Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Glen Sobel

Dodano: 04.09.2014
Perkusista Alice Coopera to muzyk niesamowicie świadomy tego, co trzeba robić we współczesnym świecie perkusji, by grać to, co się lubi z artystami, których się szanuje i zarabiać przy tym konkretne pieniądze.

Glen opowiada bardzo interesujące i niezwykle życiowe rzeczy, nie tylko o zachowaniu na scenie i w studio. Wiele spraw ma olbrzymi wpływ na naszą przyszłość profesjonalnego perkusisty, które dzieją się poza estradą i studiem. Wydaje mi się, że każdy myślący poważnie o swojej karierze powinien bliżej przyjrzeć się jego opinii. Czy się z nią zgadzać, czy nie, to już kwestia indywidualna, ale z pewnością nie można przejść obojętnie obok tak ważnych informacji. Jak niektórzy zauważą, pewne rzeczy mocno przekładają się na to, co się dzieje również w naszym kraju. Tym bardziej zachęcam do zapoznania się ze zdaniem muzyka.

Glen udzielał już nam bardzo ważnych porad wcześniej, w numerze 5/13, za to w tegorocznym styczniowym numerze z Gavinem na okładce opowiadał nam o swoich dziesięciu najważniejszych płytach. Spotkałem go ostatnio za kulisami Bonzo Bash, gdzie rozmawialiśmy bardzo długo na wiele życiowych tematów. W pewnym momencie powiedziałem: "Wiesz co, musimy zrobić wywiad do naszego czasopisma. Zadzwonię do ciebie! Masz ochotę na wywiad do polskiego magazynu perkusyjnego?". "Byłoby świetnie, stary, to zawsze dla mnie bardzo ważna sprawa" - odpowiedział z uśmiechem. Tak też się stało. Szybko się wymieniliśmy danymi i życzyłem mu powodzenia w Four Sticks, które grał akurat tego wieczora.

Przyszedł więc czas, by się skontaktować z muzykiem i zebrać kilka ciekawych przemyśleń z naszej wcześniejszej rozmowy w jedną całość.

Cześć, Glen, co porabiasz?


W tej właśnie chwili? Rozmawiam z tobą (śmiech). Pod koniec maja ruszam w trasę z Alice Cooperem do Europy. Nie wiem, jak blisko będziemy Polski, ale mamy potwierdzonych kilka festiwali m.in. w Szwecji, Francji, Czechach i Niemczech. W czerwcu wracamy do Stanów, a od lipca będziemy gościem specjalnym pożegnalnej trasy Motley Crue na 72 koncerty, całkiem sporo.


Jak przygotujecie się do grania ponad setki koncertów?


Jeżeli nie zmienimy produkcji to prób nie robimy zbyt wiele. Na początku roku nie zmienialiśmy nic w spektaklu, więc wystarczą 3-4 dni, żeby sobie przypomnieć wszystko, co powinniśmy, by zagrać dobry koncert. Jeżeli chodzi o mnie samego to chodzę kilka razy w tygodniu na siłownię i dbam o swoją kondycję. Kiedy zaczynasz trasę, szczególnie, gdy jesteś headlinerem to twoje mięśnie przyzwyczajają się dopiero po 2-3 koncertach do pracy na takich obrotach. Nawet, jeśli wcześniej regularnie ćwiczysz. Są to ćwiczenia wydolnościowe, kondycyjne, bardziej niż dźwiganie ciężarów. Wiesz… Jechać w taką trasę to jak iść na wojnę, musisz to poprzedzić ćwiczeniami.


Co w takim razie najbardziej ci doskwiera, kiedy jedziesz w tak długą trasę?


Przede wszystkim sen. Nie śpi mi się dobrze w autobusie. Często wyczekuję na nocleg w hotelu, by móc się przespać tak naprawdę. Niektórzy potrafi ą spać w autobusie bez problemu, ja nie za bardzo.


Przejdźmy jednak do rzeczy niezwykle interesującej ze względu na okoliczności - jak to się stało, że trafiłeś do legendarnego Coopera?


Och, tak. W 2010 roku dostałem telefon z propozycją, by nagrać płytę. To był Tommy Henriksen, a sesja miała być w Nashville. Chodziło o ponowne nagranie utworów Alice, nuta w nutę, klasyków typu School’s Out czy No More Mr Nice Guy. Alice miał później przyjść i zaśpiewać je jeszcze raz.


Dlaczego? Nie ma przecież oficjalnej pozycji w dyskografii?


No właśnie, dobre pytanie. Zrobił to z prostej przyczyny. W obecnych czasach wszelkiego rodzaju gry komputerowe czy filmy zwracają się z prośbą o oryginalne ścieżki. Klasyki z głębokich lat siedemdziesiątych są ciężkie do zdobycia. Czasami ze względu na licencję lub fakt, że wytwórnia już po prostu nie istnieje. Dlatego też nagrywa się klasyki, by brzmiały jak oryginały. Obecnie wiele zespołów tak robi, wiele kapel nagrywa na nowo własny materiał. Wracając do mojego przypadku. Nie spotkałem wtedy w ogóle Coopera. Później przygotowywał nowe show i szukał zmian. Produkcją zajął się Bob Ezrin i sugerował mu muzyków do składu. Wspomniał o mnie, na co Alice powiedział, że słyszał mnie na nagraniu, ale mnie nie zna. Tommy włączył Alice kilka klipów z YouTube, dzięki czemu Alice mógł zobaczyć, jak wyglądam i jak się poruszam za bębnami. Bazując na tym stwierdził wtedy: "Ok, to jest ten gość". Tommy zadzwonił do mnie i zapytał, czy wchodzę w ten temat. Ja na to: "Oczywiście!", na co Tommy: "Ok, no to jesteś", klik, odłożył słuchawkę (śmiech). Tak to wyglądało. Spotkałem później Alice’a na pierwszej próbie, podchodzę i mówię: "Cześć, jestem twoim nowym perkusistą" (śmiech).


Jakie zmiany zauważyłeś w partiach perkusji między tymi płytami z lat siedemdziesiątych a tymi obecnymi, bo pewnie takie różnice zauważasz.


Tak, oczywiście, różnica jest widoczna. Partie z tamtego okresu nie są tak… powtarzalne, że takty idą tak samo. Jest większa wolność gry, podczas, gdy teraz zachowany jest większy porządek, przynajmniej w kwestii gry stopa werbel... Neal Smith w oryginale No More Mr Nice Guy pierwszą zwrotkę gra na hi-hacie, ale drugą, nagle, ni stąd ni zowąd gra już na ridzie. Zauważyłem to wyraźnie, gdy nagrywałem te utwory ponownie i musiałem zrobić transkrypcje. Podobnie jest w temacie gry bębna basowego. Były też rzeczy, które… nie nazwałbym je pomyłkami, ale takimi dewiacjami wcześniejszych partii, których nie poprawiano, ponieważ były na żywo. Teraz takie rzeczy można łatwo naprawić w programie, wycinając i przenosząc lub równając. Tak, zauważam sporo różnic.


Jakie jest twoje nastawienie do tej kwestii?


No cóż, dobrze jest mieć Pro Tools pod ręką, ale czasami jest to już przegięcie i zatraca się żywy klimat w graniu. Najnowszy materiał Alice Coopera, który jeszcze się nie ukazał, nagrywaliśmy w pomieszczeniu razem: gitara, bas i bębny. Z tego, co słyszałem po wstępnych surowych miksach, to brzmi to nieco tak, jak gramy na żywo i nie ingerowano mocno w równanie i prostowanie. Lubię ten żywy klimat.


Co sądzisz o wykorzystaniu elektroniki i tworzeniu zestawów hybrydowych z padami, modułami itp.


U Alice nie ma za bardzo miejsca na wykorzystywanie padów. Ponieważ jest to raczej typowo rock and rollowy zespół. Wszystko zależy więc od rodzaju pracy, jaką robisz. Jeżeli masz możliwość triggerowania bębnów i ci się to przydaje w poprawie brzmienia to czemu nie? Jako perkusista sesyjny także nie jestem przywiązany do jedynego rozstawienia perkusji, dlatego też, jeżeli ma to pomóc w brzmieniu płyty to jestem otwarty na wszelkiego rodzaju usprawnienia.


Widziałem cię kilka razy na żywo, widziałem też filmy na YouTube. Masz jakieś charakterystyczne zagrywki, takie znaki towarowe Glena Sobela?


Chyba tak. Każdy perkusista wyrabia sobie pewne rzeczy, które stają się charakterystyczne wyłącznie dla niego. Zapytam teraz ja ciebie. Skoro widziałeś mnie tyle razy w grze, zanotowałeś jakiś charakterystyczny moment?


Łapanie i tłumienie crash.


Tak, dokładnie. Jest to pierwszy gest, jaki jest wyłapywany przez ludzi odnośnie mojej gry. Jest tego 6 czy 7 wersji tak naprawdę. Ma to swoje korzenie w szkole średniej. Zrobiłem to przez przypadek, grając z kumplem na dwa zestawy. Strasznie mieszaliśmy i w pewnej chwili zupełnie odruchowo stłumiłem tak talerz. Kolega na to: "Co to było? Co zrobiłeś? Nie widziałem, żeby ktoś tak grał!". Tak to zrobiłem za pierwszym razem, że nawet tego sam nie zauważyłem. Od tej pory rozwinąłem ten patent w różnych opcjach.


To bardzo ciekawe, co mówisz. Perkusja jest bardzo wizualnym instrumentem i bardzo rozważnie korzystasz z tego aspektu.


To jest to, co wspomniałem z Alice Cooperem. Był zadowolony z tego, co nagrałem, podobało mu się moje brzmienie, ponieważ komponowało się z jego brzmieniem z tamtego okresu. Ale to nie wszystko, by grać u Alice. Musiał mnie teraz zobaczyć, ponieważ perkusista w jego zespole musi być widowiskowy.


Podobnie był Eric Singer, który grał wcześniej. To także bardzo widowiskowy bębniarz.


Zgadza się. Jest pełno perkusistów, którzy grają ze spuszczoną głową i są nudni. To nie jest dobre dla kapeli, która gra wielkie rockowe koncerty i festiwale.


Dlatego przejdźmy do interesującego momentu, jakim jest twoja solówka. Jak podchodzisz do tego elementu?


Wszystko zależy od miejsca, okoliczności i sytuacji, w której gram. Z Alice Cooperem nie do końca będzie w porządku, gdy zacznę grać jakieś jazzowe improwizacje. To nie jest ok w stosunku do tych ludzi. Solo powinno być w rytmie koncertowym, trwać w okolicy 2:30 do 3 minut. Przez ostatnie 1,5 roku grałem solówkę, która wychodziła z utworu Dirty Diamonds. Co ciekawe, powód, dlaczego w tym momencie jest solówka, jest bardzo prosty. Alice w tym momencie zmienia kostium. Jest to zaraz przed Welcome To My Nightmare, gdzie wychodzi na scenę kompletnie przebrany, czasami z wężem. W związku z tym jestem bardzo szczęśliwy, że w tym momencie mogę zagrać solówkę, która trwa - tak, jak mówiłem - niecałe 3 minuty. Jest w zasadzie za każdym razem bardzo podobna. Ewoluuje oczywiście, ale jest zasadniczo utrzymana w tym samym klimacie. Jest to tempo utworu. Nie wiem, jak to będzie wyglądać na najnowszej trasie, a tym bardziej z Motley Crue, ponieważ tam będziemy, jako goście, grać nieco krócej niż zazwyczaj.


No i szczególnie, gdzie będzie szalony Tommy Lee.


O tak, Tommy miał do tej pory ten rollercoaster, zobaczymy, co wymyśli na tę trasę (śmiech).


Jaką radę dałbyś tym, którzy chcą grać solówki na koncertach?


To dobre pytanie. Wszystko w zależności, kiedy solówka ma być grana. Inaczej jest to podczas kliniki, a inaczej podczas koncertu rockowego. Ja osobiście zrobiłem sobie rozpiskę ze schematem. Nazwałem poszczególne momenty solówki i wiem, że chcę zagrać ostinato tutaj, wielki groove na tomach tam. Nie jest zawsze tak samo za każdym razem, ale mam rozpisany początek, środek i koniec, co bardzo pomaga, ponieważ czasami największym problemem jest przejście z jednego pomysłu na drugi. Musi się to stać w muzycznie sensowny sposób. Nie możesz zagrać jednego motywu i nagle przestać. Musisz płynnie przejść do kolejnej części. Szczególnie w takiej muzyce jest to bardzo ważne. Taką rozpiskę możesz zrobić sobie w każdym gatunku. Jeżeli chodzi o kliniki perkusyjne to są to solówki po 10-15 minut w moim przypadku, czyli znacznie dłuższe. Najlepiej nagrywać je i oceniać samemu.


Pierwszą płytę nagrałeś z Tonym MacAlpinem. Przyznam szczerze, że jest to dość imponujące, bo Tony nie jest łatwym artystą do współpracy pod kątem muzycznym.


Tak, gra z nim to duże wyzwanie. Miałem wtedy 21 lat i stało się to w odpowiednim momencie. Rekomendował mnie Gregg Bissonette. Byłem jego uczniem, jak miałem 18-19 lat. Zadzwonił do mnie i zapytał, czy wiem, kim jest MacAlpine. Oczywiście, że wiedziałem, uwielbiam jego pierwszą płytę ze Stevem Smithem na bębnach. Gregg powiedział: "To ucz się piosenek, bo dałem jego menadżerowi twój numer telefonu". O rety! Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było wspólne dżemowanie. Nie dotykaliśmy w ogóle jego materiału. Rzeczą, która pomogła w dostaniu tej pracy, było chyba to, jak zagrał jeden z fragmentów Return To Forever z Al Di Meolą, a ja to rozpoznałem i zacząłem pod to grać. "Znasz to? Super!". Planował zrobić płytę z wokalistą, ale nie doszło do tego, więc zagrałem na jego instrumentalnym albumie. To ciągle jedna z moich ulubionych płyt, jaką zagrałem.


Zdarzyło ci się odmówić sesji? Nie chodzi mi tu o pieniądze czy też konflikt terminów, a o muzykę.


Los Angeles to wielkie miasto, ale biznes muzyczny nie jest - wbrew pozorom - tak rozległy i są artyści, o których wiadomo, że ich reputacja nie należy do najlepszych. Na różnych poziomach praca z nimi nie należy do najlepszych. Dlatego takich osób się unika, w czym pomagają znajomi, którzy w porę potrafią ostrzec przed tymi kłopotliwymi artystami. Zdarzają się takie sytuacje, ale na szczęście niezbyt często.


Ciężko być bębniarzem w Los Angeles?


Tu jest bardzo duża konkurencja. Na każdą pracę przypada kilku perkusistów, którzy technicznie są w stanie tę pracę wykonać. Musisz być - rzecz jasna - osobą, która jest w stanie zagrać określony materiał, ale przede wszystkim musisz być osobą, z którą ludzie będą chcieli spędzić czas, czy to w studio, czy tym bardziej w trasie. Jest to na zasadzie kumpelskiej roboty. To niezwykle ważne, szczególnie, kiedy przyjeżdżasz do L.A. Nie każdy jest w stanie to zrozumieć. Jesteś wtedy poza jakimkolwiek obrębem muzyków, a każda robota ma wokół siebie taką grupę. Jeżeli znasz takich ludzi to pomaga ci to w pracy. To chyba jest najtrudniejsza rzecz w L.A., by znać odpowiednie osoby, przez które można być rekomendowanym do danej pracy. Dodatkowo w tej pracy z wielkimi firmami ważne są jeszcze takie rzeczy, jak image oraz wydawca i menadżer, którzy mogą cie doprowadzić do szału, ponieważ zazwyczaj nie są muzykami. Mogą powiedzieć, że nie podoba im się ten perkusista, bo jest za niski (śmiech). Tamten perkusista jest lepszy, bo fajnie wygląda z resztą zespołu. Coś jak casting do filmu. Tak jest z wielkimi firmami wydawcami. Takie osoby słuchają oczami, a nie uszami. Ja raczej nie łapałem się za takie przesłuchania. Powszechną rzeczą jest to, że lider zespołu pyta muzyków, kogo by rekomendowali do zespołu, jakieś jedną-dwie osoby, by zrobić małe przesłuchanie. Ja właśnie w ten sposób zdobywałem angaż. W 2007 roku pojechałem w trasę z Elliottem Yamin, z amerykańskiego Idola. Dostałem tę pracę tylko dlatego, że gitarzysta był moim bardzo dobrym kolegą i mnie polecił. Przyszedłem oczywiście przygotowany, ale gdyby nie ta znajomość to nie miałbym szansy się zaprezentować.


Co chciałbyś obecnie rozwinąć w swojej grze?


Nie pracuję nad czymś konkretnie. Zawsze starałem się pracować nad tym, by grać w chwili, nie myśleć za bardzo nad tym. Gdy patrzę na materiały video ze mną, potrafi ę wskazać momenty, gdzie nie zastanawiam się, tylko gram. Zdarza się to bardziej w improwizowanej grze. Staram się grać i reagować na innych muzyków niż zastanawiać się nad tym, co robię. Najlepiej wypracować to sobie poprzez wspólną grę, a później przeanalizować swoją grę.


Kontrolujesz to, co się dzieje na rynku sprzętu muzycznego? Interesuje cię to?


Jasne. Mam swoją kolekcję werbli, bo wiesz… Jeżeli chcesz być perkusistą dla innych, to musisz być przygotowanym do wykorzystania różnych instrumentów, różnych werbli, różnych talerzy. Nie możesz polegać tylko i wyłącznie na jednym werblu, który ma pasować do wszystkiego, co masz zamiar robić dla różnych ludzi. Dlatego lubię mieć zaplecze w sprzęcie. Podobnie jest z talerzami. Nie wejdziesz do studia z 20-calowym Sabianem Stage Crash, jeżeli masz klimat pop rockowy! Musisz skonfigurować odpowiednio lekkie talerze. Nie możesz mieć sztywnych zasad, to nie pomaga. Tak wielu perkusistów ma swoje sztywne zasady. Musisz być znacznie bardziej otwarty. Są studia nagrań, które mają swój sprzęt, co jest wygodne, bo nie musisz taszczyć swoich gratów, ale ty za to musisz mieć nastawienie, by wydobyć z tego sprzętu dobre brzmienie. Brzmienie perkusisty wychodzi z jego rąk. Osobowość jest najważniejsza.


Co było dla ciebie najtrudniejsze na początku gry na perkusji?


Jako początkujący chcesz złapać się za to, co wydaje ci się, że powinieneś grać. Ja zaczynałem w wieku 11 lat. Problemy, z jakimi się zmagałem, były chyba takie same u wszystkich. Niepewność tego, co gram. Być świadomym tego, że to, co zagrałem, ma muzyczną wartość. Czy to w zespole marszowym w średniej szkole, czy też w zespole jazzowym. Musisz przełamać tę swoją nerwowość. To chyba każdy ma… Zbudować swoją pewność siebie.


Masz tremę?


Tu nie chodziło o tremę, a raczej o świadomość tego, że to, co wnoszę, jest coś warte. Wiesz, jest wiele dzieciaków, które się śmieją z ciebie, bo są zazdrosne, ale ty w tym okresie nie wiesz o tym. Ważne, by być ponad to. Jeżeli chodzi o tremę to nie mam jako takiej. Swego czasu były momenty, gdzie byłem mocno zatroskany tym, by zagrać dobre show. Działo się to we Włoszech, jak grałem z Vasco Rossi. To największa gwiazda rocka we Włoszech…


Patrz, nie bardzo kojarzę…


Podobnie, jak w Ameryce. Chciałem nawet zrobić sobie video z tego, żeby pokazać w Stanach, na jak wielką skalę jest to robione. Gregg Bissonette i Vinnie Colaiuta grali na jego płytach. Na koncertach współpracował z Kennym Aronoffem, Deenem Castronovo. Zawsze miał amerykańskich perkusistów. Dostałem telefon, ponieważ jego perkusista Matt Laug doznał kontuzji. W przeciągu 3 dni musiałem nauczyć się 26 utworów, sporo roboty. Pierwszy koncert graliśmy dla 40 tysięcy ludzi. Miałem nuty na statywie, ale strasznie wiało i cały czas miałem z nimi problem. Byłem wtedy troszkę zdenerwowany, ponieważ miałem przed sobą 40 tysięcy ludzi. Zdałem sobie wtedy sprawę; "Kurczę, ja się denerwuję!". Wszystko trwało do momentu rozpoczęcia gry. Ostatecznie grałem z nim przez pięć tygodni a w lutym zagrałem na jego nowej płycie. Nie będę w stanie pojechać z nim w trasę, ponieważ będę z Alice, dlatego pojedzie z nim Will Hunt. Po tamtej trasie dostałem zaraz telefon w sprawie gry u Alice, co było bardzo fajne.


Słyszałem, że grałeś z pewnym piratem, który gościł na koncercie Alice Coopera?


Johnny Depp grał z nami całkiem sporo. Jest nawet na najnowszej płycie Coopera. To nie były jakieś tam okolicznościowe momenty, bo grał z nami czasami i osiem utworów. Robiliśmy z nim próby i graliśmy na imprezie, promującej jego ostatni film, gdzie zresztą pojawia się też Alice. To, o czym myślisz, to koncert, gdzie był jego zespół Johnny Depp Band. Ja na bębnach, Tommy Henriksen na gitarze oraz jego dwóch kolegów z młodych lat, gdzie miał zespół na początku lat osiemdziesiątych. Ciągle się z nimi kumpluje. Gośćmi specjalnymi był Alice Cooper, Steven Tyler z Aerosmith i Marylin Manson. Graliśmy kawałki tych wszystkich zespołów. Często się zdarza, że mamy jakichś gości. Czasami tak się zastanawiam, gram próbę z Johnnym Deppem i Joe Perrym, kurde, to trochę dziwne (śmiech).


Co było do tej pory największym błędem, jaki popełniłeś?


Wychodzę z założenia, że wszystko, co robisz, daje ci naukę na przyszłość. Uwierz lub nie, ale rzeczą, którą powinienem zrobić szybciej było ścięcie włosów w latach dziewięćdziesiątych. Brzmi to niesamowicie, prawda?


O tak, z pewnością (śmiech).


W momencie, gdy ściąłem włosy w tych latach i nabrałem bardziej aktualnego na owe czasy wyglądu, dostałem więcej propozycji pracy. Nienawidzę tego mówić, ale taka jest prawda! Los Angeles jest miastem tak mocno zorientowanym na wygląd. To ludzie widzą na początku. Tak, jak już mówiłem, możesz grać świetnie, ale jak nie pasujesz… Ech… Mój pierwszy większy kontrakt był z zespołem Beautiful Creatures, który był w Warner. Taka mieszanka klasyki ze współczesnością w tamtym okresie. Nie dostałbym tam angażu, gdybym nie wyglądał aktualnie. Akurat pół roku przed telefonem stamtąd zmieniłem swój wizerunek. Gdyby było inaczej - nie załapałbym się tam. Brzmi to strasznie, nieprawdaż? Ale to prawda… Czasami brzmi to tak, jakby L.A. było najgorszym miejscem na świecie, ale nie jest tak źle (śmiech). To po prostu showbiznes.


Kilku amerykańskich perkusistów ruszyło do Europy za chlebem. Co sądzisz o tej już w sumie tendencji?


Idziesz tam, gdzie jest praca. Jeżeli byłeś w kraju, który ci się podoba i okazuje się, że masz tam możliwości pracy, to czemu nie? Jesteś muzykiem, więc możesz tak zrobić. W Stanach dzieje się to na trasie Los Angeles i Nashville. Wiele osób przeniosło się tam za pracą. Są trzy ośrodki w Stanach: L.A., Nashville i Nowy Jork, gdzie perkusistów jest zatrzęsienie, dlatego czasami lepiej przenieść się do innego miasta albo innego kraju. To całkiem niegłupie.


Inaczej wyglądała branża muzyczna i sam świat, jak zaczynałeś grać, a inaczej to wygląda teraz. Co byś doradził początkującym perkusistom?


Ze względu na istnienie YouTube zbyt duży nacisk kładziony jest na szalone solówki perkusyjne, szybkie granie, technikę… To ważne rzeczy i rozumiem to, ponieważ młodsi zawsze byli napaleni na szybkość. Wydaje mi się jednak, ze każdy powinien przyjrzeć się bliżej historii, mieć większą świadomość historii bębnienia i samej muzyki. Zauważyłem to, gdy byłem nauczycielem w muzycznym instytucie w Hollywood. Studenci, którzy byli w klasyce czyli w klimatach Ian Paice, John Bonham, Mitch Mitchell, Keith Moon mieli większe szanse na dobrą pracę niż ci, co siedzieli tylko i wyłącznie we współczesnej muzyce. Coś tracisz, jeżeli słuchasz tylko nowych rzeczy. Współcześnie w okresie digitalizacji wszystkiego wkoło, wszechobecnego ProToolsa nie ma tak dużo osobowości w partiach bębnów, jak to było na płytach Led Zeppelin. Musisz słuchać muzyki od podstaw, a nie wchodzić gdzieś w połowie drogi. Jeżeli umiesz zagrać intro do Walk This Way Aerosmith to znaczy, że nauczyłeś się grać dwójki prawą nogą. Co może być lepszego, jak nauczyć się na podstawie przykładu muzycznego? Uzyskujesz techniczne informacje. Gdy słuchasz klasycznego grania, uczysz się grać muzykę lepiej niż w jakikolwiek inny sposób.


Świetna porada. Glen, słyszałem, że będziesz miał nowy zestaw na trasę?


Nie jestem pewny, czy dostanę to na trasę po Europie, ale wiem na pewno, że będę miał to na trasę z Motley Crue. Ostatnio grałem na MyDentity, a tym razem dostanę zestaw Mapexa Saturn IV. Będzie w specjalnym wykończeniu, podobnie hardware. O tak, to będzie fajny nowy zestaw.


Myślisz o tym, co będziesz robił w przyszłości? Alice Cooper nie jest już najmłodszy…


Tak, myślę o tym cały czas, chociaż Alice ma zaklepane terminy aż do 2015 roku. Póki co, dobrze jest być w jego zespole, bo lubi dużo pracować i trafiają nam się te fajne rzeczy, jak trasa z Motley Crue czy ci wszyscy wspaniali goście. W przyszłym roku będzie ich jeszcze więcej. Oczywiście nie będę tam grał do końca życia, ale co będzie później? Trudno powiedzieć, jeden telefon może zmienić wszystko.


Dawno nie zadawałem tego pytania, a mam takie dziwne zadanie dla ciebie. Jaki element ze swojego zestawu wybrałbyś, gdybyś miał zostać z nim na zawsze na bezludnej wyspie?


(śmiech) Łał! Nikt mnie jeszcze o coś takiego nie pytał! Hm… Niech pomyślę… Może hi-hat? To najbardziej dynamiczna część zestawu. Tak, pewnie hi-hat. Wiele rzeczy można zrobić na hi-hacie. Jest to zdecydowanie instrument sam w sobie. Niektórzy perkusiści potrafi ą zagrać koncert tylko na hi-hacie, jak Papa Jo Jones.


Podobnie, jak Steve Smith…


O tak! Steve Smith też. To jedna z największych moich inspiracji. Widziałem go wielokrotnie z Vital Information. Mógłbym rozmawiać o nim przez cały dzień. Która godzina jest u ciebie?


Dziesiąta wieczorem…


Ooo, to 9 godzin różnicy. Chyba nie będziesz miał czasu (śmiech).


Materiał przygotowali: Maciej Nowak, Kajko i Artur Baran

Wywiad ukazał się w numerze maj 2014



Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama