Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Brian Tichy - Bonzo Bash

Dodano: 24.07.2014
Bez odrobiny przesady można stwierdzić, że Bonzo Bash to najlepszy koncert-trybut w świecie perkusji. Nie ma drugiej takiej imprezy, która mogłaby dorównać temu, co od paru lat robi Brian Tichy.

Za każdym razem, składając hołd Johnowi Bonhamowi, zbiera w jednym miejscu doborową ekipę kilkudziesięciu(!) perkusistów. Jak on to robi? Jak udaje mu się namówić tylu garowych, by każdy z nich zagrał ten jeden wybrany utwór Led Zeppelin.

Koncert odbył się podczas targów NAMM. Na długo przed imprezą skontaktowałem się z Brianem i powiedziałem wprost: "Chcę być na backstage tego koncertu". Pamiętny tego, co działo się w zeszłym roku wiedziałem, że tegoroczna edycja będzie równie wspaniała. Około 30 perkusistów z każdego przedziału stylistycznego grało utwory Led Zeppelin. Każdy bębniarz miał do wykonania jeden wybrany uprzednio utwór legendarnego zespołu. Na scenie obok siebie mieliśmy takich gigantów, jak Thomas Lang, Mike Portnoy, Gene Hoglan czy Dave Lombardo. Przegapić taki koncert? Nie ma mowy!

W tym roku honorowym gościem był Bill Ward, oryginalny perkusista Black Sabbath, który pojawił się, by odebrać wyróżnienie dla legendy. Szczelnie wypełniony klub wsłuchiwał się w historie na temat Bonhama, opowiadane przez Billa, który zasiadł razem z Brianem i Carminem obok akrylowych bębnów, na których grali wszyscy perkusiści. Nikt nie narzekał, że rozstawienie jest nie takie, do jakiego przywykli. Techniczny wpadał z karteczką na scenę, mierzył wysokość stołka i werbla w oparciu o wcześniej zebrane parametry i heja!

Okazało się, że byłem jedynym przedstawicielem prasy perkusyjnej, który miał wstęp na scenę podczas koncertu, jedynym z całego świata! Tichy podszedł w tym roku bardzo rygorystycznie do wydawania wejściówek za kulisy i wielu dziennikarzy musiało się obejść smakiem. W zeszłym roku za sceną panował chaos, a ja okazałem się pierwszym, który się zgłosił z konkretną wizją i propozycją działań. Reszta koleżanek i kolegów mogła poruszać się co najwyżej po bardzo dobrze zorganizowanym ogródku prasowym. Tam też stało pełno kamer wszelkich portali perkusyjnych, a czerwony dywan i klasyczna ścianka do zdjęć dodawały powagi całemu wydarzeniu.

Powiem wam szczerze, że oglądanie zza pleców tylu znakomitych perkusistów na dystansie trzech godzin w utworach Led Zeppelin jest rzeczą niesamowitą. Z drugiej strony pojawiało się pytanie: "Jak on to wszystko zbiera do kupy?!". Jak Brian Tichy ogarnia cały ten bałagan... Mike Portnoy po wyjściu na scenę zażartował do mikrofonu trafnie postrzegając: "To trochę taki gang-bang perkusistów". Trudno się z tym nie zgodzić. Perkusiści byli wielce wyluzowani i każdy bawił się doskonale. Na scenie nie było już tak swobodnie, każdy garowy chciał pokazać się od jak najlepszej strony, interpretując po swojemu utwory Zeppelin. Tichy oczywiście pojawia się za bębnami na scenie, ale częściej można go spotkać z gitarą, którą bardzo sprawnie obsługuje.

Szkoda, że tego typu koncert nie będzie miał miejsca w najbliższej przyszłości ani w Polsce, ani nawet w Niemczech czy innym państwie kontynentu europejskiego. Ściągnięcie takiej ilości uznanych bębniarzy w jedno miejsce jest po prostu zadaniem niemal niewykonalnym.

Brian Tichy gościł już na naszych łamach, chociażby ze względu na występ podczas Drumfest, gdzie zapadł pewnie wielu osobom w pamięć, gdy w Opolu zamienił swoją klasyczną centralkę na symfoniczny bęben, mający ponad 30 cali średnicy. To świetny perkusista, grający niezwykle efektownie, ale też i efektywnie, posiadający wspaniałą technikę i bardzo mocny groove.

Porozmawialiśmy z nim o historii i idei Bonzo Bash, zwróćcie uwagę, jakie nazwiska przewijają się przez naszą rozmowę w kontekście tej imprezy. O mały włos, a cała nasza historia okraszona by była polskim nazwiskiem. We wstępnej fazie przygotowań jedno z miejsc miał zająć Daray, jednak zobowiązania nie pozwoliły mu na wyjazd do Stanów w tym okresie. Na miejscu nie było nikogo z naszych bębniarzy, kto mógłby zagrać próbę i później w trakcie koncertu wskoczyć za bębny i godnie zagrać groove’y Johna Bonhama w tak doborowym towarzystwie. Może w przyszłym roku? Jest to bardzo prawdopodobne. Brian będzie organizował kolejną edycję i jest otwarty na propozycje. Zapytajmy go o kilka informacji, związanych z Bonzo Bash, największym zlotem perkusistów na świecie.

Brian, jak to się wszystko zaczęło?


Jakoś tak w połowie 2010 roku. Słuchałem Zeppelin, a dokładniej przysłuchiwałem się brzmieniom werbla. Spojrzałem na okładkę i uzmysłowiłem sobie, że wciąż słucham Led Zeppelin. Nigdy nie przestałem słuchać Johna Bonhama. Tak, jak słuchałem będąc małym dzieciakiem, tak samo słucham ich teraz. Wiesz, czasami jest tak, że słuchasz zespół przez lata i nagle przestajesz, po czym wracasz. Led Zeppelin nigdy nie przestałem słuchać, zawsze to robiłem i wtedy sobie to uzmysłowiłem. Później zwróciłem uwagę, że jest tylu wspaniałych perkusistów rockowych, którzy inspirowali się Bonhamem. Wywarł największy wpływ na bębniarzy rockowych aż po dzień dzisiejszy. Pomyślałem, że fajnie byłoby się zebrać w kilka osób i pograć sobie ulubione numery Zeppelin, wziąć beczkę piwa i zrobić sobie zwykłą imprezę. Kolejną myślą było to, że jak wykonam kilka telefonów do perkusistów to może ludzie chcieliby to zobaczyć na scenie, a może z tego wyszedłby koncert? Jako fan pewnie chciałbym zobaczyć na scenie Stephena Perkinsa, Abe Laboriela, Jamesa Kottaka, Frankie’go Banali. Zapytałem mojego kumpla Joe Suttona, który jest aktywnym promotorem w tym rejonie, co sądzi na ten temat. Powiedział, że to niezły pomysł. Tym bardziej, że zbliżała się trzydziesta rocznica śmierci Bonzo. Joe miał zaklepany akurat termin w Key Club, dogadałem się więc i zacząłem wydzwaniać po perkusistach, Chad Smith, Kenny Aronoff, Danny Carey i… łał, zrobiło się grubo. Tak więc tak to się zaczęło, w sumie dość banalnie.


Nie tylko perkusiści byli na tym koncercie, również rodzina Bonhama.


Jason Bonham był w mieście, jego córka Zoe tu mieszka. Pat - żona i siostra - Deborah też były w tym okresie tutaj. To było szalone, bo cała rodzina tu była. Mieli swój stolik na górze w klubie i każdy perkusista wiedział, że jest tu rodzina Bonhama. Tak też to się miało skończyć, jednorazowa impreza i tyle, ale ludzie zaczęli mówić, że to było wspaniałe i trzeba powtórzyć. Perkusiści mówili, że chętnie by zagrali, że chętnie by to zobaczyli i tak to się potoczyło dalej.


Powiem ci, że widziałem już dwie edycje tego koncertu i przyznam, że jest to w pełni profesjonalny wielki koncert, perkusyjna uczta, gratuluję!


Dziękuję ci bardzo.


Co jest takiego niesamowitego w Bonzo Bash?


Lubię w tym koncercie to, że spotykają się perkusiści z różnych gatunków muzycznych. Lubię to, że można ich oglądać w tym, czego nie robią na co dzień. Podoba mi się, że mamy z jednej strony Rikki Rocketta, a z drugiej Simona Phillipsa albo Gene’a Hoglana i Jojo Mayera. Spotykają się tu perkusiści z różnych światów, którzy zainspirowani byli przez jednego gościa. Trzeba przyjść i to zobaczyć. Łał!


Co jest najtrudniejsze przy organizacji tej imprezy?


Nie ma może jakichś specjalnie trudnych rzeczy. Ważne jest, by tego typu imprezę trzymać w ryzach, by wszystko płynnie przebiegało, o niczym nie zapominać, a może być to najprostsza rzecz np. zapomnieć o próbie z danym muzykiem lub zapisaniem jej na inny termin niż miała być pierwotnie. Rok temu zrobiłem tak z Rayem Luzier, a w tym roku zrobiłem tak z Mikem Portnoyem (śmiech). Raya ustawiłem nie na tą godzinę, co trzeba, zamiast na południe to na 4 po południu. Z Portnoyem było tak, że źle go rozczytałem i zamiast próbę od godziny 1 do 2, ustawiłem na 12 (śmiech). Tak więc chodzi o tego typu rzeczy, niby małe sprawy, ale wytrącające z rytmu pracy. Trzeba mieć to wszystko poskładane. Oczywiście ludziom zmieniają się grafiki i godziny, ale trzeba się z tym pogodzić, bo tak po prostu jest i trzeba to uwzględnić. Musi to być elastyczne we wzajemnej współpracy np. miałem problem z rozstawieniem Marka Schulmana i Thomasa Langa, ponieważ oni przyjechali razem, a ja ich rozstawiłem w odstępie 15 perkusistów. Mark był zaniepokojony, ale ostatecznie spokojnie ustawiłem ich obok siebie i nie było z tym żadnych problemów. W przypadku zapraszania perkusistów nie można zaprosić ich zbyt wielu na raz, trzeba zaczekać na ich odzew, niech sprawdzą swoje grafiki. W tym roku miał być Kenny Aronoff, ale proszę, nagle musiał zagrać Grammy i w ostatniej chwili wypadł z listy. Innemu perkusiście coś odwołali, ktoś inny nagle kogoś zastępuje itd. Wszystko się zmienia aż do samego koncertu. Dobrą rzeczą jest to, że nawet jak jedna osoba wypadnie to nie jest tak, jakby Eddie Van Halen nie mógł zagrać koncertu Van Halen. Jeżeli jeden perkusista nie zagra, to i tak wciąż możesz mieć wspaniały koncert. Trzeba zachować w tym balans. Nie jest to trudne, jest raczej czasochłonne.


Jak długo trwają próby?


Trzy dni w tym roku. Tak… trzy dni. Od południa do ósmej wieczorem, mniej więcej po godzinie każdy perkusista. Stephen Perkins przyszedł, zagrał raz i tyle, super szybko załatwił sprawę. Niektórzy oczywiście potrzebują więcej czasu bo np. kompozycja jest bardziej złożona.


Ale zdarzają się takie próby last minute. W tym roku ćwiczyliście tak Stairway To Heaven.


Tak. Cortney DeAugustine przyjechała dzień przed koncertem i mieliśmy akurat próbę do koncertu Randy Rhoads, ale nie było pełnego składu, by zagrać Stairway… Pomyślałem, że lepiej będzie, jak przyjdzie przed samym koncertem, bo akurat znów Charlie Benante nie mógł być na próbie dźwięku, gdzie mieliśmy przegrać Dazed And Confused. Ostatecznie wyszło to dla niej lepiej, bo grała na właściwym zestawie bębnów. Charlie znów zrobił telekonferencję i ustalał rzeczy przez telefon w kwestii Dazed… To wielka piosenka, gdzie jest wiele rzeczy do nauczenia. Podobało mi się wykonanie Cortney, ponieważ dodatkowo śpiewała ten utwór, czego wcześniej nie robił żaden perkusista na koncercie. Poza tym jest zabójcza za bębnami. Jeżeli jej nie znasz, to może cię nieźle zaskoczyć tym, co potrafi. Nieczęsto perkusistki mogą konkurować stylem z mężczyznami, ale ona jest akurat świetna. Zagrała idealnie z doskonałym wyczuciem. Wbiła ten utwór jak należy. Jak jest wejście bębnów w tym utworze to ona po prostu zabija swoim groovem. Robiła przejścia i śpiewała jednocześnie, kurczę, to było niesamowite.


Widziałem to na próbie właśnie, na publice byłem wtedy tylko ja i ciarki przechodziły po plecach, jak zagraliście ten utwór z takim pie*dolnięciem.


Cieszę się, że mogłeś to wtedy zobaczyć, że uchwyciłeś tę magię dla siebie. To jest wielki koncert, w sumie za każdym razem jednorazowy. Nie jedziemy przecież w trasę i nie powtarzamy tego wszystkiego. Wszystko ogranicza się do tego jednego występu. Jest więc wiele rzeczy, nad którymi się zastanawiasz, ale pracujesz nad nimi dopiero wtedy, gdy się w sumie z nimi mierzysz na scenie. Jest to duża dawka stresu. Staramy się więc zrobić jak najwięcej prób, dopasować się do ludzi, grać na sprzęcie, który będzie na koncercie.


Bardzo ważną postacią tegorocznego koncertu był Bill Ward


Tak, tak. Myśleliśmy o nim już wcześniej, ale nie miałem do niego dobrego kontaktu. Czasami w takich sytuacjach pewne rzeczy odkłada się na dalszy plan. W tym roku postanowiliśmy zrobić "Legend Award", ponieważ w zeszłym roku zrobiliśmy to w New Jersey dla Carmine’a Appice i Petera Crissa. Dla mnie Peter Criss to nie tylko perkusista, to mój pierwszy bohater perkusyjny, na którym się wychowywałem. Gdy dowiedziałem się, że ma przyjść na nasz koncert, powiedziałem do Joe: "Stary, daj spokój, to Peter Criss! Jak on tu przyjdzie to musimy zrobić coś wielkiego". To legenda tak, jak Ringo Starr dla starszego pokolenia, tak dla mojego taką legendą jest Peter Criss. Taką samą nagrodę daliśmy Carmine’owi. Carmine to facet, który zrobił dla bębnów więcej niż większość perkusistów razem wzięta! Nigdy nie przestał propagować bębnów. To jeden z największych ambasadorów perkusji. Poza tym to świetny perkusista. Weź pod uwagę fakt, że mamy się kim inspirować, natomiast on nie miał nikogo w takiej muzyce! Nie było przed nim nikogo, kto by tak grał! On był przed Zeppelin. Carmine był inspiracją dla Bonhama! Był niewiele starszy, ale Bonham miał raptem 19 lat, stary, 19 lat! Słyszał, jak gra Carmine na dwie stopy, ale myślał, że to jedna stopa, więc zaczął mocno ćwiczyć. Powiedział mu później, że swoją wspaniałą technikę prawej stopy zawdzięcza Carmine’owi, a ten na to: "Ale ja to robiłem dwiema nogami". Na co Bonham: "O, nie wiedziałem o tym". (śmiech) Carmine też przedstawił Bonhama do Ludwiga, który miał mieć na początku dwie centrale, ale okazało się, że nie jest to potrzebne.

Ale wracając do Billa. Zrobiliśmy to wtedy, więc możemy to zrobić jeszcze raz. Zastanawialiśmy się komu wręczyć tę nagrodę i w pewnym momencie natknąłem się na artykuł mówiący o tym, jak Bill Ward ceni Gene’a Hoglana i jest jego kumplem, a ja przecież następnego dnia miałem rozmawiać z Genem, czy zagra na koncercie! Zapytałem więc przy okazji o jego kumpla - Billa, że chcielibyśmy by zagrał, by wręczyć mu nagrodę. Gene powiedział, że to świetny pomysł. Gene uruchomił kontakty i tak się to jakoś złożyło. Techniczny Billa zadzwonił do mnie, pogadaliśmy o szczegółach. Zasada była taka, że jak Bill wyjdzie na scenę, to będzie czas dla niego i tylko dla niego. W dniu koncertu wstałem rano i napisałem wprowadzenie do wejścia Billa. Takie samo napisałem dla Portnoya i Carmine’a. Chciałem przedstawić ich w bardzo szacowny sposób, ponieważ ich obecność bardzo dużo dla mnie znaczyła. Każdy jest tam dla mnie ważny i powinienem to zrobić już dużo wcześniej. Jeżeli tacy perkusiści, jak Portnoy czy Carmine biorą udział w tym koncercie, chciałem powiedzieć, dlaczego są tak wspaniałymi draniami. Miałem z tym bardzo dużo radochy.


Na przestrzeni tych 3,5 lat, odkąd hula Bonzo Bash, który perkusista był dla ciebie największą niespodzianką?


No cóż, z perkusistami, którzy grają u nas na koncercie jest tak, że wiem, jak oni grają na co dzień. Znam ich grę, więc nie ma dla mnie jakichś wielkich niespodzianek. Hm… niech pomyślę. Chad Smith gra jak Chad Smith, Jason Bonham gra jak Jason Bonham.. . Ciężko mi coś wskazać takiego ponad miarę, którą znałem wcześniej. Osobiście lubię fakt, że wszyscy perkusiści grają na tym samym zestawie, tak samo nastrojonym, ale mimo wszystko brzmią jak oni. Każdy gra inaczej, każdy robi przejścia inaczej, inaczej uderza. To wielka frajda patrzeć na to wszystko. Zabawnie jest oglądać takich bębniarzy jak Danny Carey lub Dave Lombardo, grających na takim zestawie.


Dla mnie arcyzabawne było, jak Jojo Mayer grał ciężkie groove’y w Good Times Bad Times, wyglądało to dość komicznie…


Uwielbiam Jojo Mayera, to świetny gość, cieszę się, gdy jest częścią imprezy. Jest zadowolony, uśmiechnięty, nie potrzebuje też wielu prób, po prostu siada i gra. Ma świetną osobowość, zresztą każdy wnosi coś od siebie. Dlatego też chyba wszyscy tak długo są tam razem ze sobą i oglądają show. Każdy jest unikalny i wyjątkowy, a to wpływa na atrakcyjność imprezy.


Myślałeś o europejskiej wersji?


Tak. W zeszłym roku zrobiliśmy imprezę na Wschodnim Wybrzeżu i wrócimy w maju. Rozmawialiśmy już na temat koncertów w Anglii. Wszystko sprowadza się do tematu czasu, jaki trzeba poświęcić na zorganizowanie takiej imprezy i oczywiście budżetu. Hotele, sprzęt, sala… Dlatego też NAMM Show i Los Angeles to najlepsze miejsce na tę imprezę. Musiałbyś mieć w Europie taką właśnie imprezę, która by zgromadziła tylu perkusistów w jednym miejscu. W Nowym Jorku i Jersey jest też dużo bębniarzy, więc można tam robić taki koncert. Być może można spróbować w Londynie, ale, kurczę… to sprowadza się do logistyki, mam swoją pracę i jak wstaję rano to nie myślę od razu o Bonzo Bash. A ta impreza zajmuje czas i muszę wiedzieć, ile czasu mogę pozwolić sobie przeznaczyć na ten koncert. Mam wiele rzeczy, nad którymi pracuję, mam dzieciaki… Bonzo Bash to tylko pewien wycinek tego, co robię.


Masz plany już na kolejny Bonzo Bash podczas NAMM?


Tak, mam konkretną dużą rzecz. Wiesz, problem z tym koncertem jest taki, że do końca nie mogę być na targach, nie mogę zbyt dużo czasu poświęcić, by być na stoisku Paiste czy Regal Tip. Muszę pilnować przygotowań do koncertu.


Uważam, że Bonzo Bash jest bardziej wartościowe dla ciebie niż sesja z autografami na stoisku…


Rzeczywiście. Porównując pojawienie się jakiejś firmy z własnym, dużym koncertem to mamy konkretny obraz całej sytuacji. Tak, jest to bardziej wartościowe dla mnie, ponieważ zawsze mogę powiedzieć, że to mój pomysł i moje przedsięwzięcie. W tym roku zrobimy chyba tylko imprezę w maju na Wschodnim Wybrzeżu i zajmiemy się swoimi rzeczami. Podoba mi się miejsce podczas NAMM, gdzie to robimy i ekipa stamtąd też jest zadowolona, dlatego w przyszłym roku będzie Bonzo Bash, Randy Rhoads Tribute i zupełnie nowy show, który chcemy zrobić! Nie wiesz jeszcze nic na ten temat. Będzie to trybut dla sekcji rytmicznej, czyli nie dla jednej osoby a sekcji. Będzie to nosiło nazwę "The Ox and the Loon" i każda piosenka będzie miała innego perkusistę i basistę. Chociaż kieruję się w stronę grania dwóch piosenek, ponieważ tu już może być ciężej z organizacją ludzi. "The Ox and the Loon" to ksywki Johna Entwistle’a i Keith’a Moona z The Who.


Co takiego miał Bonham w sobie?


Przede wszystkim miał brzmienie i groove. Jego groove jest szalony, to coś niebywałego! Dla mnie każdy utwór Bonhama jest funky, nieważne, jak ciężki jest riff, zawsze jest ten jego swingowy sznyt. Zobacz na Whola Lotta Love, to niemal metalowy numer, ale posłuchaj bębnów, funk! Jego brzmienie jest też zabójcze. Świetnie zbalansowane i ma wszystko w sobie, co potrzeba np. też sposób, w jaki gra na hi-hacie. Miał też w sobie dużo miejsca na różnego rodzaju niespodzianki i każda piosenka coś ci daje, czasami jest to cały groove, jak np. Immigrant Song, a czasami jest to jedno przejście. Jest dużo emocji w jego grze, ale tez bardzo dużo precyzji, moc i kontrola, szybkość, ale też umiejętność ściągnięcia groove’u do tyłu, jak nikt inny. Jego technika jest świetna, wiedział, jak uderzać bębny, wiedział, jak je stroić. Można mówić i mówić… Moim zdaniem jego gra daje więcej niż jakakolwiek inna. Jedyną rzeczą, jakiej nie ma to gra przy użyciu splashy czy china, tak, jak robi to Neil Peart, ale dla mnie i tak jest tym perkusistą, który ma najwięcej do zaoferowania. Wszystko to w jednym perkusiście.


Myślałeś, co by było, gdyby wciąż żył?


To jest Led Zeppelin, dlatego może byłby tak, jak Charlie Watts w Stonesach, ciągle w Led Zeppelin. Podobnie mogłoby być z Keithem Moon w The Who.


Nie grasz w Whitesnake. Jak do tego doszło?


Dołączyłem do Davida w 2010 roku, żeby nagrać płytę. Zaproszono mnie, bym dołączył do zespołu. Było mi bardzo miło z tego powodu. Nagraliśmy płytę i pojechaliśmy w trasę, później mieliśmy przerwę i przyszedł czas na kolejne koncerty. Nie chciałem po prostu, by wszystko było podporządkowane pod Whitesnake i przez to musiałem wstrzymywać inne projekty, a chciałem spróbować nowych wyzwań. Mówię "spróbować", ponieważ nie masz nigdy pewności, czy odniesiesz jakiś sukces. Mój zespół S.U.N. przygotowywał płytę i musiałbym wszystko znowu wstrzymać, nie chciałem tego robić. Chciałem być w domu, chociaż wyjazdy w trasę były fajną zabawą. Wolałem zostać w domu, być w okolicy i złapać się za nowe rzeczy. Jeżeli jesteś w Whitesnake, musisz poświęcić 100% swojej uwagi na Whitesnake i nie masz za bardzo możliwości zajęcia się innymi rzeczami. Nie chciałem poświęcać kolejnego roku na grę w zespole, który jest od wielu lat na scenie, ale nie jest moim tworem. Lubię grać te piosenki i jestem fanem zespołu, ale jako muzyk chciałem działać na własny koszt. Gra w Whitesnake pomogła mi w zdobyciu kilku scen i stania się bardziej widocznym na międzynarodowej scenie hard rocka, z tego względu, że zespół jest legendarny, a David Coverdale jest ikoną rocka. Dzięki tej pracy być może dostaję więcej telefonów z innych miejsc, gdzie chcą mnie zatrudnić. Nie chcę być jednak tylko i wyłącznie perkusistą Whitesnake, chcę być gitarzystą, producentem, organizatorem, perkusistą, grającym ten czy tamten styl, chcę być kreatywny.


Jesteś bębniarzem o wielu obliczach. Jakie wskazałbyś przełomowe momenty w swojej karierze?


Przychodzą mi do głowy trzy równe sobie wydarzenia, chociaż przytrafiło mi się wiele wspaniałych rzeczy. Mógłbym napisać książkę o tym, ile fajnych rzeczy przeżyłem (śmiech). Pierwszą z takich rzeczy było granie z Ozzym Osbourne’m na Ozzfeście w 2000 roku. Dorastałem na tej muzyce i chyba wolałem bardziej płyty Randy’ego od Sabbathów. Uwielbiam śpiew Ozzy’ego, gitarę Randy’ego, bębny Lee Kerslake’a na płycie i Tommy’ego Aldridge’a na żywo. Wiesz, co to znaczy grać War Pigs i Crazy Train z Ozzym?! Jak wielu bębniarzy miało tę przyjemność? Kerslake, Aldridge, Carmine, Randy Castillo, Bordin, Castronovo, Tommy Clufetos i ja przez jedno lato! Jestem dumny z tego. Drugą rzeczą była możliwość nagrywania ze Stevem Tylerem i Joe Perrym z Aerosmith w zeszłym roku. Musiałem z nimi zagrać próby, a grać próby z Tylerem i Perrym? Chłopie! Byłem wielkim fanem Aerosmith, jak byłem dzieciakiem. Uwielbiam Tylera i mieć możliwość siedzieć z nim w pokoju, widząc, jak wiele talentu i charyzmy posiada. O mój Boże! Mógłbym wymieniać wiele takich rzeczy, bo przecież współpraca z Coverdalem też była niesamowita. Szczególnie, jak grasz tak dobrze, że on czuje się komfortowo. To jest moja robota, by czuli się wygodnie na scenie i sprawiać im radość. Tyler był niesamowity, bo od razu reagował na wszystko, co grałem. Tak więc mamy współpracę z Ozzym i z Tylerem. Jako trzecią rzecz wymienię możliwość współpracy z Billym Idolem. Napisaliśmy razem wiele muzyki. Fajnie było być częścią zespołu legendy rocka.


Co jest dla ciebie miarą sukcesu? Osiągnąłeś go?


Mam to szczęście, że mogę żyć z tego, co lubię robić. Płacić rachunki poprzez pracę, którą lubię wykonywać. Jest to dla mnie miara sukcesu. Nie jestem może na okładkach wszystkich magazynów, nie jestem aż tak bardzo znany, jak te wszystkie gwiazdy, ale byłem dzieciakiem, który zawsze chciał grać na bębnach. Teraz to robię zawodowo i jestem szczęśliwy z tego powodu. Muszę być dorosły i nie mogę być głupi, ciąży na mnie odpowiedzialność, muszę płacić rachunki, wychowywać dzieci, nie mogę sobie frywolnie powiedzieć, że będę grał za darmo i pieniądze mnie nie interesują. Z drugiej strony nie oznacza to, że nie ekscytuję się pewnymi rzeczami jak dzieciak. Lubię mówić ludziom, którzy mnie zainspirowali, o tym, jaki wpływ na mnie wywarli.


Przygotował: Maciej Nowak
Zdjęcia: Ron Lyon/VintageRock.com oraz MN


Wywiad ukazał się w numerze kwiecień 2014



Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama