Zobacz porady i podpowiedzi od śmietanki perkusyjnej... Perkusista Zamów listopadowe wydanie >>Ulubiony kiosk
Wywiady

Maciek Gołyźniak

Dodano: 11.09.2014
Długo, chyba nawet zbyt długo, szykowaliśmy się do rozmowy z Maćkiem, etatowym perkusistą w zespole Moniki Brodki oraz zespole Sorry Boys.

Podyktowane to było tym, że znając go nieco z prywatnych rozmów wiedziałem, iż wywiad z nim to rzecz, do której trzeba podejść z odpowiednim nastawieniem, zapominając o czymś takim, jak lista pytań czy zagadnień. Wiedziałem dobrze, że facet ma swoją własną bezkompromisową optykę postrzegania świata, przez którą sam koniecznie chciałem spojrzeć.

Mój pierwszy bezpośredni kontakt z tym perkusistą nastąpił podczas specjalnej imprezy dystrybutora marki DW, jaka odbyła się w Zakopanem. Maćko zrobił na mnie świetne wrażenie miarową i płynną grą pełną groove’u. Wszystkie soczyste uderzenia wyprowadzał niezwykle przyjemnie dla oka z wielką pewnością i brakiem zawahania. Od razu pomyślałem o tym, jak niektórzy mówią, że sposób gry jest odzwierciedleniem tego, jakim się jest człowiekiem. Miałem nadzieję, że w tym przypadku będę miał potwierdzenie tej tezy.

Kilka okazyjnych rozmów przy okazji spotkań tu i tam coraz bardziej nastrajały mnie, by przygotować obszerniejszy materiał o tym perkusiście. Z drugiej strony kompletnie chciałem pominąć kwestie związane z kategorią "Jakie lubisz paradidle" i bardziej skoncentrować się na tematach, które do tej pory przy różnych okazjach wzajemnie poruszaliśmy. Nie chciałem zmarnować tak ciekawego rozmówcy, który ma mocno wyostrzony pogląd na otaczającą nas rzeczywistość. Uspokajam od razu tych, którzy obawiają się rozmowy w klimacie wiecznego żalu i czarnowidztwa, tudzież dawki teorii spiskowych. Rzekłbym raczej, że ten wielce utalentowany artysta z matematyczną precyzją wyciąga logiczne wnioski z pewnych miejsc i zdarzeń, i jak trzeba to przyklaśnie, a jak trzeba to i krzyknie głośno.

Spotkaliśmy się w Krakowie tuż przed koncertem jego formacji Sorry Boys w klubie Lizard King. Usiadłem ze swoim imiennikiem w klubowej knajpce, gdzie bez wielkich ceregieli rozpoczęliśmy rozmowę.

Maciek, co my tu robimy? Co ty tu robisz?


Widzimy się przy okazji trasy zespołu Sorry Boys, której druga część właśnie dobiega końca. Dziś Kraków, po świętach Zielona Góra i poznański Showcase Spring Break Festival w zacnym gronie, o dobrej porze. Bardzo nas cieszy to zaproszenie.


Co poza tym robiłeś ostatnio?


Poza tym, praca w studio m.in. przy nowej płycie Mundka Stasiaka z Emigrantów, który po dłuższej przerwie zaprosił mnie ponownie do pracy pod tym szyldem. Naprawdę znakomicie to zabrzmiało. Dawno nie miałem okazji pracować w klasycznie rockowym składzie. Poza wspomnianym Edmundem na gitarach, wszystkie basy zagrał pan Krzysztof Ścierański. Niezwykle mi schlebia fakt, że wziąłem w tym udział. Zaszczyt to, radość i kolejna lekcja. Była jeszcze muzyka do spektaklu teatralnego oraz innych nagrań, zwykle na jakieś zalążki projektów bliskich przyjaciół. Bardzo się wkręciłem w rejestracje bębnów już jakiś czas temu. Wracając do pytania i Sorry Boys, to rzeczywiście był to pracowity czas. Dodatkowo chcemy tę udaną, bardzo energetyczną trasę wykorzystać do robienia nowych rzeczy, zalążki kompozycji tlą się już od jakiegoś czasu. Trasa jest w naszym mniemaniu zdecydowanie sukcesem i choć pewnie nie powstaną dzięki niej domy na Florydzie, to jednak widzimy znaczny wzrost zainteresowania, przychodzi na nasze koncerty coraz więcej świetnych, na pewno nieprzypadkowych ludzi, którzy śpiewają teksty i właściwie od pierwszych dźwięków wchodzą w interakcje z Belą i zespołem. Fanbase rośnie! Zdajemy sobie sprawę, że żeby zagrać w przyszłości większe sale, teraz musimy wykonać pracę u podstaw.


Dziś słuchałem wypowiedzi Krzysztofa Cugowskiego, który wspominał o bezsensowności wydawania płyt… A ty mówisz rzecz całkowicie odmienną.


Sorry Boys sprzedaje płyty i "merch" na koncertach. Wczoraj w Gnieźnie, niełatwym mieście, jeśli chodzi o zapełnienie klubu, sprzedało się ich chyba ok. 20. To jest piękne, bo to są świadome zakupy, "byłem na koncercie, kupiłem płytę, dostałem autograf, zamieniłem parę słów...". O to chyba chodzi. Będąc dzieciakiem, tak to sobie wyobrażałem, więc teraz robimy w ten sam sposób. Właściwie już od momentu pracy z Moniką Brodką obserwuję, że młodzi ludzie znów przychodzą do klubów na biletowane koncerty i kupują płyty, i to są naprawdę bardzo świadomi ludzie! Dla przykładu na pierwszy koncert Moniki we Wrocławiu przyszło 1100 osób z hakiem, a Granda stała się płytą 20-lecia ZPAVU z naprawdę zacnym nakładem. Mnóstwo młodych ludzi chce słuchać muzyki na żywo. Podobnie młode bandy grają na potęgę, ruszyły w trasy, grają za bilety, podział zysku, metody są różne, ale generalnie jest trudno znaleźć dzień bez koncertu. A najlepsze - moim zdaniem - jest to, że wiele zespołów czy artystów nie chce grać darmowych spędów w oparach grillowanej kiełbasy, pamiętając, jak imprezy tego typu zamknęły możliwość wejścia na rynek młodych zespołów i całkowicie zmieniły kulturę chodzenia na koncerty. Zmiany widać gołym okiem. Na koncercie w warszawskim Basenie, mieliśmy z SB 700-osobową publiczność. A to jest dopiero druga płyta zespołu, nie ma tu wielkiej machiny promocyjnej, talent show w tv i billboardów. Raczej towarzyski przelot, próby, robienie, co w mocy każdego z nas, poza graniem, żeby rozpędzić się na tyle, by nam pędu i siły wystarczyło do następnej płyty. Wiadomo, nie wszędzie jest tak pięknie i podział kraju jest niestety czytelny, ale idzie dobre, idzie nowe, mówię ci.


Jesteś, podobnie jak ja, przeciwnikiem darmowych koncertów...


To jest trudne pytanie, bo generalnie tak. Koncerty - świadomie wybrane przez publiczność - nawet, jeśli bilet to zaledwie kilka złotych, gra się jakoś przyjemniej. Taka tendencja pojawia się np. w Krakowie. Zeszłoroczne koncerty juwenaliowe były w ogrodzonym terenie, bilet kosztował chyba 10 zł i wtedy pod sceną jest mniej przypadkowych osób. Nie czarujmy się, zabawa i radość jest wtedy większa. A z drugiej strony, są przecież dni miast, święta tego czy owego i plenery, które po prostu są wpisane w koncertowe mapy wielu zespołów. Jest mnóstwo artystów, którzy nie mogą sobie pozwolić, żeby je omijać, ale są też tacy, którzy omijają je świadomie albo zwyczajnie nie stanowią atrakcji dla organizatorów, bo to, co robią nie ma prostego przełożenia na zabawę, grillowaną kiełbaskę czy tego typu atrakcje. Po prostu nie wpisują się w ten charakter imprezy. Sorry Boys raczej na takie imprezy nie jest zapraszane, dni Juraty nam nie grożą. Juwenalia owszem. Jest coraz więcej tego typu imprez w kalendarzu. Z przyjemnością je zagramy!


A z Moniką?


Przydarzają się duże imprezy miast, ale to śladowe ilości w kontekście wszystkich koncertów, które zagraliśmy i z reguły na warunkach artysty. Monika jest świadomą artystką, doskonale wiedzącą, czego chce, kreującą od początku do końca sytuację na scenie, wizerunek swój i zespołu. Wszyscy jak jeden, świadomi bierzemy w tym udział i mnie jest z tym dobrze. Zjeździliśmy pół świata, grając znaczące showcase’y i największe festiwale. USA, Niemcy, Węgry, Islandia, żeby wymienić te największe... Pewnie, w tym czasie można było zagrać niezliczoną ilość plenerów i miałoby to przełożenie na PIT, ale pieniądze to nie wszystko. Te wyjazdy zmieniły sposób mojego patrzenia na to, co robię znacząco. Rozwinęło mnie bez dwóch zdań, nie licząc wspaniałych podróży i nowych znajomości. W Austin w Teksasie na SXSW, tego samego dnia obok klubu, w którym graliśmy, za jednym płotem grał Snoop Dogg, po drugiej stronie ulicy Iggy Pop, a w sali koncertowej ulicę dalej Depeche Mode. Nie ma pieniędzy, za które możesz kupić takie wspomnienia. Myślę, że wybór, jeśli go masz, jest prosty. Wracając do plenerów... Przez lata zagrałem mnóstwo tych imprez i - uwierz mi - hasła "Pokaż cycki" albo "Zagrajta o żołnierzach" to nie są wymysły, to była rzeczywistość.


Cios…


No, cios... w tył głowy. Na szczęście, jak wspomniałem na początku, idzie nowe, dobre! Świadoma , wyrobiona publiczność. Jestem optymistą, cieszę się z tego, gdzie jestem, z tego, że młodzi ludzie kupują dobre instrumenty i grają na nich aż miło. Mają ku temu świetne warunki, które mają się nijak do naszych szumiących kaset VHS z Wecklem. Pewnie gdybym nie był optymistą już dawno nie robiłbym tego, co robię. Pasja to jakaś magia.


Potrzebny jest ten optymizm.


Tak. Bardzo, jeśli nie chcesz robić nic innego. Jeżeli ktoś dzisiaj powiedziałby mi, że jest sposób, rzecz, którą można zrobić, a która gwarantuje ci, że będziesz do końca dni robił to, co kochasz, jeździł po świecie i grał, może nie będziesz krezusem, ale będziesz godnie żył z muzyki, to wchodzę natychmiast. Jeśli znasz zaklęcie to poproszę!


Gdyby to było takie proste...


Gdyby było proste, nie dawałoby tyle szczęścia i radości. Już gdzieś kiedyś mówiłem, że trzeba być wytrwałym i konsekwentnym, że wytrwałość jest często ważniejsza niż talent. Od kiedy gram, wiele było już raf, o które można było rozbić sobie głowę, a mimo to ciągle szedłem przed siebie. Jestem tak samo szczęśliwy, kiedy siedzę sam za bębnami w ćwiczeniówce, jak wtedy, kiedy wsiadam z załogą do busa, czy gramy próbę albo koncert. Choć oczywiście pełna sala, tak, jak ostatnio w Hybrydach z Sorry Boys, czy pękające w szwach kluby z Moniką to zjawiskowa sytuacja i wielka nagroda.


Co jako bębniarza drażni cię u nas w kraju...


Mnie drażnią pewne sprawy bardziej jako człowieka niż muzyka. Generalnie wszechobecna amatorka i nastawienie do pracy. Wiele rzeczy, przedsięwzięć jest wypadkową błędów zamiast umiejętności. Jeśli proponujesz swoim fanom koncert, zapraszasz ich, oferując bilet, chcesz dać najlepsze, co masz. A przecież pomimo tego, że grasz regularnie próby, ćwiczysz, wyprasowałeś koszulę itd. itp., to masz swoje słabości i na pewno nie chcesz być dodatkowo sumą potknięć czy błędów innych ludzi. Jeśli masz w riderze 6 krótkich statywów, a zastajesz 4 długie, w tym 2 mają ukręcone gwinty, to jest to tylko niby drobna przeszkoda, niby detal, ale tracisz cenny czas. Jeśli masz "load in" w klubie o 12, ale podesty spóźnią się i będą o 14, to jesteś dwie godziny w plecy, będziesz o tyle dłużej w klubie i o tyle mniej masz czasu na próbę i dla siebie na choć krótką regenerację. Nie wspomnę, że mogłeś spać godzinę dłużej. To się tyczy małych rzeczy, które na końcu sumują się w spore kłopoty i przeszkody. Summa summarum wychodzisz na scenę wprost z soundchecku, z odsłuchem, na którego wypracowanie miałeś kilka minut zamiast tylu, ile potrzebujesz, bo zajmowałeś się walką z materią. Chcąc robić to, co robisz najlepiej, jak umiesz, potrzebujesz wsparcia innych ludzi, którzy pracują przy twoim koncercie. Nie zapominajmy, że w ostateczności to zespół wychodzi na scenę. Teraz, kiedy będąc w trasie z Sorry Boys, jestem sam sobie technikiem i stagehandem, widzę bez filtra, jak pracuje się w niektórych miejscach. Cierpnie skóra, kiedy widzisz chłopaka, okładającego statywem bęben czy werbel, tylko dlatego, że trudno jest poluzować jedną czy drugą śrubę. Często on nie ma nawet refleksji, że ty ciężko na te instrumenty pracowałeś. Najgorsze jest jednak w tym wszystkim to, że wożąc swoje prywatne mikrofony i statywy do nich, własną konsoletę, a również d-boxy i kable, wcale nie wpływamy na poprawę sytuacji. Tylko ją chwilowo oszukuję. Zwykle sytuacja się zmienia, kiedy ktoś dojrzy napis "Brodka" na kejsie moim czy Bartka. Ale o tym nie chce mi się nawet mówić. Nie chcę nawet myśleć, że dla tych ludzi często wykonanie swojej roboty zależne jest od nazwiska artysty. A my wszyscy potrzebujemy na scenie podobnych warunków, że nie wspomnę o tym, że jesteśmy takimi samymi ludźmi, mamy te same potrzeby i żołądki. Na szczęście to zjawisko powoli zanika. Mnóstwo jest miejsc, gdzie wszystko jest tip top i na tych należy się skupić, tam grać koncerty. Muzycy powinni sobie mówić o miejscach, gdzie warto grać. Gdzie załoga jest ogarnięta, uśmiechnięta i zna się na robocie. Graty się zgadzają... Wtedy wszystko zależy już tylko od nas. Przy festiwalach i imprezach TV pracują naprawdę znakomici fachowcy i nie odstajemy w żadnym razie od Zachodu. To jest kwestia tylko nastawienia do pracy.


Powiedz coś o temacie gry do teatru i filmu, bo to ciekawa sprawa. Tak, jak wspomniałeś, niestandardowa w życiu perkusistów.


Jeden z utworów Sorry Boys, znalazł się na soundtracku do Hardcore Disko Krzyśka Skoniecznego. W pełni niezależnej, alternatywnej, znakomitej zresztą produkcji, zrobionej poza obiegiem państwowych instytucji. Gram też w jeszcze jednym numerze Oksany Predko do muzyki Marka Dziedzica pt. Autobus w tym samym filmie. Poza tym nagrywałem perkusyjne partie do spektaklu "Kaligula" w reżyserii Krzyśka Garbaczewskiego z muzyką Moniki Brodki i Bartka Mielczarka. Super inspirująca sesja i bardzo interesujący efekt. Wszystko to w Stuttgardzkim Teatrze. I jak mówiłem wcześniej, Monika wybiera naprawdę interesujące muzyczne sytuacje i bardzo się cieszę, że mogę brać w tym udział. W sumie nie ma znaczenia dla mnie, czy gram wspomniane dni miasta czy spektakl teatralny albo festiwal w Los Angeles, zawsze zrobię to z pasją i najlepiej jak umiem, tyle, że zwrot energii jest nieporównywalny. Wydatkujesz jej mnóstwo, a ona nie zawsze wraca. Tego deficytu nie zastąpią pieniądze.


Przejdźmy do twojego stylu gry, stylu, który masz. Pamiętasz, jak cię nazwałem kiedyś naszym Stevem Gaddem?


(śmiech) Przestań, Maciek, poniosło cię! Bardzo to miłe, połechtałeś mnie tym. Trochę nie wiem, jak się zachować. Swego czasu spotkałem się z opinią, że mój styl gry jest lubiany przez wokalistki, wokalistów, bo nie przeszkadzam na instrumencie. To zdaje się całkiem spory komplement. Nigdy nie myślałem o tym w kategoriach jakiejś strategii, sposobu na zaistnienie czy pracę. Po prostu tak rozumiem rolę tego instrumentu. Nie neguję bogatych aranży, "kopów", "chopsów". Te ostatnie to nie jest moja bajka, staram się raczej kreować swoją osobistą muzyczną przestrzeń, korzystając z innych narzędzi. Za największy komplement uważam podrygujące pod sceną osoby, ludzi, którzy ewidentnie nie będąc muzykami, przychodzą po koncercie i komplementują moją czy naszą pracę. Jestem trybem w maszynie i znam miejsce tego trybu, chciałbym to zdecydowanie rozwijać. Jeśli zaś chodzi o Steve’a Gadda - uwielbiam i adoruję jego styl od kiedy pamiętam, ale to nie jedyny mój idol. Choć z pewnością jeden z największych.


Jak ćwiczysz?


Ochoczo, ale wciąż zbyt mało metodycznie. Staram się ten proces kontrolować, ale nie zawsze się udaje. Postawiłem na rudymenty, Stick Control, Accents and Rebounds... Fascynuje mnie Nowy Orlean, powrót do korzeni. Tak w brzmieniu, jak i myśleniu o roli mojego instrumentu. Podobnie linearna koncepcja gry jest niezwykle fascynująca, szczególnie, jeśli myślisz w kontekście brzmienia, rejestracji sygnału i późniejszej pracy z tym dźwiękiem np. w DAW. Jak wspomniałem, rejestracja dźwięku to moja zajawka od pewnego czasu. Ćwiczę też w warunkach koncertowych tzn. w odsłuchu dousznym, omikrofonowany, myśląc o dźwięku w sposób, jaki "słyszy" mikrofon. W ogóle brzmienie instrumentu, sposoby jego wykorzystania fascynują mnie już od dawna, zawsze chciałem się tym zająć. Wiele ostatnich nagrań zrobiłem sam. Instrumenty kupuję raczej świadomie, począwszy od tych za pięć złotych po te customowe za poważną monetę. Gra mi w głowie taki "mój" sound, do którego dążę. Dziś usłyszysz np. zestaw DW, który nazywają klasycznym (Classic), który jest w charakterze odmienny od nowoczesnych instrumentów. Mało ataku, który ty pewnie lubisz, miękko, "punchowo", tłusto... oraz mój absolutnie ulubiony werbel Johna Craviotto z jesionu, 14"x8"... Dla mnie absolutna miazga. Wracając do ćwiczenia, poważnie zbyt mało metodycznie pracuję. Myślę raczej o tym, jak w danej sytuacji zachowałby się muzykalny perkusista. W ogóle jak być muzykalnym perkusistą. Jak skutecznie podążać za wokalem. Uważam to za istotę rzeczy. Mam to zarówno z Moniką, jak i Belą z Sorry Boys. Słucham uważnie i wchodzę w interakcję, jednocześnie starając się nie przeszkadzać. Z Baśką Wrońską z Ballad i Romansów mieliśmy świetny kontakt na scenie, muzykowaliśmy. Lubię ten sposób pracy. Dobra energia udziela się publiczności. Poza tym słucham bardzo dużo muzyki, mniej pod kątem perkusyjnych fajerwerków, a raczej pod kątem nieco bardziej alternatywnego podejścia do bębnów. Skandynawowie, scena nowojorska, elektronika. Klasyka, kiedy podróżuję. Generalnie interesuje mnie akompaniowanie na bębnach, działanie na rzecz kompozycji. I brzmienie.


Co cię inspiruje?


Ludzie, z którymi wychodzę na scenę. Interakcja. Inspiruje mnie puls, ciśnienie, charakter utworu, sposób, w jaki "buja". Ale przede wszystkim linia melodyczna. Myślę o formie utworu w oparciu o to, jak rośnie jego ciśnienie, w jaki sposób linia wokalu czy instrumentu solowego buduje napięcie. Lubię, kiedy napięcie rośnie, kiedy się nim świadomie operuje. Staram się "nie wystrzelać" pomysłów na numer w pierwszych czterech taktach. Nakleiłem sobie nawet na chimesach kawałek odblaskowej taśmy z napisem "keep pocket", żeby mnie nie korciło. Szczególnie dotyczy to SB, bo tu formy pozwalają się nieco bardziej wychylić. U Moniki ważna jest powtarzalność. Formy większości utworów mają solidne i konsekwentnie realizowane aranże, więc powtarzalność ( którą zresztą bardzo lubię) jest konieczna. Właściwie to ja mam zdecydowanie obsesję na punkcie grania i bębnów. Właśnie w tej chwili zdaję sobie z tego sprawę. Przecież ja wciąż o tym myślę. Chapeau bas dla moich bliskich (śmiech).


Patrząc na twoją minę i słuchając, co mówisz, zauważam, że bardzo poważnie podchodzisz do grania.


Maksymalnie! Kompletnie nie interesuje mnie muzyka jako tzw. "dżob". Nie lubię tego słowa. Oczywiście zarabianie na życie jest niezwykle istotne. Ale nie jest to istotą tworzenia. To naturalna konsekwencja swego rodzaju sukcesu i godziwa zapłata należąca się każdemu, ale jeśli jest jedynym powodem robienia muzyki, to znam lepiej płatne zajęcia.


Odnosząc się do twojego stylu gry, co sądzisz o graniu solówek?


Nie lubię i nie umiem grać solo. Znam wiele wybitnych solowych partii, ale to nie jest coś, co by mnie specjalnie kręciło. Nie potrzebuję specjalnie tego sposobu wypowiedzi. Mam wrażenie, że na większości publiczności pod sceną większe wrażenie zrobi tempo niż kunszt. Coś spektakularnego. Szoł. A to już zdecydowanie nie moja bajka. Chyba raczej nie jestem szołmenem. Osobiście uważam solo na bębnach za zbędny element koncertu, choć jest u nas wielu muzyków, których wysłuchałbym w tym elemencie z zapartym tchem.


Jak myślisz, czy w kwestii gry na bębnach mamy w kraju kompleksy?


Nie wiem, Maciej. Wydaje mi się, że tak, a z drugiej strony widzę całe nowe pokolenie, które chyba sobie z tym dobrze radzi. Oczywiście gloryfikujemy ten mityczny Zachód, bo faktycznie skala zjawiska jest ogromna i tym samym wysyp talentów musi być większy. Ale, szczerze mówiąc, zapominamy o wspaniałych polskich muzykach, jazzmanach, klasykach, metalowcach, naszych wspólnych kolegach o niebywałym talencie, tylko bez większych szans na światowy sukces. Być może z powodu braku wiary, szansy na wyjazd za granicę... Więc może rzeczywiście to rodzaj kompleksów. A przecież mamy ogromne tradycje, wspaniałych kompozytorów tak współcześnie, jak i w przeszłości. Nie widzę powodu, żeby mieć kompleksy. Wolę nazywać ten stosunek do świata pokorą. To decydująca o nastawieniu różnica. Często o tym myślę, szczególnie, że podróżując jako muzyk od młodych lat i grając w wielu krajach, zobaczyłem coś tak oczywistego, jak to, że mamy cztery kończyny, te same słabości, potrzebujemy tyle samo snu i strawy, co muzycy w Stanach i innych krajach. Od nas zależy, czy będziemy się taplać w przeszłości naszego kraju, czy spojrzymy dalej, tam, dokąd chcemy podążać. Czy wykorzystamy możliwości, które daje technologia, dostęp do muzyki... Myślę, że planowanie, stawianie sobie celu, jest podstawą rozwoju. Tym samym może pomóc pozbyć się kompleksów i iść wg wyznaczonej drogi. Staram się nie czekać na nic, raczej wyznaczam sobie cele i do nich zmierzam. Mam nieokiełznany apetyt na to, co chciałbym jeszcze zrobić i nie zamierzam się zatrzymać. Kompleksy będą przeszkodą, dlatego staram się zamienić je w pokorę. Chcę być codziennie lepszy. Nawet, jeśli będę tylko o cztery czy osiem taktów dalej w "kwicie", nad którym pracuję, niż dzień wcześniej.


Rozmawiał: Maciej Nowak
Zdjęcia: Radek Zawadzki/www.radekzawadzki.com


Wywiad ukazał się w numerze maj 2014



Galeria

Pozostałe

Luke Holland

Dodano: 01.12.2016

Luke to rocznik 1993 i jest doskonałym przykładem na to, jak nowe technologie wpłynęły na świat bębnów. Młody muzyk gra oczywiście w typowym zespole scenicznym, ale dla większości perkusistów jest on postacią znaną głównie z filmów na Youtube.

czytaj dalej

Szymon "Kanister" Jędrol

Dodano: 25.11.2016

Dla wielu punkowe granie nie idzie w parze z techniką i dobrymi muzykami. Z jednej strony coś w tym może i było 30 lat temu, z drugiej im prostsza muzyka, tym trudniej zagrać wszystko dobrze i w punkt.

czytaj dalej

José i Tomek Torres

Dodano: 18.11.2016

Ojciec nagrał kilkadziesiąt płyt z największymi gwiazdami naszej sceny muzycznej. Syn gra w jednym z najbardziej rozchwytywanych polskich zespołów rockowych.

czytaj dalej

Matt Nicholls (Bring Me The Horizon)

Dodano: 31.10.2016

Od małych metalowych klubów po wielkie hale jako gwiazda wieczoru. Minęło już 12 owocnych lat działalności Bring Me The Horizon.

czytaj dalej

Dariusz "Pisek" Piskorz

Dodano: 19.10.2016

I jak tu podejść do opisywania osoby naszego gościa? Perkusista zespołu Papa D jest (nie)typowym "człowiekiem renesansu".

czytaj dalej
Zobacz wszystkie
Reklama