Tommy Clufetos we wrześniowym numerze Perkusista Przejrzyj online >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Arin Ilejay (Avenged Sevenfold)

Dodano: 30.04.2014
Ten amerykański zespół metalowy znany jest ze świetnego bębnienia, jakim okraszał utwory jeden z założycieli kapeli - The Rev. Po śmierci perkusisty obsada stołka garowego była tak atrakcyjna i wyzywająca, że zasiadł tam sam Mike Portnoy.

Dlatego tym bardziej jesteśmy ciekawi, jak nikomu nieznany młody chłopak, czuje się na stanowisku jednej z popularniejszych współczesnych kapel metalowych, która 4 czerwca odwiedzi także Polskę!

Trzeba przyznać, że sytuacja, w jakiej się znalazł była ciężka. Dołączyć do zespołu, który ma ustabilizowany, wysoki status na rynku nie jest rzeczą prostą. Trzeba przede wszystkim dostać się na przesłuchanie, co jest rzeczą w Stanach najtrudniejszą. Później wcale nie jest łatwiej, bo rozpoczyna się prawdziwa walka z nerwami. Trzeba udowodnić, że się wie, do kogo i po co przyszło oraz - co najważniejsze - że przyszło się z czymś wartym uwagi. Nikt nie lubi tracić czasu. Przeszedłeś przesłuchanie, okazało się, że oprócz dobrej gry pasujesz jako osoba do reszty zespołu? Jeszcze się nie ciesz! Masz teraz przed sobą pierwsze nagrania, pierwsze koncerty, gdzie wszyscy będą patrzeć ci na łapy, często przez pryzmat poprzednika. W tym przypadku sprawa była jeszcze o tyle trudniejsza, że sam Rev grał już ponadprzeciętnie, a później z chwilową odsieczą włazi Mike Portnoy - guru wielu bębniarzy. Przechlapane! Rev był bacznie obserwowany przez środowisko perkusyjne. Jego tragiczne odejście w wieku zaledwie 29 lat odbiło się szerokim echem wśród bębniarzy, gdzie głoszono często, że zmarł jeden z bardziej utalentowanych perkusistów, który wchodził w pełną perkusyjną dojrzałość.

Przyszedł więc czas na jeszcze młodsze pokolenie. Dochodzi mocno do głosu ekipa bębniarzy, urodzonych na przełomie lat 80/90 zeszłego stulecia lub nawet młodszych, co widać na przykładzie Eloya Casagrande czy też Zyona Cavalera.

Arin Ilejay dorastał w środowisku, gdzie mocna muzyka w stylu Metalliki nie miała za bardzo racji bytu i słuchano rzeczy w stylu Earth, Wind And Fire, czy też chrześcijańskiego popu w stylu Amy Grant. Niech więc nie dziwi nikogo to, co powie poniżej o klasyce metalu. Ostatecznie odnalazł swoją miłość w rockowych zespołach pokroju P.O.D., czy też zakazanej Nirvanie. Dzięki temu grał w chrześcijańskim zespole... hardcore’owym Confide. Zajął się później "prawdziwą" pracą i zajął stanowisko menadżera do spraw kontaktów z artystami w TRX Cymbals i wszystko miało potoczyć się regularnym i statecznym krokiem. W pewnym momencie trafiła się szansa, jedna na milion, by dołączyć do Avenged Sevenfold. Okazja o tyle niesamowita, że Arin jest wielkim fanem gry Reva.

Zespół jest po wydaniu najnowszej płyty Hail To The King, gdzie partie bębnów mogą zaskakiwać, szczególnie wszystkich oczekujących perkusyjnej kanonady. Dlaczego tak się stało? Wszystko ma logiczne wytłumaczenie i opowie o tym sam zainteresowany, ale po kolei...

Jak doszło do twojego przesłuchania w zespole?


Robiłem rzeczy jako menadżer odpowiedzialny za relacje z artystami w TRX Cymbals. Po tych wszystkich koncertach z Confide byłem wykończony, na zasadzie, ok., chcę wracać do domu i mieć prawdziwą pracę, pobrać się i tego typu sprawy. Miałem rozbrat z muzyką w tym momencie. Mike Fasano (uznany techniczny z L.A.) napisał do mnie: "Stary, nie wiem, czy jesteś zainteresowany, ale mam możliwość wbić cię na przesłuchanie do Avenged Sevenfold." Myślałem, że żartuje. Nie wiedziałem, powinienem to zrobić? Beatowałem nad tym - powinienem podejść? Byłem podjarany, ponieważ jestem ich fanem, rozumiesz? Pierwszą metalową piosenką, jakiej się nauczyłem, było Unholy Confession, więc mieć teraz możliwość zagrania tego z zespołem… Dlaczego nie? Chciałem spróbować, dać z siebie wszystko. Jeżeli się uda to dobrze, a jak nie, to i tak dałem z siebie wszystko.


Jak podszedłeś do przesłuchania, jak to wyglądało?


Chłopie, to było strasznie stresujące. Moje ramiona zacisnęły się, zanim w ogóle dostałem możliwość zagrać. Nie grałem tak mocno od dwóch lat. Byłem zdenerwowany, ale Mike w pewien sposób wytrenował mnie w tym, pomógł zachować spokój i przypominał, w jaki sposób znaleźliśmy się w tej sytuacji. Chciałem po prostu, by było wszystko normalnie. Wszedłem do studia na zasadzie: "Cześć, jak leci?". Potrząsnąć ręce i pomóc ustawiać Mike’owi zestaw do przesłuchania. Matt (Shadows, wokalista kapeli) był jedyną rozmowną osobą. Były cztery piosenki, jakie dostałem od managmentu do nauki, by wyczuć moją grę: Beast And The Harlot, So Far Away, Almost Easy i Nightmare. Wyszedłem im naprzeciw i uderzyłem w Beast And The Harlot od razu, w stylu: "To musi być najtrudniejsze." Myślę, że byłem dobrze nastawiony mentalnie i grałem najmocniej, jak tylko mogłem, z całą pasją - chłopaki wydawali się całkiem zadowoleni, ale nie okazywali tego zbytnio.


Jak długo zajęła ci nauka tego materiału do przesłuchania?


Grałem je już wcześniej, ale teraz to była kwestia dwóch tygodni. Przez taki okres mogłem się przygotować do przesłuchania, przypomnieć się swoim mięśniom i być zdolnym zagrać znów te partie oraz nauczyć się nowych utworów. Nie słyszałem zbyt dużo albumu Nightmare.


Jak dowiedziałeś się o tym, ze dostałeś tę robotę?


Nie dostałem żadnego oficjalnego e-maila od managementu. W sumie było to tak, że byłem u przyjaciół w domu i Shadows zaczepił mnie tekstem: "Zbieramy się razem na kolację, chcesz wyskoczyć z nami?". Ja na to: "Jasne, pewnie". Poszedłem z nimi i z ich znajomymi na sushi i wróciliśmy do domu Shadowsa, gdzie po prostu imprezowaliśmy razem. Jeden z ich kumpli zakończył temat, wpychając mnie do basenu Matta. Mój telefon się zepsuł i wszyscy: "Och, sorry, stary, zajmiemy się tym." Spędziłem całą noc u Matta w domu, a rano jego żona zrobiła mi pyszne śniadanie. Wtedy jeden z jego kumpli przyszedł i przy śniadaniu zaczęli rozmawiać o różnych rzeczach i przeszli do kwestii trasy. Gość powiedział: "Chłopie, nie macie już więcej Mike’a Portnoya, co macie zamiar zrobić, kogo weźmiecie?". Matt wskazał na mnie i powiedział: "Bierzemy tego typa." Spojrzałem na niego z pełnymi ustami i powiedziałem: "Co? Nie doczytałem między wierszami, nie zrozumiałem aluzji". "Tak, jesteś odpowiednim gościem, jesteś z nami, masz tę robotę."


Czy zespół powiedział ci wtedy, czego możesz oczekiwać i czego oczekuje od ciebie?


Wszystkie te rzeczy przyszły w swoim czasie. Polegało to bardziej na trzymaniu się razem, a chłopaki wspomagali mnie. Nie było dużo przemówień motywacyjnych, ale myślę, że siedziałem w szoku na myśl, co się dzieje, przygotowując się do pierwszego koncertu w Reading. Wtedy to było sporo gadek, podtrzymujących na duchu, po to, bym się czuł pewniej ze wszystkim dookoła - tego wtedy potrzebowałem najbardziej.


Jak ciężko było dopasować się do zespołu, który był już tak mocno zżyty ze sobą?


Wiesz, w sumie mógłbym powiedzieć, że ma to wiele wspólnego ze współczuciem, jakie mam dla chłopaków. Nie wiem, jak to jest stracić brata i przyjaciela, dlatego to, co pozwoliło mi tam zakotwiczyć to fakt, że mój umysł był skoncentrowany na tym, że mam zagrać te partie najlepiej jak potrafię. Bardzo doceniam fakt bycia perkusistą - przejąć z tego, kim ktoś kiedyś był i szczerze uszanować jego partie. Partie Jimmy’ego były niesamowite, jest jednym z moich ulubionych perkusistów. Chciałem zagrać jego partie właściwie, rozumiesz? Powiedziałem więc: "Chcę zagrać to dokładnie tak, w tym jestem dobry, to jest to, co robię." To, co miałem też w głowie to fakt, że Rev był jak brat dla tych gości, był ich najlepszym kumplem - zamierzam więc wyluzować i uszanować to. Nie jestem tu, ponieważ oni mnie tu chcieli. Jestem tu, ponieważ takie się pojawiły okoliczności w naszych żywotach. Chcę więc jak najbardziej uszanować to wszystko, wbić te partie jak najlepiej i grać z serca, jak tylko będę mógł.


Czy było to trudniejsze ze względu na smutek, jaki wtedy wciąż czuli?


Tak, czuli smutek, chociaż szczerze mówiąc nie było to ciężkie dzięki temu, że byli bardzo słodcy - byli po prostu mili. Status, w jakim się znajdowali, nie przekładał się na to, w jaki sposób się ze mną komunikowali, stali twardo na ziemi - po prostu prawdziwie i szczerze. Nie traktowali mnie jak najemnika. Oczywiście, był okres zasmucenia, ale przyjęli mnie jak przyjaciela, jako młodego gościa, tak, jak chcieli - młodego chłopaka, który jest praktycznie nieznany, który nie wnosi swojego dorobku z zespołem. W tę stronę chłopaki poszli, dlatego mnie wybrali.


Jak długo upłynęło zanim poczułeś, że jesteś już wpasowany w zespół?


Niezbyt długo. Na pierwszej trasie czuliśmy się razem wygodnie. Byli naprawdę zadowoleni, że mnie wzięli do siebie, niczym szczęśliwego i pełnego wigoru 23-letniego dzieciaka, który właśnie zaczyna się cieszyć nowym snem, w który został wciągnięty w ten szalony styl życia. Tak więc dopasowaliśmy się wzajemnie całkiem szybko. Na drugiej trasie miałem kilka głębszych rozmów z Synysterem Gatesem (gitara) w stylu: "Gościu, uwielbiamy cię i chcielibyśmy bardzo, byś robił to z nami przez następne 20 lat." Usłyszeć coś takiego na tak wczesnym etapie… Pomyślałbyś, że ci goście raczej się zamurują, że nie chcą rozmawiać o takich rzeczach, ale okazuje się, że oni chcą po prostu przełamać lody i być uczciwymi.


Jak przeszedłeś przez utwory, by znać je wystarczająco, żeby grać je na żywo?


Poznanie wszystkich utworów nie było zbyt trudne i chłopaki czuli się pewnie z tym, co się razem formowało od mojego przesłuchania. Potrzebowaliśmy jakichś 10 prób i uderzyliśmy w koncert na 7000 ludzi. Słuchałem dużo muzyki. Rzecz, której się nauczyłem to, że jeżeli chcę się nauczyć piosenki to nie muszę mieć pałeczek w rękach. Jedynie, co potrzebuję, to posłuchać, jaka jest komunikacja bębnów z gitarami i jak przebiega konwersacja. Muszę to przestudiować i posłuchać, i dalej posłuchać, wtedy siadam z padem i udaję, że gram na bębnach i wtedy ręce zapamiętują, co mam grać.


Powiedz nam o swoich dwóch pierwszych utworach, jakie zrobiłeś z zespołem z soundtracku do Call Of Duty Not Ready To Die (2011) i Carry On (2012).


To było niesamowicie nerwowe! Moje nastawienie było takie, żeby zagrać jak najwięcej "przejść Jimmy’ego", jak tylko się da, próbować zagrać coś szalonego i skomplikowanego. W przypadku Not Ready To Die nie byłem pewny, co zrobić. Chłopaki przychodzili z utworami, a ja mniej lub bardziej spodziewałem się grać na bębnach w sposób taki, jaki oni czarowali, a później dodać swój charakter. Tak więc przez większość pisania Not Ready To Die, ale nawet Carry On chciałem wejść z fajnymi przejściami w stylu Jimmy’ego. Te dziwne rzeczy, jakie robił na City Of Evil - to był mój cel.


Bębnienie jest zdecydowanie uproszczone na Hail To The King - powiedziano ci, żeby wycofać bębny nieco na nowym albumie?


Tak mi wyraźnie powiedziano. Przez cały proces pisania przychodziłem i próbowałem różnych przejść, miałem cały czas to same nastawienie: "Muszę zagrać coś w stylu Jimmy’ego, coś, czym on by rozwalił." Miałem straszną potrzebę, by to zrobić ze względu oczywiście na olbrzymią presję, na zasadzie: "Chłopie, co fani sobie pomyślą?". Nie grałem nigdy nic takiego, jak Hail To The King, nigdy się nawet nie interesowałem taką muzyką, więc chłopaki regularnie dawali mi pracę domową, w stylu posłuchania Metalliki, słuchania Iron Maiden lub innych wielkich zespołów. Bym posłuchał, jak tam bębny pracują. Posłuchać The Beatles, gdzie bębny nie były przegrane i nie było popisów. Chodziło tu o dodanie prawdziwego smaku do piosenek. Miałem dużo pracy domowej do zrobienia i nie chwytałem konceptu aż do drugiego dnia w studio. Miałem miesiące pracy nad utworami i możliwość, by pokazać jakiś dobrze osadzony groove. Było to coś nowego dla mnie, ponieważ chciałem grać przejścia przez całą płytę!


Troszeczkę musiało być to rozczarowujące - nie móc pokazać wszystkich zagrywek, jakie miałeś?


Taaa, reagowałem w stylu: "Co? Serio? Fani będą mnie nienawidzić, wszyscy pomyślą, że jestem cienki i nie potrafię napisać lepszych partii!". Ale było warto. Musiałem po prostu zaufać chłopakom, zaufać ich wizji, zaufać temu, co mówią, że zmierzam na prostą i ludzie pomyślą: "Chwila, moment. Ta płyta jest nieziemska, to klasyczna płyta." To chcieliśmy odcisnąć na tej płycie i jesteśmy dumni z tego, co zrobiliśmy.


Jest tu sporo zapożyczeń z "czarnej" Metalliki…


Tak, jeżeli chodzi o inspiracje, musiałem posłuchać Larsa, musiałem posłuchać, jak przekładał rytm w tego typu utworach oraz jak dużo miał mocy. Możesz wymiatać, ale nie masz szans, by zagrać rozmyte przejścia, masz jedynie możliwość zagrania bardzo prostych przejść. Chcieliśmy ten rodzaj mocy - strzału w pysk, dlatego musiałem wrócić do Larsa - jednego z topowych lisów w takim graniu. Zajęło więc trochę ponowne nauczenie się bębnienia.


Podobno chłopaki z zespołu musieli "edukować" cię w klasyce metalu, jak Pantera…


To prawda. Dorastałem słuchając Earth, Wind And Fire oraz Incubus, to były moje ulubione zespoły. Nie ma więc żadnej z klasyki metalu. Miałem trochę kontaktu z Master Of Puppets i lubiłem ten album. Aktualnie żyłem w nieco odizolowanym świecie, więc nie miałem dojścia do Nevermind Nirvany czy do Metalliki. Był to więc zakazany owoc i nie miałem luksusu być w stanie zainwestować swój czas w te szalone metalowe płyty.


Dużo słuchałeś Vinniego Paula?


Och, stary! To nieziemski shredder. Nie mogę powiedzieć, że miałem możliwość ćwiczyć jego styl gry, byłem z tym nieco leniwy i utknąłem na Metallice. Mówiłem sobie: "Ok, nie grać dużo szalonych rzeczy", a później posłuchałem Pantery, gdzie Vinnie Paul jest nieziemski i sporo cuduje. Szczerze mówiąc byłem lekko spanikowany, że nie byłem naprawdę w stanie zrozumieć, jak zminimalizować materiał - może nie tyle zminimalizować, co go uprościć tak, jak to jest w tych odjechanych utworach. Posiedziałem nad "czarnym albumem" dłużej, ale później miałem ciężko, ponieważ ja na tym nie dorastałem, miałem przez kilka miesięcy wyostrzyć nowy gust, niezależnie, czy byłem tym zainteresowany czy nie.


Jaka była reakcja fanów na ciebie?


Fani byli niesamowici. Od samego początku było to w stylu - witamy w rodzinie. Nie widzę, żeby dużo ludzi mówiło negatywne rzeczy na mój temat lub na temat mojej gry. To, co widzę, to fani, którzy mnie bronią przed tymi, co mówią źle! Fani chcą mi pomóc i zachęcić, ośmielić. Są świetni, bardzo wspaniałomyślni i mili. Dostałem wiele prezentów na koncertach. Na ostatniej trasie jeden z fanów dał mi torbę z dwoma słoikami dżemu własnej roboty, był wspaniały. Tak wspaniali są.


Jaką radę dałbyś tym perkusistom, którzy dostają szansę dołączyć do dużego, znanego i ustatkowanego muzycznie zespołu?


Pamiętaj, by mieć szacunek i zrozumieć, w co się wchodzi. Nie pozwól, by cię to przerosło, pamiętaj, że zostałeś zaproszony na próbę... Miej pewność siebie, ale też pokorę i pamiętaj o swojej pasji do muzyki, ponieważ ta pasja prowadzi do naszych celów. Miej głowę na karku, bądź prawdziwy, szczery i zafascynowany muzyką, jakiekolwiek jest to przesłuchanie - tu chodzi o przesłuchanie, włóż w to serce i duszę.


Przygotowali: Kajko, Chris Burke
Foto: Robert Downs


Galeria

Pozostałe

Nigel Glockler (Saxon)

Dodano: 22.09.2016

Pojawił się w zespole na tygodniowe zastępstwo, które ostatecznie przedłużyło się - z drobnymi przerwami - do dnia dzisiejszego.

czytaj dalej

Michał "Bandaż" Bednarz

Dodano: 08.09.2016

Bębni m.in. W Trzynastej w Samo Południe, w Full-X Trio Adama Fulary, absolwent Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej, Jazzu i Muzyki Estradowej na Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

czytaj dalej

Charlie Benante

Dodano: 26.08.2016

Ze swoim prawie 35-letnim stażem na scenie, Anthrax należy do legend ostrego grania. Przechodził różne wzloty i upadki, uczestniczył lub był świadkiem kolosalnych zmian w muzyce.

czytaj dalej

Jay Weinberg (Slipknot)

Dodano: 18.08.2016

Perkusyjnym światem tąpnęło, gdy Joey Jordison powiedział: "Odchodzę ze Slipknot!".

czytaj dalej

Mike Portnoy

Dodano: 10.08.2016

Perkusista, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Wywołuje wielkie kontrowersje, jedni go uwielbiają i niemal czczą, inni wręcz nienawidzą i gardzą

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama