i czwarty USA Custom jest już zamówiony, robi się. Ach… Nie mogę się doczekać, zamówiłem ten zestaw z myślą o kolejnej płycie Lao. Mam jeszcze stare Sonory i zestaw zrobiony przez polską firmę Bertrand. Poza zestawami posiadam około dwudziestu różnych werbli: Craviotto, Brady, Gretsch, kilka starych Ludwigów, Slingerlandów, kilka Pearli, Bertrandy, Sonory, Fat Flying Drums - kolega spod Szczecina robi teraz dla mnie dwa korpusy z klepki, a inny kolega, Marcin z Bielska Białej (Tohok Custom drums) robi dla mnie werbel ze stali węglowej… Lubię takie wynalazki. No i posiadam całkiem pokaźny zbiór talerzy. Od 9 lat jestem endorserem Istanbul Agop. Nazbierało się tych blach bardzo dużo, różnych, ostatnio chciałem je nawet policzyć, ale nie mam kiedy zebrać tego do kupy. A samych hi-hatów mam chyba z osiem.


I tym pozytywnym zestawem, którego nie powstydziłby się żaden dobry sklep perkusyjny, zapraszamy na koncerty Lao Che i podglądanie bębniącego Dimona!

Tekst: Jan Szumański i Kajko
Foto: Lech Spaszewski



Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama