Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Gavin Harrison

Dodano: 10.04.2014
Nie mogliśmy przegapić wizyty Gavina Harrisona w Polsce, tym bardziej, że pojawił się na trzech koncertach i dodatkowo warsztatach w Opolu.

Byłby to prawdziwie perkusyjny grzech przejść cicho obok występu tak wspaniałego muzyka, który bezkompromisowo podchodzi do tematu swojej kariery oraz grania solówek.

W Polsce poznaliśmy go bliżej dzięki wspaniałej grze w Porcupine Tree, jednak Gavin ma bardzo dużo perkusyjnych twarzy. Zagrał na olbrzymiej ilości płyt z wieloma wykonawcami z różnych pólek stylistycznych. Do Porcupine wszedł z wielkim hukiem na albumie In Absentia, gdzie opracowanie partii bębnów zajęło mu około dwóch tygodni. Jego styl perkusyjny charakteryzuje bardzo duża przejrzystość skomplikowanych partii, zagranych z wielką lekkością i polotem. Wszystko to podane jest w muzycznej oprawie, ponieważ jest to muzyk, który stroni od popisywania się i tworzenia atmosfery szalonego rock and rolla. Mimo to bardzo przyjemnie się ogląda jego występy i to, jak się porusza za bębnami. Dlatego też nie mogliśmy pozwolić, by muzyk uciekł nam bez słowa.

Spotkaliśmy się w Opolu, do którego przyjechał z zespołem po koncercie w Krakowie. Na środku sceny mienił się rozstawiony Sonor, obwieszony charakterystycznie talerzami Zildjian. Gavin wraz z muzykami krzątał się za kulisami. To wysoki, szczupły mężczyzna o zatroskanej twarzy ze specyficznym przedziałkiem na głowie. Po przygotowaniu całego sprzętu niemal od razu rozpoczęły się warsztaty, z których relację zdawaliśmy w zeszłym numerze Perkusisty. Po zakończeniu i opadnięciu pierwszych emocji, usiedliśmy razem w garderobie, gdzie m.in. oczekiwaliśmy na coś do przekąszenia. Był to doskonały moment, by wyciągnąć dyktafon i zarejestrować rozmowę z muzykiem. Nie chcieliśmy rozmawiać tylko i wyłącznie o sprawach związanych z techniką i grą, ponieważ tego typu informacje i dane znajdziecie w olbrzymiej ilości filmów z jego warsztatów. Tematykę jego korzeni także już poruszaliśmy w pierwszym wywiadzie (Perkusista 2/2010). Postanowiliśmy więc poruszyć bardziej tematy, o których nie rozmawia się podczas warsztatów, chociaż wiadomo, że nie obyło się bez zahaczenia o sprawy stricte bębniarskie. Byliśmy też mocno ciekawi jego opinii na temat skomplikowanej muzyki, jaką gra z O5Ric, której raczej filmowy inżynier Mamoń nie mógłby słuchać ("Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem" - Rejs).

Gavin sprawy przedstawia jasno i konkretnie, odgórnie dając kredyt i traktując swojego rozmówcę jako osobę inteligentną, której nie trzeba powtarzać dwa razy i która potrafi czytać między wierszami. Stąd też jego odpowiedzi na warsztatach lub odpowiedzi na maile fanów nie są zbytnio wylewne, ale zawierają konkretny przekaz. Do tego trzeba dołożyć jeszcze permanentny brak czasu, bo jak nie Porcupine Tree to właśnie O5Ric albo jakiś inny projekt, do którego jest zaproszony jako sideman.

Zważywszy na fakt, że przed chwilą skończył część warsztatową swojego występu, zaczęliśmy właśnie od tego...

Jaka jest twoja wizja kliniki?


Robię klinikę po prostu do osób, które przychodzą. Nie gram na niej żadnej solówki. Ogólnie jestem przeciwny solówkom perkusyjnym. Jest to takie prezentowanie swojego ego. Nie jestem zainteresowany graniem solówek. Nie jestem w stanie podać ci teraz przykładu solówki, której chciałbym wysłuchać więcej niż raz. Zazwyczaj jest to pokaz wcześniej ogranych na próbie, wcześniej przygotowanych trików. Te wszystkie magiczne ruchy…


Uważasz to za cyrk?


Tak! Inaczej ma się sprawa, gdy solówka jest grana wewnątrz muzyki, w jakimś muzycznym fragmencie i ma to punkt odniesienia. Wtedy to jest interesujące. W takiej sytuacji nie chodzi o granie szybkie, o efekty i inne sztuczki, musisz zagrać muzycznie. Dzisiaj, podczas koncertu, mam dwa miejsca, gdzie mogę zagrać krótkie solo. Mimo, że wiem, jakie są to miejsca, to każdego wieczoru staram się grać je inaczej. Nie czekam na moment, gdzie będę mógł grać swoje zagrywki. Staram się nie grać tych moich rzeczy, ponieważ jestem bardzo znużony swoim bębnieniem. Słyszałem każde swoje zagranie i nikt nie jest bardziej znużony Gavinem Harrisonem niż ja sam.


Mało kto jest tak krytyczny wobec siebie.


Ale tak właśnie jest. Staram się więc grać w sposób interesujący mnie samego, a interesujący sposób jest taki, w jaki nigdy wcześniej nie grałem. Żeby to zrobić musisz improwizować… naprawdę improwizować! Dla wielu ludzi improwizowanie to zagrać najpierw zagrywkę A, później zagrywkę B, dalej C i D, a następnym razem zacząć od zagrywki B, później zagrywkę D. Cała improwizacja polega wtedy na tym, jak przejść z jednego triku do drugiego triku. Mały kawałek między tymi fragmentami jest wtedy prawdziwą improwizacją.


Dużo ryzykujesz przy prawdziwej improwizacji.


Wiem! Wiem o tym doskonale. Musisz podjąć to ryzyko. Jeżeli jesteś pod wielką presją i jest to np. jakiś ważny program telewizyjny to takie ryzyko jest trudniej podjąć…


Tak, jak to zrobiłeś w słynnym amerykańskim programie Davida Lettermana?


David Letterman? To była pewna improwizacja, ale wewnątrz pewnego schematu i według parametrów. Mam tu na myśli to, że miałem plan co mniej więcej mam zagrać, w jakim miejscu mam zagrać, ale nie wiedziałem, co konkretnie zagram, nie znałem każdej nuty, jaką zagram. Były tam w sumie cztery solówki w utworze. Musiałem przygotować kompozycję, która miała mieć długość 3:20, nie więcej, nie mniej. Dodatkowo chcieli, żebym wykorzystał do tego zespół. Pomyślałem zatem: "Ok, każdy zna przecież Chicken", to prosta piosenka. Skoro pojawię się u Lettermana z wielką aranżacją na big band, to prawdopodobnie nie będziemy mieli czasu, by ją wystarczająco ograć, więc może wyjść źle. Dlatego Chicken, który jest bardzo prostym utworem. Opracowałem wszystko z klikiem - 113 bpm i zsynchronizowałem piosenkę. Było wystarczająco czasu na zagranie melodii i na cztery solówki. Każde solo to 16 taktów, na szesnastym takcie, zespół grał para pa pa pararapap pa, 15 taktów solówki i na szesnastym wchodzi zespół. Cztery razy coś takiego, no i na samym końcu znowu melodia. Musiałem więc zapamiętać cztery pomysły na solo. Dlatego miałem plan, a dobrze jest mieć plan, jeżeli działasz pod presją, ponieważ twój umysł staje się... jak biała kartka! Nic nie możesz skojarzyć (śmiech). A ten program ogląda każdorazowo 50 milionów ludzi. Możliwe, że jest to najbardziej oglądany tego typu program na świecie, program, gdzie jest rozmowa na żywo ze znanymi osobami. Nie chciałem ryzykować jakiejś koszmarnej katastrofy, ale też nie chciałem grać swoich oklepanych rzeczy jedną za drugą, właśnie jak w cyrku.


Dla ludzi oczywiście także to było wygodniejsze, ponieważ większość zapewne nie gra na bębnach i lepiej mieć jakiś kontekst.


Tak. Ubrałem to w tempo i grane to było jak piosenka. Nie interesują mnie solówki, gdzie tempo jest zostawione na boku i wszystko grane jest poza time’m.


Jak to się stało, że wystąpiłeś w tych seriach perkusyjnych u Lettermana?


Paul Shaffer, który jest kierownikiem zespołu Lettermana, ma syna grającego na bębnach. Paul odbierał syna z lekcji perkusji i powiedział nauczycielowi, że mają ten plan na solówki w programie i kogo by zasugerował. Odpowiedział, że lubi Porcupine Tree i Gavina Harrisona. Znaleźli mnie więc poprzez management.


Bardzo miło...


Nikt nie był bardziej zdziwiony niż ja! (śmiech)


No ja nie jestem zdziwiony. (śmiech)


Ja byłem mocno zaskoczony. Mogę sobie wyobrazić stu perkusistów, którzy by się bardziej nadawali, by to zrobić. Wielkie perkusyjne nazwiska, które ludzie znają i oczekują, by zobaczyć.


Wiesz, wydaje mi się, że to jest kwestia charyzmy, jaką posiadasz za bębnami. Mówię to jako obserwator.


Dziękuję ci. To jednak jest to, jak ty mnie widzisz, a nie jak ja widzę siebie. Jestem praktycznie tym samym gościem od szóstego roku życia, kiedy zacząłem grać na bębnach. Ludzie spotykają mnie i mówią: "Gavin, jesteś moim ulubionym perkusistą!". Dla mnie to cały czas jest coś jak szok, ponieważ ja tych ludzi nie znam i nie zdaję sobie sprawy, co ta osoba widzi we mnie, bo dla mnie... ja to ja (śmiech). To takie surrealistyczne pojęcie, gdy ktoś mówi mi: "Słyszałem płytę i od razu wiedziałem, w pierwszej sekundzie, że to ty tam musisz grać, Gavin." Tak sobie wtedy myślę, że ja tego akurat nie jestem w stanie usłyszeć! Przecież to zawsze ja, moja osobowość.


Ma to sens. Dziś na warsztatach mówiłeś przecież, że nie zależy ci tak naprawdę na sławie. Kiedy widzę niektórych perkusistów po latach, to zauważam zmiany, że jednak sława robi swoje. Ty się nie zmieniłeś.


Wiesz, wybrałem muzykę, ponieważ ją uwielbiam. Nie wybrałem muzyki, bo chciałbym być sławny lub żeby spotykać laski, zarabiać krocie i te wszystkie inne rzeczy, jakie są związane z byciem gwiazdą rocka. Gdy idę ulicą i nikt mnie rozpoznaje to... lubię to, naprawdę to lubię. Mogę sobie wejść do każdego sklepu, kupić cokolwiek i nikt nie zrobi z tego afery. Nikt nie wie, kim jesteś. Podoba mi się to. Ważne jest dla istoty ludzkiej, by mieć ten komfort anonimowości. Gdybym był sławny i wchodząc do restauracji ktoś by krzyczał: "Mamy tu stolik dla ciebie, wszyscy z drogi!" to czułbym się bardzo nieswojo. Tak więc czuję się nieswojo, gdy ktoś podbiega do mnie i mówi rzeczy, że jestem najlepszym bębniarzem, że mnie uwielbia, bo tak naprawdę mnie nie zna, wyciąga te wnioski ze słuchania płyt i to jest jego zdanie, i to jego własna decyzja, że jestem najlepszym perkusistą progresywnym na świecie. Ja tak nie uważam.


Podobnie jest ze wszelkimi głosowaniami na "najlepszego perkusistę roku".


To gówno warte. To kwestia popularności. Poza tym kto tak naprawdę mógłby to osądzić? Jedynie panel wspaniałych perkusistów może powiedzieć, że ten perkusista jest najbardziej utalentowanym perkusistą metalowym. Tylko wtedy może mieć to w ogóle jakiekolwiek znaczenie, gdy tacy ludzie pokusiliby się o ocenę. Normalnie jest to głos dzieciaków, małolatów, nastolatków, którzy mocno działają w sieci. Masz napisane: "Idź na tę stronę i wciśnij ten przycisk, głosując na naszego perkusistę." Jest taki zespół na Facebooku, nie powiem ci jaki, który ma kilka milionów fanów. Za każdym razem piszą: "Głosujcie na naszego bębniarza." Później ten perkusista zwycięża te głosowania i mówi: "Łał, to wielka niespodzianka." No naprawdę?! Ależ niespodzianka! Kiedyś trzeba było kupić magazyn, wydrzeć kartkę i wysłać swój głos. Teraz, w dobie Internetu, wystarczy siedzieć i klikać. Wchodzi ktoś taki na stronę i patrzy: "Vinnie Colaiuta, Tony Williams, Steve Gadd... Nie znam tych kolesi, o, tego znam! To mój typ!". A nie ma ten ktoś pojęcia o innych perkusistach. Tak więc ludzie nie wiedzą nic o innych perkusistach, a zwariowani są na punkcie jednego zespołu. W każdej kategorii.


A co sądzisz o bitwach perkusyjnych, dla mnie to również jest i durne, i po prostu nudne.


Przede wszystkim muzyka to nie bitwa!


Ale się skrzywiłeś...


To strasznie paskudna idea. Jest to zwyczajna bitwa ludzkich ego. Nigdy nie chciałem być wciągnięty w takie coś i zawsze odmawiam. Zrobiłem duet z Simonem Phillipsem i jest to chyba jedna z najlepszych rzeczy, jaką zrobiłem. Była to jednak współpraca i było to bardzo muzyczne. Wielce interesująca dla mnie rzecz. Wiedzieliśmy z Simonem, że perkusiści na Guitar Center - Drum-off (impreza, gdzie Gavin i Simon grali razem) będą niesamowicie szybcy, będą robić cuda z pałeczkami perkusyjnymi. Chcieliśmy zrobić coś przeciwnego, ponieważ nie było sensu silić się na szybkie granie przed tymi osiemnastolatkami, którzy przyjdą, gdzie zresztą pewnie niektórzy z nich są szybsi. Zobaczmy, jak bardzo muzycznie jesteśmy w stanie zagrać na dwa zestawy i czy jesteśmy w stanie stworzyć rytmiczną kompozycję. Nie było żadnej rywalizacji między nami, żadnej bitwy, działaliśmy razem, to było w tym najmilsze. To samo czułem, gdy grałem z Patem Mastelotto, to bardzo miły człowiek. Ludzie grają swoją osobowością i jeżeli są dupkami to grają jak dupki. Coś w tym jest, ponieważ chcą coś pokazać z siebie podczas gry, uzewnętrzniają się. Kiedy słyszysz, jak gra Steve Gadd, to wiesz, że to miły człowiek bez spotkania z nim, ponieważ jest tak szczodry w grze z innymi muzykami. Jeżeli ktoś gra solo, to nie gra swojego solo nad tym. Nie jest na zasadzie, że ty grasz solo, to ja zagram i jeszcze przebiję to swoje solo. Nie. Kiedy jest twoja kolej na granie solówki to ja słucham, gdyż jest to konwersacja. Niektórzy ludzie nie słuchają, tylko cały czas gadają. Gdy mówisz, oni chcą mówić przez ciebie... Gdy słuchasz Steve’a Gadda, wiesz, jaki może być jako człowiek poprzez to, w jaki sposób gra na bębnach. Oczywiście, tak, jak mówiłem, nigdy nie wiadomo, jak jest naprawdę, ale można się w pewien sposób domyślać.


Znany jesteś z doskonałej techniki i selektywności gry. Jakie są twoje złe zwyczaje, wady za bębnami?


Pod kątem techniki z pewnością mam bardzo dużo złych nawyków. Uderzam w bębny dość mocno, w wielu przypadkach jest to kwestia brzmienia, ale w wielu kwestia moich intencji. Nie potrafię grać mocnej muzyki lekko dotykając bębny, mimo, że wiem, że mam mikrofony założone na tomy i można wszystko podkręcić. Nie brzmi to jednak, gdy rzeczy, które są mocne w intencji, grasz zbyt lekko. Czasami, gdy jestem mocno nabuzowany adrenaliną, zaczynam koncert zbyt mocno. Pierwszą piosenkę gram bardzo mocno, a drugą już słabiej. W połowie pierwszego utworu myślę sobie: "Cholera, zacząłem zbyt mocno!". Byłem zbytnio podekscytowany. W związku z tym musisz umieć regulować w sobie ten zapał, ponieważ masz wielką publikę, wszystkie światła idą na ciebie itd., a ty zaczynasz zbyt mocno. Ja nie ustawiam poziomu zespołu, to realizator balansuje głośnością, bo to nie jest granie bez mikrofonów, tylko zawsze z założonymi i podłączonymi mikrofonami. Nieraz po koncercie, takim, jak 2,5-godzinne show z Porcupine Tree jestem wykończony fizycznie. Muszę więc pamiętać, by się opamiętać i nie być zbyt szalonym w pierwszym kwadransie koncertu, gdyż chcę na sam koniec koncertu mieć w sobie tę dobrą energię. Nie chcę kończyć koncertu bezdusznie.


Przejdźmy do twojej muzyki. Płyta O5Ric The Man Who Sold Himself czy wcześniejsza Circles to nie jest muzyka łatwa w odbiorze.


Dzieje się tak, gdyż jest to w mojej opinii nowa muzyka. A nowa muzyka nie jest łatwa do słuchania, ponieważ w stosunku do niej nie ma żadnego punktu odniesienia. Jeżeli słuchasz czegoś, co brzmi nieco, jak Steely Dan, możesz powiedzieć, że to lubisz, ponieważ brzmi to trochę jak Steely Dan. Słuchasz O5Ric, gdzie masz rytmy, których nigdzie wcześniej nie było, masz harmonię, których nigdy wcześniej nie słyszałeś, podziały i ich kombinacje. Jest to ciężkie, ponieważ nie rozpoznajesz niczego znanego wewnątrz tej muzyki. Ludzie lubią muzykę, ponieważ przypomina im to coś, co już wcześniej słyszeli, dlatego najtrudniejszą rzeczą jest słuchać coś, co jest naprawdę nowe i nie ma w sobie elementów pozwalających na doszukanie się jakiegoś odniesienia.


Zrobiliście to świadomie i z przekonaniem.


Oczywiście, byliśmy tego świadomi. Powiedzieliśmy sobie: "Ok, nie zostaniemy milionerami z taką muzyką", ale ważniejsze jest to, że zrobimy coś nowego i będziemy się z tym czuć dobrze. Lepiej niż gdybyśmy zagrali coś z większą szansą na sukces komercyjny i zarobienie mnóstwa pieniędzy. Wolę być mimo wszystko unikalny i wyjątkowy niż być kopią. W pewnym momencie swojego życia osiągasz pewien punkt i zaczynasz się zastanawiać, co tak naprawdę tu robię i co naprawdę mam do powiedzenia, co naprawdę chcę zrobić ze swoim życiem? Mógłbym zarobić dziesięć razy więcej pieniędzy, grając w innym zespole, dla wielkiej publiczności, grając piosenki rockowe, miłosne czy jakikolwiek chłam tam teraz jest, ale ja nie potrzebuję tych pieniędzy. Potrzebuję uczciwości w tym, co robię, nawet jeżeli oznacza to grę dla małej publiczności, w mniejszych klubach. Wieczorem, gdy kładę się spać, pozostaję tylko ja, nie ma wtedy ludzi w mojej sypialni, jestem ja sam i muszę ze sobą żyć, ze swoimi myślami.


Czyżby dopadł cię okres przemyśleń?


Ok, mam teraz 50 lat i czy zrobiłem coś dobrego w swoim życiu? Gdy w wieku 90 lat będę siedział w domu spokojnej starości, z której płyty będę najbardziej dumny? Muzyka, którą nagrałem z Rickiem, mimo, że nie sprzedaje się w milionowym nakładzie, mimo, że ciężko ludziom się jej słucha, mimo, że nie jest rozpoznawalna - jest czymś, co uważam, że jest prawdziwie progresywna, ma w sobie progresywny charakter. Jeżeli mam możliwość grać na płycie rytmy, których wcześniej nie słyszałem to jest to dla mnie wspaniałe. Na ilu to już płytach grałem zwykłe 2 i 4? Lubię grać groove i granie groove’u na 4/4 było tym, co zawsze chciałem grać tylko, że to nie jest oryginalne, ja nie wymyśliłem tego groove’u, nie wiem, kto go wymyślił, ale każdy go gra, bo jest genialny, lecz nie jest oryginalny. Ja natomiast chcę być oryginalny i mogę być oryginalny, zarabiając jedynie tyle (śmiech, Gavin pokazał palcami centymetrowy odcinek - przyp. red.).


Jak to jest z tymi nieparzystymi podziałami u ciebie?


Lubię grać nieparzyste podziały, ale właśnie lubię grać groove na 4/4. Pamiętać trzeba, że nie musi tu być uderzenie na 2 i 4, żeby uzyskać groove. Zespoły nie odkryły tak mocno gry w podziałach nieparzystych, jak to jest w 4/4, które zagrano w niezliczonej ilości wersjach. Co ciekawe, podział nieparzysty tak możesz zamaskować, że nie poczujesz tego, że nie jest parzyście. Zwróć uwagę na utwór Mother And Child Divided Porcupine Tree lub na Bonnie The Cat - tutaj zrobiłem zabieg odwrotny, żeby zwykły podział sprawiał wrażenie połamanego. Lubię manipulować rytmem, jest to wielce interesujące.


W jaki sposób ułatwiasz sobie grę takich podziałów?


Szukam po prostu najmniejszej linii oporu. 11 to dobry przykład. Nigdy nie liczę do 11, to nie ma sensu. Zawsze rozbijam wysokie nieparzyste podziały na mniejsze segmenty. jak np. dwa razy po 4 i raz 3, a to przecież prawie każdy średnio zaawansowany perkusista potrafi zagrać. 4 to zwykła grupa podwójnego grania i do tego dochodzi jedna trójka. Jest to znacznie łatwiejsze niż sobie wyobrażasz. W istocie wtedy każdy potrafi zagrać nieparzysty podział, ponieważ każdy z nich da się podzielić na grupy 2 i 3. Jeżeli grasz 2 i 3 to zagrasz 5, a wtedy spokojnie zagrasz 7, bo przecież jest to 4 i 3. Byłbym mocno przerażony, gdybym zobaczył nuty z podziałem 11/8. W momencie, gdy znasz klucz do tego, jak zagrać, sprawa się zmienia, a kluczem jest rozbijanie na mniejsze grupy. Nie chcę, by moja muzyka brzmiała przerażająco.


Masz już te 50 lat, ale przyznam, że nie wyglądasz na tyle...


To wszystko kosmetyka (śmiech). Mam dobrego chirurga.


Widzę, że ta data wywołała u ciebie pewne myśli na temat swojego życia...


Całe życie czułem się jak dzieciak i teraz też czuję się jak dzieciak, jako pięćdziesięcioletni dzieciak - w tym problem. Pewne rzeczy się zmieniają, mam lekkie problemy ze słuchem ze względu na ciągłe przebywanie wśród bębnów, mam tinnitus (szumy uszne), miałbym też problemy z przeczytaniem tego, co mam przed sobą i muszę mieć do tego okulary, tak więc czas płynie i niektóre sprawy podążają razem z nim. Nie zmieniła się jednak moja ekscytacja muzyką i jest taka sama, jak wtedy, gdy miałem 18 lat, ale wiem też, że moja fizyczna wytrzymałość jest taka, jaką bym chciał. Cały czas jestem w stanie zagrać wszystko to, co chcę i nie jest to kwestia techniki czy szybkości, ale umiejętności wyrażenia się. Jeżeli coś sobie wymyślę to muszę być w stanie to zagrać, dlatego potrzebuję pewnej techniki, by to zrobić. Nie muszę być mega szybki i grać "chopsy’", codziennie po kilka godzin zasuwać prrrrrrrrr..., bo nie gram utworów, gdzie jest coś takiego. Nie gram takich piosenek. Posiadam wystarczającą technikę, by móc się w stanie jasno wyrażać. To jest dla mnie ważne. Czułbym się koszmarnie, gdybym doszedł do momentu, gdzie moja technika nie byłaby w stanie wyrazić moich wyobrażeń i pomysłów. Wyobraźnia jest chyba najważniejszą rzeczą... Wyobraźnia JEST najważniejszą rzeczą. Wszystko to, co dziś zagrałem i zagram wieczorem, mogłem zagrać 25 lat temu, tylko, że ja wtedy nie pomyślałbym, żeby coś takiego zagrać. Mój umysł wciąż się rozwija, więc muszę utrzymywać poziom mojej techniki, żeby móc swobodnie wyrażać te pomysły, a mam je teraz znacznie lepsze niż 25 lat temu. To jest najważniejsza rzecz, wykraczająca poza technikę, ponieważ jeżeli jesteś wystarczająco mądry to nie potrzebujesz aż tak dużo techniki.


Twoja obecność w nowym materiale King Crimson - czy to nie jest swego rodzaju podsumowanie twojej kariery?


King Crimson to wielki zespół, chociaż ja nigdy nie byłem wielkim ich fanem. Doceniam bardzo to, co zrobili. Nie będąc zespołem komercyjnym cały czas eksperymentowali, ciągle robiąc nowe rzeczy i to jest dokładnie ta droga, którą ja zawsze chciałem podążać. Niezależnie, czy to osiąga ostatecznie sukces komercyjny czy nie. Na całe szczęście King Crimson to znana, wielka marka, więc możemy grać na scenie dla wielu ludzi bardzo dziwne rzeczy. Bill Bruford zwykł mówić, że King Crimson to jedyny zespół, który może sobie pozwolić na granie 17/16 i ciągle mieszkać w dobrych hotelach (śmiech). To świetna opinia i bardzo prawdziwa. Jestem bardzo szczęśliwy, że zostałem zaproszony do grona zespołu, ale nie uznałbym to jako wisienkę na torcie mojej kariery. W ogóle czegoś takiego nie szukam, myślę, że coś takiego dopiero mnie czeka. Nawet, jak będę miał 100 lat, to pomyślę: "Eee, ok, ale może zrobię coś jeszcze lepszego?". Inaczej mógłbym spojrzeć na występ u Davida Lettermana i stwierdzić, że to była wisienka na moim torcie kariery, ponieważ miał tyle wyświetleń i grałem przed największą publicznością niż kiedykolwiek wcześniej. To było jednak jedynie 3:20 z mojego życia. Uważam, że to, co zrobiłem z Simonem Phillipsem było znacznie, znacznie lepsze i bardziej satysfakcjonujące. Występ w amerykańskiej telewizji u Lettermana był wręcz nierealny i chyba nigdy nie zdam sobie sprawy ze skali tego występu.


Anton Fig jest tam cały czas...


No tak, on raczej nie krzyczy: "Jestem u Lettermana!". (śmiech)


Nie mógłbyś być takim perkusistą w telewizyjnym programie?


Kiedyś byłem. Grałem kiedyś w telewizji dość długo. Jestem profesjonalnym perkusistą od 1979 roku i robiłem bardzo, ale to bardzo dużo różnych rzeczy. Czasami byłem w zespole telewizyjnym , czasami byłem w orkiestrze. Grałem przy teatralnej scenie. Było tam 30 muzyków, ja byłem zamknięty w klatce z pleksi, miałem pełno nut. To była prawdziwa robota do czytania. Przez pierwsze 10 koncertów, jakie zagrałem, byłem przerażony, następne 10 czułem się w porządku, ale później czułem się, jakbym pracował na taśmie w fabryce. Dwa występy w czwartek, dwa w sobotę. To prawdziwy test wytrzymałości, a ty musisz grać cały czas tak samo, wieczór za wieczorem, nie ma miejsca na improwizację, nawet sobie nie możesz zobaczyć, co się dzieje na scenie, a będąc w klatce nie mam do kogo się odezwać… Kojarzysz taki program Taniec z Gwiazdami? Macie lub mieliście to pewnie u siebie?


Tiaaa...


Grałem właśnie w takiej wersji, która była jeszcze przed tym słynnym programem. Było to w 1981 roku i nie występowały tam gwiazdy, ale zasady były bardzo podobne, rywalizacja, gdzie tańczono wszystkie najbardziej znane tańce.


Wyciągnąłeś z tego zapewne wnioski i przyczyniło się do rozwoju.


Wszystko, co robiłem, było dobre dla mojego grania... Granie w teatrze, pod sceną, patrząc na dyrygenta, każdego wieczoru. Grałem na obozach wakacyjnych, grałem na dachu autobusu, który wyglądał jak bochenek chleba, grałem z gwiazdami pop, grałem z Iggy Popem, Bananarama... Można to sprawdzić na mojej stronie, grałem w setkach projektów z tyloma różnymi artystami. Jeżeli weźmiesz każdy przykład jak okazję, to możesz się z tego wiele nauczyć i rozwijać dalej. Jeżeli potraktujesz to jako zwykłą pracę to zapomnisz o tym, by się czegoś nauczyć. Czasami nauką jest to, by zapamiętać, by czegoś więcej nie zrobić, to także jest lekcja: "Łał, to było gówniane, nie mogę tak nigdy więcej zrobić." Grając w wielkich zespołach oczywiście także się uczyłem. Może więc powinienem powiedzieć nie tyle, że to było dobre dla mojego grania, co dobre dla mojej osobowości.


Tak skojarzyło mi się to z tym, co opowiadałeś o Robercie Frippie (założyciel King Crimson - przyp.red.) odnośnie jego solowych występów, często mało zrozumiałych...


On otrzymuje cały czas odzew o tym samym natężeniu, nawet jeżeli jest negatywny. Tak samo, jak ktoś inny otrzymujący pozytywny odzew. Robert nie potrafi konkurować w technice ze Stevem Vaiem i tego typu gitarzystami, dlatego wymyślił bardzo sprytną rzecz, jeżeli spojrzysz na świat sztuki. Czasami sztuka otrzymuje negatywny komentarz, oczywiście ważne też, co mamy na myśli, mówiąc "sztuka" i znać okoliczności. Reakcja na jego sztukę jest podobna do tej, jaka jest w stosunku do kontrowersyjnych artystów, którzy np. zrobią obraz w postaci białego kwadratu. Ludzie mówią i krzyczą, że co to za sztuka? To nie jest sztuka! To jakieś gówno. Tymczasem reakcja na jego sztukę jest większa niż na to, jak ktoś namaluje wielką bitwę z detalami. Ktoś powie wtedy: "Hm, całkiem niezłe, bardzo ładne... ale tamten pieprzony biały kwadrat wciąż mnie denerwuje!" (śmiech) Tak więc sztuka czyli też muzyka polega na tym, by prowokować reakcję.


Tak, jak O5Ric...


Dokładnie. Najgorszą reakcją jest pustka, brak reakcji, jeżeli ludzie są obojętni. Jeżeli ludzie są naprawdę wkurzeni albo wielce zachwyceni to wtedy na arenie sztuki coś osiągnąłeś. Oczywiście to nie jest tak proste i wchodzą w grę jeszcze inne okoliczności, ale najprościej rzecz ujmując to tak właśnie działa. Założę się, że macie na swojej scenie w Polsce artystów, którzy celowo prowokują, tak, jak u nas jest Banksy, który robi nielegalnie swoje grafiki na ścianach np. jakiegoś banku. Są one bardzo mocne i z silnym przekazem.


Co sądzisz o współczesnej brytyjskiej scenie muzycznej? Byliście przecież tak mocno inspirującym rynkiem. Co się stało?


Co się stało? Stały się programy telewizyjne. To one stały się teraz bardzo popularne. Te wszystkie badziewia - Idole, X Factor itp., ale to musiało się w końcu stać. Wiele zespołów zostało założonych przez menadżerów lub przez firmy wydawnicze. To daje publiczności możliwość obserwowania rozwoju kogoś, kto wszedł w ten świat. Taki zwycięzca ma zazwyczaj później album nr 1 ze względu na wciąż wielką siłę i potęgę telewizji. Prawie każdy ma telewizor i najbardziej oglądanymi programami są te sobotnie wieczorne reality show. Stało się to w dużej mierze przyczyną zniszczenia muzyki. Ja razem z Rickiem jesteśmy na drugim krańcu tego świata, na drugim biegunie od tego wszystkiego. Wchodzimy na scenę i staramy się grać skomplikowaną, wyzywającą, oryginalną muzykę, w momencie, gdzie moglibyśmy grać naprzeciw 25 tysięcy ludzi, a na scenie biega jakiś młody chłopak lub dziewczyna. To się stało w muzyce. To przychodzi fazami, jest to też kwestia mody. Rzecz jasna, są dobre nowe angielskie zespoły, ale nie wychodzą wyżej, ponieważ rynek muzyczny przeładowany jest tymi programami. Jestem przekonany, że to samo macie w Polsce. To jest tak wielkie, że nie da się z tym konkurować. 4 miesiące największej oglądalności w telewizji, nie przebijesz tego.


Musimy to przeczekać?


Ta publiczność nie jest zbyt mądra, ale za to szybko się nudzi i te programy kończą się. Na początku jest to ciekawe, ale później formuła staje się oklepana i nudna.


Jakie są twoje dalsze plany z O5Ric?


Zastanawiamy się jeszcze, mamy kilka pomysłów. Nie chcemy się powtarzać i robić znowu tych samych rzeczy. Postawiliśmy sobie wysoko poprzeczkę i ciężko jest za każdym razem podnosić ją sobie coraz wyżej. Mamy plany na nową płytę...


A my mamy coś do zjedzenia...


Och, świetnie, chodźmy!


Rozmawiali: Maciej Nowak i Salemia
Serdeczne podziękowania dla całej szalonej ekipy Drumfest 2013! www.drumfest.pl

Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama