Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Wojtek Kuderski (Myslovitz)

Dodano: 10.07.2014
"Z bębnami jest jak z kobietami. Gdybyś miał cztery żony i nie kochał każdej po równo; nie dbał o nie tak samo, to byłoby, bracie, słabo... Każdy zestaw musisz tak samo kochać, pielęgnować, stroić. Wtedy sobie pograsz. Wkurza mnie metronom, który z człowieka robi maszynę. Twina zostawiam innym".

Z Wojtkiem "Lalą" Kuderskim spotykam się przed koncertem Myslovitz w łódzkim klubie Wytwórnia. Poznaliśmy się dwanaście lat temu w Sopocie. Później widzieliśmy kilka razy w życiu. Podczas rozmowy z Lalą o bębnach i życiu pałkera, zdałem sobie sprawę, że znam niewielu ludzi, którzy mimo upływu lat pozostają skromnymi, serdecznymi, nie robiącymi "nie wiadomo kogo z siebie" muzykantami, po prostu kochającymi w życiu to, co robią.

Podobno na bębnach uczyłeś się grać poprzez kursy korespondencyjne... (śmiech)


Taaaaak... (śmiech). W ESKK... (śmiech). Moje początki za bębnami nie były tak łatwe, jak dla młodzieży są dziś. W sklepach jest sprzęt, jest Internet, są szkółki, pałki i możliwości. I muzycy jacyś bardziej otwarci. Grać na bębnach uczyłem się sam. Podpatrywałem różnych muzyków, ale żaden z nich nie układał mi rąk. W ogóle to, jak porównuję początek lat 90, z mentalnością współczesnych muzyków, to dochodzę do wniosku, że wtedy było słabo. Żeby ktoś, coś ci podpowiedział, poradził, to albo musiałeś z nim wypić morze wódki, albo musiał być to twój świetny kumpel. Dziś jest inaczej. W Mysłowicach był Klub Przyjaźni Polsko-Radzieckiej w dawnym budynku KC PZPR, do którego uczęszczałem, gdzie na koszmarnej jakości sprzęcie próbowali swoich sił młodzi muzycy. Były tam jakieś bębny. Zacząłem się nimi interesować, pogrywać. Ale nikt nie zdradzał tajników wiedzy perkusyjnej...


Już wtedy grałeś z Freshman, czyli składem, który później przyjął nazwę Myslovitz?


Nie. Zanim dołączyłem do grypy Freshman, w której pierwsze kroki stawiał także mój brat Jacek, kupiłem sobie maleńki zestawik. Stopa, tom, werbel i hi-hat. Walczyłem trochę z tym sprzętem, ale kompletnie nie dało się na tym grać w domu. W mysłowickim domu kultury pogrywałem trochę na bębnach w grupie DKT, gdzie ćwiczyło kilka kapel. Sprzęt był tak rozjechany, że jak się to wszystko poskręcało, można powiedzieć - zbudowało od nowa - odechciewało się człowiekowi grać (śmiech)...


Pogadajmy o bębnach, na których dawało się grać...


Pierwsze instrumenty, które nie rujnowały ludzkiej psychiki, pożyczył mi kumpel Zyga, który grał z Przemkiem Myszorem w kapeli The October’s Children. Była to perkusja Amati, na której nie wszyscy mogli grać. Selekcja bębniarzy była ostra. Widać ogarniałem i kolega się nie bał demolki. Sprawił, że na próbach zaczął panować jakiś ład, tzn. każdy o te bębny dbał i zostawiał po sobie porządek. Wcześniej, jak ktoś zdewastował naciąg, to wszyscy zgodnie twierdzili, że wydarzyło się to nie na ich próbie. A czasy były mniej kolorowe niż dziś. Salony muzyczne ze sprzętem były raczej mizernie wyposażone i nie wyrastały na ulicach...


...gdzie można sobie kupić akrylowe bębny RCI, na których obecnie grasz trasę z Myslovitz.


Tak, tak. Bardzo jestem z nich zadowolony. Nie dość, że fajnie wyglądają, to brzmią bardzo ciekawie, stabilnie, bardzo rockowo, nie rozstrajają się w zależności od warunków pogodowych, np. podczas grania plenerów. Jednak moje pierwsze, po dziś dzień ukochane bębny, o które dbam najlepiej, jak tylko potrafię, to zestaw Ludwiga, który pomógł mi załatwić Waldek Tkaczyk z zespołu Kombi. Bardzo podobne bębny do tych, na których grał Ringo Starr.


Masz w sumie trzy zestawy. Ludwiga, RCI i...


Cztery. Mam jeszcze Pearla MMS i Exporta. Część niebawem chyba sprzedam. Wiadomo, że człowiek chciałby mieć więcej, ale po pierwsze trzeba mieć miejsce, by te zestawy gdzieś sensownie przechowywać i najważniejsze - czas, by o nie dbać. Z bębnami jest, jak z kobietami. Gdybyś miał cztery żony i nie kochał każdej po równo, nie dbał o nie tak samo, to byłoby słabo... (śmiech). Każdy zestaw musisz tak samo kochać, pielęgnować, stroić. Wtedy sobie pograsz... (śmiech). Najważniejsze jest, żeby szanować sprzęt. Jak dbasz o bębny, naciągi, blachy, stan hardware’u, wtedy to wszystko ma sens i gada mega przyzwoicie. Każdy zestaw trzeba kochać tak samo...


A blaszki? Dawno temu grałeś na Zildjianach, serii K, a dziś?


Dziś gram na blachach Paiste. Dawniej używałem czystej, kultowej serii K Zildjiana. Gram także na zestawie Zildjian A Custom. Obstukiwałem Zildiany "zetki", do których się przymierzałem, ale nie odpowiadają mi, bo brzmią zbyt krótko i są bardzo twarde. Kocham stare, dobre brzmienie serii K. Mało jest tych talerzy na rynku obecnie. To o czymś świadczy...


Obserwuję cię od lat. Widzę, że jednak nie przekonałeś się do podwójnej stopy, ale twój styl ciągle bardzo się zmienia. Można powiedzieć, że co rok grasz trochę inaczej te same kawałki.


Jestem samoukiem i styl, jaki sobie wypracowałem, podglądając innych znakomitych muzyków, chyba pasuje do tego, co gram w Myslovitz. Uczę się cały czas. Podpatruję, ciągle staram się zmieniać to, co gram. Nie staram się być robotem, w którym wszystko działa perfekcyjnie. Wkurza mnie metronom, bo to małe coś robi z człowieka maszynę. Raz mi wychodzi, innym razem nie. Czasem mylę się na koncertach, no, zdarza się. Jesteśmy tylko ludźmi. U nas na scenie jest bardzo fajny klimat. Nikt na nikogo nie warczy, gdy ktoś się pomyli. Wrażliwość każdego z nas, której nie mają roboty, pozwala zawsze z pomyłki fajnie wybrnąć i z radością grać dalej. Nie przekonałem się do twina. Jak na razie, nie potrzebuję jej w tym, co robię. A grać, bo wszyscy grają? Bo taki jest trend? Ja nie z tych... (śmiech) Może kiedyś… (śmiech).


Widzę, że trochę stresujesz się przed koncertami...


Stres i adrenalina jest zawsze. Lubię na początku koncertu grać kawałki, w których dobrze się czuję. Pomaga mi się to oswoić ze sceną, rozruszać, rozegrać. Pierwszego swojego koncertu chyba nie położyłem, choć stres był ogromny. Pamiętam, że zagraliśmy też cover Wilków "Sun of the blue sky". Wyszło fajnie, ale grałem cholernie spięty.


Niektórych luzuje piwko przed graniem. Albo dwa. Polecasz?


Może jedno małe albo jakiś drink jest dla niektórych przełamaniem stresu, dodaniem odwagi, ja tego nie potrzebuję. Na początku swojej kariery miałem epizod alkoholowy, bardzo dla mnie nieprzyjemny, bo za picie zostałem wyrzucony z zespołu Freshman. W moich żyłach zamiast krwi płynął wtedy alkohol. Grałem na gazie, tracąc kontakt z rzeczywistością, a co dopiero z muzyką, którą perkusista musi spajać. Ohydny, fatalny czas. Nie piję przed koncertami ani na trasie. Totalna czystka. Alkohol bardzo wpływa na naszą sprawność ruchową, percepcję. Gdy wywalili mnie z kapeli, zastąpił mnie inny muzyk z Mysłowic, ale chłopaki nie czuli z nim chemii. Większa część zespołu dała mi drugą szansę, której nie mogłem zmarnować. Wiesz, koncert jest od tego, że trzeba na nim dać ludziom z siebie wszystko. Każdą kroplę potu. Nie zrobisz tego, będąc upitym worem, siedzącym na stołku...


Jak dogadujesz się z bratem w sekcji?


Tak, jak w życiu… (śmiech). Myślę, że jest w naszym graniu jakaś fajna chemia. Wychowaliśmy się na "bitlach" ,wiec udaje nam się dogadać w sekcji. Czuję doskonale to, co on gra i muzycznie rozumiemy się ze sobą. Czasem się potniemy, jak to dwóch facetów, ale w graniu zawsze jest super. Było i jest. Musi być.


Lepiej gra ci się w studio czy na koncertach?


Lubię grać koncerty i chyba lepiej czuję się za bębnami na koncertach. Nie znoszę grać z klikiem. Kocham żywioł. Studio… To zależy, w jakim się nagrywa. Zdarzyło mi się nagrywać w takim, które mnie potwornie zmęczyło i zdenerwowało. Totalny nieprofesjonalizm ludzi, nieznajomość tematu... To był horror. Nie lubię, jak w studiu jest też zbyt dużo ludzi. Lubię kameralne warunki pracy i tłumy na koncertach (śmiech).


Kto z bębniarzy jest dla ciebie inspiracją?


Od samego początku Ringo Starr z ukochanej grupy The Beatles. Oprócz niego bębniarz Zeppelinów - John Bonham. Świetny był i wciąż dla mnie jest pałker Queen - Roger Taylor. Nigdy nie wzorowałem się w sposób totalny na jednym tylko muzyku. Podpatrywałem, słuchałem, a następnie starałem się włączać różne style do swojego grania. Tak też robię do dziś. Uwielbiam, jak gra Ian Paice. Absolutnym wymiataczem i gigantem jest Joey Castillo, który świetnie grał do 2012 roku w zespole Queens of the Stone Age... Wydaje mi się, że bębniarze z epoki Zeppelinów, Black Sabbath mieli więcej do powiedzenia niż pałkerzy współczesnych kapel. Inaczej chodziły gitary, inny był time grania, stopa inaczej chodziła i chyba więcej poezji szło z bębnów. Jakaś inna konstrukcja utworu i chyba lepsza forma bębnów w tamtych latach była. Ale to moje zdanie... (śmiech)


Jak często ćwiczysz ze sobą i w jaki sposób?


Ostatnio nie za dużo, sorry!!! Gramy dość dużo koncertów i nie mam kiedy poćwiczyć, a rodzina też chce się tobą nacieszyć (śmiech). Dawniej wpadałem na salę i robiłem sobie podstawową rozbiegówkę na werblu, jakiś beat. Ale muszę trochę nad sobą popracować, choćby z tego względu, że jak np. nie gramy przez dwa tygodnie koncertów i muszę zagrać dwugodzinny set, to następnego dnia mam na bank zakwasy w rękach i na pośladkach! Pewniak! (śmiech)


Rozmawiał: Wojtek Andrzejewski

Wywiad ukazał się w numerze marzec 2014


Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama